sobota, 26 lipca 2025

ZABŁĄKANA PORA DESZCZOWA


Lipcopad – taką nazwę bieżącego miesiąca widzę na jednym z rysunków w internecie. Z komentarzem autora: Takie lato, to ja mam jesienią.

Trudno się nie zgodzić z Maciejem Maćkowiakiem. Jesienne skojarzenia nasuwają się same.

U nas dziś tak jakoś, jakby lato i wakacje miały się lada moment skończyć – napisałam wczoraj do Bliskich, dołączając zdjęcia sprzed naszego domu. Powiewa już od nich omal jesienną nostalgią.

Właściwie mogłabym podpisać te zdjęcia "Mimozami jesień się zaczyna...", bo podobno to nawłoć miał poeta w tym wierszu na myśli:).

Aż wierzyć się nie chce, że nie doszliśmy jeszcze nawet do "Hanki", od której podobno już zimne wieczory i ranki. Przecież ja to zimno czuję właściwie przez cały czas od powrotu z Azji.

Dziwna ta pogoda w tym roku. Gdy poleciałyśmy z Anią na Malediwy, to Madzia donosiła:

W Ojczyźnie upały tropikalne. Od 06:00 biegam z wężem ogrodowym i podlewam rośliny zmęczone słońcem.

Próbowałam ją wówczas przywabić do nas:

z tego co widzę w aplikacji pogodowej, to mamy stabilne 7 stopni mniej od Was. No i ta leciutka bryza od morza, zapraszamy.

Ale Madzia nie zdecydowała się przylecieć.

Dostajemy alerty burzowe. Zobaczymy, co ma w zanadrzu Matka Naturaodpisała.

Alerty się sprawdziły.

Chłodniej… Pada… Można swobodnie oddychać… - dostajemy od Madzi raport pogodowy następnego dnia.

No i od tej pory padać właściwie nie przestało.

Okazuje się, że pora deszczowa jakby trochę pobłądziła w świecie i zamiast trafić z nami do Sri Lanki, pojawiła się w naszym rodzimym kraju.

Oddychamy z ulgą po upałach, hortensje rosną jak szalonekontynuuje Madzia , gdy nasz pobyt w Azji zbliża się ku końcowi. Ale nie wszyscy cieszą się z takiego lata.

Jeśli ktoś zaplanował lipcowe wczasy w Polsce, to niestety raczej nie ma powodów do zadowolenia. Beata z dużymi obawami wybiera się jutro nad Bałtyk.

Ja zaś, spoglądając raz po raz przez ostatnie dni za okno, czuję ogromną ulgę, że nigdzie wyjeżdżać nie muszę.

A ryzyko było i to spore. ZUS bowiem przydzielił mi termin sanatoryjny na turnus, który rozpoczynał się dzisiajI choć uwielbiam Wysową, gdzie znowu miałam pojechać (Instytut Zdrowia Człowieka), to jednak wakacje tam chciałabym spędzać na innych aktywnościach niż leczenie. Poza tym nie wyobrażałam sobie tego, że po turnusie wróciłabym do domu zaledwie pięć dni przed rozpoczęciem pracy nad przygotowaniem nowego roku szkolnego w jednej z moich placówek. W ten sposób przecież całkowicie rozminęłabym się przez cały okres wakacyjny z dzieciakami. A tak mi brakuje ich obecności podczas roku szkolnego, kiedy widujemy się raczej tylko w przelocie. Chciałabym podczas wakacji wszystkie zaległości w tym temacie nadrobić.

Na szczęście lekarz orzecznik zgodził się zmienić mój sanatoryjny termin na późniejszy. Dzięki temu mogłam sobie zaplanować, że spędzę większość wakacji w domu. Zależało mi w tym roku na tym ze względu na przygotowanie pomieszczeń do koniecznych prac remontowych.

Co z tego wyszło? Ano jak do tej pory nic. Ale jako usprawiedliwienie mogę tu podać siłę wyższą. Jakieś 3 dni po powrocie z podróży na plecy wyszedł mi ogromny rumień. Myślałam, że to coś alergicznego i przelotnego, ale ponieważ nie ustępował, to poszłam z nim w weekend do lekarza. Pani doktor stwierdziła, że dla niej to borelioza, ale ponieważ wystąpienie objawu zbiegało się w czasie z powrotem z Azji, zaleciła jeszcze konsultację z Poradnią Medycyny Zakaźnej.

Kiedy słyszy się taką nazwę, to człowiek myśli, że musi trafić tam natychmiast – by nie zarażać innych i wdrożyć leczenie niechybnie ratujące życie. Zwłaszcza, gdy na skierowaniu ma napisane: przypadek pilny. A jak to wygląda w praktyce?

W najbliższej przychodni w Olkuszu udało mi się zarezerwować wizytę na drugą połowę września. Nie mogąc wprost uwierzyć, że terminy na cito są tak odległe, obdzwoniłam inne placówki w rejonie. Oświęcim – tu można się było umówić na listopad, w Wadowicach na marzec, w Katowicach Ochojcu na kwiecień. Wreszcie dodzwoniłam się do Krakowa i tam zaproponowano najszybszy termin – pierwsze wrześniowe dni. Tyle, że abym z niego mogła skorzystać, to musiałam najpierw odwołać wizytę w Olkuszu. Oczywiście zrobiłam to, bo uznałam, że jeśli mi (lub komuś, kogo zarażę) ma to uratować życie, to skórka warta wyprawki. No i spędziłam kolejną godzinę na telefonie.

A gdy chciałam wreszcie poinformować poradnię w Krakowie, że zadanie zostało wykonane, to wówczas zdarzył się cud. Dostałam w niej termin na dzień następny! Nie mogłam wprost uwierzyć w taką niespodziankę.

Boję się myśleć co było przyczyną zwolnienia terminu ale i tak super że udało się już na jutronapisała Ania.

Na pewno ozdrowienie. Chcę o tym tak właśnie myśleć. Bo przecież w obszernej definicji słowa cud mieści się także kategoria: cudowne ozdrowienie.

Reszta idzie już gładko – rankiem następnego dnia wyruszam do Krakowa, w którym spędzę nawet całkiem miły czas po wizycie u lekarza. Przesympatyczna Pani doktor potwierdza diagnozę boreliozy i zaleca trzytygodniową antybiotykoterapię. Jakoś się za bardzo nie przejmuję rozpoznaniem.

Powiem więcej, ubawiłam samą siebie - gdy siedziałam w poczekalni i czekałam na wizytę, to cały czas myślałam o tym, że choćby to było nie wiem co, to i tak niczego nie żałuję i pojechałabym po raz kolejnyzwierzam się przyjaciołom i pani doktor.

A ona, co naprawdę już jest nie do uwierzenia, rozumie, a nawet chwali moja postawę! Opowiada zabawną anegdotkę o poprzednim ordynatorze, niezbyt taktownie wyrażającym niezadowolenie z powodu podróży, która zakończyła się malarią dla jego pacjenta. A ten ponoć całkiem spokojnie i przytomnie odparował:

- A mój sąsiad nigdzie nie wyjeżdżał i też zachorował.

No właśnie. Unikanie podróży nie gwarantuje zdrowia. Zresztą moja choroba nawet niekoniecznie musi być związana z wyjazdem. Jeśli rumień pojawia się od 3 do 30 dni od zakażenia, to równie dobrze mogłam się zarazić w Polsce – przed lub po podróży. Pozostawanie w domu przed niczym nie chroni. Nie ma znaczenia, czy jest się na znanym sobie, czy też nieznanym terenie.

Najlepszym przykładem jest tu Ania, która następnego dnia po moim wyjeździe do Krakowa skręciła nogę w swoim własnym miejscu pracy.

Biedulka, spędziła kilka godzin na SOR – ze, a potem musiała się zaopatrzyć w środki przeciwbólowe, ortezę i kule, żeby przetrwać noc po takim wypadku. Teraz niestety czeka ją spędzenie kolejnych dni w łóżku, zanim spróbuje dojść do siebie.

Staram się ją jakoś pocieszać, ale za bardzo mi nie wychodzi. Nawet jak wyciągnęłam z zanadrza pocieszenie największego kalibru – fotkę z dwoma butelkami wina Caravaggio, które Madzia przywiozła mi z Malty i obietnicę, że będą na nią czekały, to i tak miałam wrażenie, że sobie z jej dolegliwością bardzo słabo radzę.

Ze swoją też nie do końca. Tyle, że tu raczej nie sama borelioza mi dokucza, ile przyjmowanie potężnej dawki antybiotyków. Jestem po nich nie dość, że osłabiona, to jeszcze mój przewód pokarmowy trochę się buntuje na okoliczność ich obecności. A mogą przecież wystąpić dalsze działania niepożądane. Pani doktor uprzedzała na przykład o uczuleniu skóry na światło słoneczne. Unikanie słońca zostało nawet zapisane w zaleceniach po wizycie.

Wygląda na to, że na razie jednak nic z jego strony mi nie grozi. Światła słonecznego ostatnio u nas jak na lekarstwo. Pozostaje mi tylko życzyć sobie w dalszym ciągu braku poprawy pogody. I cóż mam napisać na zakończenie tego wpisu? Może hasło, niech żyje lipcopad?!

P.s. A Tobie Aniu, przy okazji Dnia Imienin jeszcze raz dużo zdrowia życzę

czwartek, 24 lipca 2025

DNI KUBEK W KUBEK DO SIEBIE PODOBNE - Malediwy cz. 3

 Poprzedni wpis o Malediwach pod linkiem: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/07/do-poprawy.html

W naszej podróży zarezerwowałam na Malediwy jedynie 5 dni (4 noce). Wydawało mi się, że na malutkiej wysepce nie będzie co robić dłużej, zwłaszcza, że nie nastawiałam się wcześniej (ani też później:) na żadne wycieczki łodzią.

Ale wszystkie moje wyobrażenia o Malediwach były mylne. Mimo że mamy tu ciut leniwie, to absolutnie nie ma w tym nudy. Nawet zdarzają nam się przygody, które doprawiają pobyt szczyptą adrenaliny, jak na przykład wyprawa na pace dostawczaka z poznanym na plaży Malediwczykiem (znów nieznajomy, hmm...) po zielone kokosy. Ostatecznie okazało się, że facet ma je w domu, więc po co objeżdżałyśmy z nim całą wyspę, przystając pod każdą knajpą, to naprawdę ciężko było zrozumieć. Zwłaszcza, że nasz nowy (już) znajomy i tak zaplanował, że będziemy je spożywać jednak na plaży pod daszkami Ameery, skąd nas zabrał i gdzie nas finalne odstawił. I nawet kasy nie chciał za przygotowanie kokosów do degustacji, choć cena była ustalona już na początku tej szalonej eskapady. Dobrze, że Ania przytomnie jednak wsunęła mu nasze dolary w garść, bo przecież żadnych długów wdzięczności nie chciałyśmy na wyspie zostawiać... A ja byłam zbyt zdezorientowana w tej sytuacji, żeby podjąć jakąkolwiek decyzję.

Ale co się przy tym uchichrałyśmy, to nasze. No i ten wiatr we włosach podczas rajdu na pełnym gazie po wertepach - doświadczenie bezcenne.

Na Dhiffushi nie ma asfaltowych dróg. Wyspę przemierza się piaszczystymi traktami, które są dobrze utrzymane, ubite, a nawet zamiatane wokół budynków przez kobiety. Mam wrażenie, że jest tam tylko jeden mega wyboisty szlak (można by go nazwać nawet ścieżką:) - właśnie ten, którym jechałyśmy, gdy zachciało nam się drinków prosto z kokosa (na Malediwach pita w ten sposób woda kokosowa z dodatkiem jego świeżego miąższu nazywa się Kurumba).

Ale był wiatr we włosach i w innych sytuacjach, na przykład wtedy, gdy wraz z naszymi walizami przemierzałyśmy na platformie towarowego tuk tuka po raz pierwszy drogę z portu w Dhiffushi do Ameery (jakieś 3 minuty drogi:). Albo wówczas, gdy Ibrahim przewoził Anię na motorze w odwrotną stronę. Zresztą wycieczki motorowe zdają się być dla mieszkańców wyspy ulubioną rozrywką.

Próbujemy podpatrywać ich życie z pełną świadomością, że ten krótki błysk oświetlającego go światła nie daje całościowego oglądu ani żadnych podstaw do formułowania dalekosiężnych wniosków. Opowiadamy o tym, co nas spotyka na Dhiffushi, podkreślając, że to tylko nasze osobiste doświadczenia. Nie spotykamy przecież tych samych ludzi, co inni podróżujący. Interakcje z nimi są uzależnione też od umiejętności, które posiadamy, naszych charakterów, czy aktualnych okoliczności zewnętrznych.

Generalnie doświadczamy tego, że wszyscy faceci na Wyspie są dla nas mili – czy to sprawia urok osobisty Ani, czy też ich ogólne wyluzowanie, widoczne w strojach, sposobach spędzania wolnego czasu, otwartości na kontakty z obcymi, tego naprawdę nie wiemy. Kobiety za to nas ignorują, nasze uśmiechy i przesyłane im pozdrowienia pozostają bez odpowiedzi.

- O co im chodzi? - pyta w końcu Ania.

Tego też nie wiemy, być może to nieufność, a być może niechęć. Możliwe, że dla nich jednak jesteśmy zbyt wyzwolone, zbyt nieskromne. Piękna sukienka Ani, choć czarna i do kostek, ma jednak ramiączka – może dla tych pozakrywanych kobiet to już frywolność, a może nawet bezwstydność? Nie mamy pojęcia. Może przecież chodzić o cokolwiek innego.

Ania, śmieje się z praktyk innych podróżników - wszystkowiedzących i dokonujących w internecie zawsze jedynie słusznej oceny. Opowiada mi o swoim koledze, który w odpowiedzi na to z ironią stwierdził, że teraz może już napisać książkę pod tytułem "Moja Albania", bo był tam w tym roku trzy dni, a odliczając podróż, to może jakichś dwóch by się doliczył.

Nie wszyscy jednak mają w sobie taką pokorę. Pół biedy, jak jeszcze ktoś przed nazwą kraju dopisuje "mój/moja/moje", by bardziej świadomi odbiorcy mieli jakąś sugestię, że to bardzo subiektywny przekaz. Niektórzy jednak po nawet bardzo krótkim pobycie podejmują się na przykład pisania przewodników z miejsca, przez które się tylko przewinęli. Miałam okazję przeglądać takie "dzieła".

Zaś moja:) opowieść o pobycie na Malediwach jest tylko wspominaniem. Próbą zatrzymania w słowach zachwytu i radości, którą przyniosła ta podróż. Zadziwienia tym, jak żyją inni. Przechowania w pamięci kilku letnich, wakacyjnych dni. Uwiecznienia ludzi, z którymi życie splotło moje ścieżki.

Według statystyk sprzed trzech lat, na Dhiffushi mieszka ich (wraz z cudzoziemcami) około 1200. Wszyscy mieszkańcy są muzułmanami, zgodnie z odpowiednim zapisem w konstytucji (drugim krajem tego typu jest Arabia Saudyjska). Oficjalne praktykowanie innych wyznań jest zabronione, choć niektórzy robią to w ukryciu. Na terenie kraju obowiązują muzułmańskie zasady niespożywania alkoholu i wieprzowiny (poza luksusowymi resortami na prywatnych wyspach dla turystów i niektórymi statkami na morzu). Na Malediwach obowiązuje też zakaz wwozu na przykład psów (zwierzę nieczyste w islamie) i uwaga!: "wszelkich symboli religijnych – krzyży, różańców, Biblii, figurek Buddy i bóstw hinduskich. Nieprzestrzeganie prawa wiąże się z karą grzywny, a nawet więzienia. Osobiście poznałam historię studentki, która nieświadoma prawa islamskiego panującego na Malediwach zabrała ze sobą do Male pamiątkę ze Sri Lanki – drewnianą figurkę sympatycznego Ganeśi, hinduskiego bożka przedstawianego jako pół człowiek, pół słoń. Gdyby nie interwencja uniwersytetu i rodziny, dziewczyna zamiast w rajskim resorcie znalazłaby się niechybnie w więzieniu", jak informują autorki bloga Kiwi (https://www.hopkiwi.com/pl/rajska-girlanda-wysp-malediwy/). 

Na Dhiffushi zobaczyć można tablice z apelem, by przyjezdni pomogli miejscowym chronić ich muzułmańskie dziedzictwo.

Co ciekawe islam został na Malediwach religią dominującą dopiero w XII wieku, wcześniej na wyspach praktykowano też buddyzm i hinduizm. Najprawdopodobniej było to związane z wyznaniem pierwszych osadników na archipelagu, którzy mogli tu przybyć ze Sri Lanki lub południowych Indii. Historia tego rejonu jest naprawdę ciekawa, polecam doczytanie choćby w przywołanym powyżej wpisie.

Mnie najbardziej zaciekawiła baśniowa opowieść, odnosząca się do czasów wspomnianej transformacji religijnej: "Przyjęcie Islamu wiąże się z pewną legendą o wybawieniu dziewicy ze szponów potwora za pomocą modlitwy koranicznej. Ponoć pokonanie ów stwora słowem Koranu przekonało ówczesnego sułtana o przyjęciu nowej wiary. Jego poddani zostali oczywiście zmuszeni do tego siłą".

Jako ciekawostkę można jeszcze podać fakt, że sułtan został odsunięty od władzy całkiem niedawno, bo w 1953 roku, choć nie była to jeszcze trwała zmiana. Po kolejnym zwrocie akcji monarchia wciąż utrzymywała się przez 14 lat. Dopiero wówczas na Malediwach został przyjęty system republikański. Dziwnie się czuję z tym, że to stało się nie w jakiejś zamierzchłej przeszłości, lecz w czasach, gdy rozpoczynałam swoją naukę w szkole podstawowej. Z mojej osobistej perspektywy wszystko to wydarzyło się więc całkiem niedawno.

Jeszcze krótszą historię ma zezwolenie na budowę pensjonatów na lokalnych wyspach. Zostało ono wydane dopiero kilkanaście lat temu - w roku 2009. Wydanie miało na celu umożliwienie miejscowej ludności czerpania w większym niż do tej pory zakresie dochodów z turystyki. Wygląda na to, że przedsięwzięcie to w pełni się udało. Na Malediwy ruszyli turyści, którzy mogli do tego czasu tylko pomarzyć o luksusowych resortach. Teraz nocują, jak my z Anią, w obiektach prowadzonych przez lokalsów. Zamawiają tam wyżywienie (nawet jeśli dla mnie oznaczało to tuńczyka w tuńczyku i z tuńczykiem:). Podróżujący korzystają także z organizowanych przez miejscowych atrakcji. Lokalna branża turystyczna rozwija się bardzo szybko.

Ibrahim zachęca, by zwracać się do niego ze wszystkimi naszymi życzeniami.

- Bardzo niewiele rzeczy jest dla nas niemożliwych - śmieje się przy tym.

Z całego serca polecam. Rezerwujcie i spełniajcie marzenia... - zakończyłam zgodnie z prawdą, głębokim przekonaniem i entuzjazmem swoją recenzję dla Ameera Maldives. Czy gdzieś mogło być nam lepiej?

W Ameerze poczułyśmy się, jak w rodzinnym gronie. Przed odjazdem jedna z obsługujących w naszej restauracji dziewczyn z Nepalu zjawia się specjalnie, by nas wyściskać. Husain ponownie pakuje nasze walizki na platformę towarowego tuk tuka, ale tym razem nie siadam koło nich, lecz koło kierowcy. A Ibrahim czeka aż nasza łódź odpłynie i macha nam jeszcze na pożegnanie.

Mogłabym spędzić na Dhiffushi znacznie więcej czasu. I zupełnie by mi nie przeszkadzało, że mój dłuższy pobyt składałby się wyłącznie z dni, które byłyby kubek w kubek do siebie podobne. A poza tym, lubię tuńczyka;).

Ale rozumiem, że rajskie wakacje nie mogą trwać wiecznie. Przyglądając się kołującym na lotnisku w Male samolotom, nie skupiam się na tym, co się właśnie kończy i odchodzi w przeszłość. Nie mam w sobie żalu rozstania. Choć wciąż jeszcze pozostaję na Malediwach, to moje myśli wybiegły już w przód.

- Właśnie zaczynamy nowy tom naszej opowieści – uśmiecham się do Ani i … do siebie. I wcale nie szkodzi, że na razie to brzmi jak falstart.


P.s. Następny wpis z naszej podróży jest już o Sri Lance: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/08/to-nie-bya-podroz-to-bya-przygoda.html


wtorek, 22 lipca 2025

(NIE)PŁYWANIE Z MANTAMI - Malediwy cz.2

 Poprzedni wpis o Malediwach pod linkiem: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/07/myslaam-ze-sa-przereklamowane.html

Gdzie jesteś, Kobieto, na krańcu świata? Jaki piasek! Jaka woda !!! Czysty zachwyt! - Agatka komentuje pierwszą wakacyjną fotkę, zamieszczoną przeze mnie w grupie na internecie (pozuję na niej uszczęśliwona na tym pięknym tle przy jednej z nadbrzeżnych palm:).

Ale to już zostało ustalone w poprzednim wpisie – miejsce obecnego pobytu nazywa się RAJ.

Z pomocą Messengera rozsyłam przyjaciołom kolejne fotki wprost na skalę masową. Nie potrafię się powstrzymać. A Madzia nazywa je pocztówkami z raju, zgodnie z przyjętą tu nomenklaturą.

Nieprawdopodobny widok! Jak stworzony przez AI! - pisze Beata. No właśnie, ciężko uwierzyć nawet własnym oczom, mam ogromną trudność, by je oswoić z nieskazitelnością, która nas zewsząd otacza. Na jednym z ostatnich szkoleń rzeczywiście mówiono nam, że jeśli obraz przedstawia się zbyt idealnie, to na pewno jest to dzieło AI;). No i jak mam się odnaleźć w tej rzeczywistości? Czasem sama nie wiem, czy to, co przeżywam, to sen, czy też jawa.

Wielobarwna rafa, tęczowe papugi, kolorowy zawrót głowyMadzia pięknymi słowy opisuje to, z czym mamy do czynienia na Malediwach. Rzeczywiście kolorów tu pełna gama. Ale z dużą dawką harmonizującej barwne plamy BIELI.

Takiej w odcieniu śmietankowego kremu. Odbijającej światło i jakby potęgującej blask słonecznych promieni. Stanowiącej tło w postaci czasem drobniutko zmielonego, a czasem bardziej gruboziarnistego piasku z wyraźnie odczuwalnymi na stopach drobinami skruszonej rafy i muszelek, przemielonych siłą oceanu, wiatru i słońca. Ta biel jest tutaj najlepszą oprawą dla kolorów wody.

błękit, lazur, turkus aż po granat i kobalt. Trudno oderwać wzrokkontynuuje Madzia.

Można by się pokusić o to, by jeszcze dopisać kolejne niebiesko – zielone odcienie. Tylko właściwie po co? I tak żaden opis nie odda tej palety barw, którą mamy przed oczami.

- Myślę nad tym, jak to zrobić, żeby zachować w pamięci ten obraz, w takiej postaci, jaka jest tutaj – Ania podejmuje próby, by cieszyć się rajskimi widokami po wyjeździe z raju. Uśmiecham się z wyrozumiałością, bo wiem, że to niemożliwe. Ale młodość ma prawo nie wierzyć w granice możliwości.

*

Największą radością tutaj jest dla mnie towarzystwo Ani. To dla niej udało mi się przekroczyć we własnej głowie ograniczenia, dotyczące tegorocznego wyjazdu. Tak bardzo chciałam, by była szczęśliwa. I to ze względu na nią zaczęłam się przyglądać bliżej destynacji, do której udamy się po Malediwach. A one, przydarzyły nam się niejako przypadkiem, przy okazji). Są po prostu blisko i można też uznać przy odrobinie dobrej woli:), że po drodze na Sri Lankę, od której dzieli je tylko około półtoragodzinny lot.

A to już jest naprawdę drobiazg, błahostka, kaszka z mlekiem, bułka z masłem, mały pikuś etc. w obliczu faktu, że droga na Maledwy zajęła nam godzin szesnaście i pół.

Z tego co prawda, tylko dziesięć w powietrzu, a reszta spędzona na lotnisku podczas przesiadki w Sharjah, ale w sumie i tak trzeba się było zmierzyć z faktem, że osiągnięcie celu podróży ze względu na czas jej trwania, będzie wyzwaniem.

Bałam się więc, jak zniosę zmęczenie, zarwaną noc, lotniskowy stres. Rozważałam zabranie kocyków i próbę spania na lotnisku (oczywiście sprawdziłam wcześniej, że można). Ale Ania, ach, co znaczy młodość:), uznała, że damy radę bez takiego bagażu i bez takich pomysłów:).

No i rzeczywiście dałyśmy radę. Nawet powiedziałabym, że nadzwyczaj dobrze. Mogłabym napisać o tym zupełnie podobnie jak zimą o naszej podróży na Maltę: W dobrym towarzystwie czas płynie tak szybko. Poszłyśmy jedynie na kawę do lotniskowego baru (a także na wyśmienity baklava cheesecake)…, no i może nie było aż tak, że ledwo zdążyłyśmy, ale jednak trafiłyśmy do naszego „gate’u”, gdy odprawa na lot do Male już się rozpoczęła:).

Krótka drzemka w samolocie pozwoliła zregenerować siły przed kolejnym oczekiwaniem. Tym razem czekałyśmy trzy godziny na łódź motorową w porcie przy lotnisku. Pewnie mogłyśmy do tego czasu ogarnąć tani, lecz powolny, lokalny prom, ale jednak wolałam dać się prowadzić organizującemu nasz transfer właścicielowi zarezerwowanego pensjonatu, a także... poznanemu po wylądowaniu człowiekowi. Do dziś nie wiem, kim był Ahmed, ani jaka jest jego rola w opiece nad przybywającymi na Malediwy podróżnymi. Fakt jest jednak taki, że prawie każdy z turystów miał koło siebie podobnego do naszego pomagacza, który zajmował się bagażami, prowadził, służył radami, kierował na właściwą łódź i generalnie ogarniał ten odcinek podróży. W sytuacji, gdy wielogodzinne zmęczenie osiągnęło swoje apogeum, za niewielki napiwek (bo wymieniłyśmy na lotnisku tylko symboliczną ilość dolarów) nieoczekiwany lotniskowy opiekun zapewnił nam duże poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Zwłaszcza, że od razu nawiązał kontakt telefoniczny z pensjonatem, do którego się kierowałyśmy, odciążając nas tym samym od konieczności zakupu malediwskiej karty SIM. Z wdzięcznością więc żegnałyśmy Ahmeda, odpływając na Dhiffushi.

I teraz największa niespodzianka, jakiej miałam na naszych wakacjach doświadczyć – podróż szybką łodzią, co do której miałam tyle obaw przed wyjazdem, nie dość, że okazała się interesująca, to jeszcze do tego zwyczajnie przyjemna. Miałam okazje przyjrzeć się innym wyspom po drodze, luksusowym resortom na wodzie - z domkami z zupełnie innej półki cenowej niż nasza budżetowa, poczuć mocną woń oceanu i bryzę znad wód pełnych jakby wylanych w nie farb… No ale o kolorach pisałam już wcześniej...


*

Zarezerwowany przeze mnie pensjonat nazywa się Ameera Maldives. Wiedziałam, że to będzie właśnie ten od momentu, gdy ujrzałam go na fotkach w internecie. Zbudowany z naturalnych materiałów - głównie drewna i z wysypanym białym piaskiem dziedzińcem, wyposażony w bambusowe meble, z wnętrzami w kolorach ziemi miał w sobie absolutnie wszystko, co lubię. 

"Ameera Maldives to czterogwiazdkowy hotel położony w sercu Malediwów, który zachwyca swoim urokiem i luksusowym wykończeniem" - napisano o nim na stronie Agody.

W rzeczywistości podoba mi się jeszcze bardziej niż na fotkach. Pełna entuzjazmu próbuję namówić Madzię, by może spróbowała jeszcze w czasie tych wakacji zamienić znane sobie Remory na posmakowanie czegoś nowego. Stąd tak szczegółowe opisy i prezentacja fotograficzna:). .

Na (..) pięterku (...) są tylko nasze 2 pokoje, chyba najlepsze, bo mamy balkony zamiast wspólnego dziedzińca na dole.

Jakże miło zaczynać tutejsze dnie delektowaniem się tam kawą jeszcze przed śniadaniem.

Widoki z balkonów obejmują ogród z hotelową restauracją i częściowo (...) zatokę dla łodzi. Ani pokój jest trochę większy niż mój, ale ten, który zajmuję, jest dla mnie w pełni wystarczający.

Bardzo lubię spędzane w jego chłodku klimatyzowane wieczory.

W każdym pokoju oraz w przestrzeniach publicznych dostępne jest bezpłatne Wi-Fi, co umożliwia łatwe dzielenie się wspomnieniami z podróży w czasie rzeczywistym” – to dalsza część opisu Ameery na Agodzie. No i to właśnie robię wieczorami:).

Co do reszty dnia, to każdy z nich upływa nam tu podobnie.

Na naszej wyspie są 3 plaże, wszystkie bikini [tylko na takich można korzystać ze stroju kąpielowego na Malediwach – przyp. aut.], na dwóch z nich pan właściciel zrobił zadaszenie pod swoje leżaki, przed trzecią ostrzegał - pływanie tam jest niebezpieczne ze względu na łodzie i prądy morskiezdaję kolejną relację Madzi.

Ale my odwiedziłyśmy dziś tę polecana przez niego i miałyśmy nasz raj tylko dla siebie.

To znaczy dzieliłyśmy go przez większość czasu z czaplą:).

I z małymi, podpływającymi prawie pod brzeg płaszczkami.

Naprawdę nie potrzebowałyśmy niczego więcej. Było nam tak dobrze cieszyć się słońcem, widokami, odpoczynkiem, wylegując się pod naszymi daszkami. Brodzić w krystalicznie czystej, płytkiej wodzie laguny. Wypatrywać tam większych ryb, o których miejscowi mówili „baby sharks”, a czy to naprawdę były one, to co do tego nie mamy żadnej pewności. I jakoś chyba nie jest nam ona do szczęścia potrzebna:).

- Tu życie zwalnia – powiedział nam pierwszego wieczoru Ibrahim. Cudownie było doświadczyć tego na własnej skórze.

Oczywiście aktywni turyści też mają na archipelagu swój raj.

Wszyscy z naszego ośrodka pojechali dziś pływać z mantą – donoszę Madzi jeszcze tego samego dnia.

My wybrałyśmy ulubioną plażę, choć rozentuzjazmowany chłopak od wycieczek w Ameera Maldives starał się zachęcić nas do zebrania nowych wrażeń.

podobno to rzadkość, bo płaszczek tu pełno, ale manta (...) przypływa rzadko

Tym razem turyści, których zabrał na wycieczkę, pływali z piętnastoma.

Nie, dla mnie to jeszcze nie teraz. Teraz przyjechałyśmy, by się wyciszyć, nie szukać wrażeń. Odpocząć po podróży do Azji i zebrać siły na następny etap włóczęgi.

To nie pora na przełamywanie swoich lęków i mierzenie się z nowymi wyzwaniami. Ale kiedyś…

Wyjeżdżam z mocnym postanowieniem pracy nad swoją „fobią”, wodną, a także poprawą kondycji i umiejętności pływackich. Kiedyś przecież nadejdzie… I chciałbym tu wtedy powrócić. 

Kiedyś jeszcze będę pływała z mantami...

Następny wpis o Malediwach: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/07/wkrotce.html

piątek, 18 lipca 2025

WYSPY, KTÓRE BYŁY KIEDYŚ GWIAZDAMI - Malediwy cz.1

Myślałam, że są przereklamowane. Że to kierunek wskazywany z myślą o bogatych snobach. I że to oni potem pompują opowieści o wakacjach w raju, za który zapłacili miliony.

Ach, jakże się myliłam. Raj istnieje naprawdę. I rzeczywiście jest na Malediwach…

Pewnej nocy nad Oceanem Indyjskim runął deszcz gwiazd, które jedna po drugiej spadały do wody. Następnego dnia o świcie część z nich wynurzyła się na powierzchnię, tworząc archipelag ponad tysiąca wysp zwany Malediwami” – taką historią rozpoczyna się w internecie jeden z blogowych wpisów na temat tej części świata (https://zbigniewwu.pl/jedna-z-tysiaca-wakacje-w-malediwskim-raju-na-dhiffushi/). 

Ale patrząc na malediwski krajobraz z góry - z okien samolotu, jestem skłonna bez reszty uwierzyć w jej prawdziwość. 

Nikt nie wie dokładnie, ile jest malediwskich wysp. Rzetelne źródła podają, że od 1080 do… 1390. Delikatna rozbieżność, prawda? Wynika ona z dwóch powodów. Pierwszy – nie do końca wiadomo, jaka jest definicja wyspy. Czy każdy kawałek piasku wystający ponad turkusową wodę? A może tylko taki, na którym coś rośnie? Druga sprawa – ich liczba cały czas się zmienia. Na skutek procesów geologicznych i zmian klimatu – jedne wyspy zostają zatopione, inne powoli wynurzają się nad powierzchnię wody” - jak można przeczytać na stronie https://moi-mili.pl/10-rzeczy-ktorych-nie-wiedziales-o-malediwach/).

Według Wikipedii tylko 202 z nich są zamieszkałe.

Nasza wysepka nazywa się Dhiffushi. Ibrahim - właściciel pensjonatu, w którym mieszkamy, mówi, że jest najpiękniejsza w całym rejonie. Dla mnie jest najpiękniejsza na świecie.

Wyspa jest częścią Północnego Atolu Ma, choć nasz aparat wpisuje na zdjęciach stamtąd lokalizację Kaafu, bo tak nazywa się ta malediwska jednostka administracyjna. Nazwy w używanym na Malediwach języku Dhivehi (wywodzącym się ponoć z sanskrytu) brzmią dla nas dosyć egzotycznie. No może z wyjątkiem słowa atol, które stamtąd rozprzestrzeniło się po całym świecie i pewnie każdy się z nim osłuchał. Choć dopiero teraz mam okazję to doczytać. 

Ale atol to nie tylko ciekawe słowo, to też ciekawy twór, któremu warto się przyjrzeć. Gdy zajrzeć do internetu, to AI szybko nam przybliży proces jego powstawania. "Atol powstaje w wyniku narastania rafy koralowej wokół wyspy wulkanicznej, która stopniowo obniża się lub zapada pod powierzchnię morza, a poziom morza podnosi się". Można więc sobie wyobrazić, że po milionach lat efektem tego procesu jest koralowy pierścień, wewnątrz którego znajduje się wypełniona wodą depresja. Pewnie każdy kojarzy jej nazwę - to laguna. Może być ona połączona z oceanem lub nie. Żależy to głównie od tego, czy koralowy pierścień nad wodą jest pełny, czy może jeszcze nie w pełni w każdym miejscu uformowany, albo na przykład gdzieś porozrywany. Z tym procesem związana jest oczywiście erozja, której ulegają zarówno wulkan, jak i obumarłe koralowce. Wracając do naszej AI: "Czasami w obrębie atolu występują niewielkie wyspy koralowe, które powstały z nagromadzonego piasku i szczątków organicznych." No i mamy to, teraz już wiemy, jak powstała Dhifushi. A także wszystkie inne wysepki na Malediwach.

Ibrahim śmieje się, że te najpiękniejsze wybrali dla siebie Malediwczycy. Luksusowym resortom zostawili zaś te, których nikt nie chciał. Choć przepracował w jednym z nich kilka lat, nie rekomenduje nikomu wczasów w tego typu ośrodkach. Razem dochodzimy do wniosku, że jest w nich życie, dalekie od tego, które się toczy tak naprawdę na Malediwach.

Ibrahim nie urodził się na Dhifushi. Jego rodzinna wyspa, nad której pięknem też się rozwodzi podczas pierwszej dłuższej rozmowy, znajduje się około czterech godzin drogi łodzią od miejsca, gdzie nasz gospodarz teraz pracuje, a także zamieszkuje. Lubię sobie wyobrażać, że może przybył tu z rejonu, w którym przebywała na swoich wakacjach Madzia. Rachunek się mniej więcej zgadza – z Dhifushi mamy godzinę drogi łodzią do portu w Male, stamtąd dodatkowe trzy pozwoliłyby dopłynąć do F. Nilandhoo, gdzie znajdują się prowadzone przez Polkę pensjonaty ze słowem Remora w nazwie. Madziny raj.

Poleciła mi go, żebym mogła dostać wczasy na gotowo – bez kłopotów z organizacją i bez zawracania sobie głowy logistyką. Podobno właścicielka Remor opiekuje się swoimi klientami kompleksowo i prowadzi ich podczas pobytu na Malediwach jak po sznurku.

Jest też autorką fajnego bloga. Jego tytuł to „Dzienniki Typelka”, a zawarte tam słowa wstępu (w zakładce, gdzie się przedstawia) brzmią: „Jeśli tu trafiłeś, to znaczy, że marzysz o wakacjach w raju:)„.

Ale ja o nim nawet nie śmiałam marzyć. Pewnie dlatego brakło mi czasu, by przed wyjazdem zapoznać się z Typelkowymi wpisami, choć Madzia znacznie wcześniej rekomendowała ich internetowy adres. Tyle że ja już dawno przestałam wierzyć w istnienie raju... 

A mimo tego on sobie na mnie cierpliwie czekał. I wciąż nie mogę uwierzyć w to, że udało mi się go odnaleźć.

Zaszcza, że naprawdę nie szukałam. Ofertę przysłaną przez Madzię przejrzałam bez nadziei, że to ta wymarzona. Ot, po prostu z ciekawością, jaką zawsze wzbudzają we mnie opisy wszelkich podróżniczych kierunków. Ale nieoczekiwanie na tej podstawie zaczął kiełkować i bardzo szybko wzrastać pomysł podróży na wyspę, która jest znacznie bliżej malediwskiego lotniska niż siedlisko Remor. No bo po prostu fanką podróży łodzią nie jestem. Szczególnie w porze deszczowej, która podczas naszych polskich wakacji miała panować na Malediwach. A monsuny, które wówczas, jak sobie wyobrażałam, mogłyby wzburzyć fale, wprost mnie przerażały.

Ibrahim śmieje się z moich lęków, a nawet stuka się po głowie, gdy porusza temat pory deszczowej. Wskazuje przy tym na słońce, które zachodząc, barwi niebo na czerwono – pomarańczowy kolor.

Z dalszej rozmowy wynika, że straszak w postaci pory deszczowej psuje turystyczny interes na wyspie. Mało ludzi wówczas decyduje się, by przylecieć na Dhifushi, ceny noclegów spadają. Może po to, by mogli z nich skorzystać tacy budżetowi turyści jak my z Anią? Aż mi dech z wrażenia zaparło, gdy Ibrahim podał, jaką cenę osiąga mój pokój w sezonie. Na pewno jest to wówczas dla mnie raj nieosiągalny. Cóż, pozostaje mi tylko pobłogosławić porę deszczową.

Ta malediwska nie dała nam się w żaden sposób we znaki. Raptem podczas naszych wczasów miałyśmy jeden krótki deszcz, który mocno się zapowiadał, gdy wracałyśmy wieczorem znad morza. Zdążyłyśmy dojść do pensjonatu zanim rozpadało się na dobre. Na Dhifushi o wymiarach 1000 na 250 metrów trudno nie zdążyć przed zapowiadającym się deszczem, gdziekolwiek by się nie mieszkało. Drugi, w ramach powtórki, obudził nas w nocy, gdy siarczysta, lecz ponownie krótka, ulewa zadzwoniła o dach naszego pensjonatu.

Rankiem nie było już śladu po nocnym opadzie. Jak co dzień wzeszło malediwskie słońce. Światło, które w tym zakątku świata ma po prostu nieziemski blask, rozświetliło rajską wysepkę. Wydobyło niewyobrażalne piękno otaczającego nas świata. Mój raj jest na Dhifushi.

Ale pamiętaj , że na żadnym innym atolu nie byłam i nie mam żadnego [punktu] odniesienia – piszę do Madzi, reklamując jej odkryte przez nas miejsce.

Ach jakże jesteśmy jej wdzięczne za wskazanie tego skupiska rajów. Trafiłyśmy do niego wyłącznie dzięki przesłanej przez nią inspiracji. Raj Madzi, raj Ibrahima, mój raj, a także, jak się wkrótce okazuje, raj Ani i wielu innych turystów – to przecież nie przypadek, że tyle ludzi używa tego słowa na określenie malutkich wysepek, które ponoć kiedyś były gwiazdami...

Myślałam, że pobyt na jednej z nich będzie jak support przed głównym występem na koncercie – potraktowałam go jak przygrywkę przed wymarzoną destynacją, którą zamierzałyśmy odwiedzić po Malediwach. Trudno wyrazić, w jak wielkim byłam błędzie. Nasz wyjazd jest jak księga podróży o dwóch równoważnych tomach. Bardzo różniących się od siebie, ale pozwalających przyjrzeć się dwom różnym obliczom piękna.

Teraz przybliżam tom pierwszy.


Ps. Ciut informacji na temat Malediwów:

- Powierzchnia: 298 kmw obrębie 26 atoli, przy kraju rozciągającym się się na długości około 820 km i szerokości 130 km;

- 1/3 kraju, zamieszkała przez 60 procent mieszkańców, leży poniżej poziomu morza;

- Liczba ludności wynosi 464344  - z przewagą mężczyzn w każdej grupie wiekowej;

- Temperatura wody całorocznie oscyluje wokół 29 stopni, temperatura powietrza również - tu z wahaniami w granicach 26 - 30 stopni (na północy 24-32);

- Najwyższe wzniesienie znajduje się na wyspie Wilingili - ma wysokość około 2 m i nie posiada żadnej nazwy;


Następny wpis o Malediwach pod linkiem: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/07/do-poprawy.html