Moja historia zatoczyła
koło. Niczym w spirali.
Czuję się podobnie jak
lata temu, kiedy zaczęłam spisywać swoje rozmyślania. Jeśli wtedy był to dla
mnie rodzaj terapii, to mam nadzieję, że i teraz pisanie może mi pomóc. Trzeba
więc ponownie postarać się to robić..
Po raz kolejny muszę zacząć
od podjęcia decyzji, że ruszam naprzód. I wejść na właściwą drogę. Nie istotne,
czy uda się nią dojść szczęśliwie do celu. Nauczyłam się już, że najbardziej
wartościowe jest to, co się osiąga właśnie „po drodze”. Trzeba wrócić do idei pielgrzymki
przez życie. I może też, tak mniej symbolicznie, przypomnieć sobie o zarzuconym
pomyśle przemierzenia Szlaku Świętego Jakuba. Czeka na mnie od lat jego polski
odcinek, a także camino w Hiszpanii.
Nie będzie łatwo zacząć
od nowa. Ale też niepodobna stać dłużej w miejscu, w którym się obecnie
znajduję. Jeżeli życie jest spiralą, to i tak będziemy krążyć dookoła jakiejś
niewidzialnej osi. I tylko od naszej decyzji zależy, czy podążymy kołowym
ruchem w górę, czy raczej w dół. Możemy zdecydować, czy będziemy mozolnie wędrować wzwyż
mimo „odgórnie” zadawanych przez życie ciosów, czy też pod ich wpływem bezwolnie
osuwać się coraz niżej i niżej.
To, co nam się
przydarza, potrafi człowieka złamać, ugiąć pod nim kolana, a nawet zwalić go z
nóg, ale wszystko, co pozwala podnieść się po raz kolejny i ruszyć w dalszą
drogę jest w nas. To nasza wewnętrzna siła. Choć czasem trzeba mnóstwa czasu i
całych lat starań, by ją w sobie odnaleźć. Oczywiście jeśli zdecydowaliśmy,
że tego chcemy.
Na początku mojej pracy
psychoterapeutycznej przeczytałam książkę o dwóch dziewczynkach, którym zdarzył
się niewyobrażalny koszmar - przerażający i pełen bólu ciąg zdarzeń. Jedna z
nich na zakończenie swoich wspomnień pisze:
„Po strasznych
przeżyciach zawsze przychodzi czas do podjęcia decyzji, czy pozwolić, aby
zdominowały one twoje życie, czy zostawić je za sobą i iść dalej.” (Lisa Hoodless,
Charlene Lunnon „Uprowadzone”)
Słowa te nie pierwszy
raz od tamtej pory przywołuję, bo robią na mnie niesłabnące wrażenie. Są
odpowiednie do przypominania w najtrudniejszych momentach istnienia. Wtedy, kiedy
się musi zostawiać za sobą to, czego nie sposób unieść w drodze przez życie.
Wówczas, gdy się przeżyło coś, co ludzką miarą patrząc, jest nie do przeżycia.
Dwadzieścia miesięcy
temu umarł mój pierworodny syn Bartosz. Czasem wciąż jest tak, jakby to się
zdarzyło przed chwilą. Jeśli ktoś ci mówi, że czas leczy rany, nie wierz. On
tylko pozwala przekonać się i utwierdzić w doświadczeniu, że żyjesz, choć
myślałeś, że to nie będzie możliwe po tym, co się stało. Świat nie umarł wraz ze
mną po śmierci Bartosza. Przeżyłam historię, która tak naprawdę jest nie do
przeżycia. A życie toczy się dalej. I coś z nim teraz trzeba zrobić...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz