Lipcopad – taką nazwę bieżącego miesiąca widzę na jednym z rysunków w internecie. Z komentarzem autora: Takie lato, to ja mam jesienią.
Trudno się nie zgodzić z Maciejem Maćkowiakiem. Jesienne skojarzenia nasuwają się same.
U nas dziś tak jakoś, jakby lato i wakacje miały się lada moment skończyć – napisałam wczoraj do Bliskich, dołączając zdjęcia sprzed naszego domu. Powiewa już od nich omal jesienną nostalgią.
Właściwie mogłabym podpisać te zdjęcia "Mimozami jesień się zaczyna...", bo podobno to nawłoć miał poeta w tym wierszu na myśli:).
Aż wierzyć się nie chce, że nie doszliśmy jeszcze nawet do "Hanki", od której podobno już zimne wieczory i ranki. Przecież ja to zimno czuję właściwie przez cały czas od powrotu z Azji.
Dziwna ta pogoda w tym roku. Gdy poleciałyśmy z Anią na Malediwy, to Madzia donosiła:
W Ojczyźnie upały tropikalne. Od 06:00 biegam z wężem ogrodowym i podlewam rośliny zmęczone słońcem.
Próbowałam ją wówczas przywabić do nas:
z tego co widzę w aplikacji pogodowej, to mamy stabilne 7 stopni mniej od Was. No i ta leciutka bryza od morza, zapraszamy.
Ale Madzia nie zdecydowała się przylecieć.
Dostajemy alerty burzowe. Zobaczymy, co ma w zanadrzu Matka Natura – odpisała.
Alerty się sprawdziły.
Chłodniej… Pada… Można swobodnie oddychać… - dostajemy od Madzi raport pogodowy następnego dnia.
No i od tej pory padać właściwie nie przestało.
Okazuje się, że pora deszczowa jakby trochę pobłądziła w świecie i zamiast trafić z nami do Sri Lanki, pojawiła się w naszym rodzimym kraju.
Oddychamy z ulgą po upałach, hortensje rosną jak szalone – kontynuuje Madzia , gdy nasz pobyt w Azji zbliża się ku końcowi. Ale nie wszyscy cieszą się z takiego lata.
Jeśli ktoś zaplanował lipcowe wczasy w Polsce, to niestety raczej nie ma powodów do zadowolenia. Beata z dużymi obawami wybiera się jutro nad Bałtyk.
Ja zaś, spoglądając raz po raz przez ostatnie dni za okno, czuję ogromną ulgę, że nigdzie wyjeżdżać nie muszę.
A ryzyko było i to spore. ZUS bowiem przydzielił mi termin sanatoryjny na turnus, który rozpoczynał się dzisiaj! I choć uwielbiam Wysową, gdzie znowu miałam pojechać (Instytut Zdrowia Człowieka), to jednak wakacje tam chciałabym spędzać na innych aktywnościach niż leczenie. Poza tym nie wyobrażałam sobie tego, że po turnusie wróciłabym do domu zaledwie pięć dni przed rozpoczęciem pracy nad przygotowaniem nowego roku szkolnego w jednej z moich placówek. W ten sposób przecież całkowicie rozminęłabym się przez cały okres wakacyjny z dzieciakami. A tak mi brakuje ich obecności podczas roku szkolnego, kiedy widujemy się raczej tylko w przelocie. Chciałabym podczas wakacji wszystkie zaległości w tym temacie nadrobić.
Na szczęście lekarz orzecznik zgodził się zmienić mój sanatoryjny termin na późniejszy. Dzięki temu mogłam sobie zaplanować, że spędzę większość wakacji w domu. Zależało mi w tym roku na tym ze względu na przygotowanie pomieszczeń do koniecznych prac remontowych.
Co z tego wyszło? Ano jak do tej pory nic. Ale jako usprawiedliwienie mogę tu podać siłę wyższą. Jakieś 3 dni po powrocie z podróży na plecy wyszedł mi ogromny rumień. Myślałam, że to coś alergicznego i przelotnego, ale ponieważ nie ustępował, to poszłam z nim w weekend do lekarza. Pani doktor stwierdziła, że dla niej to borelioza, ale ponieważ wystąpienie objawu zbiegało się w czasie z powrotem z Azji, zaleciła jeszcze konsultację z Poradnią Medycyny Zakaźnej.
Kiedy słyszy się taką nazwę, to człowiek myśli, że musi trafić tam natychmiast – by nie zarażać innych i wdrożyć leczenie niechybnie ratujące życie. Zwłaszcza, gdy na skierowaniu ma napisane: przypadek pilny. A jak to wygląda w praktyce?
W najbliższej przychodni w Olkuszu udało mi się zarezerwować wizytę na drugą połowę września. Nie mogąc wprost uwierzyć, że terminy na cito są tak odległe, obdzwoniłam inne placówki w rejonie. Oświęcim – tu można się było umówić na listopad, w Wadowicach na marzec, w Katowicach Ochojcu na kwiecień. Wreszcie dodzwoniłam się do Krakowa i tam zaproponowano najszybszy termin – pierwsze wrześniowe dni. Tyle, że abym z niego mogła skorzystać, to musiałam najpierw odwołać wizytę w Olkuszu. Oczywiście zrobiłam to, bo uznałam, że jeśli mi (lub komuś, kogo zarażę) ma to uratować życie, to skórka warta wyprawki. No i spędziłam kolejną godzinę na telefonie.
A gdy chciałam wreszcie poinformować poradnię w Krakowie, że zadanie zostało wykonane, to wówczas zdarzył się cud. Dostałam w niej termin na dzień następny! Nie mogłam wprost uwierzyć w taką niespodziankę.
Boję się myśleć co było przyczyną zwolnienia terminu ale i tak super że udało się już na jutro – napisała Ania.
Na pewno ozdrowienie. Chcę o tym tak właśnie myśleć. Bo przecież w obszernej definicji słowa cud mieści się także kategoria: cudowne ozdrowienie.
Reszta idzie już gładko – rankiem następnego dnia wyruszam do Krakowa, w którym spędzę nawet całkiem miły czas po wizycie u lekarza. Przesympatyczna Pani doktor potwierdza diagnozę boreliozy i zaleca trzytygodniową antybiotykoterapię. Jakoś się za bardzo nie przejmuję rozpoznaniem.
Powiem więcej, ubawiłam samą siebie - gdy siedziałam w poczekalni i czekałam na wizytę, to cały czas myślałam o tym, że choćby to było nie wiem co, to i tak niczego nie żałuję i pojechałabym po raz kolejny – zwierzam się przyjaciołom i pani doktor.
A ona, co naprawdę już jest nie do uwierzenia, rozumie, a nawet chwali moja postawę! Opowiada zabawną anegdotkę o poprzednim ordynatorze, niezbyt taktownie wyrażającym niezadowolenie z powodu podróży, która zakończyła się malarią dla jego pacjenta. A ten ponoć całkiem spokojnie i przytomnie odparował:
- A mój sąsiad nigdzie nie wyjeżdżał i też zachorował.
No właśnie. Unikanie podróży nie gwarantuje zdrowia. Zresztą moja choroba nawet niekoniecznie musi być związana z wyjazdem. Jeśli rumień pojawia się od 3 do 30 dni od zakażenia, to równie dobrze mogłam się zarazić w Polsce – przed lub po podróży. Pozostawanie w domu przed niczym nie chroni. Nie ma znaczenia, czy jest się na znanym sobie, czy też nieznanym terenie.
Najlepszym przykładem jest tu Ania, która następnego dnia po moim wyjeździe do Krakowa skręciła nogę w swoim własnym miejscu pracy.
Biedulka, spędziła kilka godzin na SOR – ze, a potem musiała się zaopatrzyć w środki przeciwbólowe, ortezę i kule, żeby przetrwać noc po takim wypadku. Teraz niestety czeka ją spędzenie kolejnych dni w łóżku, zanim spróbuje dojść do siebie.
Staram się ją jakoś pocieszać, ale za bardzo mi nie wychodzi. Nawet jak wyciągnęłam z zanadrza pocieszenie największego kalibru – fotkę z dwoma butelkami wina Caravaggio, które Madzia przywiozła mi z Malty i obietnicę, że będą na nią czekały, to i tak miałam wrażenie, że sobie z jej dolegliwością bardzo słabo radzę.
Ze swoją też nie do końca. Tyle, że tu raczej nie sama borelioza mi dokucza, ile przyjmowanie potężnej dawki antybiotyków. Jestem po nich nie dość, że osłabiona, to jeszcze mój przewód pokarmowy trochę się buntuje na okoliczność ich obecności. A mogą przecież wystąpić dalsze działania niepożądane. Pani doktor uprzedzała na przykład o uczuleniu skóry na światło słoneczne. Unikanie słońca zostało nawet zapisane w zaleceniach po wizycie.
Wygląda na to, że na razie jednak nic z jego strony mi nie grozi. Światła słonecznego ostatnio u nas jak na lekarstwo. Pozostaje mi tylko życzyć sobie w dalszym ciągu braku poprawy pogody. I cóż mam napisać na zakończenie tego wpisu? Może hasło, niech żyje lipcopad?!
P.s. A Tobie Aniu, przy okazji Dnia Imienin jeszcze raz dużo zdrowia życzę

