Mam wrażenie, że jeszcze nigdy nie czekałam wiosny tak bardzo, jak w tym roku. Śniegi, mrozy, brak światła, wykończyły mnie zupełnie. Nie nadawałabym się na człowieka Północy.
Ale może kieruję pretensje z powodu swojego marnego samopoczucia pod zły adres? Może powinnam napisać, że to wina uwięzienia w domu, braku ruchu (kto by pomyślał, że to zacznie kiedyś przeszkadzać takiemu kanapowo - fotelowemu typowi jak ja:), no i oczywiście ostatnich trudności z odnalezieniem się w pracy. Lecz cóż, w tej ostatniej grupie czynników, odpowiedzialnych za obecny stan mojej psychiki, chyba nieprędko coś się zmieni, raczej więc szkoda sobie nimi zawracać głowę. Świat nie zmierza w kierunku organizowania mi pocieszeń, które jednocześnie rozwiązałyby trapiące mnie problemy. Podróżowanie, z wiążącą się z nim aktywnością fizyczną i przewietrzaniem głowy, wciąż nie jest możliwe i obwarowane koniecznością wykonania testu lub odbycia kwarantanny w razie przekroczenia większości granic. Wprawdzie od zeszłego weekendu otworzono krajowe hotele (wraz ze stokami na zakończenie sezonu), ale to poszło od razu w parze ze sporą podwyżką ceny. Chyba więc nieprędko zaplanuję jakąś nową podróż na rozruszanie się i poprawę humoru.
Za to jeśli chodzi o pogodę, to nie można było sobie wyobrazić lepszego zakończenia zimy, niż ten weekend. Koniec śniegów, mrozów i braku światła nastąpił zupełnie nagle. I oto mamy cudną odwilż w promieniach naprawdę grzejącego słońca. Świat od razu stał się miejscem, z którym zapragnęłam zaprzyjaźnić się na nowo:) Nie przeszkadza mi nawet to, że rozpoczęłam nowy, ostatni już semestr na studiach i mam weekend pełen zajęć. W takie słoneczne, ciepłe dni po dłuuugiej i ciężkiej zimie nic nie jest w stanie popsuć mi nastroju.
W tym roku czekanie na wiosnę było tak pełne desperacji, że nawet pozbycie się choinek ze Świąt Bożego Narodzenia chyba po raz pierwszy w życiu przyniosło ulgę. Tym większą, że od jakiegoś czasu patrzyłam ze zgrozą, jak moje świerki łysieją w zastraszającym tempie - igły zaczęły im wypadać wszystkie naraz, zostawiając zupełnie puste gałąź po gałęzi. Jodła natomiast zmumifikowałą się już na wstępie gościnnych występów w moim salonie. Straszna to ściema z tymi doniczkowymi choinkami.
Wymieniłam je teraz na doniczkowe hiacynty, z których jedne już kwitną pełną parą, a inne tulą jeszcze pąki między codziennie wyższymi listkami. Ponad nimi na wysokich łodygach dochodzą do pełni rozkwitu dwa amarylisy własnego chowu - znów biały i czerwony, więc niby tak, jak podczas Bożego Narodzenia, ale jednak tym razem to dla mnie bezdyskusyjny symbol nadchodzącej wiosny.
Również wiele innych kwiatów wysadziłam ostatnio do różnego rodzaju doniczek i donic. Jesienią zgromadziłam niezły zapas cebul z myślą o moim małym ogródeczku. I wtedy właśnie zaczął tam grasować jakiś karczownik, prawdopodobnie szczur piżmowy, z którego młodym pokoleniem Maciek uporał się na wiosnę. Z rozpaczą co rano stwierdzałam obecność nowych kopców świeżo usypanej ziemi. Trochę się boję, że wszystko, co kwitnęło u mnie wiosną zeszłego roku, stało się karczownikowymi zapasami na zimę. Nie miałam ochoty dokładać do nich nowych cebulek. Nie wkopałam ich w ziemię na grządkach, przetrwały zimowe miesiące w wiatrołapie. Czy wychłodziły się na tyle, żeby zakwitnąć w tym roku, to się okaże. Ale nawet jeśli nie, to wysadzenie ich do donic było jedynym pomysłem, jaki przyszedł mi do głowy. No trudno, muszą jakoś przetrwać tę wiosnę, może później karczownik się wyniesie, gdy jego (a raczej moje!) zapasy się skończą.
Jeszcze tylko trzeba przetrwać jeden lutowy tydzień i rozpocznie się marzec.
Kilka dni później będziemy mieli dziwną rocznicę. Chodzi o pojawienia się epidemii w Polsce. Czy mogliśmy przewidzieć w najśmielszych wyobrażeniach, że to będzie tyle trwało? Na dodatek przecież nie widać końca całego tego pandemicznego zamieszania i przedefiniowywania wszystkiego, co kiedyś uważaliśmy za normalne.
Teraz sytuacja koncentruje się głównie wokół szczepionkowego szaleństwa, w którym nie mam zamiaru brać udziału. To nie to, żebym była jakimś antyszczepionkowcem, nie chcę też się wdawać tutaj w żadne dywagacje na temat wartości dostępnych szczepionek, zwłaszcza tej, którą w ostatnim tygodniu zaczęto szczepić nauczycieli (Astra Zeneca). Każdy decyduje sam o swoim zdrowiu i jego zabezpieczeniu. Ja upatruję go po prostu w omijaniu tego, co niesprawdzone. Abstrahuję już w ogóle od tego, że obecnie dostępne szczepionki są nieprzebadane w sensie długoterminowym, bo nawet te krótkoterminowe badania nie były przeprowadzone na takich grupach nieodpornych czy też schorowanych pacjentów jak na przykład ja i mój mąż. Nie chcemy więc eksperymentować na sobie. Ochotników do udziału w szczepionkowych eksperymentach obecnie nie brakuje, próba eksperymentalna robi się chyba największa w dziejach współczesnej medycyny, może więc kiedyś będziemy znali odpowiedź na pytanie o to, czy zaszczepienie osób z różnych grup ryzyka jest bezpieczne i skuteczne. Poczekam aż to zostanie ustalone. No chyba, że ktoś/ coś mnie zmusi do zmiany stanowiska, bo zdaje się, że sposobów przymusu niebezpośredniego szykuje się całkiem sporo. Ot, i taką to wolność obecnie mamy. I znów, nie żebym była jakimś zadeklarowanym wolnościowcem, po prostu nie lubię, gdy mi się wmawia, zmuszając do czegokolwiek, że to mój wybór.
Tymczasem mam poczucie, że coraz mniej zależy ode mnie, że odebrano mi wszelką decyzyjność na każdym możliwym polu, no może jeszcze poza własnym podwórkiem. Czy mam szansę nauczyć się na starość żyć w świecie, w którym trzeba rozpychać się łokciami, żeby zrobić coś po swojemu? I czy mam inne wyście, jeśli nie chcę być zepchnięta na bok i czuć się pominięta lub izolowana?
Trudne to dla mnie tematy, ale na szczęście nie muszę się za nie zabierać w ten weekend. Teraz chcę tylko czuć wiosenny powiew nadziei na wystawionej w stronę słońca twarzy.
Od dawna powtarzam sobie, że zawsze będzie taka wiosna, której nie dożyję. Ale wygląda na to, że to jeszcze nie ta, co właśnie nadchodzi. Przez rok oparłam się koronawirusowi, wszelkim innym ciężkim chorobom, depresji, która potrafi całkiem odebrać siły do życia, a nawet samej śmieci. Może jednak jestem silniejsza niż myślałam?
Ale i to pytanie zostawiam sobie na później. Teraz zamierzam się cieszyć wiosną, której prawie dożyłam...