Jak opisać zaskoczenie, kiedy od instytucji, po której nie spodziewasz się
niczego dobrego, dostajesz nieoczekiwanie sprawiający radość prezent? Może słowo
„niewyobrażalne” będzie tu na miejscu? Pod
takim wstępem ukryłam chęć podzielenia się opowieścią o tym, czym zaowocowało
kontrolowanie przez lekarza orzecznika moich zwolnień z pracy w okresie przedłużającej się choroby w poprzednim
roku szkolnym.
Otóż ZUS przyznał mi prawo do rehabilitacji na jego
koszt. Wprawdzie nazywa się ona przedrentowa, ale po pierwszym zaskoczeniu
nomenklaturą można to jakoś przełknąć, gdy okazuje się w końcu, że tak naprawdę
chodzi o pobyt w sanatorium. W odróżnieniu od większości moich koleżanek ze szkoły,
nigdy wcześniej nie trafiłam w takie miejsce. I pewnie to był błąd - nagle
uświadamiam sobie, że może miałabym teraz i kręgosłup zdrowszy i kolana, które
nie bolą przy każdej formie ruchu. No ale lepiej późno niż wcale. Podejmuję decyzję, iż wreszcie przyszedł czas, by zadbać
o swoje zdrowie i poddaję się biegowi wydarzeń. Otrzymuję skierowanie – do Iwonicza,
który zaraz wymieniam na Wysową, bo skoro już mam być tak długo z dala od domu
i bliskich, to wolę, żeby to się działo w miejscu, które kocham i gdzie dobrze się czuję. A poza tym pobyt w wysowskim ośrodku Biawena zawsze był moim
marzeniem.
Skoro więc mam urzędowym pismem zagwarantowane jego rychłe
spełnienie, to mogę się pogrążyć w pełnym zadowolenia oczekiwaniu. No i się
pogrążam przez blisko cztery miesiące. W wakacje wyrywa mnie z niego kolejne
urzędowe pismo – zmiana Biaweny na Instytut Zdrowia Człowieka. Okazuje się, ze
ZUS może wszystko – właśnie rozwiązał umowę z jednym ośrodkiem i, jak rzeczy, poprzerzucał
część takich klientów jak ja do innego - właściwie z dnia na dzień. Próbuję się odwoływać,
bo oto moje marzenie wraz z radością, którą niosło w sobie, w jednej chwili się
rozwiewa, ale nikt w ZUSie nie rozumie, o co mi właściwie chodzi. Przecież
termin we wrześniu prawie identyczny jak poprzedni, no i też Wysowa. I co mam
powiedzieć na takie argumenty? Czy to, że w Biawenie od czterech miesięcy czeka na mnie, załatwiony przez Helenę jakimś cudem, pokój jednoosobowy, ma dla
kogokolwiek w ZUS-ie jakiekolwiek znaczenie? A przecież dla mnie to warunek
zasadniczy i konieczny wyjazdu, muszę mieć choćby najmniejszą przestrzeń
wydzieloną specjalnie dla siebie, by nie czuć paraliżującego dyskomfortu
skrępowania i braku intymności. Jestem więc już prawie o krok od odrzucenia
pobytu w Instytucie Zdrowia Człowieka, gdy Helena dokonuje czegoś absolutnie
niemożliwego – załatwia mi tam pokój
jednoosobowy na trzy tygodnie przed rozpoczęciem turnusu! Nie wiem
naprawdę, jak ona to robi – dość wspomnieć, ze gdy ja zadzwoniłam z taka prośbą
do Biaweny, to zostałam spuszczona po rynnie, zanim jeszcze zaczęłam jakąkolwiek
nawijkę. Po tym doświadczeniu nie próbowałam się już nawet kontaktować z
następnym ośrodkiem przydzielonym mi znienacka przez ZUS.

Jednak jedynka przesądza sprawę – w tym przypadku
jestem skłonna machnąć ręką na brak ładnych widoków, który podobno jest
związany z przyszłym zakwaterowaniem w moim pokoju, a także na brak basenu, co
odróżnia Instytut Zdrowia Człowieka od Biaweny. Trudno, będę chodziła się moczyć do otwartego kilka
lat temu obiektu szumnie nazwanego Park Wodny, który jest w zasięgu spaceru od
budynku mojego przyszłego sanatorium. Przyszedł czas rozpocząć przygotowania do wyjazdu,
czyli zrobić to, czym wszystkie moje koleżanki zajmują się przed jakimkolwiek, nawet najbardziej błahym, tournee – fryzjer, kosmetyczka, zakupy nowych ciuchów i takie tam inne babskie
sprawy. Czasu mam sporo, więc choć raz pojadę perfekcyjnie przyszykowana pod
każdym względem. Koniec z podróżami z walizką pełną jedynie tego, co mi w
ostatniej chwili wpadło w ręce.
Czyżby Helena naprawdę miała rację, mówiąc w
przypadku tego wyjazdu o pechu? Obruszyłam się na to w pierwszej chwili, bo
takie określenie zdało mi się pełne negatywnego zdeterminowania do tego stopnia, że aż niemożliwym było je do siebie dopuścić. A jednak stało się tak,
że mój mąż w ostatnie dni wakacji zaniemógł i w trybie natychmiastowym trafił do
szpitala. Zapomniałam nie tylko o przygotowaniach, ale i w ogóle o sobie. Kiedy
leczenie szpitalne zaczęło się przedłużać, to po raz kolejny mój wyjazd stanął
pod znakiem zapytania. No bo jak to emocjonalnie unieść – mam zostawić ciężko
chorego męża, żeby zająć się swoim zdrowiem?
- Tak – przekonuje mnie Helena. Moja przyjaciółka ze
studiów mieszka każdego lata niecałe dziesięć kilometrów od Wysowej i niecierpliwie oczekuje spotkania ze mną w Beskidzie Niskim. Włożyła tyle trudu i czasu w to, bym mogła tam przyjechać. Ale wszelkie argumenty o tym, że
pod moją nieobecność mąż będzie pod dobrą opieką lekarską do mnie nie trafiają.
Przekonuje mnie dopiero decyzja lekarzy o jego wypisie. Ma to przypaść na
następny ranek po moim wyjeździe. Ależ tak, mąż wytrzyma beze mnie w szpitalu tę jedną noc,
zwłaszcza, że i tak jest to czas, który spędza tam samotnie.
Mam ledwie kilka godzin między decyzją lekarzy a
wyjazdem. W Krakowie załapuję się dopiero na ostatni autobus do Wysowej. Spotykam w
nim już przyszłych kuracjuszy. Panie mają idealnie przygotowane fryzury,
makijaże, porządne walizki. Ja z moimi licznymi tobołkami, zapchanymi tym, co w ostatniej chwili wpadło mi w ręce, czuję się przy nich trochę jak
Kopciuszek.
Zmęczenie ostatnich dni powoduje, że nie mogę zasnąć
w drodze ani na chwilę. Podróż zaczyna się dłużyć. Za oknami zmierzch zmienia
się powoli w noc. Wreszcie autobus zatrzymuje się na ostatnim przystanku. Jak
się okazuje wszyscy oprócz mnie mają skierowanie do Biaweny. Pani z sąsiedniego ośrodka wskazuje mi
budynek Instytutu Zdrowia Człowieka. Wygląda trochę jak wymarły. Nie palą się w
nim prawie żadne światła, spowija go nocna cisza. Z westchnieniem spoglądam na
rozświetloną, sprawiającą wrażenie tętniącej życiem Biawenę.
No cóż, trzeba
brać od losu to, co daje... Wchodzę w ciemność...
*
Okazuje się, że w środku Instytutu Zdrowia Człowieka
jest podobny klimat jak na zewnątrz. Po rozmowie z recepcjonistką i
pielęgniarką (już się spinam, bo przecież dopiero co uciekłam przed szpitalnym
klimatem) idę ciemnym, wyludnionym korytarzem, prowadzącym do mojego pokoju. „Oszczędzają na żarówkach”- słyszę w pierwszych dniach pobytu komentarze pacjentek. Wszyscy zdają się być pogrążeni we śnie, choć minęła
ledwie 22.00. Z daleka widzę jakąś panią przemykającą w piżamce do swojego
pokoju – ach, znowu to myślowe odniesienie do szpitala. A rankiem mam się zgłosić na
badanie lekarskie. Gdzie ja wylądowałam i to z własnej, nieprzymuszonej woli?
Przypomina mi się przedwakacyjna korespondencja z przebywającą w Rabce poprzednią
wychowawczynią mojej klasy – pozdrawiała nas ze szpitala, który udaje
sanatorium. Czuję jak niepokój wzrasta z każdym krokiem, przybliżającym mnie
do pokoju.
Na szczęście mam zakwaterowanie zgodnie z planem w
jedynce. To nieodmiennie cieszy. Otwieram drzwi i piszę sms-a do Ani: „jak na sanatorium to nie
najgorzej, choć bezpośrednio nad parkingiem i niestety bez żadnego widoku.”
Jestem tak wykończona całym dniem i swoim pełnym obaw nastrojem, że pakuję się jak
najszybciej do łóżka.
I właśnie wtedy... po raz pierwszy w podróży, i to
takiej, która właściwie jeszcze się nawet w pełni nie rozpoczęła, dopada mnie
tęsknota za domem...
*
Rankiem jednak, gdy rozwiewają się ciemności, za
parkingiem ukazuje się góra. To na niej osłonięta rzędem modrzewi stoi sobie
Biawena. Na niebo wychodzi słońce i nadaje temu pejzażowi za oknami i kolory, i
blask. Ale to wszystko nic w porównaniu z widokiem, który rozpościera się po
drugiej stronie Instytutu Zdrowia Człowieka. Mam wrażenie, że z tego miejsca
mogę zobaczyć cały Beskid Niski w jego pełnej
krasie. Gdy zmierzam na pierwsze śniadanie, to oczu wprost nie mogę oderwać od
świata, który nas otacza. Pisząc do Heleny, używam słowa „bajeczny”. Już tak dawno
nie przywoływałam tego określenia. „Nawet gdyby nie oferowali tu żadnych
zabiegów, to i tak mogliby leczyć wyłącznie tym widokiem” – oszołomiona kończę sms
– a do przyjaciółki. I już na wyrost proroczo dodaję: „Mnie by wyleczyli”.
Tego ranka jestem pewna, ze zgodnie z wcześniejszymi
oczekiwaniami wyjadę stąd zdrowa. Podnoszę więc głowę wysoko i idę się rzucić w
wir rekonwalescencji. Z ogromną nadzieją na uleczenie wszystkich moich
fizycznych bolączek, zaczynam pierwszy dzień w sanatorium.