„Dzień zaczyna się wydłużać od pierwszego dnia astronomicznej zimy, na przełomie 21 – 22 grudnia” – wczoraj rano przesłałam Ani cytat ze strony https://radarburz.pl/ile-przybywa-dnia-codziennie/.
A potem cieszyłam się dziennym światłem o całe trzy sekundy dłużej (info z facebookowego konta Edi) niż podczas równonocy! Przynajmniej tak było w naszym regionie, bo wydłużenie dnia jest podobno zróżnicowane w zależności od miejsca zamieszkania.
Trzy sekundy więcej, super – odpowiada Ania:).
No niby niewiele, ale generalnie to trend mega optymistyczny. Zwłaszcza w zestawieniu z chwilowo wiosennymi zajawkami pogody, przejawiającymi się na przykład takimi zjawiskami w przyrodzie, jak kwitnąca pod nowszą szkołą w ostatnim tygodniu nauki grudniowa stokrotka. Zdjęcia na dowód oczywiście nie zrobiłam, bo najpierw spieszyłam się na lekcje, a potem, po zakończeniu zajęć, świat był już zanurzony w przedwieczornym zmroku.
Tak, bardzo dużo ostatnio pracuję. Gdy po drodze ze szkoły, robię jeszcze zakupy, to wracam do domu po ciemku. Całe słoneczne światło tracę, kiedy przebywam zamknięta w szkolnych murach. Zresztą tak samo, jak częstokroć moi uczniowie. To nie napędza sił do życia, niestety…
- Czuję się, jakby cały ich życiowy limit już mi się wyczerpał – skarżyłam się ostatnio Eli.
No bo jak to możliwe, że po weekendzie, podczas którego robię wszystko, by je w jak największej mierze odtworzyć i nawet mam wrażenie, że mi się to nieźle udaje, już w poniedziałek po pracy przypominam wyżętą ścierkę do podłogi. Leżę bez życia. Jedyne, co mnie wtedy interesuje to sofa i ciepły kocyk A gdzież tam jeszcze przecież do piątku…
Ale jest i dobra wiadomość. Sił co prawda niewiele, ale za to towarzyszy mi, jak na grudzień, całkiem nie najgorszy nastrój. Może dlatego, że w ogóle nie mam dla niego czasu i absolutnie się na nim nie koncentruję. Jestem teraz całkowicie pochłonięta wytrwaniem na stanowisku pracy do ferii świątecznych.
Od lat nie spędzałam w szkole tylu godzin. Godzinowo mam teraz ponad półtora etatu. Niestety to w żaden sposób nie przekłada się na zarobki. W obydwu obecnych szkołach jestem nowym pracownikiem – bez żadnych dodatków płacowych (np. motywacyjnego), a w placówce katolickiej nie liczy mi się nawet moja wysługa lat pracy. Mimo spędzania omal całego dnia między dwoma szkołami ledwo wyciągam taką wypłatę, jak inni przy jednym etacie.
No cóż, na razie muszę. Ale coraz bliżej mi do decyzji, że rok szkolny 2025/26 będzie tym ostatnim przed emeryturą. Bardzo bym chciała.
Tak więc, jak zwykle w grudniu, pojawiają się plany związane z funkcjonowaniem w następnym roku. Są też oczywiście podsumowania. Gdy przeczytałam sobie zeszłogrudniowy wpis, to stwierdziłam, że niewiele się u mnie zmienia wraz z upływem lat. Znów mogę zrobić tu wyliczankę tego, co udało się zrobić przed Świętami. I nie będzie ona zbytnio odbiegała od tej z poprzedniego roku.
No to wyliczam:
1. Umyłam okna w salonie, jadalni i kuchni (i to by było na tyle w temacie przedświątecznych porządków). A Maciuś już się zajął tym, by tego nie było widać:);
2. Posprzątałam na cmentarzu, to znaczy z pomocą Kacpra usunęłam zbędne ślady (przynajmniej w większości) po Wszystkich Świętych;
3. Ogarnęłam prezenty, choć nie wszystko poszło zgodnie z planem - przede wszystkim dlatego, że w tym roku taki plan żadną miarą nie chciał powstać i przesłonić pustkę w głowie, z jaką w tej mierze bardzo długo się nosiłam;
4. Uczestniczyłam ponownie w trzech Wigilijkach zakładowych (emerycka + obecne szkoły) i choć może oczekiwania chwilami przerastały rzeczywistość, to jednak w tym roku podeszłam do tego z dużo większym spokojem i zrozumieniem. Ot, praktyka czyni mistrza, jak widać;
5. Upiekłam pierniczki, tak jak w ubiegłym roku z dwóch porcji ciasta, tyle że na odmianę (no sama nie wiem, czy się do tego przyznawać;) wykorzystałam zalegające w szufladzie pudła z gotowcami w proszku. No cóż, wiem, że to nie jest mistrzostwo świata ani powód do dumy, ale dzięki temu w komodzie zwolniło się miejsce na nowe produkty kuchenne. A uzyskane takim sposobem pierniczki okazały się zupełnie zjadliwe.
Niestety znów nie chciałam w tym roku tracić czasu na szukanie foremek, więc skorzystałam z tej jednej jedynej, którą mam w kuchni – napisałam do Ani.
Jedna wystarczy – otrzymuję słowa pocieszenia.
No i na pewno byś się nie domyśliła, że to była foremka z aniołkiem – wyjaśniam po przesłaniu fotki z pierniczkami.
Fakt z daleka jak dzwoneczki xd
Hahaah xd ale i tak pasuje
No cóż, musi pasować:).
6. Z pomocą dzieciaków zdobyliśmy zaopatrzenie na Święta. Wygląda na to, że z takimi zapasami mogą one trwać nawet tydzień:).
A teraz o tym, co się nie udało - i tak na przykład amarylisy w tym roku znów będą sztuczne. Jedyny żywy, biały egzemplarz, zakupiony w listopadzie w Lidlu podarowałam w tym roku Madzi na urodziny. Jest tego warta. Za to kwitnących grudników na parapecie w salonie mam taki dostatek, że mogłabym nimi obdzielić całą ulicę. Jakby nie było, to też piękne kwiaty. I tego się trzymajmy.
Co dopisałam jeszcze nowego do zeszłorocznej listy?
Przede wszystkim wizyty w następnych galeriach ze świątecznym asortymentem oraz pobyt na kolejnym bożonarodzeniowym jarmarku. Zachęcona miłym katowickim doświadczeniem, postanowiłam sobie, że w tym roku postaram się odwiedzić także takie miejsce w Krakowie. Cóż, szału nie było, usytuowanie krakowskiego jarmarku na Rynku miasta jest piękne, ale możliwość zakupienia tam czegokolwiek sensownego w rozsądnej cenie po prostu żadna. Pewnie na jakiś czas będę miała dość takiej atrakcji, ale wyjazdu do Krakowa nie żałuję. Udało mi się wówczas również wykorzystać voucher na masaż w Thai Bali Spa Garden, który usunął ból z mojego naciągniętego podczas mycia okien barku;). Jest to sposób wypróbowany już wcześniej. W listopadzie z podobną dolegliwością poradziłam sobie poddając się masażowi w "Oknach natury" (tuż obok - na rogu mojej ulicy), wykupionego dla mnie przez Zuzię i Kacpra.
A co jeszcze udało się podczas pobytu w Krakowie? Otóż miałam okazję obejrzeć choinkę, która ponoć jest najpiękniejsza w Europie, a nawet i na świecie:) - przynajmniej według magazynu Time Out, o którym pierwsze słyszę:) - https://tvn24.pl/ciekawostki/krakowska-choinka-uznana-za-najpiekniejsza-na-swiecie-ranking-magazynu-time-out-st8226345.
No jest ładna, bo nie powiem, że nie - napisałam do Ani.
Ale nie uwierzę, że na świecie nie ma piękniejszej.
A'propos choinki, to aby nie powtórzyć błędu z poprzedniego roku, tegoroczne drzewka już zakupiliśmy wcześniej. I to od razu trzy (po jednym dla każdego:). Później jeszcze dokupiłam czwarte na cmentarz.
Tak więc zasadniczo do Świąt jesteśmy przygotowani. Nie żeby w jakikolwiek sposób perfekcyjnie, ale jakoś to nas też przesadnie nie stresuje (na przedświątecznym stresie także nie mam ani czasu, ani siły się koncentrować). Choć roboty wciąż mnóstwo, to obecnie już bardziej się plączemy po domu, niż kończymy racjonalnie zaplanowane przygotowania. Ala, która zadzwoniła dzisiaj ze świątecznymi życzeniami, porównała nas w tym okresie do błędnych ogników. Rzeczywiście ja teraz się czuję właśnie jednym z nich.
Kończę wpis innymi życzeniami. Dostałam je przedwczoraj od Madzi wraz z Mikołajowym prezentem:
„Bądź innym w potrzebie
Jak gwiazda na niebie,
A ludzie niech Ci będą kolędą…
Niech piękno tych świątecznych dni
Pozostanie w Was…”
Nic dodać, nic ująć… Można się tylko pod tym podpisać i zamieścić w zakończeniu jedno jedyne słowo – AMEN...