piątek, 31 grudnia 2021

WSTAŃ, OTRZEP SIĘ I DO DZIEŁA!

Dobrze, że tak lubię kupować kwiaty, bo to one w tym roku zrobiły świąteczną dekorację:)

W końcu nie wiem, czy, mimo modlitwy z poprzedniego postu, to Bóg zapomniał o mnie w okresie świątecznym, czy też to ja zapomniałam o Bogu w czasie tych Świąt. Bo jakoś nie mam poczucia, że spędziliśmy je razem. Pewnie mimo tego on się i tak narodził w Wigilijną noc. Może go, maleńką Dziecinę, jeszcze gdzieś (jak pastuszek lub mag) odnajdę. I może uda mi się zaprosić tego dopiero co przybyłego między ludzi Boga do swojego serca. Wciąż mam nadzieję, że jest jeszcze szansa, by tak się stało...

Cóż, trzeba tutaj przyznać, że tegoroczne Święta były takie sobie. Co poszło nie tak? Myślę, że jak zwykle główną przyczyną był tu nadmiar oczekiwań. Tyle że w tym roku także, a może i przede wszystkim, ze strony moich najbliższych. A dodatkowo jeszcze dołączyło się do tego całe mnóstwo innych powodów:

1. na przykład tradycja - w naszej rodzinie to zawsze mąż jest jej bezkompromisowym strażnikiem. Ale nie wiem, czemu tym razem dałam się tak bardzo zdominować jego świątecznej wizji. Może dlatego, że ze względu na czekającą go operację, wmówił sobie (a próbował i mnie), że to mogą być ostatnie Święta w jego życiu. Narzucił więc nam swój kanon świątecznych obchodów, w którym takie sprawy jak wyczyszczenie lamp i przygotowanie świątecznej sałatki są po prostu nieodzowne, żeby nie napisać najważniejsze. Mimo końcoworocznego zmęczenia czyściliśmy przeto przez wiele dni wiele różnych mysich dziur w domu. Oczywiście siły nie były mierzone na zamiary. Zostaliśmy po tych przygotowaniach z jeszcze większym zmęczeniem i bałaganem, wyzierającym z wielu miejsc, które w czasie Świąt akurat użytkowaliśmy. Bo wymiękliśmy i zabrakło czasu. Nawet choinki nie wniosłam na salony, bo nie zdążyłam przygotować miejsca, które miała zająć. Przestała przez całe Święta na podeście przed progiem naszego domu, w końcu uznałam, że to też się liczy. Mąż natomiast przyjął, że za naszą rodzinną choinkę w tym roku może robić świerk conica ze sklepową dekoracją. 

Za to sałatka jarzynowa była naprawdę smaczna i przygotowana w takich ilościach, że jedliśmy ją nieprzerwanie aż do dzisiaj. Cóż, długo za nią nie zatęsknię...


Śnieżne Święta - po raz pierwszy od lat...

















2. Kolejną sprawą jest nastrój - trudno spędzić radosne Święta w gronie trzech osób z (leczoną lub nie) depresją, nawet jeśli te osoby są sobie najbliższe. Jedynym tegorocznym radosnym wspomnieniem jest Wigilia u mojego brata. I tu trzeba choć napomknąć o mojej bratanicy. Paulinka to taka osoba, przy której nawet umarły by w trumnie nie poleżał. Jej energia poruszy wszystkich i wszystko, a śmiech po prostu zaraża. To właśnie ona w głównej mierze przekształciła wigilijne spotkanie w niezłą świąteczną imprezę. Było bardzo miło, choć nie wiem, czy do końca zgodnie z jakimś wigilijnym kanonem. Trochę się czułam jak na amerykańskim filmie familijnym o obchodach Bożego Narodzenia. Oczywiście “Kevina samego w domu” też obejrzałam w międzyczasie naszej imprezki. Bo gdy atmosfera jest taka, że każdy robi, co chce, to czemu ja miałabym sobie odmówić tego, co lubię:)

Po Wigilii zostaliśmy z furą pysznego jedzenia od bratowej i pamiątkowymi zdjęciami, do których namówiła nas Paulinka. Wszyscy w Mikołajowych czapeczkach na głowach. Nigdy bym nie pomyślała, że kogoś z nas (zwłaszcza zaś Kacpra) do tego zdoła nakłonić. Paulinka umieściła zdjęcia na facebooku, pojawiły się komentarze, miłe - także od naszych znajomych:)

Fotki jak ze studio foto - napisała mi Beata na Messengerze. Szczerze mnie to rozbawiło:)

fotka Paulinki - nie  sądzę, by miała coś przeciwko umieszczeniu jej tutaj. I tak wszyscy już ją widzieli na facebooku:)

3. Emocje - a dokładnie mówiąc, za dużo emocji, nie trzymanych prawie wcale na wodzy. Niestety w Święta nie doświadczyłam spokoju. Na jego brak wpłynęła też  kompletna odmienność punktów widzenia. Ta pokoleniowa, która mi uzmysłowiła, że odległość w zamieszkaniu i przynależność do innego świata sprawia, że się chyba coraz mniej znamy. Ale też sytuacyjna, związana z kontekstem Świąt, który jest dość specyficzny.

Tu przypominają mi się świąteczne memy, obrazujące jak trudny to czas. 

“... to moment, w którym cała rodzina przypomina Ci, dlaczego resztę roku spędzacie osobno” - że sparafrazuję komentarz dotyczący Wigilii. Pojawił się on w jednym ze świątecznych memów, zebranych na stronie Onetu. (https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/coraz-blizej-swieta-te-memy-rozbawia-was-do-lez/pbv5mr0)

Rozbawił mnie też tekst znaleziony na facebooku Olgi Trynieckiej ( “Zwykła kobieta z niezwykłymi marzeniami” :-). “Kojarzycie ten mem? “Okna umyte, sałatka zrobiona... jeszcze awantura o byle co i święta gotowe”. Trzeba się bardzo pilnować, żeby to tak nie zadziałało. A nawet małżeństwa z długim stażem mają z tym kłopot - koleżanki z pracy śmiały się w ostatnie szkolne dni, że już zdążyły polec w starciu z memową wizją.

Jakoś mało świątecznie było u mnie w tym roku. Ale kupiłam nową paterkę, która stała sobie na stole w salonie (bo nie znalazłam dla niej miejsca w kredensie) przez całe Święta. Zakup dopełniała książka (za grosze!) - i to ona mi zrobiła i tak największą świąteczną przyjemność:)

4. Kolejna trudność to odmiana - przebywanie na okrągło z kimś, z kim od miesięcy prawie się nie przebywało. Zwłaszcza, gdy na co dzień mieszka się w pojedynkę.

Kacper nie wytrzymał w domu dłużej niż dwie noce. W czasie trzeciej powziął decyzję, że wraca do siebie, bo tam się najlepiej czuje. Ledwie go uprosiliśmy, żeby ze względów bezpieczeństwa wstrzymał się z tym do mocno wczesnorannego pociągu. Odjechał drugiego dnia Świąt, zanim jeszcze zaczęły się rozpraszać mroki długiej grudniowej nocy.

Powiało smutkiem. To niestety on owładnął moimi Świętami. Robię rozrachunek ze swoim najsmutniejszym świątecznym wspomnieniem, gdy stoimy jakoś żałośnie sami z Kacprem na pustym peronie, wokół cisza i snop światła z jarzeniówek, które starają się trzymać ciemność poza nami. Pada drobniutki śnieg, wiatr jest lodowaty, trzęsie mnie z zimna, mróz przewierca ciało na wylot.

- Skąd ty masz na to wszystko siły? - pyta mnie syn.

- Nie mam siły - odpowiadam zgodnie z prawdą.

Wczorajszy ranek - niech wreszcie zaświeci słońce!











5. Zdrowie - i to tym razem siebie mam na myśli.

- Przewiało Cię - mówi ze współczuciem Ania. I ma rację - przewiało. Jak zwykle w takich sytuacjach moje korzonki zareagowały od razu. I wtedy, na domiar wszystkiego, przemieścił mi się dysk w tamtych kręgosłupowych rejonach. Skutek był taki, że od drugiego dnia Świąt okolica korzonkowo - krzyżowa masakrowała mnie bólem. Jakoś go pomalutku próbowałam ogarniać maściami i wielką ostrożnością. Zdaje się, że moje ciało zaprotestowało przeciwko temu, co z nim wyrabiałam przedświątecznie i świątecznie, a wykończony zmęczeniem kręgosłup znalazł w końcu sposób na zapewnienie sobie świętego spokoju. I w ten oto sposób właciwie straciłam możliwość poruszania się. No i musiałam poprzestać na leżeniu, odpoczywaniu, dawaniu sobie czasu... Czyli robieniu tego, czego sobie zazwyczaj odmawiam. I tak aż do Sylwestra...

Wreszcie jestem dla siebie dobra. Myślę o tym, co jest potrzebne dla mnie i mojego dobrego samopoczucia. I to już zaczyna procentować. Nie tylko ból, ale i smutek zaczyna słabnąć... Powoli odchodzą w przeszłość, tak jak i tegoroczne Święta.

Zaczynam się uśmiechać, gdy przypominam sobie hasło, jakie wyczytałam niedawno w grupie “Tylko dla psychologów”. Należę do niej właściwie od czasu jej powstania, zapisałam się tuż po egzaminie magisterskim. W jednym z ostatnich postów ktoś pytał, jakie motto przyświeca właścicielom gabinetów psychologicznych. I niejaka Anna Olga dała taka odpowiedź: 

Upadłeś? Dobrze! To sobie teraz poleż😀 i odpocznij  a później wstań , otrzep się i do dzieła!

Bardzo mi się takie hasło podoba i chętnie pożyczam je od Grupowiczki. Niech stanie się i moim mottem. Bo upadłam. Teraz leżę i odpoczywam w poczuciu, że to jest dla mnie dobre. Mam czas na drobne przyjemności. Gadam przez telefon z ludźmi, których lubię, oglądam filmy wyszukane dla mnie przez męża, czytam książkę - nie, ja się nią delektuję. Nie mogę narzekać. Mimo wszystko ten świąteczny okres przyniósł mi szereg pozytywów. Szkoda, że niedługo się skończy. Dziś ostatni dzień starego roku. Zamykam tegoroczne sprawy.

Świąteczne rozliczenia już zrobione. Wiele rzeczy udało się przemyśleć. Zbieram siły na kolejny rok. Presecco się chłodzi w lodówce.

Nadchodzi pora, by powiedzieć do siebie: wstań, otrzep się i do dzieła!


 

Książka była tylko dodatkiem do paterki. Sprawiła taką radość, że aż napisałam podziękowania Pani Sprzedającej na Allegro:)




sobota, 18 grudnia 2021

NIE ZAPOMINAJ O MNIE

Nadchodzą kolejne święta w pandemii z kolejnymi obostrzeniami, które mają zapobiec... nie wiem, czy akurat zachorowaniom, ale na pewno moim ukochanym wyjazdom. Znowu trzeba uwięzić nas w domu, gdy zbliża się ponownie okres urlopowy. Oczywiście w trosce o nas samych.

Wczoraj zarejestrowano 20027 zakażonych - to powtórnie wzrost statystycznych słupków, które w ostatnim okresie wykazywały już tendencje do obniżek. Czy to się kiedyś skończy? Tak bardzo tęsknię za Włochami, Hiszpanią, Maltą i wszelkimi innymi, pięknymi, pełnymi odmiany od codzienności sceneriami świątecznych wspomnień. Jakie Święta czekają nas w domu, jeśli odgórnie zmienia się go w miejsce przymusowego pobytu?

Życie bez podróżowania i związanego z nim odkrywania nowych, choćby drobnych, rzeczy, albo czasem i całych  horyzontów, jest trochę skazaniem na powtarzanie starych, utartych rozwiązań i schematów. I to nie tak, że marzy mi się ciągła pogoń za nowościami, po prostu ich brak doskwiera i nie pozwala na taki rozwój, jakiego chciałabym doświadczać. Odkładałam podróże na okres emerytalny, bo nigdy nie było dla nich dość miejsca w harmonogramie i budżecie pracownika szkoły, teraz zaś pytam siebie czasami, po co mi ta emerytura, jeśli i tak nie będę mogła spełniać swoich marzeń? No chyba, że chodzi o to, żeby nie zakończyć życia na stanowisku pracy. Bo, jak dla mnie, to byłby najsłabszy życiowy scenariusz.

Ale może myślę tak, gdyż końcem roku jestem już naprawdę zmęczona szkołą. Trochę teraz jadę w swojej pracy na oparach energii. I na pewno odpoczynek podczas świątecznej przerwy dobrze mi zrobi. Nawet jeśli spędzę ten czas tylko i jedynie w domu.

Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że ten domowy pobyt rozpocznie się już od jutra. Nasz minister edukacji łaskawie przystał podczas czwartej pandemicznej fali koronawirusa na nauczanie zdalne przez trzy przedświąteczne i trzy poświąteczne (przynajmniej tak to u nas wychodzi) dni. No ale jak zwykle, szybko okazało się, że ja nie pracuję w jakiejś zwyczajnej szkole, tylko w takiej dla przodowników pracy. Dyrekcja zdecydowała, że w naszej placówce będziemy prowadzić nauczanie zdalne nie z domu (żeby przypadkiem w przerwie między pierwszą a drugą lekcją nie udało nam się przedświątecznie zdążyć ze zrobieniem tak mało znaczących i prozaicznych czynności, jak na przykład obranie ziemniaków, czy też wytarcie naczyń), ale z naszych szkolnych klas i gabinetów. Zastanawia mnie tylko, w jaki sposób, skoro od tygodnia mamy już problemy z połączeniami z internetem, przykładowo w ostatni dzień nauki stacjonarnej w tym skrzydle szkoły, gdzie pracuję, nie było go wcale.

No ale właściwie, czy to mój problem? Niech się teraz martwią ci, którzy zadecydowali (odmiennie niż w innych placówkach oświatowych), że trzeba objąć nasze zdalne zajęcia kontrolą dyrektorską w miejscu pracy - pewnikiem po to, żeby wypadły jak najbardziej efektywnie i możliwie perfekcyjnie. Nie wiem tylko, czy uczniowie mają taki sam stosunek do tego przedświątecznego planu, co dyrekcja szkoły.

- Na biologii włączę telefon u fryzjera - zdradza mi miły (i bardzo dobry) uczeń klasy siódmej. I ma wielką polewkę na myśl o uczestnictwie w lekcji podczas na przykład mycia włosów. A ja myślę o tym, że choćby biolożka miała wtedy nawet najbardziej perfekcyjny i obiecujący niezrównane efekty scenariusz zajęć, to cóż, będzie jak zawsze w takich sytuacjach... Bo “do tanga trzeba dwojga”, a dzieci już żyją Świętami i właściwie większość z nich postanowiła podziękować szkole podczas tygodnia, który właśnie minął. Przynajmniej one zdążą ze świątecznymi przygotowaniami (włącznie z przygotowaniem nowych fryzur:). Cóż, w każdej sytuacji można starać się doszukać czegoś dobrego - jeśli nie dla nas, to przynajmniej dla dzieci:).

Chociaż może dla nas też. W szkole bez uczniów czekają nas w przyszłym tygodniu nauczycielskie, świąteczne przyjemności. Mamy mieć spotkanie wigilijne (mimo że takie trochę wciśnięte między zdalne lekcje, to zawsze to jakiś powrót do normalności) i, wprowadzona z inicjatywy polonisty, nowa tradycja - mikołajki dla nauczycieli. Tak jakoś próbujemy przetrwać w tym trudnym czasie i osłodzić sobie nasze szkolne dni.

To nie jest tak, że wszystko w szkole ostatnio mi się nie podoba i marzę tylko, by się od niej uwolnić. Końcem roku w pustych szkolnych murach myślę często o tym, czego będzie mi brakowało na emeryturze. Już nie piszę tu o podstawowej sprawie, jaką stanowi dla mnie kontakt z dziećmi, bo może kiedyś w końcu doczekam się własnych wnuków i one mi zastąpią moich uczniów. Ale na pewno będę tęsknić za wieloma współpracownikami i poczuciem, że jestem częścią zespołu - czuję, że zwłaszcza ten nasz do spraw pomocy psychologiczno - pedagogicznej jest mi coraz bliższy. Z pewnością odczuję też brak widoku na Tatry w pogodne dni, kawy pitej często w pośpiechu, ale za to w miłym towarzystwie, nadziei, że może uda się jeszcze być potrzebną i komuś pomóc... Gdy odejdę, to już nie będzie dalszego ciągu kariery zawodowej, ani marzeń o tym, co jeszcze mogłabym w szkole zrobić. I taką utratę też trzeba w sobie przerobić.

Być może nawet całkiem niedługo. Minister zdrowia zapowiada rychły przymus szczepień dla trzech grup zawodowych, w tym oczywiście dla nauczycieli. A ja jeszcze wciąż nie zdecydowałam, czy wolę się zaszczepić, czy ponieść zapowiadane przez przedstawicieli rządu konsekwencje. I wcale nie zamierzam się teraz nad tym nawet zastanawiać. Nadchodzą święta i to na nich się obecnie koncentruję.

Niech okażą się tą lampką rozpalającą psychikę”, zgodnie ze słowami ostatniego webinaru. Niech sprawią, że ziszczą się moje oczekiwania na bliskość i ciepło w naszym małym, ale za to kompletnym rodzinnym gronie. Niech spełnią się słowa “Modlitwy” ukochanego od czasów studenckich Bułata Okudżawy:

Panie ofiaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak (...)

Daj każdemu po trochu... i mnie w opiece swej miej.

Choć moim zdaniem ostatnia prośba do Boga w oryginale brzmi: "i nie zapomnij o mnie". To niby  podobnie jak polskim przekładzie, ale jednak nie to samo. Nadchodzą kolejne święta w pandemii. Więc proszę, byś w tym świątecznym czasie nie zapominał o mnie Boże... 

("дай же ты всем понемногу... И не забудь про меня.")


EDIT

Po dwóch godzinach na początku kolejnego tygodnia w naszym gabinecie udało się pokonać problemy techniczne i mogliśmy rozpocząć pracę zdalną. To znaczy moglibyśmy ją rozpocząć, gdyby było z kim. Niestety, moi uczniowie już świętowali - straciłam mnóstwo czasu przy komputerze, żeby doczekać się jedynie jednego połączenia w ciągu trzech dni! Niestety nawet to pojedyncze spotkanie online zakończyło się nagłym odłączeniem mnie od internetu. Eh...

Za to nauczycielska Wigilia połączona z wizytą Świętego Mikołaja była całkiem miła i przypomniała o czasach, gdy mieliśmy ze sobą normalne, bliskie interakcje. Bardzo mi się podobały wigilijne życzenia Pani Dyrektor i postanowiłam na serio wziąć je sobie do serca. Mówiła o tym, żeby potraktować nasze zajęcie jako przywilej. Przywilej robienia czegoś dobrego. Trafiło do mnie. I z takim przekonaniem rozpoczęłam ferie świąteczne.

Niestety po powrocie do szkoły w Nowym Roku, szybko okaże się, że niczego dobrego nie będę miała szansy po raz kolejny zrobić na kolejnej edycji nauczania zdalnego. Bo... moi uczniowie nie skończą jeszcze wtedy świętować. Choć tym razem statystyka wypadnie lepiej, bo na trzy dni będę miała trzy połączenia odebrane przez uczniów, to niestety i tak uznam ten okres za ponowną stratę czasu. Eh... I jeszcze raz eh...

P.s. Zdjęcie z Mikołajem zrobiła mi koleżanka Gosia z pracy. Nie pytała o zgodę (więc ja też nie zabiegałam o nią, wklejając tu fotkę), po prostu pstryknęła z zaskoczenia. No i wyszłam, jak wyszłam. Ale Mikołaj prezentuje się całkiem fajnie, więc uznałam, że nie będzie protestował przeciwko zamieszczeniu go w internecie. Chyba uznał zresztą taką sesję zdjęciową za nieodłączny element Mikołajowej pracy:) W końcu jakby nie było, sfotografował się ze wszystkimi nauczycielkami i nauczycielami naszej szkoły:)


niedziela, 5 grudnia 2021

ŚWIĄTECZNA LAMPKA NA PRZETRWANIE GRUDNIA

 “Grudnioza” taki termin pada na ostatnim z webinarów, w którym uczestniczę. Jest ich tego roku tyle, że w końcu przestaję panować nad tym nurtem samokształcenia. Terminy plączą mi się i odchodzą w zapomnienie, zanim zdążę czegokolwiek wysłuchać.

Ale odkąd zobaczyłam temat liva z Edytą Kwiatkowską i Joanną Bonczyk, to wiedziałam, że przegapić po prostu nie mogę. “Święta, święta i depresja...” - czyż to nie o mnie? A dopisek: “Jak nie zostać świątecznym bałwanem?” dodatkowo zachęcał do spędzenia mniej więcej godziny lekcyjnej przed ekranem. Również inne postawione przez autorki spotkania pytania:

Jak przeżyć okres świąteczny z radością?

Jak radzić sobie z obniżonym nastrojem?”,

pokrywają się z tymi, jakie sobie ostatnio sama stawiam.

“Grudnioza to jest autorskie określenie stanu, w którym obecnie wszyscy przebywamy, czyli grudniowej chu.ozy i naszego fatalnego nastroju” zaczyna Joanna, absolwentka, jak się okazuje, tego samego Uniwersytetu SWPS, co ja.

“I te święta są takim dobrym remedium na to, żeby przez ten grudniowy ciężki czas jakoś przebrnąć - przez te mega krótkie, mega ciemne, pochmurne ( i jeszcze do tego nam deszcz pada) dni. (...) To wydarzenie może być dla nas (...) “świąteczną lampką rozpalającą naszą psychikę” - żeby tam trochę światła wrzucić na ten grudniowy, ciężki czas”. Tak, to naprawdę coś, na czym właśnie teraz się skupiam...

I chociaż w dalszej części spotkania dziewczyny nie dają jakichś zbawiennych rad na odkrycie magii  Bożego Narodzenia (bo po prostu takich w tej sytuacji nie ma), to miło było z nimi pobyć i przypomnieć sobie o oczywistościach, o których od czasu do czasu warto sobie przypominać. Poza tym po tym liv(i)e jakoś mi się tak już świątecznie zrobiło...

I ze zdwojoną siłą zaczynam... zamawiać w internecie wszystko, co wydaje mi się “niezbędne” do przeżycia nadchodzących Świąt: złoty obrus (no koniecznie, bo jeszcze takiego nie miałam), filiżanki w czerwone kropeczki (będą pasowały do wymarzonego na ten czas wystroju na stole) i ach, zastawa obiadowa z białymi, zaśnieżonymi skrzatami (właśnie o tym marzyłam od dawna!).

Udało mi się nie zbankrutować przed Świętami chyba tylko dzięki temu, że niektórzy użytkownicy OLX-a mają dziwny (i bardzo irytujący) zwyczaj rozmyślać się i rezygnować ze sprzedaży już wtedy, gdy wszystko jest dopięte na ostatni guzik - z mojej strony wpłacone pieniądze, a z ich wyrażone oficjalnie potwierdzenie zakupu. Niestety taki los spotkał moje filiżanki w czerwone kropeczki i zastawę obiadową z białymi, zaśnieżonymi skrzatami... A tak bardzo mi na tych przedmiotach zależało, że mam teraz trudność z poradzeniem sobie z poczuciem zawodu po takich “transakcjach”. No cóż, może chociaż złoty obrus dotrze do moich rąk, chociaż wyłącznie na jego bazie trochę trudno budować wizualizację świątecznego stołu:(

Choć więc zakupy (ale tylko takie przez internet - bez tłumów i stania w kolejkach) z reguły zawsze poprawiają mi nastrój, to jednak teraz z powodu OLX-owych rozczarowań nie złagodziły wszechogarniającej grudniozy. Tym bardziej, że ostatnio jest ona wzmacniana intensywnie właściwie z każdej strony. Jakoś nic nie idzie mi gładko, a z szarego nieba nie sypią się na mnie żadne dary.

Kacper znów przeziębiony i nawet już nie jestem tym zdziwiona, zważywszy na to, jak trudno go namówić do wyjścia na zakupy zimowych ubrań. Mąż też się źle czuje i choć lekarz stwierdził, że osłabienie, którego doświadcza, zapewne jest efektem poszczepiennym, to ja wcale nie jestem tego taka pewna. Już to przecież nie pierwszy rok, gdy stan mężowego zdrowia ulega pogorszeniu przed Świętami Bożego Narodzenia. Ot, po prostu grudnioza...

Ja zaś kolejny raz borykam się ze skutkami jakiegoś kryzysu w pracy. I nawet się sobie sama nie dziwię, bo nie da się normalnie pracować w sytuacji, gdy znowu w szkole zapanowało szaleństwo covidowe. Jedna z klas jest na przykład czwarty raz na kwarantannie...

Właściwie już się godzę z myślą, że wcześniej, czy później i mnie ten wirus dopadnie. Ale muszę za wszelką cenę zapobiec zarażeniu męża.

- Po co ci informacja o tym, które dziecko jest zarażone? - pyta mnie dyrektorka. No właśnie po to, by odizolować się od męża, jeśli będę wiedziała, że miałam bezpośredni kontakt z uczniem chorym. Ale to i tak chyba nikogo nie obchodzi.

- Nie możemy ci tego powiedzieć - słyszę od dyrektorki. W zamian dostaję instrukcje, jak wypełniać dziennik, by było wiadome, czy mam iść na kwarantannę czy też nie. Teraz mam tam wpisywać wszystkich uczniów, z którymi rozmawiam w bliskim kontakcie ponad piętnaście minut. Eh,... I pewnie jest to zgodnie z przepisami, choć dla mnie najwyraźniej byłoby lepiej, gdybym po prostu zaczęła tych rozmów unikać. Tak samo, jak wszelkiego przytulania się maluchów, chwytania mnie za rękę podczas przemierzania z nimi szkolnych korytarzy, czy też podawania jej tym, którzy z racji niepełnosprawności potrzebują pomocy na przykład przy wstawaniu. Tylko co mnie wtedy będzie trzymało w tej pracy? Co sprawi satysfakcję i zrodzi myśl, że jestem tam potrzebna? Eh,... 

Dotykają mnie takie dyrektorskie komunikaty - odbieram je jakoś osobiście - jako brak zaufania po trzydziestu latach pracy, która w głównej mierze była oparta na zachowaniu tajemnicy i operowaniu poufnymi informacjami. Kompletnie nie rozumiem przepisów, które takie odczucia generują.

Zresztą chyba nie tylko ja tak mam - w internecie roi się wprost od opinii, wytykających sprzeczności i nielogiczność obowiązujących regulacji prawnych w kwestiach covidowych. Ot na przykład, zarażony uczeń ma pozostać w domu, ale już jego rodzeństwo może przychodzić (bez testowania) do szkoły, jeśli tylko jest zaszczepione. A to, że może ono roznosić chorobę po całej placówce, to jest tylko taki szczególik. Zresztą zaszczepieni rodzice również mają pełnię wolności, a tym samym przyzwolenie, by transmitować wirusa praktycznie na cały świat. Testów przecież w przypadku osób po szczepieniach się nie wykonuje, no chyba, że ktoś ma pecha i nie choruje w sposób lekki lub w ogóle bezobjawowy.

Pod internetowym artykułem pt. “Bardzo dużo zakażeń. [Wiceminister - przyp.aut.] Kraska ujawnił nowe dane niejaka “Zmeczona” pisze: “Co wy macie z tymi szczepionkami? Przecież zaszczepieni łażą bez masek i tak samo rozsiewają to dziadostwo... Oni nie mają kwarantanny i mimo choroby mogą normalnie funkcjonować. Gdzie tu logika? Powinniśmy ten wirus starać się wyeliminować a nie go rozsiewać cały czas... Ci, którzy nie są zaszczepieni z różnych powodów przynajmniej się jeszcze jakoś starają chronić. Noszą maseczki, dezynfekują ręce nie latają na wczasy itp. Cała reszta się rozlała po świecie i ma wszystko gdzieś bo "są szczepieni". Ale oni tak samo się zarażają i przekazują to innym.Świadomie narażają innych na utratę zdrowia a nawet i życia!” (https://wiadomosci.wp.pl/bardzo-duzo-nowych-zakazen-kraska-ujawnil-nowe-dane-6706061063010944a)

No nie wiem, czy tak do końca świadomie. Chyba im jednak wmówiono, że są, w przeciwieństwie do niezaszczepionych, tą “bezpieczną” dla otoczenia grupą. Póki co, ta polityka doprowadza do tego, że czwarta fala pandemii rozkręca się w najlepsze. Tak na potwierdzenie komentarz kogoś o nicku Maar pod innym artykułem z tego samego okresu: “kolega zaszczepiony, mimo że żona i dzieci mieli covid ,chodził do pracy bo jego kwarantanna nie obejmuje. Zaraził cały wydział. Gdzie tu logika. Tak roznosi sie wirus przez zaszczepionych” (https://wiadomosci.wp.pl/koronawirus-w-polsce-najnowsze-dane-z-resortu-zdrowia-6705717092633536a).

I w ten oto sposób przyczyniamy się do ustanawiania nowych chorobowych rekordów. W dzień moich urodzin było już 28380 (wykrytych) zakażonych.

No nic, trzeba teraz wierzyć, że może jakoś się uda dotrwać w zdrowiu chociaż do Świąt. I że ta “świąteczna lampka rozpalająca naszą psychikę” pozwoli nam przetrwać grudniozę. Jesienne deszcze powoli, ale systematycznie przekształcają się w opady śniegu. Zimno zapanowało nad światem. “Winter is coming”... I trzeba jeszcze zebrać siły, by przetrwać poświąteczną “styczniozę”...

niedziela, 21 listopada 2021

ŻYCIE NIEEKSCYTUJĄCE I NIEODKRYWCZE

Listopadowe dni budziły się ostatnio spowite mgłą bądź zapłakane deszczem. Dziś wreszcie znowu zaświeciło słońce i wprowadziło kolory - mimo że  stonowane i oszczędne, to jednak ożywiające ten dosyć surowy obraz jesiennego świata. Jest on już niemal bezlistny, tylko jeszcze modrzewie za oknami trzymają na gałęziach sporo swoich żółtawych igiełek, a jeden z dębów w dolinie rzeki stoi nadal wystrojony w zeschnięty brąz. Ale i tak to wszystko dla mnie jest niezmiennie piękne. Chciałam teraz dopisać coś o tym, że “piękno leży w oku patrzącego”, ale ponieważ internet przypisuje tę mądrość dziesiątkom osób, to jakoś trudno mi się powołać na słowa, których autora z powodu niewiedzy nie sposób tu nawet docenić.

Ostatnio coraz rzadziej przygotowuję wpisy na bloga.

- W moim życiu nic ekscytującego się nie dzieje - tłumaczę koledze pedagogowi z pracy. - A przemyślenia? Kto by sobie nimi głowę zawracał? Przecież to też nic odkrywczego. Po co więc pisać?

I to wszystko prawda. Czy bowiem jedyny nadprogramowy wyjazd - na szczepienie męża do Krakowa, jaki nam się ostatnio przydarzył, moglibyśmy traktować jako ekscytujący czy też odkrywczy? Poza tym u nas kompletna rutyna i codzienność zgodna z mało wyszukanym planem.

Rzecz w tym, że ja to swoje życie takie nieekscytujące i nieodkrywcze po prostu lubię. Ukryłam się w nim przed światem, który po śmierci dziecka przestałam postrzegać jako miejsce bezpieczne i przewidywalne. I dobrze mi tak przycupniętej w życiowym kąciku. Sprawia mi przyjemność przyglądanie się stamtąd rzeczom, które lubię. Coraz częściej myślę, że, jak dla mnie, to wystarczy...

Lubię ciepłe światło, które wraz ze słońcem zagląda mi z upływem dnia w coraz to inne okno salonu i wyzłaca, a to rozkwitające w wielkiej obfitości na parapetach kolorowe pąki grudnika (zastępujące dopiero co pożegnane kwiaty wielkanocnego kaktusa), a to liście Bartkowego drzewka bonzai, które znowu co rusz wypuszcza nieokiełznane gałązki, chcąc być na powrót zwyczajnym fikusem, czy też pozostałe z poprzednich świąt poinsencje, co zrzuciły ostatni liść o barwie ognia dopiero w zeszłym tygodniu, po tym jak wybarwiały się na czerwono przez całą wiosnę i lato. Wszystko to trochę jakby bez zgodności z obowiązującym kalendarzem:).

W pochmurne dni też jest mimo wszystko pięknie. Lubię swojego nowego amarylisa, który w  krwistoczerwonym ukwieceniu czeka już na moje sześćdziesiąte urodziny. Lubię, kiedy kot wślizguje się między rozstawioną na liliowym obrusie delikatną porcelanę i dopełnia dekoracji na stole:) I gdy wieczorem pokój rozjaśnia się nieco tajemniczym blaskiem nowo nabytej lampki z błękitnym abażurem.

No dobra, niech będzie: “piękno leży w oku patrzącego”, bez względu na to, kto jest autorem tych słów.

*

P. S. Taka sytuacja już po napisaniu posta:

niedzielna kolacja, talerze z parującym ciepłym daniem wjeżdżają na stół, za oknem ciemność chłód i mżawka, dzwoni Kacper. I ten, kto ma dzieci momentalnie rozszyfruje, co znaczą jego słowa:

- Chciałem tylko zapytać, tak na wszelki wypadek, bo mówiliście, żebym dał znać, jak mi coś będzie potrzeba, ale oczywiście to nic zobowiązującego i nie żeby konieczność... ( i tu teatralna przerwa po tym wstępie;)...

- Czy nie wybralibyście się dziś do... Poznania?

Po czym mętne i właściwie nie do szybkiego ogarnięcia wytłumaczenie: trzeba oddać pieska, którego pożyczyła Kacprowi jakieś półtora miesiąca temu dobra koleżanka (moim zdaniem po to, by nasz syn miał przymus wychodzenia z domu na spacery) i... wymienić go na kota. Dziewczyna nie może się nim teraz zajmować, bo jest w trakcie przeprowadzki do Warszawy. Aha, no i należy być w Poznaniu przed północą, bo mama koleżanki musi przejąć opiekę nad pieskiem przed wyjazdem z miasta. To tyle co zrozumiałam, choć wszystko było tak pokręcone - przeze mnie lub przez Kacpra, że w końcu okazało się, że kot jedzie do niego na stałe. A mama koleżanki chyba jednak została w Poznaniu, choć nie wiem, czy akurat z pieskiem. Zresztą, nieważne, przecież i tak chodziło w tym wszystkim o to, że syn zwrócił się do nas z prośbą i trzeba było szybko zadecydować, czy pomożemy. A że dość zaskakującą? No cóż, na okrasę dostaliśmy liczne “zmiękczające” zapewnienia:

- Oczywiście, jeśli tata się źle czuje, to nie jedźcie. Jakoś dam sam radę. Pojadę pociągiem, mam tam taki z trzema przesiadkami. Będę w Poznaniu nad ranem. Może potem zdążę się załapać na powrót tak po piątej. To jakieś sześć godzin jazdy..., no i tym podobne...

I jak tu nie kochać bycia rodzicem? Dzieci, nawet te dorosłe, jak widać, zawsze potrafią zadbać o niespodzianki i zorganizować nam czas. Gorąca kolacja została na stole, dalej sobie parując w najlepsze. Zebraliśmy się do tysiąckilometrowej trasy dosłownie w 10 minut, by zdążyć dojechać do Poznania (przez Kraków!) przed północą. I poczułam się dumna z naszej gotowości na tego typu zaskoczenia i wyzwania (dość wyczerpujące zresztą).


Nieoczekiwanie więc spędziłam w podróży całą noc. I miałam prawie pół tysiąca kilometrów z przytulaniem się do słodkiego pieska Haru. I był Poznań by night:) I kolejne prawie 500 kilometrów w akompaniamencie miauczenia małej koteczki Hime.



W poniedziałek poszłam do szkoły omal prosto z trasy. I stwierdziłam, że wciąż daję radę połączyć nawet mocno intensywne podróże z pracą:). Czy ja tu wcześniej pisałam, że moje życie pozbawione jest ekscytacji i odkrywczości? 

Odwołuję to wszystko...


 

piątek, 29 października 2021

DNI O SMAKU MIODU, CYTRYNY I CZOSNKU

 Wydaje się, że świat znowu pojaśniał. To dzięki temu, że pożółkły drzewa, które wcześniej były wciąż jeszcze zielone. Te zbrązowiałe zaś w większości już zrzuciły liście, ukryte teraz w zadziwiająco, jak na finał października, bujnej trawie. Panorama, którą mogę obecnie obserwować z okien mojej usadowionej w najwyższym punkcie osiedla szkoły zachwyca. Ostatnio codziennie rozpoczynamy z Beatą nasze szkolne dniówki od sprawdzenia, czy na horyzoncie widać Tatry. I przy tej pogodzie, jaka się u nas utrzymuje, najczęściej je widać:). To miło nastraja do pracy, choć sama sytuacja w szkole już taka miła nie jest.

Mamy kolejny wysp kwarantannowych nieobecności zarówno wśród pracowników, jak i uczniów. Tym razem wszystko zaczęło się od zachorowania jednego z przedstawicieli naszego nauczycielskiego grona. Ha, smaczku dodaje fakt, że takiego, który na wiosnę karnie się zaszczepił. Wzbudziło to liczne niesnaski. Głównie wśród nauczycieli zaszczepionych - ci muszą pracować bez względu na to, czy mieli kontakt z osobą zarażoną czy też nie. Trudno się dziwić, ze czują się z tym mało komfortowo i mało bezpiecznie. Pozostali zostali zaklasyfikowani jako zagrożeni chorobą i skierowani przez sanepid na kwarantannę.

Ja na szczęście po raz pierwszy chyba od początku pandemicznej historii jestem w sytuacji, kiedy nie miałam jakiegoś dłuższego kontaktu z pechowym nauczycielem przed jego zachorowaniem. Czuję się więc w miarę spokojnie. Może też po prostu doszłam do wniosku, że bardziej mi szkodzi strach przed pandemią i związany z tym stres niż sama pandemia. Oczywiście może się okazać, że to bardzo zwodnicze poczucie spokoju. Pewnie zamiast się nim napawać, powinnam zacząć zwracać teraz większą uwagę na swoje bezpieczeństwo, gdyż liczba chorych ostatnio bardzo szybko przyrasta. Dziś mamy ich w Polsce 9387.

Ale z drugiej strony obcowanie z różnymi chorobami sezonowymi to dla mnie po tylu latach pracy w szkole normalność. Obecnie również większość naszych dzieciaków ma katar, pokasłuje, kicha, albo też jest zwalniana całymi stadami do domu z powodu bólu brzucha. W tym roku staram się podchodzić do tych objawów tak, jak kiedyś przed laty - bez nadmiaru przytłaczających emocji.

Mojej rodziny także nie ominęły jesienne choroby. Kacper przez ponad tydzień nie mógł się ruszyć z domu, a i mąż powrócił ze szpitala, kaszląc w sposób niemiłosierny. I znów przez dłuższy czas zmartwienia zaciskały mi na szyi swoje długie, mocne palce. Na szczęście wszystko powoli powraca do normy. Nasz student już goni na zajęcia i stara się nadrobić zaległości w języku chińskim - podziwiam, bo to naprawdę niełatwe. Mąż natomiast robi wszystko, by odzyskać utracone siły - trochę to trwa, bo nie korzysta z żadnych farmakologicznych wspomagaczy. W Ochojcu zapewniono go, że jego przeziębienie nie rozwija się w kierunku stanu zapalnego, więc staramy się po prostu przetrwać ten gorszy czas, stosując stare, sprawdzone, domowe sposoby. I tak oto teraz nasze dni mają smak miodu, cytryny i czosnku.

Czekamy, by mąż poczuł się na tyle zdrowy, aby mógł się... zaszczepić. Tak, gdy pisałam o tym, że nie jesteśmy antyszczepionkowcami, tylko osobami nieprzekonanymi do szczepienia, to nie kłamałam. Ale tym razem w Ochojcu znaleźli się ludzie, którzy wpłynęli na mężowe przekonania. Dwoje kardiologów rozmawiało z mężem na temat konsekwencji zarażenia się przez niego koronawirusem przy tym rodzaju schorzeń, jakie są jego udziałem. Pani doktor, pracująca zarazem na oddziale covidowym, oceniła jego szanse przeżycia w takiej sytuacji na... żadne. Opowiadała o ostatnich chwilach równie schorowanych jak mąż, a zarazem zapadających na covid - 19 ludzi i o własnym poczuciu bezsilnności, gdy mimo najszczerszych chęci nic już nie jest w stanie takim osobom pomóc. Bardzo smutne, wręcz przerażające historie i ogrom ludzkich tragedii. Mąż był nimi szczerze poruszony.

Również pielęgniarka, która się nim opiekowała wrzuciła swój kamyk do ogródka.

- My tu się nie testujemy, bo wszyscy jesteśmy zaszczepieni. Ale żyjemy normalnie. I każdy z nas może Pana zarazić czymś, co przyniesie spoza szpitala - ostrzegła męża.

Trudno dyskutować z takimi argumentami. Zwłaszcza, kiedy są podane jako sprawy do przemyślenia, a nie źródło nacisku w nurcie obowiązującej propagandy. Gdy traktuje się ludzi podmiotowo w rozważaniach dotyczących ich zdrowia i przyszłości, w dyskusji pozbawionej propagandowej agresji, atmosfera między rozmówcami oczyszcza się ze zbędnych emocji. I okazuje się, że wtedy można jednak wpłynąć na opornych nawet pacjentów.

Dochodzi do nas wówczas bowiem przypuszczenie, że być może druga strona kieruje się autentyczną troską o nasz los, o nasze życie. I właśnie w ten sposób postanowiliśmy potraktować dobre rady służby zdrowia z Ochojca. Ale może gdzieś w naszym wnętrzu już była wcześniej taka potrzeba, żeby ktoś potrafił nas sensownie do szczepienia przekonać.

To, że tak się stało, staram się teraz traktować jako jeden z pozytywów ostatniego mężowego pobytu w szpitalu. Tak, są też inne. Pozytywną stroną czasu spędzonego w Ochojcu było oczywiście przede wszystkim postawienie przedoperacyjnej diagnozy. I w tym zakresie okazało się, po pierwsze, że mimo podejrzeń ratowników medycznych z naszego miasta do zawału u męża nie doszło (skończyło się na przeciążeniu mięśnia sercowego), a po drugie, iż można też wykluczyć u niego wieńcówkę. Tak więc powody do radości są.

Ale też i do obaw. Niestety ochojski anestezjolog potwierdził to, przed czym wcześniej ostrzegał nas naczyniowiec i kardiolożka pracująca w naszym mieście. Otóż największe ryzyko dla męża przyniesie nie czas operacji, ale kilka najbliższych po niej miesięcy. I niestety szacunki w tym względzie wyglądają przerażająco. Anestezjolog określił ryzyko śmierci w takim okresie na 50%. Nogi się pod nami ugięły z wrażenia.

Ale i tak decyzji w sprawie operacji nie sposób zmienić.

- A jakie pan ma wyjście? - pyta retorycznie anestezjolog. - Pogorszenie może zacząć przyspieszać i za chwilę stan zrobi się taki, że już nic nie będzie się dało u pana uratować.

No więc cóż. Operacja jest umówiona wstępnie na styczeń. Kardiochirurg, który chciał ją wykonać już 3 tygodnie po badaniach, dał się przekonać, żeby zostawić mężowi jeszcze czas na spokojne przeżycie Świąt Bożego Narodzenia. Potem już chyba nie da się i nie ma sensu niczego dłużej odwlekać.

A do tego momentu trzeba przestać myśleć o zagrożeniach oraz ostatecznościach i skoncentrować się na tym, co przynosi bieżące życie. Nasza codzienność jest wystarczająco wymagająca i trzeba podołać jej wyzwaniom każdego dnia. Do porannych przymrozków dołączyły ostatnio chłodne mgły. Świat zmienia się na coraz bardziej listopadowy i .nostalgiczny. Zaczyna się weekend Wszystkich Świętych...