niedziela, 20 września 2020

WRZEŚNIOWE WEEKENDY

Kolejny przepiękny weekend września przynosi mało ciekawe nowości. W piątek można przeczytać o tym, że 111 tysięcy Polaków odbywa kwarantannę (dziś podobno już 118), co stanowi najwyższy wynik od początków pandemii, (https://www.money.pl/gospodarka/koronawirus-w-polsce-111-tys-polakow-zamknietych-w-domu-6555328276109856a.html), w sobotę zaś, iż padł rekord w ilości osób zakażonych (1002 osoby). A do tego chyba już każdy zdaje sobie sprawę z zaniżania takich danych - to jasne, że wykrytych przypadków choroby jest mało w stosunku do stanu faktycznego, jeśli testów robi się tyle, co kot napłakał. Smutne to bardzo.

Ale już nawet nie mam siły, żeby się tym na okrągło emocjonować. Muszę się wyciszyć i złapać oddech przed kolejnym tygodniem pracy. Staramy się z mężem wykorzystywać tę niezwykła pogodę, jaką obdarza nas wrzesień w tym roku - kto wie, jak długo jeszcze będziemy się mogli nią cieszyć.


Powrót do szkoły sprawił, że niewiele wolnych dni pozostaje do naszej dyspozycji. Ale w zeszły weekend wybraliśmy się w ukochany Beskid Niski. Mieliśmy zaległe odwiedziny u Heleny z okazji jej jubileuszu. A ponieważ dom bez Luny postrzegamy teraz jako miejsce, z którego najlepiej uciekać, to nie trzeba nas było długo namawiać na wizytę w Uściu Gorlickim.

I choć w sensie towarzyskim niewiele było z niej korzyści (Helena wyjeżdżała na imprezę łemkowską właściwie tuż po tym, jak przyjechaliśmy i wracała dopiero w dzień naszego odjazdu), to i tak Beskid Niski wart był każdej fatygi. Zresztą i bez żadnych pretekstów, jubileuszy, czy perspektywy spotkań mogłabym wszystkim polecić wyjazd w tamte okolice - to zawsze niezwykła zmysłowa błogość i ukojenie dla znużonego pośpiechem przybysza.

W Beskidzie Niskim, jak dla mnie, czas odczuwalnie zwalnia. Moje potrzeby się tam wyraźnie minimalizują. Mogłabym godzinami siedzieć przed domem Heleny i patrzeć jedynie na góry. Powietrze z kryształu, zapach górskiej łąki i odgłosy świata - śpiew ptaków, dzwonki pasących się krów, już o ryczeniu jeleni nie wspomnę, załatwiają mi właściwie cały program pobytu. Nic nie muszę zwiedzać, bo całą okolicę znam praktycznie na pamięć. Oczywiście miło odbyć sentymentalną podróż po tych pięknych, znanych okolicznych miejscach:


- Wysowa (niestety basen w Parku Zdrojowym znów nieczynny), 

- Regietów (tylko tam w karczmie przy stadninie mam okazję raczyć się pierogami ruskimi z miętą), 


- Góra Jawor (nawet tu dotarły obostrzenia sanitarne - pokrywę studni znaleźliśmy zamkniętą na kłódkę), 

ale właściwie to tym razem tylko po to, by potem znów z utęsknieniem powracać na ławeczkę na tarasie Heleny i oddawać się przyjemności zatapiania w otaczającym świecie. 

Aż do wieczora, żegnanego nad Jeziorem Klimkowskim...

Staram się to wszystko połapać na zapas - kto wie, kiedy znów będziemy mogli się cieszyć takimi cudami.


Ale ty
razem w Uściu Gorlickim robię jeszcze rzecz, na którą nie byłam w stanie się zdobyć od śmierci Bartka. Wybieram się nad rzekę, gdzie w czasach jego wczesnego dzieciństwa spędziliśmy mnóstwo szczęśliwego, wakacyjnego czasu. To omal na przeciwko domu Heleny. 
Bałam się tego spaceru, bałam się, że wspomnienia zaleją mnie tam taką falą, która mnie zatopi, bałam się, że zamiast z uspokojeniem, zakończę pobyt w Beskidzie Niskim w całkowitej rozsypce.


Ale nic z tych rzeczy się nie stało. Bo miejsce nad rzeką Ropą przez tych ostatnich 28 lat żyło swoim życiem, nie oglądając się wcale na mnie. Jej nurt zdążył wielokrotnie zmodyfikować swój bieg, nanieść łachy otoczaków w zupełnie nowe miejsca, a ze starych całkowicie je usunąć. Wszystko było inne - brzegi rzeki poszarpane inaczej niż kiedyś, strasznie niski poziom wody, która i kostek nie kryła, nawet letnich roślin, z wyjątkiem wszechobecnej mięty, już tam nie zobaczyłam. Jednym słowem nie znalazłam podczas tego wrześniowego przedpołudnia miejsca zapisanego w mojej pamięci. Było tak, jakbym zobaczyła je po raz pierwszy. Ot, po prostu jeszcze jeden ładny widoczek do kolekcji ładnych widoczków z okolicy. Obeszło się bez przytłaczających sentymentów. A ja mam kolejne wyzwanie za sobą - tak naprawdę nie do końca wiem, czy to jest wracanie tylko do sentymentalnych wspomnień, związanych z Bartkiem, czy wracanie do dalszego życia.


Jak wiele jeszcze tego typu doświadczeń przede mną? Wciąż na mojej wewnętrznej mapie życia są miejsca, których nie dotykam nawet myślami. Choć być może, tak jak w przypadku rzeki Ropy, niepotrzebnie boję się powrotów. Panta rhei...

W Uściu wracają też wspomnienia sprzed dwóch lat, gdy byłam w tych okolicach w sanatorium. Być może trzeba się będzie znów przeprosić z taką formą usprawniania ciała - kolana po raz kolejny zaczynają o sobie niebezpiecznie przypominać. To, że po powrocie do szkoły zmieniłam tryb życia na mocno siedzący, od razu daje znać o sobie. Tak naprawdę teraz moja aktywność fizyczna stała się tylko weekendowa. 


Ale na szczęście na razie nie zasypiamy gruszek w popiele w tym temacie. Tak więc i koniec tego tygodnia staraliśmy się spędzić na świeżym powietrzu. W sobotę wybraliśmy się w okoliczne lasy na grzyby. To nie dlatego, że mieliśmy ich za mało - w Uściu kupiliśmy zapas borowików i rydzy chyba na cała zimę. Ale przecież ruch to zdrowie, a grzybobranie jest zawsze świetnym pretekstem do wyjścia z domu. No i maślaki, jakby nie było, to nieoceniony dodatek do jajecznicy i bigosu:)

Miałam też na świeżym powietrzu trochę prac do wykonania przed zimą w ogrodzie. Dziś udało mi się nowe cebulki tulipanów i hiacyntów otulić ciepłą jeszcze kołderką ziemi. Powiedziałam im już: do zobaczenia na wiosnę...


I wtedy naprawdę do mnie dotarło, że oto lato skończyło się bezpowrotnie, jesień i zima czekają na swoją kolej, a pogoda lada chwila może się diametralnie zmienić. Panta rhei... Jeszcze może kilka pogodnych tygodni, parę ciepłych weekendów. A potem właściwie chyba nie miałbym nic przeciwko temu, żeby ktoś mnie otulił ciepłą kołderką i powiedział: do zobaczenia na wiosnę...



czwartek, 17 września 2020

WRZEŚNIOWE DNI

Wrześniowe dni biegną w przód jak szalone. Nie bardzo jest czas na to, by cieszyć się ich prześlicznością, choć poza małymi wyjątkami, to prawdziwe klejnoty o miękkim słonecznym świetle i ciepłym kolorycie, gdzie zieleń zyskuje, jeszcze bardziej wyczuwalną niż widoczną, domieszkę żółcieni. Wszystko to poprzedzielane nocami, których chłód coraz bardziej przypomina, że lato przechodzi już w jesień.

Nawet nie mam kiedy tego przejścia żałować. Odnoszę wrażenie, że teraz wszystko w moim życiu kręci się wokół pracy. Cóż, nie jest to dla mnie źródłem najlepszego samopoczucia.

Zgaszona - to dobre słowo, by opisać mój obecny stan. Bo już emocji mniej niż na początku, ale zdaje mi się też trochę tak, jakby ten ostatni czas wyssał ze mnie życie. Tak, wiedziałam, że będzie trudno po rocznej przerwie w szkole. Spodziewałam się zmęczenia, nawet wyczerpania. Ale jednak nie przypuszczałam, że system wytnie mi aż do kości skrzydła już na samym początku pracy.

Minęło ledwie pół miesiąca, a ja już zyskałam poczucie, że w polskiej szkole po prostu pracować się nie da i na razie nie wiem, co powinnam zrobić, żeby zmienić to przekonanie. Nie sądzę, żeby to była tylko specyfika układów panujących w moim miejscu pracy.

Beata mnie pociesza, że ubiegłoroczny początek roku szkolnego też był pełen zamieszania i ciężko się było w tym odnaleźć, ale potem wszystko wskoczyło na właściwe tory i jakoś się ułożyło. Może rzeczywiście więc trzeba tylko przeczekać ten okres organizacyjny? No nic, z braku innej strategii, chyba właśnie to mi pozostaje. Przetrwać.

Za to w kwestii radzenia sobie ze strachem nastąpił u mnie znaczący postęp - po prostu nie mam w pracy czasu na roztrząsanie obaw, związanych z chorobą, zagrożenieniem Covidem-19, możliwością zakażenia wprost na każdym kroku. Nasze dzieci i nasi nauczyciele już chorują, ale ponieważ nikt im wtedy testów nie robi, to i tak nie mamy szans dowiedzieć się, czy kontakt z nimi był ryzykiem, którego skutki możemy wkrótce sami odczuć.

Cóż, w sytuacji, gdy nie da się go wykluczyć, trzeba zachowywać się w taki sposób, jaki postuluje Helena - wierzyć, że, tak jak w przypadku pozostałych zdarzeń losowych - wypadków, innych chorób z wysokim poziomem śmiertelności (np. raka), czy podobnych nieszczęść, zarażenie Covidem-19 akurat nam się nie przytrafi. No nic, z braku innej strategii, chyba właśnie to mi pozostaje.  

Na dodatek muszę wierzyć za dwoje - mąż nie zgodził się na żadne rozdzielanie ze mną ze względu na mój powrót do pracy.

Próbuję więc wzniecić w sobie wiarę, że nie zdarzy nam się to, co zdarza się już innym. Ale po otwarciu internetu nagłówki aż krzyczą o przerażającej sytuacji w oświacie. Przykłady? Proszę bardzo, to tylko z dzisiejszego przeglądu stron internetowych:

- “Koronawirus w kolejnej szkole. Ponad 60 uczniów na kwarantannie”

https://wiadomosci.radiozet.pl/Koronawirus/Koronawirus-w-szkole-w-Kielcach.-Ponad-60-uczniow-na-kwarantannie

- “Koronawirus w przedszkolu. Placówka zamknięta do odwołania”

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-08-24/koronaworus-w-przedszkolu-placowka-zamknieta-do-odwolania/

- "Koronawirus w żłobku i liceum. Ponad 200 osób objęto kwarantanną”

https://linia.com.pl/2020/09/15/koronawirus-w-zlobku-i-w-liceum-ponad-200-osob-objeto-kwarantanna/

Na dodatek pętla zagrożenia zaczyna się zaciskać coraz mocniej wokół nas. W naszym mieście potwierdzone zakażenia są już w starostwie, kościele i szpitalu. Robi się coraz bardziej ostro.

to już teraz raczej pójdzie lawinowo - zwierzam się Najbliższym ze swoich przeczuć.

Kolega z pracy mówi, iż obiecał sobie, że gdy wirus pojawi się w naszej szkole to on przeprowadzi się do... garażu, by nie zarazić mieszkającej z nim babci i mamy. Nie dalej jak kilka miesięcy wcześniej współczułam lekarzom i pielęgniarkom, którzy musieli podejmować tego typu decyzje.

Tyle, że oni byli wówczas okrzyknięci bohaterami. A my wciąż jesteśmy obrzucani najgorszymi obelgami, mimo że też poświęcamy swoje bezpieczeństwo dla dobra ogółu. Ale na nauczycieli można wylewać pomyje i jest na to pełna akceptacja władzy. A nawet powiedziałabym, że to usankcjonowany sposób kanałowania powszechnego niezadowolenia.

Jesteś zły? Proszę bardzo, wyżyj się na nauczycielach... Otóż podsuwamy ci ich chętnie, nawet na przysłowiowej tacy, jako chłopców do bicia, żebyś nie musiał szukać gdzieś indziej.

Przykłady? Ot, chociażby wieści z wczorajszego dnia:

1. Rano czytam w internecie artykuł o wnioskach z raportu Forum Obywatelskiego Rozwoju (czymkolwiek ta organizacja jest, a nawet o ile jest, bo pierwszy raz w życiu o niej słyszę). I tu jakieś “fakty” typu:

na jednego nauczyciela w szkołach podstawowych przypada 10 uczniów. W krajach OECD - ponad 16

Albo: “Wprawdzie nauczyciele zarabiają ok. niemal 2 tys. złotych, jednak korzystają z dwóch miesięcy płatnych wakacji oraz miesięcznych ferii

No i jeszcze: “Przeciętnie przepracowują więc 513 godzin rocznie. Średnia OECD to 786 godzin

No i skoro temu przeciętnemu nauczycielowi w Polsce tak dobrze, bo ma w klasie 10 uczniów (hahaha), co najmniej 90 dni płatnego urlopu (hahaha) oraz (w przeliczeniu na 10 miesięcy roku szkolnego) przypada mu 51,3 godzin pracy w miesiącu (a to dopiero!), to zastanawiam się, czemu nie garną się do naszych szkół nauczyciele z zagranicy? Mogliby uczyć chociażby języków obcych, mielibyśmy też możliwość otwierać placówki kilkujęzyczne. Zapraszamy więc tych cudownych nauczycieli z państw Unii, USA czy Skandynawii, którzy w swoich krajach mają zdecydowanie gorzej, do pracy w naszych polskich szkołach. Wbrew temu co wypisał autor “raportu” brakuje nam pracowników (co można potwierdzić w gminach, kuratoriach a także w Ministerstwie Edukacji Narodowej). Zresztą niektórzy z nas bez żalu odstąpiliby pracę w tym zawodzie innym, czemu nie obcokrajowcom, którzy przecież są skłonni pracować więcej i wydajniej? W polskich realiach nie oznacza to oczywiście zwiększenia pensji. Ale można pracować z powodu "powołania". W ten sposób pewnie wszyscy byliby zadowoleni (a najbardziej, jak sądzę, ci zagraniczni nauczyciele).

Wnioski, które zacytowałam powyżej pochodzą z tekstu o znamiennym tutyle: “Nauczycieli jest za dużo i za mało pracują” (https://www.infor.pl/prawo/nowosci-prawne/257472,Nauczycieli-jest-za-duzo-i-za-malo-pracuja.html)

2. Po powrocie z pracy natykam się natomiast na kolejny artykuł: “Koronawirus w szkołach. Rodzice wynajmują prawników. Posypią się pozwy?” (https://wiadomosci.wp.pl/koronawirus-w-szkolach-rodzice-wynajmuja-prawnikow-posypia-sie-pozwy-6552502241176512a)

Czytam tam o rodzicach, którzy sprzeciwiają się noszeniu przez dzieci maseczek w szkołach (u nas zaleca się stosowanie tego środka wówczas, gdy nie można zapewnić dystansu społecznego, np. na przerwach).

Tu cytat: “Mam 50 telefonów dziennie w takich sprawach. Nie nadążam z pisaniem pism - mówi nam mec. Maja Gidian (...) I wyjaśnia, że dyrektorzy szkół otrzymali jedynie wytyczne, które nie stanowią źródła prawa.

No tylko, że jeśli się do nich nie zastosujemy, to inni rodzice nas zamorduję za brak ochrony dla ich dzieci, stykających się na przerwach z tymi bez maseczek. Już o władzach oświatowych nie wspomnę.

3. Ale to nie koniec na ten piękny dzień, bo wieczorem widzę w internecie omówienie kolejnych badań, dotyczących szkoły, które zresztą już zupełnie nie wiadomo, kto zlecił i kto wykonał. I tu naprawdę nie chcę nawet pisać, co czuję, gdy czytam:

Niemal trzech na czterech rodziców dzieci w wieku szkolnym chce, żeby nauczyciele mieli stale mierzoną temperaturę ciała. Prawie 40% zwolenników tego rozwiązania twierdzi, że czynność powinna odbywać się przed każdą lekcją. Z kolei przeszło siedmiu na dziesięciu chciałoby mieć dostęp do tych wyników. Prawie 60% ankietowanych uważa, że w przypadku gorączki powinno być do rodziców wysyłane automatyczne powiadomienie SMS-em lub e-mailem. Do tego blisko 70% uważa, że przekazywanie takich informacji nie byłoby zbyt dużą ingerencją w prywatność nauczycieli.

Oczywiście w parze z tym nie idą oczekiwania, że także ich dzieci powinny mieć mierzoną temperaturę przed każdą lekcją (czy chociażby przed ich rozpoczęciem), bo mogą zarażać i nas, i swoje koleżanki oraz kolegów. A przecież badanie wszystkich przed wejściem do szkoły stanowiłoby przynajmniej namiastkę jakiegokolwiek zabezpieczenia i na pewno jest pożądanym przez nas (a przynajmniej przeze mnie), lecz już nie zalecanym odgórnie, środkiem zapobiegawczym.

Co do reszty przedstawionych w tekście pomysłów, to mi się nawet nie chce ich komentować. Po prostu zastanów się Rodzicu, czy gdybyśmy po stwierdzeniu podwyższonej temperatury u twojego dziecka, automatycznie powiadamiali o tym wszystkich innych sms-em lub mailowo, to też byś uważał, że nie jest to zbyt duża ingerencja w prywatność twojej pociechy (i ogólnie twojej rodziny)?

Ale bez obaw - nam nie przychodzą takie pomysły do głowy. I to jest ta różnica między nami.

Oczywiście adresatami tych słów są tylko osoby popierające rozwiązania przedstawione w opisywanym “badaniu”. Szerzej można o nim przeczytać w artykule pt. “Rodzice mocno się wystraszyli. Chcą stałego pomiaru temperatury ciała nauczycieli” (https://krakowwpigulce.pl/2020/09/16/rodzice-mocno-sie-wystraszyli-chca-stalego-pomiaru-temperatury-ciala-nauczycieli/)

Nawiasem mówiąc, zastanawia mnie fakt, czemu rodzice wystraszyli się dopiero teraz? Przecież, gdy ostrzegaliśmy, że po powrocie do szkoł czekają nas masowe zarażenia, to narażaliśmy się na zarzuty, iż takie przestrogi dyktuje nam tylko nasza niechęć do pracy. Rodzice zaś  (z niewielkimi wyjątkami) byli nastawieni entuzjastycznie do pomysłu zakończenia nauczania zdalnego, o czym mieliśmy możliwość przeczytać pod każdym artykułem, który forsował politykę rządu w tym względzie.

No i cóż myślę po dniu obcowania z taką “literaturą” i z takimi poglądami? Przetrwać, powtarzam sobie w nieskończoność. To się właśnie nazywa motywowanie przez społeczeństwo do pracy.

Pozbawić kogoś autorytetu, wyśmiewając go i oczerniając, jest łatwo. Ale wychowywać bez niego nie sposób.

W holu liceum, do którego uczęszczałam, stało popiersie patrona. Pod nim wyryte słowa, które na zawsze pozostaną w pamięci:

 

Takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie

 

Biedna moja Ojczyzno! Jakąż Rzeczypospolitą będziesz w przyszłości? Jakiż czeka Cię w tej sytuacji los? Czy tylko mnie się wydaje, że już nikogo to nie obchodzi?

środa, 16 września 2020

LUNA - UTRACONY SKARB

Miałam taki pomysł, żeby tu powspominać Lunę - za pomocą fotek, całe jej dziesięcioletnie życie. Na razie to okazało się jednak za trudne, nie jestem w stanie tego jeszcze zrobić. Ale postu nie kasuje, może kiedyś...

Do tego czasu musi wystarczyć, zamieszczone w poprzednim wpisie, ostatnie zdjęcie mojego Skarba, zrobione przez Wiki na wakacjach końcem sierpnia. Luna - utracony Skarb...

I utacone motto:

"Powtarza mi tysiące razy, że jestem jego powodem do życia, przez to, jak przytula się do mojej nogi, jak łupie ogonem na najmniejszy mój uśmiech."
Gene Hill

Czy ktoś jeszcze w moim życiu będzie mnie kochał tak mocno i to bez względu na jakiekolwiek okoliczności?

EDIT: I PRZYSZŁO TO KIEDYŚ. DOKŁADNIEJ - ROK PÓŹNIEJ

A ja zamiast zdjęć Luny mam tylko zdjęcie potwora...

Czy Luna miała z nim jakąkolwiek szansę?
Potwór był nowym nabytkiem sąsiada. Oczywiście, że nie chciał nim przejechać mojej cudownej psiny. Po prostu z wysokości, na której zasiadł, nie zobaczył jej na swojej drodze. I to do tego stopnia, że o tym co zrobił, dowiedział się dopiero telefonicznie od żony, będącej świadkiem całego zdarzenia.
Oczywiście sąsiad natychmiast wrócił na miejsce wypadku. W międzyczasie Luna zdążyła jeszcze podejść do domu. Jakby chciała się z nim pożegnać.
Sąsiadka zadzwoniła też po mnie. Ale gdy wybiegłam do Luny, ona sprawiała już wrażenie nieprzytomnej. Pojawił się sąsiad, wiem, że mu było bardzo głupio, tłumaczył, iż zdawało mu się, że przejechał po krawężniku chodnika. Chciał pomóc jak tylko mógł - razem z żoną zapakowali nam Lunę do samochodu i pojechaliśmy do weterynarza. Miałam nadzieję na reanimacje, ale okazało się, że serduszko mojego psiego Przyjaciela już nie biło i nie było możliwości, by je ożywić.
Sąsiadowi było niezmiernie przykro. Nie zamierzaliśmy go obwiniać. Mamy świadomość, że wypadki się zdarzają.
Ale niebieskiego potwora miałam nadzieję już nie oglądać więcej na oczy. Tymczasem ostatnio widuję go co dzień, gdy stoi sobie zaparkowany, jak gdyby nigdy nic, u wylotu mojej uliczki. To właśnie tam zrobiłam mu wczoraj zdjęcie.
Za miesiąc minie pełny rok bez Luny. Dla mnie to wciąż nie jest jak gdyby nigdy nic. Bezpowrotnie utraciłam skarb. Strasznie to bolesne wspomnienie dla całej naszej rodziny, zwłaszcza dla Kacpra, który w dzieciństwie nazywał ukochanego pieska swją Siostrzyczką.
I jeszcze długo nie zrobię tutaj galerii Jej zdjęć...

poniedziałek, 7 września 2020

REQUIEM DLA LUNY

W pierwszym tygodniu nowego roku szkolnego pogoda zrobiła się wreszcie taka, jaka powinna być we wrześniu. Na niebo wyszło słonko, które łagodnie ogrzewało świat i już nie przypalało go swoimi promieniami. A on dzięki temu od razu poweselał.

Spoglądam przez okna naszego nowego gabinetu i daleko na horyzoncie dostrzegam... Tatry. Tylko przez chwilę, zanim wiatr przywiewa kolejne, na razie niegroźne, chmury i chmurki.

- Jaki mamy fajny gabinet - śmieje się Beata, gdy jej pokazuję góry za oknami.

To prawda. Cieszy mnie to nowe miejsce w szkole. I ten widok za całą okolicę. I ta pogoda.

Powoli zaczyna rodzić się nadzieja, związana z rozpoczętym rokiem szkolnym. Powoli przypominam sobie, jak bardzo kiedyś lubiłam tę pracę.

Może będę jednak miała takie szczęście, że nikt, z kim się tutaj spotykam, nie będzie zarażony? Czy taki fuks ma szansę się zdarzyć?

Tymczasem w ostatni dzień weekendu nadciągają z powrotem czarne deszczowe chmury. Świat robi się znowu zimny i smętny. Przynosi takie odpowiedzi na zadane pytania, których nie chcielibyśmy usłyszeć.

Eh, świecie, wyraźnie nie mam w Tobie sprzymierzeńca. Nie będę więcej o nic pytać...


P.s.

I nic więcej nie będę też pisać. Nie potrafię. Bo dzisiejszy dzień przyniósł właśnie jeszcze


REQUIEM DLA LUNY