sobota, 6 lutego 2021

GŁOS OSIEROCONYCH RODZICÓW

Post przygotowany dla potrzeb Rodziców osieroconych

Kiedy trzy i pół roku temu trafiłam na studia Psychologii dla Magistrów i Licencjatów, to byłam jeszcze w kompletnej rozsypce psychicznej po śmierci Syna. Nie miałam pojęcia, co zrobić ze swoim życiem, w którym nagle Go zabrakło. Nie snułam nowych planów, o niczym nie marzyłam, każda myśl o przyszłości przypominała czarną dziurę.

Jedyne co mogłam zrobić w tej sytuacji, to przypomnieć sobie, jak chciałam poprowadzić swoje życie przed tragedią i skorzystać z takiej podpowiedzi, bez względu na to, czy jeszcze miałam ochotę na jakąkolwiek aktywność, czy też wcale nie. Oczywiście wzięłam pod uwagę tylko te inspiracje, które oznaczały dla mnie zajęcia możliwe do wykonania na tamten czas. Jednym z nich było studiowanie.

Mój pierwszy zjazd zaczął się klasyczną rundką pod hasłem: opowiedz o sobie i o motywach podjęcia studiów. No i jak miałam się zachować, gdy usłyszałam takie polecenie? Udawać kogoś kim nie byłam i podawać grupie jakieś zadawalające wszystkich preteksty do nauki psychologii, którymi się nie kierowałam?

Mówienie, choćby zdawkowe, o śmierci mojego dziecka zawsze było dla mnie trudne, na tamtym etapie życia nawet bardzo trudne. W obecności zupełnie obcych mi osób jeszcze trudniejsze. Ale biorąc pod uwagę fakt, że postanowiłam z tymi ludźmi spędzić kilka najbliższych lat w jednej grupie, uznałam, że nie mogę oszukiwać. Nawet, jeśli bym to miała przypłacić tym, że nikt ze mną nie nawiąże kontaktu. Już doświadczyłam przecież wcześniej poczucia, że niektórzy traktują człowieka w żałobie, z różnych zresztą przyczyn, właściwie jak trędowatego. Odpowiedziałam na pytanie Prowadzącej - zdawkowo, na tyle bezemocjonalnie, na ile potrafiłam, ale szczerze. Z ostracyzmem się nie spotkałam, przynajmniej ze strony tych osób, z którymi do dziś pozostaję w ciepłych, koleżeńskich relacjach.

Zresztą podczas tej pamiętnej rundki okazało się, że jest wśród nas więcej ludzi pokiereszowanych przez życie. Te pierwszy raz spotkane osoby podzieliły się z grupą, tak jak i ja, trudnościami, które w sobie przyniosły na studia. Były więc i wzmianki o świeżym rozwodzie, o samotnym wychowywaniu dziecka, w tym takiego z niepełnosprawnością, o zakończonych niedawno terapiach - i DDA, i uzależnień, o diagnozie choroby psychicznej. Dla mnie te trudne sprawy to jednocześnie sprawy jak najbardziej normalne w takim trudnym procesie, jakim jest życie.

W końcu nie spotkaliśmy się na studiach dla magistrów i licencjatów jako nastolatkowie, którzy dopiero co ukończyli liceum i nie mają pojęcia, co takiego może się wydarzyć każdemu z nich na jego życiowej drodze. Każdy przydźwigał z sobą jakiś bagaż doświadczeń. To, że nie starał się go ukryć pod maską pustych uśmiechów i miło brzmiących dla ucha frazesów, było dla mnie bardzo cenne. Zobaczyłam prawdziwych ludzi, nie tylko ich awatary.

No i pewnie zostałabym w błogim przeświadczeniu, że wszyscy tak odebrali tę sytuację, gdyby mnie z niego nie wyprowadziła na ostatnich zajęciach stacjonarnych koleżanka, którą zresztą naprawdę szczerze lubię. Wierzę, że nie chciała mi zrobić przykrości, mówiąc, jak niekomfortowe było podczas tej rundki samopoczucie grupy, która słuchała o tym, czemu stawiamy czoła i czym się kierujemy, rozpoczynając studia (choć bynajmniej nie miało to charakteru zwierzeń). Dobrze, że przez lata o tym nie wiedziałam. Bo jak bym się wtedy poczuła - czy tylko kolejny raz wykluczona z grona szczęśliwców, których życie oszczędziło, czy też do tego jeszcze krzywdząca innych prawdą o swoim życiu? W końcu przecież odebrałam im, jak się okazało, jakiś komfort psychiczny, przyznając się do żałoby po śmierci mojego dziecka.

- K...a, gdzie ja jestem? - koleżanka, którą szczerze lubię, opowiada dalej o reakcjach i wypowiedziach niektórych osób z grupy po zakończeniu tych pierwszych zajęć. Tak, bardzo przykre to słowa, przytwierdzające od razu do osób poszkodowanych przez los etykiety co najmniej odmieńców i dziwolągów. Jednak trędowatych, od których najlepiej trzymać się z daleka.

Tak, to wszystko działo się w grupie, przynajmniej w założeniu, przyszłych psychologów, czyli ludzi, którzy wybierają w ramach swojej życiowej ścieżki (czy to kariery zawodowej, czy też misji) pomaganie innym w trudnych sytuacjach. I wcale to niestety nie odbiegało od tego, co prezentuje większość społeczeństwa, no może było tylko lepiej maskowane.

Często czujemy, że ludzie zachowują się wobec nas tak, jakby ich raziło nasze nieszczęście. Omijają nas z oczekiwaniem, że nie wejdziemy im w drogę i w ich szczęśliwy świat, kalając go naszym bólem. Chcą, byśmy się stali niewidzialni i niemi tylko dlatego, żebyśmy im nie psuli dobrego samopoczucia.

Rozmowy o śmierci, żałobie, nieuleczalnej chorobie czy innym wielkim nieszczęściu stały się tabu. A to nie jest wobec nas w porządku.

Koleżanka, którą szczerze lubię, oczywiście mówi, że nie ponoszę winy za to, co stało się na pierwszej rundce z grupą, że to Prowadząca powinna nad tym zapanować. Czyli że co miała zrobić - zamknąć mi usta i zająć się zranionymi uczuciami szczęśliwców, którzy przez moment poczuli się mniej szczęśliwi? Nie godzę się na to.

Nikt z nas nie wybrał sobie traumy, tragedii czy utraty jako wymarzonej przyszłości. Dostaliśmy taki przydział od losu bez naszej woli i zgody.

Nie zamierzam nikogo za to przepraszać. Nie będę milczeć. Pora przełamać tabu. A tego się nie da zrobić bez uświadamiania innym, jak się z nim czujemy.

Mówmy o sobie! Mamy prawo! Niech świat usłyszy wreszcie nasz głos...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz