Pierwsze dni w Abruzji nie pozostawiają czasu na opalanie.
Przybyliśmy tu w celu pielgrzymkowym i nasze plany zwiedzania okolic
Pescary to przede wszystkim dwa miejsca: Lanciano i Manopello. To pierwsze ze
względu na cud eucharystyczny, to drugie z powodu niezwykłego odbicia oblicza
Jezusa na słynnej w chrześcijańskiej tradycji chuście.
Miejsca te są tak niezwykłe, że nawet nie wiem, jak
o nich pisać. Nie zwykłam obcować z nadprzyrodzonymi, niewytłumaczalnymi zjawiskami
i jako osoba wierząca nawet ich jakoś specjalnie nie potrzebuję, szczególnie po
to, by coś sobie lub innym udowadniać. Nie przybyłam więc ani do Lanciano, ani
do Manopello, by zbierać dowody. Ale jeśli ktoś inny ich potrzebuje, to TAK! to
są właśnie te miejsca. Niech obierze na nie kierunek i TAM! jedzie. Ktoś, kto
szuka dowodów, znajdzie je właśnie w Lanciano i Manopello. I to tak wyraźne i
namacalne, iż stojąc w ich obliczu, człowiek zadaje sobie pytanie, jak to jest,
że nie przemawiają one do całej ludzkości? Przecież gdyby to były dowody z
dziedziny na przykład biologii, czy fizyki, to nikomu na świecie nie przyszłoby
do głowy podważanie zjawisk, których dotyczą. W sprawach wiary jest jednak
inaczej: jedni tych dowodów nie chcą zauważać, inni potrafią zaprzeczać nawet bezsprzecznym i
naukowo potwierdzonym (co w obecnych czasach jest bezwzględnie wymagane) faktom.
Ci, którzy mienią się racjonalistami zawsze „wiedzą lepiej” od tych, którzy zwą
siebie wierzącymi (przynajmniej takie są moje wrażenia po przejrzeniu
wypowiedzi jednych i drugich na internetowych forach). Lecz przekonywanie
kogokolwiek nie jest moim celem. Niech każdy zrobi to dla siebie sam.
*
Ale może jest też ktoś, kto jeszcze nie słyszał o
Lanciano i Manopello? Dalsza część tekstu będzie właśnie dla niego. Oto
przedstawiam propozycję pielgrzymki do uznanych cudów chrześcijańskiego świata.
LANCIANO
My katolicy wierzymy, ze podczas
każdej mszy świętej zachodzi niewidzialna przemiana (przeistoczenie) chleba i
wina w Ciało i Krew Chrystusa. Spożywając je, umacniamy przymierze z Bogiem. Ta
„niewidzialna przemiana” na pewno jest trudna do objęcia rozumem i rodzi w
wielu ludziach powątpiewanie. Nie wiem, czy w jego rozwiewaniu pomagają im cuda
eucharystyczne, ale być może, że tak jest. Mówimy o nich zazwyczaj wtedy, gdy przemiana staje się
w jakiś sposób widzialna, choć natknęłam się też w tym temacie na przykłady opisów
cudownych własności przeistoczonych hostii.
O cudzie eucharystycznym w Lanciano mówi się, że był
pierwszym potwierdzonym. Miał on miejsce ponad 12 wieków temu. Wtedy to podczas odprawiania mszy świętej przez pewnego mnicha, podobno przeżywającego kryzys wiary, hostia zamieniła się w prawdziwe ciało, a wino w krew Chrystusa. O szczegółach cudu możemy się dowiedzieć na przykład z wywiadu z ojcem Zbigniewem Deryło - franciszkaninem z
Lanciano https://sanctus.pl/index.php?grupa=376&podgrupa=454&doc=403
Małe miasteczko we włoskiej Abruzji
to obowiązkowy punkt programu dla każdego pielgrzymującego katolika, odwiedzającego
tę okolicę. Via Michelin pokazuje nam, że miejsce docelowe jest oddalone od
naszego hotelu nieco ponad 50 km, w tym większość drogi przebiega autostradą
Via Adriatica. Jedziemy przez tereny jakby malowane kolorami ziemi: beże,
ciemny piasek, jasne brązy. To wszystko przetykane roślinnością, której nie
dotknęła jeszcze swymi barwami jesień. Na pobrzeżach pól drzewa i krzewy wciąż okryte
są ciemnozieloną szatą liści.
Lanciano jest miasteczkiem starym,
jak wiele innych w tym rejonie. Mimo dobrego oznaczenia celu naszej podróży
(brązowe tablice z napisem Miracolo Eucaristico), udaje nam się przeoczyć
interesujący nas kościół (nie ma przy nim jakiegokolwiek tłumu) i zaczynamy
zwiedzanie od Bazyliki. Może jest ona i najciekawszą świątynią w mieście, ale
przecież nie dla niej przyjechaliśmy do Lanciano.
Do Santuario
del Miracolo Eucaristico Frati Minori Conventuali weszliśmy wreszcie wraz z grupą anglojęzycznych
turystów, najprawdopodobniej z Ameryki. Niesamowitym przeżyciem było dla nas
uczestniczenie we mszy świętej, prowadzonej przez ich Duchownego. Młody
człowiek, celebrujący nabożeństwo boso, przodem do ołtarza i z niezwykłym
zaangażowaniem objaśniający swoim wiernym podczas kazania tajemnicę
przeistoczenia („tym się różnimy od protestantów, że w to wierzymy”), a później
modlący się ze łzami w oczach przed relikwiami Ciała i Krwi Jezusa, zrobił na
nas piorunujące wrażenie.
Ja muszę się tutaj przyznać, że nie odrobiłam lekcji
w postaci wcześniejszego przeczytania czegokolwiek na temat Sanktuarium. Toteż
niestety nie wiedziałam nic o budowie relikwiarza. A ponieważ jest on naprawdę
bogato zdobiony, to nie do końca chyba patrzyłam na to, co trzeba. Wstyd mi z
tego powodu i trochę żal, bo pewnie mogłam wizytę w Lanciano przeżyć w głębszy
i pełniejszy sposób. Myślę, że moje wspomnienia z Sanktuarium byłyby inne, gdybym
wiedziała choć tyle:
„Relikwiarz z kościoła
św. Franciszka w Lanciano ukazuje, za obudową z podwójnego szkła, nieregularny
pierścień z ludzkiego ciała, średnicy 55 mm, okalający pustą przestrzeń, którą
ongiś wypełniała hostia. Hostia skruszała z biegiem czasu. Obręcz z ciała
ludzkiego, gruba na obrzeżach a cienka wewnątrz, uległa mumifikacji i jest
ciemnożółta, bardzo twarda, co stwierdzono pobierając mikroskopijne próbki do
badań laboratoryjnych.
W szklanym kielichu
[doprecyzujmy – jest on zrobiony z kryształu górskiego – przyp.aut],
znajdującym się w dolnej części relikwiarza, znajduje się 5 skrzepów krwi
nierównego kształtu, także bardzo twardych, o łącznej wadze 15,85 gramów.” https://adonai.pl/cuda/?id=23
Wielkie wrażenie natomiast wywarło na mnie
niewielkie muzeum poniżej świątyni, gdzie zaprezentowano wyniki badań naukowych
Ciała i Krwi z Lanciano, włącznie ze zdjęciami mikroskopowymi w dużym
powiększeniu na ścianach. Warto zobaczyć wszystkie dokumenty, które dotyczą cudu, by potem móc
się o nim wypowiadać ze znajomością tematu. Nie można zarzucać kłamstw uczonym tylko dlatego, że stwierdzili coś, czego nauka nie potrafi wytłumaczyć.
MANOPELLO
„Już w starożytności chrześcijańskiej
najpierw w Edessie, a potem w Konstantynopolu - czczono niezwykły Wizerunek
Chrystusa, który miał być Jego prawdziwym Obliczem. Kiedy znalazł się w Rzymie,
do Wiecznego Miasta przybywali pielgrzymi z Europy. W Rzymie zaczęto go nazywać
Chustą Weroniki lub po prostu Weroniką, gdyż łacińsko-grecka zbitka słowa vera
eikon oznacza „prawdziwy obraz” lub „prawdziwa ikona” - możemy przeczytać
na stronie: https://www.niedziela.pl/artykul/54332/nd/Boskie-Oblicze-z-Manoppello
Niezależnie
od tego, czym jest, wizerunek z Manopello robi ogromne wrażenie. W tradycji
wschodniej mówi się o mandylionach, związanych z chustą Apgara, w przekazach katolickich
pojawia się św. Weronika, jest też hipoteza, twierdząca, że Volto Santo (Święte
Oblicze) odbiło się na całunie, którym była owinięta głowa Chrystusa po śmierci.
Ciekawe
wydaje się to, w jaki sposób chusta trafiła do Abruzji. Autor książki „Boskie
oblicze. Całun z Manopello”, który zajmował się rozwiązaniem tej zagadki, doszedł
do interesujących wniosków.
„Paule Badde twierdzi, iż wizerunek zwany vera eikon (tzn. prawdziwe
oblicze), został wykradziony z bazyliki św. Piotra przed 500 laty, a
przechowywany jest obecnie w Manopello.” https://www.fronda.pl/a/paul-badde-chusta-z-manopello-czyli-autoportret-pana,125469.html
Oczywiście
mieszkańcy miasteczka mają inne wyjaśnienie tej sprawy.
„Jak głosi miejscowa legenda, Oblicze
Jezusa trafiło tam w XVI wieku za sprawą „cudownej interwencji niebios”,
przekazane przez ręce pielgrzyma anioła. Pierwsze pismo potwierdzające obecność
w tym mieście bezcennej Chusty pochodzi z 1645 r. W dokumencie kapucyn o.
Donato da Bomba opisuje jej dzieje na przestrzeni ponad 100 lat. Na skutek
kradzieży i złego przechowywania uległa poważnym zniszczeniom.
Od całkowitego zniszczenia uratował ją Donato Antonio de Fabritiis, który zdecydował się oddać relikwię ojcom kapucynom.”
Od całkowitego zniszczenia uratował ją Donato Antonio de Fabritiis, który zdecydował się oddać relikwię ojcom kapucynom.”
Więcej na
temat chusty z Manopello można przeczytać na przykład tutaj: https://milujciesie.org.pl/chusta-z-manopello.html
Spotkanie
z relikwią było dla mnie bardzo głębokim, osobistym doświadczeniem. Przybyłam
do Manopello dręczona złym samopoczuciem nie tylko fizycznym, ale przede
wszystkim z psychiką, przepełnioną
smutkiem, zmartwieniami i troskami. Po prostu czułam w bardzo fizyczny sposób,
że to, co z sobą niosę, aż mnie przygniata swym ciężarem do ziemi. Już nawet
nie bardzo potrafiłam się modlić przed Świętym Obliczem, pragnęłam tylko, by za
Jego sprawą stał się cud odbarczenia mnie i uwolnienia od tego, co dźwigam. Żadnych
konkretów w Manopello nie przedstawiałam. A jednak poczułam nagle to samo, co podczas
uzdrowienia w szpitalnej kaplicy – przeszywający mnie wzdłuż kręgosłupa prąd,
biegnący z góry w dół.
- Coś ze mną zrobił, ale jeszcze nie wiem, co – próbuje o tym nieudolnie opowiedzieć mężowi. Kompletnie
nie tak, jak bym chciała, ale takich doświadczeń nie sposób wyrazić słowami.
Jedno jest pewne, pojawił się we mnie spokój, płynący z przekonania, że moje modlitwy,
nawet te nie sprecyzowane, zostały wysłuchane. Mogłam
wyprostować plecy. Odejść w spokoju. I zabrać go w dalsze życie i w drogę.
Oto właśnie zaczął się mój najpiękniejszy dzień w Abruzji.
Oto właśnie zaczął się mój najpiękniejszy dzień w Abruzji.













