sobota, 9 września 2017

PO DRODZE

Moja historia zatoczyła koło. Niczym w spirali.
Czuję się podobnie jak lata temu, kiedy zaczęłam spisywać swoje rozmyślania. Jeśli wtedy był to dla mnie rodzaj terapii, to mam nadzieję, że i teraz pisanie może mi pomóc. Trzeba więc ponownie postarać się to robić..
Po raz kolejny muszę zacząć od podjęcia decyzji, że ruszam naprzód. I wejść na właściwą drogę. Nie istotne, czy uda się nią dojść szczęśliwie do celu. Nauczyłam się już, że najbardziej wartościowe jest to, co się osiąga właśnie „po drodze”. Trzeba wrócić do idei pielgrzymki przez życie. I może też, tak mniej symbolicznie, przypomnieć sobie o zarzuconym pomyśle przemierzenia Szlaku Świętego Jakuba. Czeka na mnie od lat jego polski odcinek, a także camino w Hiszpanii.
Nie będzie łatwo zacząć od nowa. Ale też niepodobna stać dłużej w miejscu, w którym się obecnie znajduję. Jeżeli życie jest spiralą, to i tak będziemy krążyć dookoła jakiejś niewidzialnej osi. I tylko od naszej decyzji zależy, czy podążymy kołowym ruchem w górę, czy raczej w dół. Możemy zdecydować, czy będziemy mozolnie wędrować wzwyż mimo „odgórnie” zadawanych przez życie ciosów, czy też pod ich wpływem bezwolnie osuwać się coraz niżej i niżej.
To, co nam się przydarza, potrafi człowieka złamać, ugiąć pod nim kolana, a nawet zwalić go z nóg, ale wszystko, co pozwala podnieść się po raz kolejny i ruszyć w dalszą drogę jest w nas. To nasza wewnętrzna siła. Choć czasem trzeba mnóstwa czasu i całych lat starań, by ją w sobie odnaleźć. Oczywiście jeśli zdecydowaliśmy, że tego chcemy.
Na początku mojej pracy psychoterapeutycznej przeczytałam książkę o dwóch dziewczynkach, którym zdarzył się niewyobrażalny koszmar - przerażający i pełen bólu ciąg zdarzeń. Jedna z nich na zakończenie swoich wspomnień pisze:
„Po strasznych przeżyciach zawsze przychodzi czas do podjęcia decyzji, czy pozwolić, aby zdominowały one twoje życie, czy zostawić je za sobą i iść dalej.” (Lisa Hoodless, Charlene Lunnon „Uprowadzone”)
Słowa te nie pierwszy raz od tamtej pory przywołuję, bo robią na mnie niesłabnące wrażenie. Są odpowiednie do przypominania w najtrudniejszych momentach istnienia. Wtedy, kiedy się musi zostawiać za sobą to, czego nie sposób unieść w drodze przez życie. Wówczas, gdy się przeżyło coś, co ludzką miarą patrząc, jest nie do przeżycia.

Dwadzieścia miesięcy temu umarł mój pierworodny syn Bartosz. Czasem wciąż jest tak, jakby to się zdarzyło przed chwilą. Jeśli ktoś ci mówi, że czas leczy rany, nie wierz. On tylko pozwala przekonać się i utwierdzić w doświadczeniu, że żyjesz, choć myślałeś, że to nie będzie możliwe po tym, co się stało. Świat nie umarł wraz ze mną po śmierci Bartosza. Przeżyłam historię, która tak naprawdę jest nie do przeżycia. A życie toczy się dalej. I coś z nim teraz trzeba zrobić...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz