niedziela, 31 marca 2024

MARCOWO

Moja nowa szkoła masowa jest molochem, zajmującym sporą przestrzeń u wjazdu na pełne bloków osiedle. Oprócz czterech pawilonów i łączącego je systemu przewiązek znajdują się w niej także obiekty dedykowane rozwojowi sportu, a zwłaszcza prowadzonym tu klasom mistrzostwa sportowego.

Najbardziej lubię zajęcia w pawilonie D. W dzień swoich imienin opiekowałam się tam uczniami z niepełnosprawnością, którzy pisali próbny sprawdzian z matematyki po klasie VIII. Do pomocy przydzielono mi matematyczkę - drugą Bożenkę, w ten oto sposób stwarzając z nas szkolną komisję imieninową:). Te trzy godziny w egzaminacyjnej ciszy, spędzone na obserwacji budzącej się za oknami przyrody, ze szczególnym uwzględnieniem spacerującej po gałęziach modrzewia rudej wiewiórki, okazały się dla mnie wytchnieniem od hałasu i chaosu szkoły. Chyba więc na starość polubię pracę w takich komisjach, choć wcześniej przez cały okres pracy zawodowej uważałam to za stratę czasu, który dłuży się wówczas niemiłosiernie i nieopisaną wprost nudę.

Oprócz tego, że z pawilonu D można przyglądać się ogrodowi przy domu stanowiącym przedmurze blokowiska, mamy tam jeszcze możliwość obserwowania wejścia do miejskich obiektów sportowych: kortów i basenu. Za nimi zaś dodatkowo znajduje się skatepark. W sumie całkiem niezła baza do uprawiania sportu w dolinie rzeczki, nad którą i ja mieszkam. Z okien mojego salonu, udaje mi się czasem dostrzec za ścianą zieleni kawałek któregoś z osiedlowych budynków.

Samo osiedle jest miejscem środowiskowo trudnym i może bym nawet nie wiedziała jak bardzo, gdyby nasi uczniowie nie wnosili jego i swoich problemów w szkolne mury. Pracując w starej szkole masowej, zdawało mi się, że trudniejszego środowiska już być nie może. Myliłam się. Niestety tu dzieje się zdecydowanie więcej, oczywiście w kategoriach kłopotów i komplikacji.

Kiedyś pewnie postrzegano tę moją nową osiedlową szkołę jako mega nowoczesną, ale cóż, z biegiem lat wszystko tutaj się zestarzało. Na gruntowne remonty brak finansów, więc w wielu miejscach mimo starań, zwłaszcza w pawilonie, w którym najczęściej pracuję, zalęgła się bylejakość.

Przyznać trzeba, że nie dotyczy ona gabinetów specjalistów, co w wielu placówkach oświatowych wciąż nie jest normą. Bardzo doceniam, że zapewniono mi takie komfortowe, jak na tę szkołę, zaplecze. Choć pewnie to głównie zasługa Madzi, która bardzo dba o nasz gabinetowy wystrój i wyposażenie, włącznie z dekoracjami tematyczno – sezonowymi i świeżymi kwiatami. Ale o tym, na jaki skarb w postaci drugiej psycholożki trafiłam, już wcześniej pisałam.

13.03.

*

Już prawie święta. A ja walczę z przeziębieniem, którego nabawiłam się w ostatnich dniach, udowodniających z całej mocy, że powiedzenie: „w marcu jak w garncu” jest jednak mottem tego miesiąca. Trochę się niepokoję, że ferie świąteczne mogę spędzić w łóżku, a tyle jeszcze mam do wykonania przed wyjazdem do sanatorium.

ZUS zrobił, jak zapowiedział. Zawiadomił mnie o skierowaniu na rehabilitację trzy tygodnie przed jej rozpoczęciem, nie bacząc na to, że nie wszyscy (dotyczy to zwłaszcza starszych i schorowanych ludzi) są tak mobilni, zorganizowani i pozbawieni wszelkich planów, żeby przeniesienie ich w inną rzeczywistość w najbliższej przyszłości i to na 24 dni, nie wzbudziło stresu, obaw i nie wymagało niekomfortowych zmian, związanych chociażby z przerwaniem pracy zawodowej. No ale teraz podobno takie są przepisy i tak krótki czas musi wystarczyć, żeby wszystko ogarnąć i jeszcze nastawić się pozytywnie na sanatoryjną kurację.

Wyjeżdżam tydzień po zakończeniu ferii świątecznych. Znów, jak kiedyś, mam skierowanie do Biaweny w Wysowej i nadzieję, że tym razem nikt ani nic nie pokrzyżuje tych planów. Oczywiście już dzwoniłam do Heleny, bo to jedyna osoba, jaką znam, mająca moc załatwiania jedynek w ośrodkach sanatoryjnych:). Powiedziała, że zrobi, co będzie mogła. A to już bardzo wiele, zwłaszcza w porównaniu do możliwości tych, którzy nie mogą w tej sprawie zrobić absolutnie nic.

Ale na razie nie umiem się cieszyć tym przydziałem. Spodziewałam się, że do wyjazdu mam znacznie więcej czasu („koło siedmiu miesięcy, bo teraz takie kolejki” – przynajmniej tak wynikało z rozmowy z miłą urzędniczką z ZUS-u). A tu nagle jak grom z jasnego nieba ktoś gdzieś zadecydował o przyspieszeniu terminu, wywracając mi trochę życie na obecnym etapie do góry nogami. Jakoś nie jestem w stanie za tym nadążyć. Czy już nie wystarczy, że jeszcze trzeba w ciągu tego czasu przygotować się i przeżyć Święta? Dla osób, które tak jak ja, mają teraz problem z elastycznością, to trochę za dużo naraz do udźwignięcia. Zwłaszcza, gdy zdrowie niedomaga coraz bardziej.

26.03.

*

No i nie oparłam się świątecznej ofensywie choróbska. Niby już pozbyłam się kaszlu i bólu gardła, ale za to ogarnęła mnie taka niemoc, że Wielkanoc spędzam konsekwentnie w łóżku. Oczywiście z przygotowań nic nie wyszło. Wielkanocne ciasteczka upiekły dla mnie koleżanki z katolickiej szkoły, dzieciaki zrobiły zakupy, a prezenty dla nich na zajączka załatwił przelew blikiem. Jedyne, co mi się udało, to świąteczna dekoracja na jadalnianym stole. To zawsze poprawia mój humor. Poza tym nie wykazałam się w żadnej innej dziedzinie – wiosenne porządki leżą i kwiczą, w Wielkanoc poza żurkiem (o zgrozo - z pudełka) i bardzo spóźnioną sałatką jarzynową nie przygotowałam niczego do jedzenia, a makowiec, piernik i mazurek powstały w piekarni Lidla. Ale ponieważ też nikt się u nas do świątecznych obchodów nie pali, to nawet specjalnie się w piersi nie biję. Dzieciakom również ani humor, ani samopoczucie, ani też zdrowie nie dopisują, więc po prostu mamy takie Święta, jakie były w zasięgu naszych obecnych możliwości. 

Najgorszy świąteczny moment? Gdy zorientowałam się i to wcale nie od razu, że rozłożyłam na stole zbyt wiele nakryć do wielkanocnego śniadania...

Tylko świąteczna pogoda wykazała się w tym roku na maksa. Podgrzała tak atmosferę, że oto mamy końcem marca 23 stopnie ciepła na termometrach. W kategorii wysokich temperatur zapewne marzec, wzorem lutego, pobił wszelkie rekordy w porównaniu z poprzednimi laty. I zrobiła się naprawdę piękna wiosna. Sezon na radowanie się kwiatami w ogrodzie przyszedł wcześnie jak nigdy. Krokusy, prymulki i przylaszczki zakwitły mi już w lutym, teraz zaś mogę cieszyć oczy żonkilami, hiacyntami, fiołkami, forsycją i tulipanami. I naprawdę to wielka radość. Słońce przez ostatnie dni nie schodzi z nieba. Powietrze pachnie okrytymi kwieciem krzewami i drzewami owocowymi. Nawet moja późna magnolia okryła się pąkami. Podwórko pięknie się już zazieleniło. Na naszych sosenkach uwijają się radośnie ptaki i rude wiewiórki. Całą przyroda weszła w tryb wiosennych obrotów i tylko mogę ubolewać nad tym, że ja jeszcze odstaję od tej normy. A przecież tak na tę wiosnę czekałam...

Ale nie chciałabym tu ciągle narzekać. Są i dobre nowiny. Helena po raz kolejny załatwiła jedynkę w Biawenie. Jestem niewypowiedzianie wdzięczna.

Pani wicedyrektor masowej szkoły pyta, dokąd się wybieram. Gdy słyszy, że to sanatorium w Wysowej, podsumowuje mój wybór:

- A to taka dziura, gdzieś w górach...☺

Opowiadam o tym Pani dyrektor katolickiej szkoły, cytując powyższe słowa i słyszę w odpowiedzi:

- Bo to naprawdę straszna dziura, pani Bożenko...☺

No dobrze. Niech będzie i straszna dziura. Ja akurat rozrywkowa nie jestem. Byle się wreszcie podnieść z tej wielkiej słabości, co mnie teraz tak mocno trzyma, to chętnie pojadę i do strasznej dziury... I na pewno nie będę na to narzekała...

31.03.




 

wtorek, 26 marca 2024

ZIEMIA OBIECANA

Tekst pochodzi z marca 2011 roku - to do opisywanej w nim wizyty w Łodzi odnoszę się w poprzednim poście.

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/03/poprawy-jeszcze-jestem-podekscytowana.html






ZIEMIA OBIECANA







Zakupy grupowe

Gdybym nie stała się fanką zakupów grupowych, nigdy by mi się to nie przydarzyło. Ale od niedawna zaczęłam systematycznie przeglądać serwisy Groupona. Grupera, MyDeala, Sweetdeala, Okazika itp.... i czekać na swoją okazję... Jednocześnie skupuję vouchery, które wydają się mieć naprawdę korzystną cenę. Przeglądam oferty z całej Polski, z Krakowa (najchętniej tam jeżdżę) i Wrocławia ( bo jeździ tam Bartek), ze Śląska (bo to też blisko) oraz z Łodzi, co ma największe znaczenie dla tej historii. Początkiem roku założyłam bowiem, że tam spędzimy ferie zimowe. Chyba w moim myśleniu zaszła prosta analogia do ubiegłych lat szkolnych. Miałam jakieś dziwne przekonanie, ze tam się spędza ferie zimowe, gdzie w danym roku przebywa nasz starszy syn. Gdy w czasach podstawówki był na Białej Szkole w Gliczarowie, to uważałam, że powinniśmy jeździć właśnie tam pod Tatry, później w okresie licealnym żeby cieszyć się naszym dzieckiem przyjeżdżaliśmy do Krakowa, a zeszłej zimy byliśmy u niego w odwiedzinach w Olsztynie. Ponieważ zaś Bartek aktualnie studiuje w Łodzi, to w styczniu zaczęłam układanie planów na przemiły feryjny pobyt w tym mieście.

Nic nie jest tak miłe, jak układanie planów przemiłego pobytu. Tylko ceny mogą popsuć takie planowanie, więc tu pora, by wkroczyć z obniżkami cenowymi, czyli zakupami grupowymi. A że plan zakładał mnóstwo przyjemności i wrażeń, to należało zapolować na jak najwięcej internetowych okazji.

Kupiłam więc w styczniu chyba wszystko, co wydawało mi się w Łodzi okazyjne i atrakcyjne zarazem. Zniżkowe vouchery do restauracji pełnych pyszności oraz kawiarni o fantastycznie brzmiących nazwach, czekoladowe masaże w orientalnym SPA, zabiegi fryzjerów nakładających nawilżające i odżywcze maseczki na włosy, a nawet wstępny kurs nurkowania z podwodnymi zdjęciami – s’il vous plais. Oczywiście to wszystko dla moich dzieci, bo jak zwykle zapomniałam sobie, że ja też mam ferie. Niestety, bycie matką przez ponad dwadzieścia lat czasem tym właśnie skutkuje.

Gdy napisałam powyżej, ze nasz plan mogą zepsuć tylko ceny, to się oczywiście myliłam. Nawet one okazały się możliwe do ujarzmienia i zakupy grupowe sprawiły, że im podołałam. Tak naprawdę wszelkie plany przemiłego pobytu z dziećmi są do zepsucia tylko i jedynie przez dzieci same w sobie. To one zawsze mają akurat właśnie zaplanowane coś zgoła całkiem odmiennego niż my. Wymyślają swoje własne plany przemiłego pobytu akurat dokładnie w innych miejscach niż my to zaplanowaliśmy i na dodatek niekoniecznie nas w nich uwzględniają. Dla Bartka oczywiście najważniejszy był przedłużony weekend we Wrocławiu, a dla Kacpra wyjazd na Białą Szkołę z rówieśnikami.

I choć z łatwością dwutygodniowa przerwa szkolna pomieściłaby to, co dla nich ważne i to, co ja zaplanowałam, to jednak moi panowie uznali, że w zupełności ich plan im wystarczy. Resztę ferii postanowili spędzić na obijaniu się bez żadnego planu. Mnie zaś przypisano w udziale rolę, którą zawsze dostaję w podobnych sytuacjach, bo przecież nie ma prawdziwego obijania bez kompleksowej obsługi, którą zapewnia ktoś inny. Fajny plan na ferie? A jednak okazało się, że przyniósł mi on ogromną korzyść - uświadomienie sobie tego wszystkiego pomogło mi zmienić myślenie o własnej samorealizacji, dzięki czemu mogłam wkroczyć na swoją camino.

Tak więc ostatecznie wyszło na to, że i moje ferie wcale nie były bezsensowne, choć zgoła odmienne od planowanych. Tyle, że po ich zakończeniu zostałam z wielką pulą niewykorzystanych kuponów i to na dodatek w Łodzi. A ponieważ mają one ograniczoną w czasie ważność, trzeba było zacząć zastanawiać się, w jaki sposób je teraz zrealizować.

Najkrótszy termin realizacji miały dwa kupony do Shanti SPA na pakiet Czekoladowa pokusa. Zarezerwowałam ją na ostatni dzień ważności. Czy pomyślałam wówczas o sobie? Ależ skądże, z początku była wersja, że to zabiegi dla moich dwóch chłopaków. Było dobrze do czasu telefonu do Shanti SPA. Dziewczyna z recepcji najpierw nie widziała przeciwwskazań, żeby wykonać masaż mojemu młodszemu synowi (“przecież to tylko czekolada, proszę pani”), ale potem coś ją tknęło i zapytała o taką możliwość masażystę, który się zdecydowanie sprzeciwił. Kacper okazał się za młody, w zamian relaksującego zabiegu zaproponowano mu tylko strefę relaksu i filiżankę czekolady. Przystał na to z dużym rozczarowaniem, bo to on był autorem pomysłu z masażem.

Zaczęłam więc szukać innych możliwości zrealizowania jego kuponu. Czy może wtedy wreszcie pomyślałam o sobie? Ależ skąd, próbowałam namówić telefonicznie Bartka, aby sprowadził z Wrocławia do Łodzi na tę przyjemność osobę, która gościła go w ferie Ale mój pierworodny był wtedy przed swoim najgorszym egzaminem w sesji, więc w ogóle ze mną rozmawiać nie chciał, nie tylko zresztą na temat czekoladowych masaży, ale w ogóle na żaden temat. W końcu, gdy do zarezerwowanego terminu pozostało zaledwie kilka dni, BYŁAM ZMUSZONA pomyśleć o sobie!

I to właśnie dzięki temu przeżyłam cudowny, pełen wrażeń weekend, który mi i zastąpił, i wynagrodził brak wyjazdu feryjnego. Czasem nie trzeba wiele, czasem nie trzeba długo, żeby naładować się radością i chęcią życia. Tak się ze mną właśnie stało w Łodzi. I choć od wczoraj już wróciłam do swoich zwykłych obowiązków, to jeszcze tę chęć życia i radość w sobie czuję. Od dawna nie przytrafiło mi się coś takiego. Odczuwam to jak odnalezienie się po długim błądzeniu. Doświadczenie z gatunku bezcennych.

Trzy dni w Manufakturze z torbą podróżną w roli głównej

Ten podtytuł prawie w pełni oddaje istotę mojego pobytu w Łodzi. Że wcale nie brzmi jako coś atrakcyjnego czy kuszącego? Za to pewnie odwołuje się do moich prawdziwych potrzeb. Jak się okazuje, nie potrzeba mi bowiem żadnych wyszukanych atrakcji ani pokus. Z wyjątkiem wrześniowego grzybobrania od początku roku szkolnego nie byłam nigdzie w podróży, więc może stałam się już minimalistką.

Tylko początek wyjazdu wyłamuje się podtytułu. I to być może on sprawił, że cokolwiek by nie nastąpiło potem, to wszystko było i tak i szczęściem, i przyjemnością. Mówiąc o początku, nie mam na myśli czterogodzinnej podróży. Po nocy spędzonej na sprzątaniu domu, gdzie mieli imprezować pod nieobecność moją i Kacpra koledzy mojego męża i wczesnym poranku, kiedy byłam kłębkiem nerwów, który odchodził od zmysłów na myśl, że nie zdąży się spakować, jazdy pociągiem omal nie pamiętam. Również Kacper niewiele wtedy wiedział o Bożym świecie, bo przespał prawie całą drogę.

Według słów Bartka, Shanti Spa, do którego skierowaliśmy się po wyjściu z pociągu, miało być niedaleko od dworca Łódź Fabryczna. Umówiliśmy się więc na spotkanie bezpośrednio na miejscu. Nie przewidziałam tylko w tym wszystkim reakcji mojego młodszego syna, gdy spytałam pierwszą z napotkanych osób o ulicę Jaracza. Ale, jak mówi Beata z mojego gabinetu, która w tym miesiącu wróciła z urlopu macierzyńskiego do pracy, dorasta nam już nowe, całkiem inne pokolenie. Jego przedstawiciele w takiej sytuacji raczej nie mają skojarzeń ze sztuką wysoką, sceną, teatrem czy czymkolwiek w tym rodzaju.

Jak zwykle okazało się, że Bartek jest moim nieodrodnym synem, z podobnym jak ja podejściem do punktualności. Spotkaliśmy się z nim więc nie w Shanti Spa, gdzie powinien być od dziesięciu minut na masażu, lecz na ulicy ( Jaracza!). Ale dobry humor spowodowany był teraz nie tylko jej nazwą. Na widok Bartka moja macierzyńska miłość wylała się z serca taką falą, że zatopiła nie tylko tęsknotę toczącą mnie od ferii zimowych, ale także mnie całą.

I w takim właśnie uniesieniu, czując się Miłością każdym centymetrem kwadratowym, wkroczyłam z moimi dziećmi do Shanti Spa. Tak oto nastąpiło pierwsze zderzenie luksusu, przepychu i wyciszenia wnętrz o orientalnym charakterze z naszymi ogryzionymi przez Lunę torbami podróżnymi, zamieszaniem związanym z pobytem niespełna dwunastolatka w miejscu, które jak określiła dyżurująca recepcjonistka jest przeznaczone dla osób pełnoletnich oraz kompletnym brakiem umiejętności znalezienia się w takich okolicznościach przez kogoś, kto w wieku pięćdziesięciu lat absolutnym przypadkiem dostał się na masaż czekoladowy całego ciała i na dzień dobry otrzymał przy wejściu po raz pierwszy w życiu jednorazowe stringi! Na szczęście jako rodzina wykazaliśmy spore zdolności przystosowawcze do otoczenia, dzięki którym udało nam się z zabiegów masażysty wyciągnąć czystą, żywą przyjemność, z całego pobytu w Shanti Spa także. Shanti Spa miało chyba trochę trudniej z przystosowaniem do nas, dlatego, jak mi się wydawało przy wyjściu, pożegnało nas z pewną ulgą. Choć oczywiście także z elegancją i uprzejmością, które trwały do samego końca. Dzięki temu nasze ego i pachnące czekoladą ciała czuły się prawdziwie po królewsku i zrelaksowane, mogły kontynuować realizację planu przemiłego pobytu, który dociągnął się jeszcze do kolejnego punktu (kawiarnia Czekoladowe Obłoki przy Piotrkowskiej) i gwałtownie umarł, żeby nigdy później nie zmartwychwstać.

Potem było już tak jak w podtytule, bo gdy Kacper po raz pierwszy zobaczył Manufakturę, to się w niej na zabój zakochał, co jest niezwykłe w przypadku dziecka, nie zakochującego się zwykle w żadnych miejscach, gdzie było, a zwłaszcza od pierwszego wejrzenia. Od tamtej pory zresztą jego marzeniem numer jeden stał się pobyt w znajdującym się w Manufakturze Andel’s Hotelu. Bardzo ładnie teraz o tym mówi:

- Kiedyś będę tam mieszkał.

Jakie piękne zdaje mi się takie patrzenie na świat przez pryzmat możliwości, które są w nim zawarte. Muszę też to przećwiczyć.

Oczywiście, byłoby bardzo miło spędzić noc w Andel’s Hotelu, ale my mieliśmy zarezerwowany nocleg w Alcatraz (chodzi tu tylko o akademik Uniwersytetu Łódzkiego). To była jedyna opcja wolnych miejsc noclegowych w tym terminie, a także najtańsza. Nie narzekamy, gdy następnym razem przyjedziemy do Łodzi, to też tam będziemy mieszkać (czyżbym już odrobiła ćwiczenie? ;-)

Bartek odwiózł do akademika nas i naszą ogryzioną torbę, a potem, co było urocze, wyciągnął ze swojej, całkiem nowej, zakupione w Manufakturze wino, którym postanowił oblać ze mną swój dopiero co zdany najgorszy egzamin. I choć z powodu zmęczenia bałam się nim zbytnio uraczyć, to poczułam się trzydzieści lat młodsza. Akademik i wino.....cóż, to jak powrót do przeszłości. A do tego dwa łączniki z teraźniejszością w postaci ukochanych dzieci, czy może być coś bardziej cudownego? Po wyjściu Bartka napisałam do Beaty sms-a z opisem mijającego dnia, pod którego tak wielkim byłam urokiem - o tym, że jestem w Łodzi, że Bartek zdał biologię, że mieliśmy dużo wrażeń. Przyszła odpowiedź: - Wiem Mamo, wyślij to do kogoś innego.

I choć, jak widać, wino przeszkodziło mi w poprawnym rozczytaniu listy kontaktów w swoim telefonie, to spało mi się po nim cudownie i...długo. Bartkowi chyba też, bo rano się spóźnił na spotkanie z nami przeszło godzinę, przez co nie zdążyłam już do fryzjera, który był w moim planie. Ponieważ więc nie miałam już czego realizować, to wykwaterowałam nas z akademika, mimo że wcześniej zrobiłam rezerwację na dwa dni (opcja oszczędnościowa, by nie płacić już niepotrzebnie za drugi nocleg) i wraz z torbą rozpoczęliśmy drugą podróż do Manufaktury. Wcześniej chłopcy pojechali jeszcze do innego fryzjera, który był w ich planie i choć też nie zdążyli na umówioną godzinę, to jednak w przeciwieństwie do mnie, im udało się włosy ściąć.

Spotkaliśmy się na powrót już późnym popołudniem, więc i nasz dzień w Manufakturze przeciągnął się do późna. Moi synowie ruszyli w pogoń za jakimiś lokalnymi atrakcjami: eksperymentatorium, Arena Laser Games, czytelnia w MPiK-u, ja zostałam w fioletowym foteliku przy oknie w roli stróża naszej nieodłącznej torby. I tak też wyglądał dzień trzeci naszego pobytu w Łodzi, bo jak się łatwo domyślić, opcja oszczędnościowa upadła i nie chcąc wracać do domu nocnym pociągiem, musieliśmy się przeprosić z kolejnym noclegiem w Alcatraz. I oczywiście znów dotaszczyć tam pilnowaną cały czas przeze mnie torbę.

Czy czułam się pokrzywdzona rolą bagażowego strażnika, która mi przypadła w udziale? Boże Broń! To było najmilsze nicnierobienie na świecie, pobyt sam na sam ze sobą, w towarzystwie tylko i wyłącznie nie wymagającej ode mnie niczego torby i promieni wreszcie wiosennego słońca, których działanie wyraźnie już czułam zza szyby. Mogłam czytać, pisać, czy też nawet spacerować, (choć akurat nie bardzo miałam pomysł, co zrobić wówczas z bagażem), ale wolałam się cieszyć i delektować wyglądaniem przez okna lub rozglądaniem dookoła. Zobaczyłam wiele ciekawych ludzkich typów, ale największą frajdę mi sprawiało wyobrażanie sobie spacerujących po dziedzińcu osób jako ludzi, dla których to miejsce nie było jeszcze dzisiejszą Manufakturą, lecz jedynie dającą im pracę fabryką Izraela Poznańskiego. Wyobraźnia jest cudownym darem, który potrafi przezwyciężyć czas. Napisałam o tym sms-a do Dorotki, z którą ostatnio bardzo mi się znajomość zacieśnia. “Łódź miłości, tęsknoty i wrażeń...” podsumowała w odpowiedzi. Chyba trafiła w sedno.

- Czy podoba Ci się Łódź? Jaka ona jest? - spytała mnie po powrocie Beata.

- Przy pierwszym spotkaniu z nią, gdy we wrześniu zawoziliśmy Bartka do akademika, miałam mieszane uczucia – wspominałam. - Nie rozumiałam wówczas do końca poprzednich słów Dorotki, która mówiła o fascynacji tym pełnym życia i energii miastem. Wtedy jedynie mogłam przymierzyć moje przekonanie o proletariackim charakterze miasta do wrażeń z miejsc, które przelotem zobaczyłam: ulicy Piotrkowskiej, Manufaktury, pałacu Poznańskiego. To trochę jakbym miała puzzle, których nie umiem jeszcze ułożyć. Teraz w to wszystko weszły uczucia, o których napisała w sms – ie Dorotka oraz moja myślowa podróż w czasie. I po przedarciu się przez swoje pierwotne wyobrażenia poczułam klimat Łodzi. Klimat Ziemi Obiecanej...

Choć teraz wciąż jeszcze zastanawiam się, czy dobrze wytłumaczyłam Beacie to, co myślę. Bo u mnie zrodziła się idea Ziemi Obiecanej jako rodzaj swoistego miksu – to nie tylko klimaty Reymontowskiej powieści, ale też wplecione w nie wyobrażenia odczuć biblijnych Żydów, którzy do takiego miejsca zmierzali.

W każdym razie jeśli wędrówka moim camino już jest rozpoczęta, to bardzo się cieszę, że wiodła przez Łódź. To cudowne i dające siłę uczucie, przejść po drodze przez swoją Ziemię Obiecaną bez względu na to, gdzie ktoś ją ma. Cieszę się również, że do Łodzi muszę wkrótce wrócić (co ma związek z kuponem na nurkowanie dla dzieci). Widać potrzeba mi zebrać więcej sił na dalszą drogę. A przecież żadne miejsce nie nadaje się do tego tak dobrze jak osiągnięta przez nas Ziemia Obiecana.












środa, 20 marca 2024

ŁÓDŹ SŁODKO - GORZKA




Jestem podekscytowana wyjazdem do Ani od chwili otrzymania zaproszenia. Tak bardzo cieszę się z planowanego spotkania. Wprost nie mogę się doczekać wyjazdowego weekendu i odliczam dni do jego nadejścia.


W międzyczasie wypożyczam „Ziemię obiecaną” Reymonta i wieczorami przed zaśnięciem „wczuwam się” przy jej lekturze w łódzki klimat. Nie byłam (z wyjątkiem przejazdów) w tym mieście już ponad osiem lat. Z Anią zaś ostatni raz widziałam się w okolicznościach pogrzebu męża:(. W jej życiu zaszły ostatnio zmiany - moja ukochana dziewczyna znów jest sama i nie dzieląc z nikim swojego życia (wierzę, że chwilowo), zdecydowała się podzielić ze mną swoim czasem w te trzy marcowe dni.




Zajmuję więc wraz ze swoją „Ziemią obiecaną” miejsce w wagonie i z powodu wielkiej ekscytacji podróżą zupełnie nie mogę się skupić na czytaniu. Ania wyjeżdża po mnie na dworzec. Zakupiła ostatnio małego Citroena i z dumą prezentuje się jako świetny, miejski kierowca.



Mieszkanie, które zajmuje z dwoma króliczkami ma dwa pokoje. Właściwie nic się w nim nie zmieniło od chwili, gdy się tam wprowadziła. Właściciel w nie kompletnie nie inwestuje. I nie robił tego na długo przed wynajęciem swojego lokalu Ani.







Trochę to dołujące, że dziewczyna nie może mieszkać w lepszych warunkach. Ale Ania znajduje sobie plusy tego zakwaterowania. Mieszkanie jest w samym centrum Łodzi, od skrzyżowania z Piotrkowską dzielą je trzy kamienice, a i odległość od miejsca pracy jest zaledwie kilkuminutowa. No i co najważniejsze – właścicielowi nie przeszkadza obecność zwierząt w pomieszczeniach.




Witam się z króliczkami i zagospodarowuję się w jednym z pokoi. Z dumą prezentuję Ani lekturę, którą z sobą przywiozłam. Mam przeświadczenie o jej adekwatności do charakteru mojej podróży. A Ania podczas naszego wieczornego spaceru pokazuje mi w zamian jeden z łódzkich murali. Na wyjściu z Off Piotrkowska można przeczytać na murze jeszcze bardziej adekwatny do sytuacji napis. Głosi on, że jest to... „ZIEMIA OBESRANA”.


No i to by było na tyle, jeśli chodzi o wysoką kulturę:).


*



Z powodu niedawnej wizyty w Neapolu porównania z tym miastem nasuwają mi się w Łodzi same. Z przemieszaniem miejsc ładnych i luksusowych z brzydkimi i zaniedbanymi mamy tu do czynienia w sposób omalże ciągły. Niestety tych ostatnich, w moim odczuciu, jest wciąż znacznie więcej. Zastanawiam się, jak czują się ich mieszkańcy. Przecież otaczanie się brzydotą i dziadostwem na każdym kroku musi wyciskać na nich jakieś piętno. Ze względu na to Bartek nie lubił Łodzi. Przyjechał tam z pięknego osiedla w pięknym Krakowie i czasem mam wrażenie, że w łódzkich klimatach czuł się chwilami jak na zesłaniu.





Ania się z takim stanem rzeczy godzi. Ponieważ Łódź nie okazała się tylko krótkim przystankiem na drodze życia, trzeba było jakoś sobie z tym poradzić. Dziewczyna wybrała, moim zdaniem, najlepszy na to sposób. Koncentruje się na pozytywnych stronach miasta. A tych jest rzeczywiście wiele. Łódź zmienia się na lepsze i to rzuca się w oczy nawet tym, którzy ją tak rzadko odwiedzają jak ja. Poza tym, miasto ma naprawdę ciekawą ofertę kulturalną i gastronomiczną. Z Anią pochodziłyśmy trochę po licznych, choć niewielkich parkach (z pięknie rozkwitającymi wiosennymi kwiatami) i całkiem dobrze zjadłyśmy w jednej z wielu restauracji (podobno wraz z pubami na samej tylko Piotrkowskiej jest ich około setki). Do teatru wprawdzie nie udało nam się w ostatniej chwili kupić biletów, ale to może tylko dlatego, że okazałyśmy się wybredne i nie miałyśmy (morderczego) nastroju na spektakl, na którym publiczność miała wybrać, kto z bohaterów sztuki zostanie zamordowany:).

Byłyśmy za to na cmentarzyku dla zwierząt. Odwiedziłyśmy grób Helenki, która wraz z Bogusiem stanowiła pierwszą króliczą parkę pod opieką Ani. Cmentarzyk okazał się taki, jak opowiadała wcześniej – przepełniony miłością, czyli, wbrew logice, napawający optymizmem. Oprócz typowo „ludzkich” atrybutów cmentarnych, takich jak: kwiaty, znicze, marmurowe pomniki, znajdujemy tam kolorowe wiatraczki, kręcące się na wietrze, zabawki ulubieńców i ich figurki, a także fotografie. Dowiadujemy się tym sposobem, że każde zwierze może być najlepszym przyjacielem, którego śmierć powoduje dotkliwe poczucie utraty. Na cmentarzyku pochowano wespół w zespół konia, świnkę, krokodyla wraz na przykład z chomiczkiem, koszatniczką czy też szczurkiem. Nigdy wcześniej nie byłam w takim miejscu, ale odjeżdżam nie tylko z radością, że ono jest, ale też z rozbrzmiałym w sercu jego hasłem reklamowym: „Nie opuszczaj mnie, gdy odejdę”.


*




Aby dostać się z ulicy Malowniczej, na której mieści się zwierzęcy cmentarzyk, do Uniejowa, trzeba przejechać przez całą Łódź. Przeprawa trwa ponad godzinę, a ja, zmęczona ostatnimi emocjami, co chwilę przysypiam po drodze. Przejeżdżamy przez całkiem ładne zielone tereny, wszędzie można zauważyć oznaki rozpoczynającej się wiosny. Z mostu na Warcie widać już uniejowskie atrakcje, które do tej pory mogłam oglądać jedynie w internecie: Zagrodę Młynarską, wieżę kolegiaty z XIV wieku, a także zamek z tego samego okresu. No i oczywiście termy – to dla nich tu przede wszystkim przyjechałyśmy. Ania stara się jak tylko może, by mi sprawić przyjemność, a nic jej nie jest w stanie sprawić tak bardzo, jak kąpiele w termalnych wodach. 


Od razu czuję się jak na najlepszych wakacjach. Nie mogłabym sobie wymarzyć wspanialszego relaksu. Nawet zaniedbywane od miesięcy kolana przestają mnie boleć. Tak dawno nie byłam w takim miejscu. I dopóki tu nie przyjechałam, to nawet nie do końca miałam świadomość, że tak bardzo mi się tego chciało. 

Oczywiście Uniejów ma do zaoferowania znacznie więcej turystycznych możliwości. Snujemy z Anią plany o spacerach brzegiem rzeki, po zamkowym parku i uniejowskim rynku. Ale w końcu okazuje się, że na wszystko poza kąpielami zabraknie nam czasu. Ledwie jeszcze go starcza, żeby podjechać do miejscowego browaru. Nie, nie tylko na piwo, obiad też tam zjadłyśmy:).




Dzień, jak poprzedni, zakończył wieczór filmowy z pogaduchami i sycylijskim winem (było też takie polecane przez sommeliera z Lidla:) – ach, jak szybko mija dobry czas w miłym towarzystwie. Ten wyjazd to mój najlepszy imieninowy prezent.



*

Lata po.

Być może przyszła pora, by zrobić jakiś porządek w przeszłości. Choć częściowo się z nią rozliczyć. Zapytać, czemu w pewien słoneczny marcowy ranek 2011 roku dała mi tyle nadziei i optymizmu, skoro tak naprawdę było to tylko preludium do tragedii, która miała się dla mnie wydarzyć w tym mieście?

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/03/ziemia-obiecana-zakupy-grupowe-gdybym.html



Tak, 13 lat temu siedziałam w tym samym miejscu i czułam ogromną radość, wynikającą z samego tylko oczekiwania na spotkanie z Bartkiem. Co z tego zostało, gdy jego już z nami nie ma? Gdy żadne antydepresanty, ani żadne żałosne próby zapełnienia pustki po nim jej nie zapełniają?



Lata po jego śmierci znów siedzę w marcowy poranek w tym samym miejscu łódzkiej Manufaktury i odkrywam, że tak naprawdę niewiele się tutaj przez ten czas zmieniło. Fioletowe foteliki zostały zastąpione przez kanapy w stonowanym niebieskim kolorze, za oknami widać świąteczną dekorację, która już się pojawiła w związku z nadchodzącą Wielkanocą, można też obserwować fontanny, podrygujące w wyznaczonym dla nich algorytmie. Elegancki mur Manufaktury komponuje się z równie eleganckim murem hotelu Andel's, pyszniąc się ścianami z czerwonej cegły oraz zakończonymi półokrągło loftowymi oknami, a także kusząc przeszklonym basenem na dachu. Planowaliśmy tam kiedyś na trochę zamieszkać z Kacprem. Cóż, kiedy łódzkie marzenia się nie spełniają i nie wiem nawet, czy jeszcze o tym będziemy dalej marzyli. Pobyt w Łodzi to dla nas ciężki kawałek wspomnień. Przyjeżdżając tu musimy się nastawiać na konfrontację ze wspomnieniami. Pozwalam im się ogarnąć całą falą. W tle z głośników płynie „Fragile” Stinga:

nie zapominajmy jak bardzo jesteśmy delikatni

Deszcz pada, ciągle będzie padał

jak łzy spadające z gwiazd, jak łzy spadające z gwiazd

Deszcz pada, ciągle będzie mówił

jak bardzo jesteśmy delikatni”

https://lyricstranslate.com/pl/fragile-delikatni.html




W innych przekładach słowo „delikatność” zastąpione jest przez „kruchość”. Jak tyle razy w ostatnich latach i teraz też myślę o tym, jak kruche jest zawarte w nas życie. I jak bardzo nie chcemy o tym pamiętać.


Przytulam swoje smutki do serca. Zaczynam się trochę rozklejać. Tak bardzo bym chciała znowu, jak przed laty, czekać aż Bartek dołączy do mnie i do buszującego po galerii Kacpra. Tak beznadziejnie tęsknię.



To mój ostatni dzień w Łodzi. Nie mogę już tu wyglądać Bartka, w domu nie czeka na mnie mąż, a Kacper dorósł i tak, jak ja, przez cały ostatni rozdział życia próbuje sobie radzić z żałobą i depresją. Wyparował z niego zupełnie ten beztroski chłopaczek z blond czupryną, który kiedyś towarzyszył mi w wyjazdach do Łodzi. Jedyną towarzyszką w Manufakturze jest dzisiaj dla mnie samotność. Na kilka porannych godzin zostałam sam na sam ze sobą.



Czekam teraz aż Ania skończy pracę. Na moją prośbę, pojedziemy później na miejsce, z którym również chcę się rozliczyć podczas tego pobytu. Tam, gdzie trwają prace rozbiórkowe dawnego akademika Akademii Medycznej. To w nim właśnie umarł mój syn. Bez względu na to, jak to przeżyję, chcę raz jeszcze w tamtym miejscu spotkać się z jego śmiercią. To dla mnie trochę jak wizyta na cmentarzu.




Żegnam się już z Manufakturą. Pora wracać do mieszkania Ani. Otulić się ciepło i wyjść na zewnątrz w sam środek zimy, która nagle postanowiła powrócić. Zamiast deszczu zaczął padać śnieg, ale to wciąż łzy, choć zamarznięte - spadające z gwiazd. Te, które mają nam przypominać o naszej kruchości.



*

Mimo że, jak dowiedziałam się z wyświetlonego w Manufakturze napisu, na 18 marca przypadał Międzynarodowy Dzień Słońca, (NASA), to jednak wyprawa pod akademik była wyprawą omal na biegun. Zimno, wiatr i padający śnieg dały nam się mocno we znaki. Zwłaszcza, że miałyśmy do przejścia spory kawałek drogi. Przedzierałyśmy się przez uniwersytecki kompleks Centrum Kliniczno – Dydaktycznego, nawigując między kolejnymi budynkami przeznaczonymi zarówno dla pacjentów, jak i dla studentów. Ledwo wyszłyśmy poza wyjazd z kampusowego parkingu, gdy Ania z zaskoczeniem stwierdziła, że budynku akademika, do którego maszerujemy, już... nie ma.

- Stąd byłoby go widać – zaznaczyła po chwili.


Rzeczywiście wkrótce doszłyśmy do ogrodzonego placu, na którym zniknęły już nawet ślady rozbiórki. Na świeżo wzruszonej warstwie ziemi wypuszczały pierwsze kiełki nasiona wiosennych traw. Jakby nigdy nic innego tam nigdy nie było.




Ania popatrzyła na mnie z obawą. Nie wiedziała, jak to przyjmę. Ale mnie widok  młodziutkich, kruchych ździebełek roztkliwił. W miejscu, gdzie wcześniej królowała śmierć, kiełkowało nowe, zielone życie. Jakby zasiane nasiona czerpały energię z tego, co tu zastały. Z poprzedniego życia, które się już skończyło.



Poczułam taki rodzaj radości ,jak wówczas, gdy zobaczyłam, że na grobie Luny zakwitła posadzona przeze mnie róża. Trudno to wytłumaczyć, ale wolę kontynuację życia w jakiejkolwiek bądź formie od rozrachunków ze śmiercią, choćby tylko myślowych. To jakby zwycięstwo nad nią, widoczne w takich oznakach.

- Jakaś historia się domknęła – próbuję o tym opowiedzieć Ani. Ale tak naprawdę mam na myśli wiele zakończeń. - To dla mnie koniec historii tego miejsca, koniec historii akademika, koniec historii Bartka…


Jeśli jakaś część jego duszy unosi się tam jeszcze nad tą kiełkującą trawą, to teraz znalazła się naprawdę w ładnym otoczeniu. Na przeciwko ogrodzonego placu powstał nowy budynek użytkowany przez Uniwersytet Medyczny. Przechodzimy koło niego w momencie, gdy opuszcza go rzesza studentów. Zostawiam Bartka między nimi. Myślę, że teraz dla niego to najlepsze miejsce, skoro możliwość doświadczenia jakichkolwiek późniejszych etapów życia zamknęła się przed nim bezpowrotnie.

My z Anią zaś powracamy do rzeczywistości, która dzieje się przeszło osiem lat później. Przemarznięte odpuszczamy spacery po parkach w okolicy, choć taki był zamiar przed wyjazdem do akademika. Po powrocie do mieszkania nie chce nam się ponownie nawet nosa wychylić za próg. Odpuszczamy kolejne punkty programu: wizytę na termach w Poddębicach, a nawet wyjście do restauracji na obiad. Czas płynie niespiesznie na pogawędkach, a ja łapię ostatnie chwile spotkania z Anią.



*

Żegnam się już z Łodzią. Myślę, że nie będę za nią tęskniła (co nie dotyczy oczywiście Ani). Widoków z okna nie fotografuję. Z obu pokojów u Ani widać tak naprawdę to samo – parking, plac po wyburzonej budowli, za nim mury szarych bloków. Różnica jest tylko taka, że z jednego można jeszcze zobaczyć ciąg garaży, a z drugiego całkiem ruchliwą ulicę. Myślę o swojej zieleni za wszystkimi oknami salonu i zastanawiam się, czy mogłabym się przyzwyczaić do zmiany na tego rodzaju krajobraz dokoła siebie. Ale coś mi się zdaje, że czułabym się wówczas równie uwięziona w tym mieście jak kiedyś Bartek.


Żegnam się już z króliczkami. To wyjątkowo miłe, grzeczne i czyściutkie zwierzątka. Nietulaśny Boguś w dalszym ciągu stroni od jakichkolwiek pieszczot, ale Miruś już chwilami pozwala się głaskać po mięciutkim futerku. Nawet we dwójkę są mniej absorbujący od jednego pozostawionego w domu podstarzałego kota, któremu w marcu nieodmiennie odpala się tryb młodości:).



W końcu żegnam się z Anią. Wyruszymy w dwie różne strony – ona na spotkanie w Manufakturze, ja po spakowaniu do walizki swojej „Ziemi obiecanej” pojadę taksówką na dworzec. Z nieba wciąż będą spadały łzy ronione przez gwiazdy. W pociągu znów nie będę mogła czytać, tym razem z powodu nadmiaru wrażeń i cisnących się do głowy refleksji. Słodko – gorzkich. Dokładnie takich, jak ten pobyt w Łodzi.


Całej słodyczy Ani i jej niezwykłej, troskliwej i ukierunkowanej na moje potrzeby gościnie, towarzyszyła jednak gorycz, płynąca z przeszłości. Wiedziałam, że to nieuniknione i że kiedyś muszę się z nią zmierzyć. Zrobiłam to i dzięki wspierającej, czułej obecności przy boku mojej łódzkiej przewodniczki wyszłam z tego obronną ręką. Dziękuję Ani z całego serca. Dziękuję słodko – gorzkiej Łodzi.



Wracam do domu bogatsza o to doświadczenie. I bardzo zadowolona z pobytu. Chyba udało mi się domknąć też jakąś swoją historię. 




Na korkowej tablicy u Ani znajduję hasło księdza Tischnera: "Gdy człowiek nie wie, co zrobić, sumienie mówi mu tylko jedno: szukaj”. Szukam. Staram się radzić sobie z moją stratą na wszelkie możliwe sposoby. 

W Łodzi Ania opowiedziała mi historię pana, który wykonywał na murach stemple swojego pieska w różnych ujęciach. Starał się go w ten sposób uwiecznić po śmierci i ocalić od zapomnienia. Urzekło mnie to i skłoniło do wypatrywania jego murali. Cóż, każdy musi sobie znaleźć swój własny sposób...




P.s. Moje łódzkie portrety zrobiła Ania💖