wtorek, 26 listopada 2019

ABRUZJA W PIELGRZYMCE - LANCIANO I MANOPELLO


Pierwsze dni w Abruzji nie pozostawiają czasu na opalanie. Przybyliśmy tu w celu pielgrzymkowym i nasze plany zwiedzania okolic Pescary to przede wszystkim dwa miejsca: Lanciano i Manopello. To pierwsze ze względu na cud eucharystyczny, to drugie z powodu niezwykłego odbicia oblicza Jezusa na słynnej w chrześcijańskiej tradycji chuście.
Miejsca te są tak niezwykłe, że nawet nie wiem, jak o nich pisać. Nie zwykłam obcować z nadprzyrodzonymi, niewytłumaczalnymi zjawiskami i jako osoba wierząca nawet ich jakoś specjalnie nie potrzebuję, szczególnie po to, by coś sobie lub innym udowadniać. Nie przybyłam więc ani do Lanciano, ani do Manopello, by zbierać dowody. Ale jeśli ktoś inny ich potrzebuje, to TAK! to są właśnie te miejsca. Niech obierze na nie kierunek i TAM! jedzie. Ktoś, kto szuka dowodów, znajdzie je właśnie w Lanciano i Manopello. I to tak wyraźne i namacalne, iż stojąc w ich obliczu, człowiek zadaje sobie pytanie, jak to jest, że nie przemawiają one do całej ludzkości? Przecież gdyby to były dowody z dziedziny na przykład biologii, czy fizyki, to nikomu na świecie nie przyszłoby do głowy podważanie zjawisk, których dotyczą. W sprawach wiary jest jednak inaczej: jedni tych dowodów nie chcą zauważać, inni  potrafią zaprzeczać nawet bezsprzecznym i naukowo potwierdzonym (co w obecnych czasach jest bezwzględnie wymagane) faktom. Ci, którzy mienią się racjonalistami zawsze „wiedzą lepiej” od tych, którzy zwą siebie wierzącymi (przynajmniej takie są moje wrażenia po przejrzeniu wypowiedzi jednych i drugich na internetowych forach). Lecz przekonywanie kogokolwiek nie jest moim celem. Niech każdy zrobi to dla siebie sam.
*
Ale może jest też ktoś, kto jeszcze nie słyszał o Lanciano i Manopello? Dalsza część tekstu będzie właśnie dla niego. Oto przedstawiam propozycję pielgrzymki do uznanych cudów chrześcijańskiego świata.
LANCIANO
My katolicy wierzymy, ze podczas każdej mszy świętej zachodzi niewidzialna przemiana (przeistoczenie) chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa. Spożywając je, umacniamy przymierze z Bogiem. Ta „niewidzialna przemiana” na pewno jest trudna do objęcia rozumem i rodzi w wielu ludziach powątpiewanie. Nie wiem, czy w jego rozwiewaniu pomagają im cuda eucharystyczne, ale być może, że tak jest. Mówimy o  nich zazwyczaj wtedy, gdy przemiana staje się w jakiś sposób widzialna, choć natknęłam się też w tym temacie na przykłady opisów cudownych własności przeistoczonych hostii.  
O cudzie eucharystycznym w Lanciano mówi się, że był pierwszym potwierdzonym. Miał on miejsce ponad 12 wieków temu. Wtedy to podczas odprawiania mszy świętej przez pewnego mnicha, podobno przeżywającego kryzys wiary, hostia zamieniła się w prawdziwe ciało, a wino w krew Chrystusa. O szczegółach cudu możemy się dowiedzieć na przykład z wywiadu z ojcem Zbigniewem Deryło - franciszkaninem z Lanciano https://sanctus.pl/index.php?grupa=376&podgrupa=454&doc=403
Małe miasteczko we włoskiej Abruzji to obowiązkowy punkt programu dla każdego pielgrzymującego katolika, odwiedzającego tę okolicę. Via Michelin pokazuje nam, że miejsce docelowe jest oddalone od naszego hotelu nieco ponad 50 km, w tym większość drogi przebiega autostradą Via Adriatica. Jedziemy przez tereny jakby malowane kolorami ziemi: beże, ciemny piasek, jasne brązy. To wszystko przetykane roślinnością, której nie dotknęła jeszcze swymi barwami jesień. Na pobrzeżach pól drzewa i krzewy wciąż okryte są  ciemnozieloną szatą liści.

Lanciano jest miasteczkiem starym, jak wiele innych w tym rejonie. Mimo dobrego oznaczenia celu naszej podróży (brązowe tablice z napisem Miracolo Eucaristico), udaje nam się przeoczyć interesujący nas kościół (nie ma przy nim jakiegokolwiek tłumu) i zaczynamy zwiedzanie od Bazyliki. Może jest ona i najciekawszą świątynią w mieście, ale przecież nie dla niej przyjechaliśmy do Lanciano.
Do Santuario del Miracolo Eucaristico Frati Minori Conventuali weszliśmy wreszcie wraz z grupą anglojęzycznych turystów, najprawdopodobniej z Ameryki. Niesamowitym przeżyciem było dla nas uczestniczenie we mszy świętej, prowadzonej przez ich Duchownego. Młody człowiek, celebrujący nabożeństwo boso, przodem do ołtarza i z niezwykłym zaangażowaniem objaśniający swoim wiernym podczas kazania tajemnicę przeistoczenia („tym się różnimy od protestantów, że w to wierzymy”), a później modlący się ze łzami w oczach przed relikwiami Ciała i Krwi Jezusa, zrobił na nas piorunujące wrażenie.
Ja muszę się tutaj przyznać, że nie odrobiłam lekcji w postaci wcześniejszego przeczytania czegokolwiek na temat Sanktuarium. Toteż niestety nie wiedziałam nic o budowie relikwiarza. A ponieważ jest on naprawdę bogato zdobiony, to nie do końca chyba patrzyłam na to, co trzeba. Wstyd mi z tego powodu i trochę żal, bo pewnie mogłam wizytę w Lanciano przeżyć w głębszy i pełniejszy sposób. Myślę, że moje wspomnienia z Sanktuarium byłyby inne, gdybym wiedziała choć tyle:
„Relikwiarz z kościoła św. Franciszka w Lanciano ukazuje, za obudową z podwójnego szkła, nieregularny pierścień z ludzkiego ciała, średnicy 55 mm, okalający pustą przestrzeń, którą ongiś wypełniała hostia. Hostia skruszała z biegiem czasu. Obręcz z ciała ludzkiego, gruba na obrzeżach a cienka wewnątrz, uległa mumifikacji i jest ciemnożółta, bardzo twarda, co stwierdzono pobierając mikroskopijne próbki do badań laboratoryjnych.
W szklanym kielichu [doprecyzujmy – jest on zrobiony z kryształu górskiego – przyp.aut], znajdującym się w dolnej części relikwiarza, znajduje się 5 skrzepów krwi nierównego kształtu, także bardzo twardych, o łącznej wadze 15,85 gramów.” https://adonai.pl/cuda/?id=23

Wielkie wrażenie natomiast wywarło na mnie niewielkie muzeum poniżej świątyni, gdzie zaprezentowano wyniki badań naukowych Ciała i Krwi z Lanciano, włącznie ze zdjęciami mikroskopowymi w dużym powiększeniu na ścianach. Warto zobaczyć wszystkie dokumenty, które dotyczą cudu, by potem móc się o nim wypowiadać ze znajomością tematu. Nie można zarzucać kłamstw uczonym tylko dlatego, że stwierdzili coś, czego nauka nie potrafi wytłumaczyć.

MANOPELLO
„Już w starożytności chrześcijańskiej najpierw w Edessie, a potem w Konstantynopolu - czczono niezwykły Wizerunek Chrystusa, który miał być Jego prawdziwym Obliczem. Kiedy znalazł się w Rzymie, do Wiecznego Miasta przybywali pielgrzymi z Europy. W Rzymie zaczęto go nazywać Chustą Weroniki lub po prostu Weroniką, gdyż łacińsko-grecka zbitka słowa vera eikon oznacza „prawdziwy obraz” lub „prawdziwa ikona” - możemy przeczytać na stronie: https://www.niedziela.pl/artykul/54332/nd/Boskie-Oblicze-z-Manoppello
Niezależnie od tego, czym jest, wizerunek z Manopello robi ogromne wrażenie. W tradycji wschodniej mówi się o mandylionach, związanych z chustą Apgara, w przekazach katolickich pojawia się św. Weronika, jest też hipoteza, twierdząca, że Volto Santo (Święte Oblicze) odbiło się na całunie, którym była owinięta głowa Chrystusa po śmierci.
Ciekawe wydaje się to, w jaki sposób chusta trafiła do Abruzji. Autor książki „Boskie oblicze. Całun z Manopello”, który zajmował się rozwiązaniem tej zagadki, doszedł do interesujących wniosków.
Paule Badde twierdzi, iż wizerunek zwany vera eikon (tzn. prawdziwe oblicze), został wykradziony z bazyliki św. Piotra przed 500 laty, a przechowywany jest obecnie w Manopello.” https://www.fronda.pl/a/paul-badde-chusta-z-manopello-czyli-autoportret-pana,125469.html
Oczywiście mieszkańcy miasteczka mają inne wyjaśnienie tej sprawy.
„Jak głosi miejscowa legenda, Oblicze Jezusa trafiło tam w XVI wieku za sprawą „cudownej interwencji niebios”, przekazane przez ręce pielgrzyma anioła. Pierwsze pismo potwierdzające obecność w tym mieście bezcennej Chusty pochodzi z 1645 r. W dokumencie kapucyn o. Donato da Bomba opisuje jej dzieje na przestrzeni ponad 100 lat. Na skutek kradzieży i złego przechowywania uległa poważnym zniszczeniom. 
Od całkowitego zniszczenia uratował ją Donato Antonio de Fabritiis, który zdecydował się oddać relikwię ojcom kapucynom.
Więcej na temat chusty z Manopello można przeczytać na przykład tutaj: https://milujciesie.org.pl/chusta-z-manopello.html
Spotkanie z relikwią było dla mnie bardzo głębokim, osobistym doświadczeniem. Przybyłam do Manopello dręczona złym samopoczuciem nie tylko fizycznym, ale przede wszystkim  z psychiką, przepełnioną smutkiem, zmartwieniami i troskami. Po prostu czułam w bardzo fizyczny sposób, że to, co z sobą niosę, aż mnie przygniata swym ciężarem do ziemi. Już nawet nie bardzo potrafiłam się modlić przed Świętym Obliczem, pragnęłam tylko, by za Jego sprawą stał się cud odbarczenia mnie i uwolnienia od tego, co dźwigam. Żadnych konkretów w Manopello nie przedstawiałam. A jednak poczułam nagle to samo, co podczas uzdrowienia w szpitalnej kaplicy – przeszywający mnie wzdłuż kręgosłupa prąd, biegnący z góry w dół.
- Coś ze mną zrobił, ale jeszcze nie wiem, co – próbuje o tym nieudolnie opowiedzieć mężowi. Kompletnie nie tak, jak bym chciała, ale takich doświadczeń nie sposób wyrazić słowami. Jedno jest pewne, pojawił się we mnie spokój, płynący z przekonania, że moje modlitwy, nawet te nie sprecyzowane, zostały wysłuchane.  Mogłam wyprostować plecy. Odejść w spokoju. I zabrać go w dalsze życie i w drogę.
Oto właśnie zaczął się mój najpiękniejszy dzień w Abruzji.


poniedziałek, 25 listopada 2019

LA VIE EST BELLE - październikowa Abruzja


Gdy na lotnisku w Krakowie przechodzę przez sklep „duty free”, to moją uwagę przykuwa tylko jeden produkt. „2 miejsce według najpopularniejszych wyborów wśród podróżujących” – głosi napis na półce, gdzie umieszczony jest zapach La vie est belle. Gdyby mnie ktoś spytał, co było na pierwszym, to nie umiałabym odpowiedzieć. W ogóle mnie to nie zainteresowało. Ale La vie est belle towarzyszy mi w podróżach już od chwili wprowadzenia na rynek (promocja w samolotach Ryanair:), wkradając się, nawet nie wiem kiedy, w orbitę moich pragnień. To dla tego zapachu chyba jestem gotowa zdradzić mój ukochany Un jardin sur le Nil, z którym nie potrafiłam się rozstać od czasu ostatniego rodzinnego wyjazdu w pełnym składzie (Wenecja – parę dni przed śmiercią Bartka).

*

Lot do Pescary jest krótki, ledwie starcza czasu, by przed lądowaniem podsłuchać rozmowy znawców włoskich tematów na temat pięknej pogody we wciąż czynnych podobno kąpieliskach Abruzji. La vie est belle – uśmiecham się sama do siebie. I zanim zdąży nas dopaść znużenie podróżą, już wypożyczonym na lotnisku czarnym Pegotem 208 dojeżdżamy do hotelu. Tym razem pobyt wykupiliśmy na włoskim Grouponie. W Grand Hotel Montesilvano & Residence, gdzie spędzimy pierwsze trzy noce, dostajemy upgrade do pokoju superior. Do tego z widokiem na morze! La vie est belle, czyż nie?
Choć przybyliśmy do Abruzji głównie w celu pielgrzymkowym, to widok słońca i plaży cieszy mnie ogromnie. Zdążyłam się już przeziębić podczas pierwszych październikowych przymrozków i słotnych jesiennych dni. Ale oczywiście zamiast tradycyjnego leczenia wybrałam leki w postaci światła i ciepła. I chociaż powrót do pełni sił w tym układzie trochę potrwa, to i tak będę obstawać przy tym, że dokonałam najlepszego wyboru.

*

Odbudowana po działaniach wojennych Pescara jest miejscem pozbawionym tego uroku starości, który charakteryzuje wiele innych włoskich miast. Niemniej sprawia przyjemne wrażenie – nadmorska dzielnica, będąca naszym stałym szlakiem z Montesilvano na południe, pełna klockowatych, nie za wysokich zabudowań pomiędzy zielenią, ma uporządkowany charakter, tworząc komunikacyjną szachownicę. W tej części miasta nie widać biedy, czy też zaniedbania.  Wydaje się, że mieszkańcy prowadzą tu wygodne i stateczne życie.
„Pod względem architektonicznym Pescara, poważnie zniszczona wskutek bombardowań w czasie II wojny światowej nie jest zbyt interesująca” - czytam w przewodniku R. Belforda, M. Dunforda, C. Woolfrey „Włochy Południowe”. Rzeczywiście tak ją odbieram.
Wcześniej próbowałam szukać informacji na temat miasta, przeglądając pozycję  „Włochy część środkowa” tych samych autorów (z dodatkiem M. Ellinghama), lecz na próżno, choć wydawałoby się po zerknięciu na mapę kraju, że to oczywista logika podziału. No ale pewnie ktoś, kto pisze książki na ten temat ma inną wiedzę i inne kryteria dzielenia niż tylko geografia:)
- Jak się żyje w Pescarze? – zagaduję Polkę prowadzącą tu sklep ze starociami o uroczej nazwie Portobello.
- Spokojnie – odpowiada dziewczyna, która związała się z Włochami czternaście lat temu. – Wcześniej mieszkałam w Rzymie, tam to dopiero było (w domyśle szaleństwo - przyp. aut.)...
 - Tu są bardzo ładne okolice - przekonuje pani z Portobello. - Wystarczy wyjechać w stronę L'Aquilli...
Tak, wkrótce mamy okazję wybrać się w taką wycieczkę i  przeżyć absolutne zauroczenie Abruzją. Gdy le monde est belle, to czy życie może pięknym nie być?

*
Kiedy po trzech dniach wyruszamy jeszcze bardziej na północ od Pescary, to zdaje mi się, że to mniej ciekawa (ładna) część Włoch. Ale może myślę tak dlatego,  że wycieczka do wnętrza Abruzji bardzo podniosła poprzeczkę w sensie kryteriów dla piękna świata. Po dotarciu na miejsce docelowe nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że bezpośrednia okolica Hotelu San Remo w Villarosa postanowiła być prawdziwą ozdobą tego mniej atrakcyjnego dla mnie terenu 💗
To miejsce zupełnie inne niż Montesilvano – żadnych turystów w październiku, więc można się cieszyć spokojem i niczym nie zmąconym nadmorskim wypoczynkiem. Kameralny, omal rodzinny klimat miejscowości sprawił, że od pierwszej chwili czułam się jej dobrze dopasowaną częścią. Miałam też wrażenie, że dostaliśmy tu najlepszy, najbardziej przestronny pokój w hotelu, prawie pozbawionym innych klientów. Dysponowaliśmy tam obszerną werandą, gdzie miło było się zasiedzieć, patrząc na rozświetlony październikowymi promieniami słońca świat. Cztery dni w San Remo zaspokoiły w pełnej rozciągłości moje potrzeby dotyczące ładnych widoków na morze, od którego dzielił nas tylko hotelowy ogród pełen pini, promenada oraz prawie nie uczęszczana o tej porze roku droga dojazdowa do pozamykanych obiektów turystycznych.
Tym razem wykupiliśmy pobyt  (również w promocyjnej ofercie włoskiego Groupona) w opcji all inclusive (czy raczej w miejscowej wersji tej formuły). Bardzo to przypominało wielkanocny program żywieniowy, którego doświadczyliśmy w Kalabrii. Teraz jednak już wiedzieliśmy, że w takim przypadku musimy od razu się upominać o małe (bardzo małe!) porcje. I jakoś daliśmy radę, choć i tak czuliśmy się karmieni ponad miarę. Ale za to, ile przy tym przeżyliśmy kulinarnych zachwytów! Już sama nie wiem, jak to podsumować – czy napisać, że to życie jest piękne, czy że raczej piękny jest świat, dostarczający tak wspaniałych doznań dla podniebienia.
W ten oto sposób miałam w tym miejscu wszystko, czego potrzebowałam do ukojenia nerwów i pokrzepienia ciała. Zwolniłam, by odpocząć. Zwłaszcza, że, oprócz pielgrzymki do Loreto, niewiele zaplanowaliśmy w tej części wycieczki. La vie et  le monde sont belle...
*
I wreszcie mam tu czas i możliwości, by spełnić marzenia o plażowaniu. Pan z obsługi hotelu wynosi mi specjalnie leżaczek z magazynu i wbija parasol w piach naprzeciwko naszego hotelu (w miejsce sprzętu plażowego uprzątniętego na zimę w dniu poprzednim:) Czuję się jak królowa – mam dla siebie całą plażę na wyłączność😄 I absolutny luz...
Piszę do przyjaciół o otaczającej mnie scenerii:
dzisiaj występ w rolach głównych mają: ja. słońce, leżak, parasol, dluuga piaszczysta plaża i szumiące morze
Bez widowni:)
Coś czuję, że to będzie najlepszy dzień w naszej podróży:)
Zobaczyliśmy bardzo dużo, ale teraz już chyba muszę zbierać siły na dalsze przebywanie na urlopie zdrowotnym:)
 I zbieram... Z bardzo dobrym rezultatem.
La vie est belle, belle, belle..... Mimo że czasem tak krótkie i okrutne. Wiele czasu mi zabrało dojście do wniosku, że takie połączenie jest możliwe.


*
Z taką myślą odjeżdżam z Villarosa. Wsiadam do samochodu, oglądając się wciąż za siebie – na zalany słońcem krajobraz z morzem i plażą na pierwszym planie. Już beze mnie. Opuszczony leżak wraz z opuszczonym parasolem żegnają mnie z poczuciem smutku i zagubienia wśród kilometrów piasku.

Perfumy La vie est belle zakupię sobie kilka tygodni później na lotnisku w Larnace – już na następnym wyjeździe. Jako prezent w dniu swoich urodzin. Kolejne spełnione marzenie... Choć tak naprawdę najlepszym, wymarzonym prezentem, który dostałam od życia, jest ten rok do spędzenia w podróży. I to chyba nie wymaga już żadnego podsumowania...







piątek, 8 listopada 2019

BRAK RÓWNOWAGI



W moim życiu brak równowagi. I widać to wyraźnie na tym blogu. Albo miesiącami nie poruszam tematów podróży, albo też właściwie mogłabym pisać tylko o nich. Jak teraz. Opisy wcześniejszych wyjazdów przerywam tylko uczestniczeniem w bieżących. Tak, ostatnio dużo podróżuję. Czyli marzenia się spełniają.


Urlop zdrowotny okazał się dla mnie błogosławieństwem. Wreszcie zrzuciłam z siebie cały stres, związany z codzienną pracą w szkole. I chyba dopiero teraz widzę, jak ciężkie to było brzemię.
Oczywiście, nie obyło się bez przykrej niespodzianki, związanej z rozstaniem ze szkolną praktyką. Okazało się, że podczas pobytu na urlopie zdrowotnym nie przysługuje mi dofinansowanie do studiów. I choć nie była to jakoś specjalnie duża kwota, to jednak jej utratę odczułam bardzo dotkliwie. Zdecydowałam się w tej sytuacji odłożyć studia do czasu powrotu do szkoły. Będzie to więc rok zupełnie niepotrzebnej przerwy w studiowaniu. I rok zwłoki we wprowadzeniu uprawnień psychologicznych do mojej pracy.





















Wcześniej wyczerpałam wszystkie możliwości, by się jeszcze nie żegnać ze swoją studencką grupą. Wiele osób stanowi tam dla mnie bezcenne źródło wsparcia. Nie przypadkiem jej nazwa na facebooku brzmi „Najlepsza Grupa”. Dokładnie taka jest.

Niestety wszystkie przepisy są przeciwko mnie. Nie mogę zaliczać tegorocznych przedmiotów awansem na rok przyszły. Otrzymana dwa tygodnie temu odpowiedź od Pani Dziekan chyba zamyka sprawę: „Informuję, że w nowym Regulaminie studiowania obowiązującym od roku. akd. 2019/2020 w przeciwieństwie do poprzedniego nie ma zapisu o możliwości realizowania studiów w trakcie urlopu. Mogę udzielić wyjątkowej zgody na maksymalnie 2 przedmioty realizowane w sem zimowym i 2 w sem letnim.
Bardzo mnie zdołowało to wszystko. I rozzłościło. W końcu, jakby nie było, nie wzięłam  urlopu zdrowotnego na głowę, uczyć się wciąż potrafię. 




















No ale cóż, w ostatecznym rozrachunku musiałam się pogodzić z faktem, że mój kontakt z SWPS ograniczy się tylko do dwóch przedmiotów w semestrze. I że skończę naukę później niż inni.
Trzeba się jakoś pocieszać, że wolnego czasu za to będzie więcej. Postanowiłam go dobrze wykorzystać.
 - Zawsze chciałaś podróżować – przekonywał mnie mąż.  – Teraz masz okazję. 
No i zaczęliśmy rezerwować kolejne podróże.


Wrzesień jeszcze odpuściliśmy i odpoczywaliśmy po 34- dniowych wakacjach na Bałkanach, a później, gdy nasze dzieci udały się na dwutygodniowe wczasy, doglądaliśmy ich zwierzaków wespół z naszymi. Wiki i Kacper wylecieli do Bułgarii jako ostatni z ostatnich klienci Neckermann Polska. Na szczęście się udało, choć to dla nas kolejne ostrzeżenie przed korzystaniem z profesjonalnych biur podróży. Dobrze, że potrafimy się bez nich obejść.

Już w październiku zorganizowaliśmy sobie podróże do Włoch i do Odessy. A teraz w listopadzie mamy plan z Cyprem i Libanem w rolach głównych. Ten rok szkolny zapowiada się naprawdę ekscytująco. Wkrótce znów spakuję walizki.

Ale póki co, przede mną jeszcze wyjazd do Katowic (na jeden z wybranych przedmiotów w ramach zgody dziekana). Tam zaś towarzyszą mi od września myśli, że gdyby Kacper wybrał SWPS, a nie Uniwersytet Jagielloński, to mielibyśmy szansę studiować wspólnie (może nawet na jednym roku, bo przecież nie wiadomo do końca, czy moje opóźnienie jeszcze się nie zwiększy). To dla mnie takie niezwykłe, że oboje możemy być studentami w tym samym czasie.
Jest z tym oczywiście związany i smutek. W ostatni weekend dzieciaki przeprowadziły się do Krakowa. Codzienne dojeżdżanie na uczelnię z domku nad garażem w niezrównoważone pogodowo jesienne dni okazały się porażką. Smutno mi. Ile jeszcze razy trzeba będzie przerobić to puste gniazdo, żeby wreszcie do niego przywyknąć?


Ale może rzeczywiście lepiej się nad nim nie rozwodzić? Nie ma potrzeby codziennie patrzeć właśnie w jego kierunku, gdy świat stoi otworem.. Życie musi iść do przodu i trudno to oporować bez końca. Chyba już przyszedł czas, by puścić hamulec... Nawet jeśli mam się przewrócić z powodu braku równowagi.