W pierwszym tygodniu nowego roku szkolnego pogoda zrobiła się wreszcie taka, jaka powinna być we wrześniu. Na niebo wyszło słonko, które łagodnie ogrzewało świat i już nie przypalało go swoimi promieniami. A on dzięki temu od razu poweselał.
Spoglądam przez okna naszego nowego gabinetu i daleko na horyzoncie dostrzegam... Tatry. Tylko przez chwilę, zanim wiatr przywiewa kolejne, na razie niegroźne, chmury i chmurki.
- Jaki mamy fajny gabinet - śmieje się Beata, gdy jej pokazuję góry za oknami.
To prawda. Cieszy mnie to nowe miejsce w szkole. I ten widok za całą okolicę. I ta pogoda.
Powoli zaczyna rodzić się nadzieja, związana z rozpoczętym rokiem szkolnym. Powoli przypominam sobie, jak bardzo kiedyś lubiłam tę pracę.
Może będę jednak miała takie szczęście, że nikt, z kim się tutaj spotykam, nie będzie zarażony? Czy taki fuks ma szansę się zdarzyć?
Tymczasem w ostatni dzień weekendu nadciągają z powrotem czarne deszczowe chmury. Świat robi się znowu zimny i smętny. Przynosi takie odpowiedzi na zadane pytania, których nie chcielibyśmy usłyszeć.
Eh, świecie, wyraźnie nie mam w Tobie sprzymierzeńca. Nie będę więcej o nic pytać...
P.s.
I nic więcej nie będę też pisać. Nie potrafię. Bo dzisiejszy dzień przyniósł właśnie jeszcze
REQUIEM DLA LUNY
❤

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz