wtorek, 12 marca 2024

OTULANIE SIĘ CIEPŁEM

Czuć wiosnę. A w związku z tym, zdaje mi się, że najgorsze już za nami. Pokonaliśmy nasze największe strachy związane z uruchomieniem na zimę pieca, który od lat był już przeznaczony do wymiany. Tak, kosztowało mnie to dwa weekendy spędzone w piwnicy, gdzie metodą prób i błędów odkręcałam i dokręcałam poszczególne kurki i wajchy, badając, co się będzie wtedy z ogrzewaniem działo. Przez pierwszy tydzień nie działo się nic, ale po jakichś dziesięciu dniach, ciepła woda znalazła się wreszcie w rurach podłogowych. Kaloryferów rozgrzać się nie udało, przede wszystkim dlatego, że po uruchomieniu podłogówki, bałam się dalszych eksperymentów, by nie popsuć już uzyskanego efektu grzewczego. Zdecydowaliśmy więc, że pokój Zuzi (który odziedziczyła po mnie:), będziemy ogrzewać elektrycznie. I choć to duży wydatek, to najważniejsze, że sobie poradziliśmy. Jakoś udało nam się przeżyć zimę bez zamarznięcia, mimo że w drugiej połowie stycznia temperatura na zewnątrz była tak niska, że sama na facebooku podzieliłam się znalezionym w internecie memem o treści: „jest tak zimno, że termometr pukał w okno, bo chciał wejść do domu”. Odczuwalnie mieliśmy wówczas około -25 stopni, co nie należy do moich ulubionych stanów pogodowych.

Zamartwiałąm się wtedy nieomal ciągle, czy konieczność porannego odśnieżania nie spowoduje spóźnienia do pracy oraz o to, czy mój stary akumulator taki mróz wytrzyma. Wytrzymał. Padł dopiero w zeszłym tygodniu, ale teraz wczesną wiosną, to już nie był taki wielki problem. Bo na szczęście, oczekiwanie na pomoc przy unieruchomionym na parkingu aucie przestało się wiązać z ryzykiem przemarznięcia czy też załapania zapalenia płuc. Zresztą wymiana baterii poszła nad wyraz sprawnie, a przy okazji okazało się, że mogę liczyć na życzliwą i bezinteresowną pomoc mechanika, do którego przed chorobą jeździł mój mąż.

Ta ludzka życzliwość, płynąca do mnie po jego śmierci szerokim strumieniem, nieodmiennie mnie zdumiewa. To dla mnie potwierdzenie tego, w co zawsze wierzyłam. Że tak naprawdę ludzie są dobrzy i mają w sobie chęć pomagania potrzebującym. Gdy umarł Andrzej, to dzięki tej dobroci i chęci pomocy mogłam korzystać ze wszelkiego wsparcia w takiej formie, jaką potrafiłam przyjąć. 

A ponieważ potrzebowałam wówczas samotności (z wyjątkiem obecności bliskiej rodziny, do której zaliczam i Anię), to wspierający mnie system, szanując moją potrzebę, ograniczył się do pozostawiania pod moimi drzwiami dowodów na to, że nie jestem ze swoim cierpieniem sama – kwiatów, liścików, czy też na przykład jedzenia. Tak, ofiarowywano mi nawet całe obiady wraz z deserami i wypiekami:). Bardzo to było cenne, a raczej nawet bezcenne, bo samej ciężko byłoby mi cokolwiek ogarnąć w tym temacie, chyba bym nawet w tamtym czasie nie pomyślała o zaspokojeniu takich podstawowych, biologicznych potrzeb.

- Nie umiem być towarzyszem Bożenko – napisała mi wówczas koleżanka z byłej szkoły.

- Jesteś – odpowiedziałam jej zgodnie ze swoimi odczuciami. - Przez zupę i ciasto też można.

Wydaje mi się, że wiele osób uważa, że jeśli nie potrafią spotkać się z osobą w żałobie, by rozmawiać o śmierci i radzić sobie z trudnymi uczuciami, związanymi z utratą, to już nic nie mogą w tej sytuacji zrobić. To nieprawda. Ja nawet w tamtym czasie takich spotkań nie chciałam, bo nie dawałam wówczas rady udźwignąć ani nadmiaru takich rozmów, ani też nadmiaru towarzystwa.

Ale każdy kwiat, czekający na mnie na progu, każdy ciepły posiłek, każde słowo pozostawione na papierze (wolałam je od tych wirtualnych, bo jakoś rzeczy materialne przytrzymywały mnie wówczas silniej przy rzeczywistości) nigdy nie zostaną zapomniane. To potężny ładunek energii, zapełniający, dzięki ludziom dobrej woli, wielką dziurę w sercu, pozostawioną przez śmierć.

Z racji ostatnich wydarzeń mogłabym to porównać do ładowania wyczerpanego akumulatora. Tego się nie da zrobić bez energetycznego zastrzyku z zewnątrz. Nawet z prostownikiem (nauczyłam się go obsługiwać, jestem z tego bardzo dumna:) nie zawsze się to udaje, o czym przekonałam się w zeszłym tygodniu. Czasem, gdy coś pada, to na dobre. Ach, gdyby serce można było tak prosto wymienić jak baterię do samochodu…

Ale póki można jedynie o tym pomarzyć, to trzeba się skupić na zadbaniu o zasoby energii, które jeszcze pozostały. Żeby się nie wyczerpały do cna. I z pomocą innych doładowywać je nieustannie. Korzystać z propozycji tych, którzy ją oferują. A nawet nauczyć się o nią prosić.

Ja tego wszystkiego właśnie się uczę. Dobrze mi idzie. Coraz lepiej potrafię się o siebie zatroszczyć. Przykładam się do opieki nad swoimi potrzebami. Nie obarczam się wyzwaniami ponad siły. Zwyczajnie staram się być dla siebie dobra. I dostarczać sobie drobnych radości. Wzorem tej troszkę przyspieszonej wiosny, każdego dnia otulam siebie coraz większym ciepłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz