poniedziałek, 23 grudnia 2024

PRZEDŚWIĄTECZNE BŁĘDNE OGNIKI

Dzień zaczyna się wydłużać od pierwszego dnia astronomicznej zimy, na przełomie 21 – 22 grudnia” – wczoraj rano przesłałam Ani cytat ze strony https://radarburz.pl/ile-przybywa-dnia-codziennie/.

A potem cieszyłam się dziennym światłem o całe trzy sekundy dłużej (info z facebookowego konta Edi) niż podczas równonocy! Przynajmniej tak było w naszym regionie, bo wydłużenie dnia jest podobno zróżnicowane w zależności od miejsca zamieszkania.

Trzy sekundy więcej, super odpowiada Ania:).

No niby niewiele, ale generalnie to trend mega optymistyczny. Zwłaszcza w zestawieniu z chwilowo wiosennymi zajawkami pogody, przejawiającymi się na przykład takimi zjawiskami w przyrodzie, jak kwitnąca pod nowszą szkołą w ostatnim tygodniu nauki grudniowa stokrotka. Zdjęcia na dowód oczywiście nie zrobiłam, bo najpierw spieszyłam się na lekcje, a potem, po zakończeniu zajęć, świat był już zanurzony w przedwieczornym zmroku.

Tak, bardzo dużo ostatnio pracuję. Gdy po drodze ze szkoły, robię jeszcze zakupy, to wracam do domu po ciemku. Całe słoneczne światło tracę, kiedy przebywam zamknięta w szkolnych murach. Zresztą tak samo, jak częstokroć moi uczniowie. To nie napędza sił do życia, niestety…

- Czuję się, jakby cały ich życiowy limit już mi się wyczerpał – skarżyłam się ostatnio Eli.

No bo jak to możliwe, że po weekendzie, podczas którego robię wszystko, by je w jak największej mierze odtworzyć i nawet mam wrażenie, że mi się to nieźle udaje, już w poniedziałek po pracy przypominam wyżętą ścierkę do podłogi. Leżę bez życia. Jedyne, co mnie wtedy interesuje to sofa i ciepły kocyk A gdzież tam jeszcze przecież do piątku…

Ale jest i dobra wiadomość. Sił co prawda niewiele, ale za to towarzyszy mi, jak na grudzień, całkiem nie najgorszy nastrój. Może dlatego, że w ogóle nie mam dla niego czasu i absolutnie się na nim nie koncentruję. Jestem teraz całkowicie pochłonięta wytrwaniem na stanowisku pracy do ferii świątecznych.

Od lat nie spędzałam w szkole tylu godzin. Godzinowo mam teraz ponad półtora etatu. Niestety to w żaden sposób nie przekłada się na zarobki. W obydwu obecnych szkołach jestem nowym pracownikiem – bez żadnych dodatków płacowych (np. motywacyjnego), a w placówce katolickiej nie liczy mi się nawet moja wysługa lat pracy. Mimo spędzania omal całego dnia między dwoma szkołami ledwo wyciągam taką wypłatę, jak inni przy jednym etacie. 

No cóż, na razie muszę. Ale coraz bliżej mi do decyzji, że rok szkolny 2025/26 będzie tym ostatnim przed emeryturą. Bardzo bym chciała.

Tak więc, jak zwykle w grudniu, pojawiają się plany związane z funkcjonowaniem w następnym roku. Są też oczywiście podsumowania. Gdy przeczytałam sobie zeszłogrudniowy wpis, to stwierdziłam, że niewiele się u mnie zmienia wraz z upływem lat. Znów mogę zrobić tu wyliczankę tego, co udało się zrobić przed Świętami. I nie będzie ona zbytnio odbiegała od tej z poprzedniego roku.

No to wyliczam:

1. Umyłam okna w salonie, jadalni i kuchni (i to by było na tyle w temacie przedświątecznych porządków). A Maciuś już się zajął tym, by tego nie było widać:);

2. Posprzątałam na cmentarzu, to znaczy z pomocą Kacpra usunęłam zbędne ślady (przynajmniej w większości) po Wszystkich Świętych;

3. Ogarnęłam prezenty, choć nie wszystko poszło zgodnie z planem - przede wszystkim dlatego, że w tym roku taki plan żadną miarą nie chciał powstać i przesłonić pustkę w głowie, z jaką w tej mierze bardzo długo się nosiłam;

4. Uczestniczyłam ponownie w trzech Wigilijkach zakładowych (emerycka + obecne szkoły) i choć może oczekiwania chwilami przerastały rzeczywistość, to jednak w tym roku podeszłam do tego z dużo większym spokojem i zrozumieniem. Ot, praktyka czyni mistrza, jak widać;

5. Upiekłam pierniczki, tak jak w ubiegłym roku z dwóch porcji ciasta, tyle że na odmianę (no sama nie wiem, czy się do tego przyznawać;) wykorzystałam zalegające w szufladzie pudła z gotowcami w proszku. No cóż, wiem, że to nie jest mistrzostwo świata ani powód do dumy, ale dzięki temu w komodzie zwolniło się miejsce na nowe produkty kuchenne. A uzyskane takim sposobem pierniczki okazały się zupełnie zjadliwe.

Niestety znów nie chciałam w tym roku tracić czasu na szukanie foremek, więc skorzystałam z tej jednej jedynej, którą mam w kuchni – napisałam do Ani.

Jedna wystarczy – otrzymuję słowa pocieszenia.

No i na pewno byś się nie domyśliła, że to była foremka z aniołkiem – wyjaśniam po przesłaniu fotki z pierniczkami.

Fakt z daleka jak dzwoneczki xd

Hahaah xd ale i tak pasuje

No cóż, musi pasować:).

6. Z pomocą dzieciaków zdobyliśmy zaopatrzenie na Święta. Wygląda na to, że z takimi zapasami mogą one trwać nawet tydzień:).

A teraz o tym, co się nie udało - i tak na przykład amarylisy w tym roku znów będą sztuczne. Jedyny żywy, biały egzemplarz, zakupiony w listopadzie w Lidlu podarowałam w tym roku Madzi na urodziny. Jest tego warta. Za to kwitnących grudników na parapecie w salonie mam taki dostatek, że mogłabym nimi obdzielić całą ulicę. Jakby nie było, to też piękne kwiaty. I tego się trzymajmy.

Co dopisałam jeszcze nowego do zeszłorocznej listy?

Przede wszystkim wizyty w następnych galeriach ze świątecznym asortymentem oraz pobyt na kolejnym bożonarodzeniowym jarmarku. Zachęcona miłym katowickim doświadczeniem, postanowiłam sobie, że w tym roku postaram się odwiedzić także takie miejsce w Krakowie. Cóż, szału nie było, usytuowanie krakowskiego jarmarku na Rynku miasta jest piękne, ale możliwość zakupienia tam czegokolwiek sensownego w rozsądnej cenie po prostu żadna. Pewnie na jakiś czas będę miała dość takiej atrakcji, ale wyjazdu do Krakowa nie żałuję. Udało mi się wówczas również wykorzystać voucher na masaż w Thai Bali Spa Garden, który usunął ból z mojego naciągniętego podczas mycia okien barku;). Jest to sposób wypróbowany już wcześniej. W listopadzie z podobną dolegliwością poradziłam sobie poddając się masażowi w "Oknach natury" (tuż obok - na rogu mojej ulicy), wykupionego dla mnie przez Zuzię i Kacpra. 

A co jeszcze udało się podczas pobytu w Krakowie? Otóż miałam okazję obejrzeć choinkę, która ponoć jest najpiękniejsza w Europie, a nawet i na świecie:) - przynajmniej według magazynu Time Out, o którym pierwsze słyszę:) - https://tvn24.pl/ciekawostki/krakowska-choinka-uznana-za-najpiekniejsza-na-swiecie-ranking-magazynu-time-out-st8226345.

No jest ładna, bo nie powiem, że nie - napisałam do Ani.

Ale nie uwierzę, że na świecie nie ma piękniejszej.

A'propos choinki, to aby nie powtórzyć błędu z poprzedniego roku, tegoroczne drzewka już zakupiliśmy wcześniej. I to od razu trzy (po jednym dla każdego:). Później jeszcze dokupiłam czwarte na cmentarz.

Tak więc zasadniczo do Świąt jesteśmy przygotowani. Nie żeby w jakikolwiek sposób perfekcyjnie, ale jakoś to nas też przesadnie nie stresuje (na przedświątecznym stresie także nie mam ani czasu, ani siły się koncentrować). Choć roboty wciąż mnóstwo, to obecnie już bardziej się plączemy po domu, niż kończymy racjonalnie zaplanowane przygotowania. Ala, która zadzwoniła dzisiaj ze świątecznymi życzeniami, porównała nas w tym okresie do błędnych ogników. Rzeczywiście ja teraz się czuję właśnie jednym z nich.

Kończę wpis innymi życzeniami. Dostałam je przedwczoraj od Madzi wraz z Mikołajowym prezentem:

Bądź innym w potrzebie

Jak gwiazda na niebie,

A ludzie niech Ci będą kolędą…

Niech piękno tych świątecznych dni

Pozostanie w Was…”

Nic dodać, nic ująć… Można się tylko pod tym podpisać i zamieścić w zakończeniu jedno jedyne słowo – AMEN...

poniedziałek, 2 grudnia 2024

ZBLIŻANIE DO ZIMY

Ranek przy -7 stopniach, to konieczność wydobycia samochodu z polewy lodowej. Potem trzeba odrobinę wcześniej przyjechać do pracy w związku z kolejnym w moim zawodowym życiu obowiązkiem pełnienia opieki nad próbnym egzaminem po klasie ósmej.

Niestety sala, gdzie piszą go dzieciaki, nie jest tak cicha, jak ta w poprzednim roku - dosyć mocno słychać z ulicy auta podjeżdżające pod szkołę. Rodzice odstawiają swoje pociechy na lekcje, a ósmoklasiści próbują się skupić w tym ciągłym warkocie silników samochodowych. Ja też czuję w tej sytuacji pewien dyskomfort.

Ale za to mam w sali egzaminacyjnej całkiem ładny widok z okien – dużo relaksującej zieleni za sprawą okolicznych iglaków i cieszące oczy wciąż mocno zrudziałe modrzewie. 

Powoli mgła zaczyna się rozwiewać i robi się słonecznie. Lecz w powietrzu czuć już zbliżającą się zimę. Rozpoczął się grudzień. Znacznie wcześniej niż w poprzednich latach zaczynam myśleć o Świętach.

W weekend odwiedziła nas Ania i jednym z punktów programu wizyty był objazd naszych lokalnych galerii handlowych. To w nich zobaczyłam, jaka oferta zdominowała już rynek. I przyznać muszę, że miło było przeglądać świątecznie wystrojone sklepy z obfitością bożonarodzeniowych bibelotów. Dawno tego nie robiłam.

Ale i tak w odwiedzanych przeze mnie podczas codziennych zakupów marketach, Święta Bożego Narodzenia dosięgnęły mnie już w listopadzie. Świąteczne utwory usłyszałam tam jeszcze przed swoimi urodzinami.

W tym roku celebrowałam je bardzo rodzinnie. Zuzia z Kacprem postarali się nawet o tort, do którego włożyli tryskającą ogniem fontannę. Dom wypełnił się siarkowym dymem niczym piekiełko, ale za to było bardzo miło:).

Na dzień urodzin zapowiedziała swoją wizytę także Ania. Niestety pogoda przeszkodziła w realizacji tego planu. I chodzi tu nie tylko o przenikliwe zimno, które napłynęło chyba z wiatrem z bieguna, ale też o obfite opady śniegu. Gdy do tego doszły prognozy zamieci śnieżnej, to postanowiłyśmy jednak przenieść urodzinowe spotkanie na inny termin. I choć bardzo za Anią tęskniłam, to wiedziałam, że to dobra decyzja. Jej bezpieczeństwo jest najważniejsze, a trasa z Łodzi do naszego miasta wymaga jednak spędzenia kilku godzin za kierownicą. Nie chciałam, abyśmy obydwie przeżyły ten czas w ekstremalnym stresie.

Zwolniony z urodzinowego planu weekend postanowiłam wykorzystać na wyjazd z Elą (autobusem – i nie w roli kierowcy;). Pojechałyśmy na kolejne szkolenie do Katowic. Najwspanialszym jednak jego elementem była… droga powrotna. Zahaczyłyśmy wówczas o katowicki jarmark świąteczny. Tego też dawno nie robiłam. I choć nic nie udało mi się kupić w takim miejscu, to jednak spędzenie czasu wśród bajecznych dekoracji i klimatycznych budek ze świątecz różnorodnością dóbr wszelakich, było pełnymi dziecięcej radości chwilami dla siebie.

A Ania przyjechała do nas tydzień później. W deszczowy dzień odwilży. I to jak zwykle był magiczny czas, mimo tego, że fajerwerków trudno by się doszukać. Przegadałyśmy trzy wieczory, snułyśmy marzenia związane z planowanym wspólnie wyjazdem na Maltę, wypiłyśmy cale morze wina – hiszpańskiego, chilijskiego, niemieckiego… Na zimno i na ciepło. Rozgrzewałyśmy się też herbatą pomarańczowo – różaną, wypróbowywałyśmy kosmetyki z Doliny Róż, warzyłyśmy leniwe pierogi. A ostatniego dnia, korzystając ze słońca, które nieoczekiwanie nam przyświeciło, poszłyśmy na spacer z Wafelkiem, karmiłyśmy owsem dzikie kaczki i zaniosłyśmy wiosenne już tulipany chłopakom na cmentarz.

Jak zwykle minęło zbyt szybko. Jeszcze tyle filmów nieobejrzanych Aniu, jeszcze tyle niezrecenzowanych książek...

Ale żeby nie było, żeśmy się głównie obijały, to podaję tutaj wykaz naszych bliskich spotkań z kulturą w tym czasie:

1. Zapoznałyśmy się z książkami na temat zapomnianych zabytków Łodzi i okolic – już z myślą o spacerach, gdy przyjadę do Ani z rewizytą;

2. Obejrzałyśmy zaległą część filmów, w których niezwykła biblioteka z Klasztoru na Strahovie w Pradze pełni rolę przepięknej oprawy zazwyczaj pojedynczej (i mało znaczącej:( sceny;

3. Podjęłyśmy ważny temat kinematografii japońskiej. To dzięki reżyserowi Hirokazu Koreeda, którego filmy „Nasza młodsza siostra” (piękny obraz zielonej wyspy, przełamujący mój stereotyp Japonii przeludnionej i ultranowoczesnej) oraz „Złodziejaszki" (tu z kolei mało zamożne kręgi społeczne tego kraju) oglądałam już wcześniej z mężem, a teraz mogłam polecić Ani. Ten duet zestawiłyśmy z jeszcze jednym dziełem filmowym wspomnianego reżysera pod tytułem „Jak ojciec i syn” i jesteśmy pewne, że nie jest to ostatnie spotkanie z tym twórcą.

W obejrzanych przez nas filmach Hirokazu Koreeda podejmuje temat wzruszająco trwałych i ciepłych więzi rodzinnych, ale szczególnego rodzaju – takich, które nie zawsze znajdują odzwierciedlenie w pokrewieństwie, lecz są sprawą wyboru.

I kiedy Ania wyjeżdża, to nagle uświadamiam sobie, że to jest też coś, co mnie z nią łączy. Chyba więc powinnyśmy się skontaktować z japońskim reżyserem i zawiadomić go, że dzięki nam ma już gotowy scenariusz na swój najnowszy film:). Trudne to zapewne nie będzie – właśnie przeczytałam, że twórca działa już w Europie - jedno ze swoich ostatnich dzieł nakręcił w Paryżu :).

- Najcięższe w wizytach Ani jest to, że po nich bardzo źle znoszę rozstania – zwierzam się Eli. - To jakbym znów się mierzyła z opustoszeniem gniazda.

Zawsze tak miałam w przypadku każdego z dzieci. Potrzebowałam długiego czasu, by znów przywyknąć do ich nieobecności w domu.

Ale życie nie czeka. Wymaga ode mnie tym razem ekspresowego tempa. Tyle się dzieje… Już jestem w innych, poweekendowych okolicznościach i praca wymusza przekierowanie uwagi na to, co ma miejsce w szkołach. Nie mam wyjścia, rzucam się w wir bieżących wydarzeń. Z wywieszonym jęzorem jeżdżę ze szkoły do szkoły. Młyn, kocioł, kołowrotek…

Ale po godzinach tego wszystkiego czeka mnie nagroda. Dziś jestem umówiona z Madzią na świętowanie (ponowne:) tym razem jej urodzin. Liczę na reset od wszystkiego, co trudne. Wiem, że będzie miło.

I jest:).