niedziela, 21 lutego 2021

WIOSNA, KTÓREJ PRAWIE DOŻYŁAM

 Mam wrażenie, że jeszcze nigdy nie czekałam wiosny tak bardzo, jak w tym roku. Śniegi, mrozy, brak światła, wykończyły mnie zupełnie. Nie nadawałabym się na człowieka Północy.

Ale może kieruję pretensje z powodu swojego marnego samopoczucia pod zły adres? Może powinnam napisać, że to wina uwięzienia w domu, braku ruchu (kto by pomyślał, że to zacznie kiedyś przeszkadzać takiemu kanapowo - fotelowemu typowi jak ja:), no i oczywiście ostatnich trudności z odnalezieniem się w pracy. Lecz cóż, w tej ostatniej grupie czynników, odpowiedzialnych za obecny stan mojej psychiki, chyba nieprędko coś się zmieni, raczej więc szkoda sobie nimi zawracać głowę. Świat nie zmierza w kierunku organizowania mi pocieszeń, które jednocześnie rozwiązałyby trapiące mnie problemy. Podróżowanie, z wiążącą się z nim aktywnością fizyczną i przewietrzaniem głowy, wciąż nie jest możliwe i obwarowane koniecznością wykonania testu lub odbycia kwarantanny w razie przekroczenia większości granic. Wprawdzie od zeszłego weekendu otworzono krajowe hotele (wraz ze stokami na zakończenie sezonu), ale to poszło od razu w parze ze sporą podwyżką ceny. Chyba więc nieprędko zaplanuję jakąś nową podróż na rozruszanie się i poprawę humoru.

Za to jeśli chodzi o pogodę, to nie można było sobie wyobrazić lepszego zakończenia zimy, niż ten weekend. Koniec śniegów, mrozów i braku światła nastąpił zupełnie nagle. I oto mamy cudną odwilż w promieniach naprawdę grzejącego słońca. Świat od razu stał się miejscem, z którym zapragnęłam zaprzyjaźnić się na nowo:) Nie przeszkadza mi nawet to, że rozpoczęłam nowy, ostatni już semestr na studiach i mam weekend pełen zajęć. W takie słoneczne, ciepłe dni po dłuuugiej i ciężkiej zimie nic nie jest w stanie popsuć mi nastroju.

W tym roku czekanie na wiosnę było tak pełne desperacji, że nawet pozbycie się choinek ze Świąt Bożego Narodzenia chyba po raz pierwszy w życiu przyniosło ulgę. Tym większą, że od jakiegoś czasu patrzyłam ze zgrozą, jak moje świerki łysieją w zastraszającym tempie - igły zaczęły im wypadać wszystkie naraz, zostawiając zupełnie puste gałąź po gałęzi. Jodła natomiast zmumifikowałą się już na wstępie gościnnych występów w moim salonie. Straszna to ściema z tymi doniczkowymi choinkami.

Wymieniłam je teraz na doniczkowe hiacynty, z których jedne już kwitną pełną parą, a inne tulą jeszcze pąki między codziennie wyższymi listkami. Ponad nimi na wysokich łodygach dochodzą do pełni rozkwitu dwa amarylisy własnego chowu - znów biały i czerwony, więc niby tak, jak podczas Bożego Narodzenia, ale jednak tym razem to dla mnie bezdyskusyjny symbol nadchodzącej wiosny.

Również wiele innych kwiatów wysadziłam ostatnio do różnego rodzaju doniczek i donic. Jesienią zgromadziłam niezły zapas cebul z myślą o moim małym ogródeczku. I wtedy właśnie zaczął tam grasować jakiś karczownik, prawdopodobnie szczur piżmowy, z którego młodym pokoleniem Maciek uporał się na wiosnę. Z rozpaczą co rano stwierdzałam obecność nowych kopców świeżo usypanej ziemi. Trochę się boję, że wszystko, co kwitnęło u mnie wiosną zeszłego roku, stało się karczownikowymi zapasami na zimę. Nie miałam ochoty dokładać do nich nowych cebulek. Nie wkopałam ich w ziemię na grządkach, przetrwały zimowe miesiące w wiatrołapie. Czy wychłodziły się na tyle, żeby zakwitnąć w tym roku, to się okaże. Ale nawet jeśli nie, to wysadzenie ich do donic było jedynym pomysłem, jaki przyszedł mi do głowy. No trudno, muszą jakoś przetrwać tę wiosnę, może później karczownik się wyniesie, gdy jego (a raczej moje!) zapasy się skończą.

Jeszcze tylko trzeba przetrwać jeden lutowy tydzień i rozpocznie się marzec.

Kilka dni później będziemy mieli dziwną rocznicę. Chodzi o  pojawienia się epidemii w Polsce. Czy mogliśmy przewidzieć w najśmielszych wyobrażeniach, że to będzie tyle trwało? Na dodatek przecież nie widać końca całego tego pandemicznego zamieszania i przedefiniowywania wszystkiego, co kiedyś uważaliśmy za normalne.

Teraz sytuacja koncentruje się głównie wokół szczepionkowego szaleństwa, w którym nie mam zamiaru brać udziału. To nie to, żebym była jakimś antyszczepionkowcem, nie chcę też się wdawać tutaj w żadne dywagacje na temat wartości dostępnych szczepionek, zwłaszcza tej, którą w ostatnim tygodniu zaczęto szczepić nauczycieli (Astra Zeneca). Każdy decyduje sam o swoim zdrowiu i jego zabezpieczeniu. Ja upatruję go po prostu w omijaniu tego, co niesprawdzone. Abstrahuję już w ogóle od tego, że obecnie dostępne szczepionki są nieprzebadane w sensie długoterminowym, bo nawet te krótkoterminowe badania nie były przeprowadzone na takich grupach nieodpornych czy też schorowanych pacjentów jak na przykład ja i mój mąż. Nie chcemy więc eksperymentować na sobie. Ochotników do udziału w szczepionkowych eksperymentach obecnie nie brakuje, próba eksperymentalna robi się chyba największa w dziejach współczesnej medycyny, może więc kiedyś będziemy znali odpowiedź na pytanie o to, czy zaszczepienie osób z różnych grup ryzyka jest bezpieczne i skuteczne. Poczekam aż to zostanie ustalone. No chyba, że ktoś/ coś mnie zmusi do zmiany stanowiska, bo zdaje się, że sposobów przymusu niebezpośredniego szykuje się całkiem sporo. Ot, i taką to wolność obecnie mamy. I znów, nie żebym była jakimś zadeklarowanym wolnościowcem, po prostu nie lubię, gdy mi się wmawia, zmuszając do czegokolwiek, że to mój wybór.

Tymczasem mam poczucie, że coraz mniej zależy ode mnie, że odebrano mi wszelką decyzyjność na każdym możliwym polu, no może jeszcze poza własnym podwórkiem. Czy mam szansę nauczyć się na starość żyć w świecie, w którym trzeba rozpychać się łokciami, żeby zrobić coś po swojemu? I czy mam inne wyście, jeśli nie chcę być zepchnięta na bok i czuć się pominięta lub izolowana?

Trudne to dla mnie tematy, ale na szczęście nie muszę się za nie zabierać w ten weekend. Teraz chcę tylko czuć wiosenny powiew nadziei na wystawionej w stronę słońca twarzy.

Od dawna powtarzam sobie, że zawsze będzie taka wiosna, której nie dożyję. Ale wygląda na to, że to jeszcze nie ta, co właśnie nadchodzi. Przez rok oparłam się koronawirusowi, wszelkim innym ciężkim chorobom, depresji, która potrafi całkiem odebrać siły do życia, a nawet samej śmieci. Może jednak jestem silniejsza niż myślałam?

Ale i to pytanie zostawiam sobie na później. Teraz zamierzam się cieszyć wiosną, której prawie dożyłam...

sobota, 6 lutego 2021

GŁOS OSIEROCONYCH RODZICÓW

Post przygotowany dla potrzeb Rodziców osieroconych

Kiedy trzy i pół roku temu trafiłam na studia Psychologii dla Magistrów i Licencjatów, to byłam jeszcze w kompletnej rozsypce psychicznej po śmierci Syna. Nie miałam pojęcia, co zrobić ze swoim życiem, w którym nagle Go zabrakło. Nie snułam nowych planów, o niczym nie marzyłam, każda myśl o przyszłości przypominała czarną dziurę.

Jedyne co mogłam zrobić w tej sytuacji, to przypomnieć sobie, jak chciałam poprowadzić swoje życie przed tragedią i skorzystać z takiej podpowiedzi, bez względu na to, czy jeszcze miałam ochotę na jakąkolwiek aktywność, czy też wcale nie. Oczywiście wzięłam pod uwagę tylko te inspiracje, które oznaczały dla mnie zajęcia możliwe do wykonania na tamten czas. Jednym z nich było studiowanie.

Mój pierwszy zjazd zaczął się klasyczną rundką pod hasłem: opowiedz o sobie i o motywach podjęcia studiów. No i jak miałam się zachować, gdy usłyszałam takie polecenie? Udawać kogoś kim nie byłam i podawać grupie jakieś zadawalające wszystkich preteksty do nauki psychologii, którymi się nie kierowałam?

Mówienie, choćby zdawkowe, o śmierci mojego dziecka zawsze było dla mnie trudne, na tamtym etapie życia nawet bardzo trudne. W obecności zupełnie obcych mi osób jeszcze trudniejsze. Ale biorąc pod uwagę fakt, że postanowiłam z tymi ludźmi spędzić kilka najbliższych lat w jednej grupie, uznałam, że nie mogę oszukiwać. Nawet, jeśli bym to miała przypłacić tym, że nikt ze mną nie nawiąże kontaktu. Już doświadczyłam przecież wcześniej poczucia, że niektórzy traktują człowieka w żałobie, z różnych zresztą przyczyn, właściwie jak trędowatego. Odpowiedziałam na pytanie Prowadzącej - zdawkowo, na tyle bezemocjonalnie, na ile potrafiłam, ale szczerze. Z ostracyzmem się nie spotkałam, przynajmniej ze strony tych osób, z którymi do dziś pozostaję w ciepłych, koleżeńskich relacjach.

Zresztą podczas tej pamiętnej rundki okazało się, że jest wśród nas więcej ludzi pokiereszowanych przez życie. Te pierwszy raz spotkane osoby podzieliły się z grupą, tak jak i ja, trudnościami, które w sobie przyniosły na studia. Były więc i wzmianki o świeżym rozwodzie, o samotnym wychowywaniu dziecka, w tym takiego z niepełnosprawnością, o zakończonych niedawno terapiach - i DDA, i uzależnień, o diagnozie choroby psychicznej. Dla mnie te trudne sprawy to jednocześnie sprawy jak najbardziej normalne w takim trudnym procesie, jakim jest życie.

W końcu nie spotkaliśmy się na studiach dla magistrów i licencjatów jako nastolatkowie, którzy dopiero co ukończyli liceum i nie mają pojęcia, co takiego może się wydarzyć każdemu z nich na jego życiowej drodze. Każdy przydźwigał z sobą jakiś bagaż doświadczeń. To, że nie starał się go ukryć pod maską pustych uśmiechów i miło brzmiących dla ucha frazesów, było dla mnie bardzo cenne. Zobaczyłam prawdziwych ludzi, nie tylko ich awatary.

No i pewnie zostałabym w błogim przeświadczeniu, że wszyscy tak odebrali tę sytuację, gdyby mnie z niego nie wyprowadziła na ostatnich zajęciach stacjonarnych koleżanka, którą zresztą naprawdę szczerze lubię. Wierzę, że nie chciała mi zrobić przykrości, mówiąc, jak niekomfortowe było podczas tej rundki samopoczucie grupy, która słuchała o tym, czemu stawiamy czoła i czym się kierujemy, rozpoczynając studia (choć bynajmniej nie miało to charakteru zwierzeń). Dobrze, że przez lata o tym nie wiedziałam. Bo jak bym się wtedy poczuła - czy tylko kolejny raz wykluczona z grona szczęśliwców, których życie oszczędziło, czy też do tego jeszcze krzywdząca innych prawdą o swoim życiu? W końcu przecież odebrałam im, jak się okazało, jakiś komfort psychiczny, przyznając się do żałoby po śmierci mojego dziecka.

- K...a, gdzie ja jestem? - koleżanka, którą szczerze lubię, opowiada dalej o reakcjach i wypowiedziach niektórych osób z grupy po zakończeniu tych pierwszych zajęć. Tak, bardzo przykre to słowa, przytwierdzające od razu do osób poszkodowanych przez los etykiety co najmniej odmieńców i dziwolągów. Jednak trędowatych, od których najlepiej trzymać się z daleka.

Tak, to wszystko działo się w grupie, przynajmniej w założeniu, przyszłych psychologów, czyli ludzi, którzy wybierają w ramach swojej życiowej ścieżki (czy to kariery zawodowej, czy też misji) pomaganie innym w trudnych sytuacjach. I wcale to niestety nie odbiegało od tego, co prezentuje większość społeczeństwa, no może było tylko lepiej maskowane.

Często czujemy, że ludzie zachowują się wobec nas tak, jakby ich raziło nasze nieszczęście. Omijają nas z oczekiwaniem, że nie wejdziemy im w drogę i w ich szczęśliwy świat, kalając go naszym bólem. Chcą, byśmy się stali niewidzialni i niemi tylko dlatego, żebyśmy im nie psuli dobrego samopoczucia.

Rozmowy o śmierci, żałobie, nieuleczalnej chorobie czy innym wielkim nieszczęściu stały się tabu. A to nie jest wobec nas w porządku.

Koleżanka, którą szczerze lubię, oczywiście mówi, że nie ponoszę winy za to, co stało się na pierwszej rundce z grupą, że to Prowadząca powinna nad tym zapanować. Czyli że co miała zrobić - zamknąć mi usta i zająć się zranionymi uczuciami szczęśliwców, którzy przez moment poczuli się mniej szczęśliwi? Nie godzę się na to.

Nikt z nas nie wybrał sobie traumy, tragedii czy utraty jako wymarzonej przyszłości. Dostaliśmy taki przydział od losu bez naszej woli i zgody.

Nie zamierzam nikogo za to przepraszać. Nie będę milczeć. Pora przełamać tabu. A tego się nie da zrobić bez uświadamiania innym, jak się z nim czujemy.

Mówmy o sobie! Mamy prawo! Niech świat usłyszy wreszcie nasz głos...