poniedziałek, 17 września 2018

ŁYŻECZKA MIODU

Stary Dom Zdrojowy

Kiedy w piątkowy wieczór Wysowa pogrąża się w mroku burzowych chmur, to ogarnia mnie lekki niepokój, że niestety wraz z nimi nadciąga weekend zamknięcia w czterech ścianach. Szkoda mi bardzo, bo dopiero co świat był przepełniony cudnym wrześniowym latem, na ławeczkach przed moim sanatorium opalali się kuracjusze, a w parku przed Starym Domem Zdrojowym gotował na świeżym powietrzu Makłowicz. 
A tu potem odnalazłam ten odcinek:
https://player.pl/programy-online/maklowicz-w-polsce-odcinki,14060/odcinek-7,S01E07,115566

A potem znajduję sobie powód do radości - zaczynam się cieszyć, że moja rodzina odwołała przyjazd na ten weekend. Bo niby co w taką pogodę mielibyśmy robić w zarezerwowanym dla nich (po wygórowanej zresztą cenie) drewnianym domku nieopodal Instytutu Zdrowia Człowieka? Park Wodny, na który tak liczyłam, z niewiadomych przyczyn jest zamknięty do odwołania. A innych atrakcji to tak niestety nie za wiele... Wprawdzie w sobotę mają się odbyć koncerty i w parku, i na Górze Jawor, ale ponieważ obydwa zaplanowano jako imprezy plenerowe, nie wiadomo jeszcze, jak bardzo to okaże się atrakcyjne. Przemoknięcie i załapanie przeziębienia od razu na wstępie turnusu nie bardzo mi się uśmiecha. Tym bardziej, ze sobotni ranek wita nas deszczem.
Ale widać dobry Bóg czuwa i nad moim zdrowiem, i samopoczuciem, bo w końcu na wieczór deszczowe chmury się rozwiewają. Jestem za to wdzięczna nie tylko jako kuracjusz, który może wreszcie wyjść z czterech ścian niewielkiej jedynki, ale także w imieniu Heleny i jej przyjaciół. To oni właśnie są organizatorami koncertu galowego „Na skrzyżowaniu kultur. Muzyka polska, węgierska, łemkowska, żydowska i rosyjska”. Zaplanowano go jako jeden z elementów III Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego „U źródeł”. Helena ma tego wieczoru recytować tam swoje wiersze pomiędzy utworami na skrzypce, klawisze oraz występami sopranistki. Zaproszenie dostałam na długo przed wyjazdem do sanatorium. Cieszę się, że mogę z niego skorzystać.
- Ile ty masz jeszcze talentów Ola? -  zachwyca się po koncercie wójt Gminy Uście Gorlickie, dziękując mojej przyjaciółce za odczytanie poruszających wierszy.
- Ja zazwyczaj działam w przestrzeni dyskursywnej – wyjaśnia kolejnemu zachwyconemu widzowi autorka poetyckich utworów, znana w naszym kręgu pod imieniem Helena. Rzeczywiście jej wystąpienie po łemkowsku i polsku robi wrażenie. Muzyka jej znajomego Mariusza Mończaka również. Tak bardzo chciałabym jej wysłuchać jeszcze w scenerii cerkwi greckokatolickiej pw. Opieki Matki Bożej na Górze Jawor. Tą część festiwalu zatytułowano „Muzyczna modlitwa przy blasku świec”. Czy można, będąc tutaj, przegapić coś takiego?
Góra Jawor to miejsce szczególne dla tutejszej kultury. Jest nazywane, choć chyba trochę na wyrost, „łemkowskim Lourdes” z uwagi na związane z nim objawienie i uzdrawiające właściwości wody z przycerkiewnej studni. Helena zabiera mnie tam swoim samochodem, parkując właśnie pod tym uświęconym wodopojem. Jestem jej niepomiernie wdzięczna, bo tym razem nie doszłabym pod cerkiew żadną miarą – w Beskidzie Niskim zapadła już noc, wszędzie ciemno, choć oko wykol, a do tego w moim kolanie czuję zaostrzenie zamiast ustępowania dolegliwości.
Cerkiew na Górze Jawor

W podzięce za przybycie Góra Jawor natychmiast szczelnie otula mnie rozmodloną magią. Najpierw we wnętrzu cerkwi modlę się na śpiewanym nabożeństwie wraz z Heleną i grupą pielgrzymów ze Słowacji, potem już na zewnątrz, robię to przy dźwiękach muzyki Bacha, Cacciniego, Vivaldiego... Nawet noc cichnie, by nie zagłuszać skrzypków i przysiada się do publiczności na drewnianą ławkę. Ze środka świątyni spogląda na nas w swojej łagodności Pankrator, zastygnąwszy w zasłuchaniu z pełną błogosławieństw ręką. Płomyki świec roztańczone na knotach, podkreślają każdy dźwięk drżącymi ruchami. Wydobywają blaski i cienie drewnianej cerkwi oraz wszystkich zgromadzonych - blaski i cienie każdego człowieka z osobna. Tego wieczoru kładę się do snu z modlitwą, która wciąż płynie we mnie skrzypcową muzyką. I zanim dopuszczę do siebie jakiekolwiek nocne nuty smutku, już ranek budzi mnie, ozłacając promieniami słońca.


Ala i Stefan po drodze do Wysowej urządzili grzybobranie:)

Wiem, że to będzie piękny dzień. A on ze wszystkich sił stara się spełnić moje oczekiwania. Z Brzeska w odwiedziny przyjeżdża do mnie wraz z mężem przyjaciółka ze studiów Ala, a z Uścia Gorlickiego przyjaciółka ze studiów Helena. Na wspólną posiadówkę wybieramy knajpę w Wysowej, którą podobno zarządza  przyjaciel ze studiów Wojtek. Wprawdzie nie zastajemy go na miejscu, ale rozczarowania nie przeżywamy - trudno było oczekiwać, że będzie się nas tam spodziewał. Spotkanie w czwórkę to i tak wielka, tym większa, że nie do końca spodziewana, przyjemność. A potem zostajemy już tylko we dwie z Heleną, bo Ala i Stefan podążają za własnym planem na popołudnie.
Gościnna Chata - miejsce spotkania z Przyjaciółmi

Nasz z kolei jest związany z butelką chilijskiego wytrawnego wina. I na jego kanwie snują się kolejne magiczne chwile. Zapada zmierzch, potem pachnący drewnem dom Heleny pogrąża się w nocy, rozsiewającej na niebie niezliczoną ilość gwiazd. Księżyc między nowiem a pełnią  spowija góry srebrną, pełną tajemnic poświatą. To królestwo jeleni, które o tej porze roku mają swój okres godowy. Ich ryczenie sprawia, że powstaje we mnie niesamowite poczucie obcowania z naturą w tak bliskim, że omal intymnym związku.
Przed domem Heleny już po zachodzie słońca

Byłam już kiedyś z moimi bliskimi w Uściu podczas jeleniego rykowiska. Kilka lat temu gościliśmy w domku Heleny przez jeden z wrześniowych weekendów, gdy wybraliśmy się zbierać owoce dzikiej róży na mężowe nalewki. Całą rodziną, w cztery osoby, w jakimś innym życiu. Teraz, po jego przełamaniu śmiercią dziecka na dwoje, próbuję posklejać znowu wszystko do kupy. Ale już zawsze będzie istniała szczęśliwa epoka przed i ta po, z którą zmagam się każdego dnia. To z góry przegrana walka, ale i tak nie ma innego wyjścia, jak tylko próbować nieść ciężar tego, co się stało z sobą -  naprzód, krok po kroku, by móc dalej żyć. I retuszować nowymi wspomnieniami te przeszłe, które wciąż powodują ból nie do opisania.
Na ścieżce do Instytutu Zdrowia Człowieka

Czas postanowił mnie w tym wesprzeć, ale i on ma swoje ograniczenia. Piękny dzień z przyjaciółmi upłynął tak szybko. Zabieram od Heleny moje nowe, magiczne wspomnienia i wsiadam w ostatni autobus do Wysowej. Na drodze do rzeczywistości stoją trzy zwabione rykiem jeleni łanie i żegnają się ze mną porozumiewawczymi spojrzeniami, gdy wymijamy je slalomem w Hańczowej.


Instytut Zdrowia Człowieka zastaję zupełnie odarty z magii. Już na przystanku dociera do mnie hałas kolejnego „wieczorku przy muzyce mechanicznej”. Podchodzę bliżej i słyszę, jak rozbawieni kuracjusze wyśpiewują na całe gardła wraz z Mariuszem Kalagą: „Jedną z gwiazd, co twoje imię ma, tej nocy oddam ci, ona nam wieczną miłość daaa...” Dyskotekowa lampa rzuca lustrzane refleksy na roztańczone pary. Półki baru uginają się pod ciężarem różnego rodzaju alkoholu.
Cóż, każdy próbuje wycisnąć z tego wyjazdu, co się tylko da. Za niespełna trzy tygodnie wyjadę i będę  nieść swoje pełne dziegciu życie gdzieś dalej. Naprawdę doceniam Boże, że próbowałeś je w ten weekend osłodzić łyżeczką miodu.


niedziela, 16 września 2018

W INSTYTUCIE ZDROWIA CZŁOWIEKA

„Musiałam mocno zweryfikować swoje wyobrażenie o sanatorium” - takimi słowy poprzednia wychowawczyni mojej klasy zakończyła swoje sms-owe pozdrowienia z Rabki. Już pierwszego dnia w Wysowej okazuje się, że to zadanie także dla mnie. Nic w Instytucie Zdrowia Człowieka (no może poza widokiem po drugiej stronie budynku, ale i ten nie jest dla mnie bezpośrednim udziałem)  nie przystaje w żaden sposób do moich przedsanatoryjnych oczekiwań. Rozczarowanie to za słabe słowo. Pierwszego dnia jestem po prostu załamana.
Zaczyna się już od rozpiski zabiegów, którą dostaję po śniadaniu. Zostaję przyjęta przez miłą panią doktor, która jednak niewiele może dla mnie zrobić ze względu na ograniczenia systemowe. Okazuje się, że ZUS przyznał kuracjuszom mojego turnusu prawo do zabiegów, które głównie są, hmm... GIMNASTYKĄ! No więc mam w planie gimnastykę grupową poranną i popołudniową, również gimnastykę kręgosłupową w dwóch turach, do tego ćwiczenia indywidualne i ćwiczenia indywidualne przyrządowe, sytuację ratują jedynie ćwiczenia w basenie, choć tych przypisano mi zaledwie 7 (słownie siedem) na całe 24 dni, bo to maksymalna ilość, jaka tu przysługuje na osobę. Po moich entuzjastycznych zapewnieniach o tym, jak bardzo lubię wodę, dostaję jeszcze przydział na 7 kąpieli perełkowych po kwadransie każda (to takie jacuzzi), tak chyba już na otarcie łez. Do tego po 10 zabiegów prawie magicznych: kilkuminutowe ultradźwięki (jedna z terapeutek daje mi do ręki coś na kształt maleńkiej golarki do ubrań i każe tym jeździć po kolanie) i laser skaner, który ma wygląd niewiele różniący się od nocnej lampki. Trzeba mieć dużą wyobraźnie, żeby wierzyć, że położenie się pod nią na parę chwil może uleczyć mój kręgosłup lędźwiowy. Przyznano mi jednak także jeden zabieg, który jest powiązany nie tylko z wiarą na uzdrowienie lecz i z odczuwaniem. To prądy Tens - przypominają działanie pasów wibrujących, kiedyś miała miejsce w naszym kraju taka moda na ich używanie - miały wyszczuplić okolice brzucha. Sama nawet próbowałam wtedy w ten sposób zmierzyć się z przybywającym tam tłuszczykiem, niestety bez skutku. A teraz te parominutowe wibracje (w ilości 8) mają wyleczyć moje lędźwieJ No i to by było na tyle, nie licząc obowiązkowej edukacji zdrowotnej, psychoedukacji i treningu relaksacyjnego, czyli przedmiotów, które jako nauczycielka, pedagog szkolny, psychoterapeutka i studentka psychologii mogłabym sama tutaj poprowadzić. To proponuje ZUS.
Jak to, a na przykład masaż klasyczny? Tak bardzo oczekiwałam tego rodzaju zabiegów i ich zdrowotnego oddziaływania.
 – To wypiszę pani już na zlecenie – przychyla się do mojej prośby pani doktor. I wypisuje. Na karcie zabiegowej pojawiają się terminy masażu – całe cztery i już nawet naiwnie nie pytam, czy to chodzi o te piętnastominutowe. W sumie przepisanych mam – uwaga, uwaga: 128 zabiegów, po których, jak mi się wydaje trudno będzie oczekiwać większego pożytku zdrowotnego.
Skarżę się na to w rozmowie telefonicznej mężowi, no bo czy przyjechałam tu dla gimnastyki, którą mogę robić w domu? Mam tam też wannę z jacuzzi, a i pewnie porzucony wiele lat temu pas wibrujący bym znalazła, gdybym się uparła:). Celem mojego przyjazdu do Instytutu Zdrowia Człowieka jest przecież rehabilitacja, a nie pobyt poza domem. No ale cóż, po raz kolejny muszę powtórzyć sobie, że trzeba brać od losu to, co daje...
A więc idę to brać i wtedy zaliczam już stan totalnej rozpaczy - na gimnastyce przyrządowej pan każe mi pedałować z moim opuchniętym kolanem na rowerku (taki żywcem z siłowni), bo akurat ten przyrząd jest aktualnie wolny. Gdy po piętnastu minutach chciałabym to zmienić na coś innego, bo w kolanie zaczyna się wzmagać niebezpiecznie pulsujący ból, tenże terapeuta, oganiając się przede mną jak przed upierdliwą muchą, macha mi ręką na pożegnanie. Jeśli boli, to mamy na dzisiaj koniec ćwiczeń  - twierdzi wyraźnie zadowolony, że może się mnie pozbyć ze swojego przybytku. Po raz kolejny moje odczucia sanatoryjne wiążą się ze spuszczeniem po rynnie i to w sposób po prostu koncertowy. Pan terapeuta nie raczył przeczytać nawet zalecenia z karty zabiegowej, gdzie lekarka zapisała, że mam ćwiczyć z nim stawy biodrowe z oporem!
Płakać mi się aż chce, bo czuję, że przyjazd tutaj to będzie totalna strata czasu - czy trening relaksacyjny jakoś mnie odstresuje, jeśli zakwalifikowałam go do grupy przedmiotów – zapychaczy czasu? No z takim nastawieniem to na pewno nie, zwłaszcza, że trzeba go maksymalnie skrócić, aby zdążyć na obiad. Moje ciało absolutnie odmawia takich skrótów, wszystko mi przeszkadza – a to leżak za twardy, a to zbytnie stłoczenie na sali.... Nawet nie udaje mi się jeszcze uregulować oddechu, a już miła pani psycholog kończy z nami zajęcia. Ale na zakończenie dostajemy od niej dużo dobrych rad: to czas dla Państwa, odpocznijcie, skorzystajcie z pięknej pogody, spacerujcie, bawcie się... Rety, ale niby jak mam to zrobić – przez cały dzień biegam na swoje „zabiegi”, które wprawdzie trwają kilka, kilkanaście minut, ale z przerwami po godzinie! Od rana do wieczora nie mam więc czasu, który mogłabym przeznaczyć na porządny spacer, wizytę w Parku Wodnym, nie mówiąc już o pójściu w góry!
No ale jednak biorę sobie zalecenia pani psycholog do serca i przed kolacją wymykam się do centrum Wysowej. Zeszłego roku w długi weekend sierpniowy spędzałam tam czas z moją rodziną. Chciałam zrobić przypominające zdjęcia drewnianych domków pod Karczmą Dziurnówka, gdzie mieszkaliśmy i przesłać je mms - ami do męża, Ani i Kacpra z Wiktorią. Cykam fotki, ale zanim zdążę skontaktować się z bliskimi, już muszę biegiem wracać z powrotem! A ponieważ po porannym rajdzie rowerowym kolano mnie boli bardziej niż zwykle, to niestety tempo mi się spowalnia i skutkiem tego jest dziesięciominutowe spóźnienie na posiłek.
- To niedopuszczalne! – jakiś facet łaje mnie przy sali pełnej kuracjuszy. Nawet się nie przedstawił, równie dobrze może być kierownikiem restauracji, jak i podkuchennym. Ech...
Połykam kolację w szaleńczym tempie, żeby nie opuścić stołówki na szarym końcu (co zresztą się udaje, lecz i tak niczego nie zmienia) i pędzę na wieczorne spotkanie organizacyjne. Słyszę na nim o innych zasadach pobytu w Instytucie Zdrowia Człowieka: drzwi wejściowe zamyka się o 22.00 – i nie otwiera  do rana! (gdy następnego dnia chcę wrócić po koncercie o 23.00, to muszę napisać podanie i uzyskać zgodę dyżurującej pielęgniarki!), grzybów, jeśli kto zbiera, w pokoju się nie suszy ze względu na zapach, który może innym przeszkadzać! (a to, że w mojej jedynce śmierdzi papierochami, które tu ewidentnie ktoś wcześniej wypalił, to o czymś takim nie ma ani słowa), no a przede wszystkim mamy tu Świętą ciszę nocną! Po 23 należy uciszyć nawet rozmowy w pokoju!
- Bo wczoraj wcale znów tak cicho nie było! – kończy swoje wystąpienie Pani pielęgniarka, a ja się zastanawiam, czy mówi o tym samym wymarłym budynku, do którego trafiłam dzień wcześniej.
Już mi nawet brakuje w sobie i zaskoczenia, i zadziwienia. To że oczekiwania mi się całkiem rozjechały z rzeczywistością, to jeszcze mało powiedzieć o pobycie w sanatorium. Z każdą chwilą spędzoną w Instytucie Zdrowia Człowieka przekonuję się coraz bardziej, że oto trafiłam na jakąś absurdalną kolonię o zaostrzonym rygorze. Oczekuje się tu ode mnie, że w zupełnie pozbawiony sensu sposób przeniosę się w czasie i zmienię znów w pokorną, zdyscyplinowaną kolonistkę z okresu wczesnej podstawówki. ZUS zafundował mi kolonijny turnus gimnastyczny!

I w momencie, kiedy to sobie uświadamiam z całą ostrością, to łzy żalu obsychają. Groteskowość tego, co mnie otacza, sprawia, że sytuacja zaczyna mi się wydawać wręcz zabawna. Kiedy dzwoni do mnie przyjaciółka ze studiów, to mogę już razem z nią skręcać się ze śmiechu przy własnej opowieści. No cóż, teraz jestem dużą dziewczynką, poradzę sobie i w tej rzeczywistości. Już wkrótce znów zapanuję nad swoim życiem i żaden podkuchenny mnie tu nie przestraszy!




 *
Wisząc w dalszym ciągu na telefonie, opowiadam też Ali o czekających mnie tu atrakcjach, zapowiedzianych na spotkaniu organizacyjnym. Pierwszą jest wieczorek zapoznawczy (tyle że w drugiej połowie 24 dniowego turnusu), a kolejna to spotkanie przy grillu z bacą, który ma nas bawić kawałami przez trzy godziny! Dostajemy głupawki i żartom nie ma końca. Z takich imprez raczej nie skorzystam. Tak samo jak z codziennych potańcówek przy „muzyce mechanicznej”, jak głosi reklama na tablicy ogłoszeń. Żeby więc umilić mi pobyt na mojej kolonii, przyjaciółka ze studiów zapowiada swoją wizytę w weekend. Cieszę się bardzo, bo w Instytucie Zdrowia Człowieka jeszcze się nie zaaklimatyzowałam (co jest dla mnie dziwne, bo raczej nie miałam do tej pory tego typu problemów) i czuję się trochę samotna. „Może i panie w piżamkach będą ok” – napisała do mnie pierwszego dnia Beata. Może i będą, ale póki co, nikogo bliżej nie poznałam. Każdy tu raczej trzyma z tym, z kim przyjechał lub mieszka w pokoju, kobieta z którą spożywam posiłki, rozmawia ponad moją głową z koleżankami z sąsiedniego stolika, a młody chłopak, również do nas przydzielony, nie oddzywa się wcale. Był taki plan, że w najbliższych dniach odwiedzi mnie mąż wraz z dzieciakami, ale okazało się, że nadal nie czuje się na siłach, by odbyć taką podróż, mimo przebytego leczenia w szpitalu. 























- Cóż, trzeba wydusić z tego pobytu tyle, ile się da – wyrokuje Ala. Tak, chyba już to do mnie dotarło. Machina wielkiego przemysłu zdrowotnego się kręci niezależnie ode mnie - ZUS niby nas chroni przed pójściem na rentę, sanatorium niby rehabilituje, ale zdaje się, że chcąc naprawdę wyzdrowieć, muszę tu postawić na widoki, które koją duszę, słońce, delikatnie pieszczące ciepłem skórę, kryształowe powietrze, a nie na przepisane zabiegi. 

sobota, 15 września 2018

PREZENT OD ZUS


Jak opisać zaskoczenie, kiedy od  instytucji, po której nie spodziewasz się niczego dobrego, dostajesz nieoczekiwanie sprawiający radość prezent? Może słowo „niewyobrażalne” będzie tu na miejscu?  Pod takim wstępem ukryłam chęć podzielenia się opowieścią o tym, czym zaowocowało kontrolowanie przez lekarza orzecznika moich zwolnień z pracy w okresie przedłużającej się choroby w poprzednim roku szkolnym.
Otóż ZUS przyznał mi prawo do rehabilitacji na jego koszt. Wprawdzie nazywa się ona przedrentowa, ale po pierwszym zaskoczeniu nomenklaturą można to jakoś przełknąć, gdy okazuje się w końcu, że tak naprawdę chodzi o pobyt w sanatorium. W odróżnieniu od większości moich koleżanek ze szkoły, nigdy wcześniej nie trafiłam w takie miejsce. I pewnie to był błąd - nagle uświadamiam sobie, że może miałabym teraz i kręgosłup zdrowszy i kolana, które nie bolą przy każdej formie ruchu. No ale lepiej późno niż wcale. Podejmuję  decyzję, iż wreszcie przyszedł czas, by zadbać o swoje zdrowie i poddaję się biegowi wydarzeń. Otrzymuję skierowanie – do Iwonicza, który zaraz wymieniam na Wysową, bo skoro już mam być tak długo z dala od domu i bliskich, to wolę, żeby to się działo w miejscu, które kocham i gdzie dobrze się czuję. A poza tym pobyt w wysowskim ośrodku Biawena zawsze był moim marzeniem.

Skoro więc mam urzędowym pismem zagwarantowane jego rychłe spełnienie, to mogę się pogrążyć w pełnym zadowolenia oczekiwaniu. No i się pogrążam przez blisko cztery miesiące. W wakacje wyrywa mnie z niego kolejne urzędowe pismo – zmiana Biaweny na Instytut Zdrowia Człowieka. Okazuje się, ze ZUS może wszystko – właśnie rozwiązał umowę z jednym ośrodkiem i, jak rzeczy, poprzerzucał część takich klientów jak ja do innego -  właściwie z dnia na dzień. Próbuję się odwoływać, bo oto moje marzenie wraz z radością, którą niosło w sobie, w jednej chwili się rozwiewa, ale nikt w ZUSie nie rozumie, o co mi właściwie chodzi. Przecież termin we wrześniu prawie identyczny jak poprzedni, no i też Wysowa. I co mam powiedzieć na takie argumenty? Czy to, że w Biawenie od czterech miesięcy czeka na mnie, załatwiony przez Helenę jakimś cudem, pokój jednoosobowy, ma dla kogokolwiek w ZUS-ie jakiekolwiek znaczenie? A przecież dla mnie to warunek zasadniczy i konieczny wyjazdu, muszę mieć choćby najmniejszą przestrzeń wydzieloną specjalnie dla siebie, by nie czuć paraliżującego dyskomfortu skrępowania i braku intymności. Jestem więc już prawie o krok od odrzucenia pobytu w Instytucie Zdrowia Człowieka, gdy Helena dokonuje czegoś absolutnie niemożliwego – załatwia mi tam pokój  jednoosobowy na trzy tygodnie przed rozpoczęciem turnusu! Nie wiem naprawdę, jak ona to robi – dość wspomnieć, ze gdy ja zadzwoniłam z taka prośbą do Biaweny, to zostałam spuszczona po rynnie, zanim jeszcze zaczęłam jakąkolwiek nawijkę. Po tym doświadczeniu nie próbowałam się już nawet kontaktować z następnym ośrodkiem przydzielonym mi znienacka przez ZUS.

Jednak jedynka przesądza sprawę – w tym przypadku jestem skłonna machnąć ręką na brak ładnych widoków, który podobno jest związany z przyszłym zakwaterowaniem w moim pokoju, a także na brak basenu, co odróżnia Instytut Zdrowia Człowieka od Biaweny. Trudno,  będę chodziła się moczyć do otwartego kilka lat temu obiektu szumnie nazwanego Park Wodny, który jest w zasięgu spaceru od budynku mojego przyszłego sanatorium. Przyszedł czas rozpocząć przygotowania do wyjazdu, czyli zrobić to, czym wszystkie moje koleżanki zajmują się przed jakimkolwiek, nawet najbardziej błahym, tournee – fryzjer, kosmetyczka, zakupy nowych ciuchów i takie tam inne babskie sprawy. Czasu mam sporo, więc choć raz pojadę perfekcyjnie przyszykowana pod każdym względem. Koniec z podróżami z walizką pełną jedynie tego, co mi w ostatniej chwili wpadło w ręce.

I właśnie wtedy...
Czyżby Helena naprawdę miała rację, mówiąc w przypadku tego wyjazdu o pechu? Obruszyłam się na to w pierwszej chwili, bo takie określenie zdało mi się pełne negatywnego zdeterminowania do tego stopnia, że aż niemożliwym było je do siebie dopuścić. A jednak stało się tak, że mój mąż w ostatnie dni wakacji zaniemógł i w trybie natychmiastowym trafił do szpitala. Zapomniałam nie tylko o przygotowaniach, ale i w ogóle o sobie. Kiedy leczenie szpitalne zaczęło się przedłużać, to po raz kolejny mój wyjazd stanął pod znakiem zapytania. No bo jak to emocjonalnie unieść – mam zostawić ciężko chorego męża, żeby zająć się swoim zdrowiem?
- Tak – przekonuje mnie Helena. Moja przyjaciółka ze studiów mieszka każdego lata niecałe dziesięć kilometrów od Wysowej i niecierpliwie oczekuje spotkania ze mną w Beskidzie Niskim. Włożyła tyle trudu i czasu w to, bym mogła tam przyjechać. Ale wszelkie argumenty o tym, że pod moją nieobecność mąż będzie pod dobrą opieką lekarską do mnie nie trafiają. Przekonuje mnie dopiero decyzja lekarzy o jego wypisie. Ma to przypaść na następny ranek po moim wyjeździe. Ależ tak, mąż wytrzyma beze mnie w szpitalu tę jedną noc, zwłaszcza, że i tak jest to czas, który spędza tam samotnie.
Mam ledwie kilka godzin między decyzją lekarzy a wyjazdem. W Krakowie załapuję się dopiero na ostatni autobus do Wysowej. Spotykam w nim już przyszłych kuracjuszy. Panie mają idealnie przygotowane fryzury, makijaże, porządne walizki. Ja z moimi licznymi tobołkami, zapchanymi tym, co w ostatniej chwili wpadło mi w ręce, czuję się przy nich trochę jak Kopciuszek.
Zmęczenie ostatnich dni powoduje, że nie mogę zasnąć w drodze ani na chwilę. Podróż zaczyna się dłużyć. Za oknami zmierzch zmienia się powoli w noc. Wreszcie autobus zatrzymuje się na ostatnim przystanku. Jak się okazuje wszyscy oprócz mnie mają skierowanie do Biaweny. Pani z sąsiedniego ośrodka wskazuje mi budynek Instytutu Zdrowia Człowieka. Wygląda trochę jak wymarły. Nie palą się w nim prawie żadne światła, spowija go nocna cisza. Z westchnieniem spoglądam na rozświetloną, sprawiającą wrażenie tętniącej życiem Biawenę. 
No cóż, trzeba brać od losu to, co daje... Wchodzę w ciemność...

*

Okazuje się, że w środku Instytutu Zdrowia Człowieka jest podobny klimat jak na zewnątrz. Po rozmowie z recepcjonistką i pielęgniarką (już się spinam, bo przecież dopiero co uciekłam przed szpitalnym klimatem) idę ciemnym, wyludnionym korytarzem, prowadzącym do mojego pokoju. „Oszczędzają na żarówkach”- słyszę w pierwszych dniach pobytu komentarze pacjentek. Wszyscy zdają się być pogrążeni we śnie, choć minęła ledwie 22.00. Z daleka widzę jakąś panią przemykającą w piżamce do swojego pokoju – ach, znowu to myślowe odniesienie do szpitala. A rankiem mam się zgłosić na badanie lekarskie. Gdzie ja wylądowałam i to z własnej, nieprzymuszonej woli? Przypomina mi się przedwakacyjna korespondencja z przebywającą w Rabce poprzednią wychowawczynią mojej klasy – pozdrawiała nas ze szpitala, który udaje sanatorium. Czuję jak niepokój wzrasta z każdym krokiem, przybliżającym mnie do pokoju.
Na szczęście mam zakwaterowanie zgodnie z planem w jedynce. To nieodmiennie cieszy. Otwieram drzwi i piszę sms-a do Ani: „jak na sanatorium to nie najgorzej, choć bezpośrednio nad parkingiem i niestety bez żadnego widoku.” Jestem tak wykończona całym dniem i swoim pełnym obaw nastrojem, że pakuję się jak najszybciej do łóżka.
I właśnie wtedy... po raz pierwszy w podróży, i to takiej, która właściwie jeszcze się nawet w pełni nie rozpoczęła, dopada mnie tęsknota za domem...


*

Rankiem jednak, gdy rozwiewają się ciemności, za parkingiem ukazuje się góra. To na niej osłonięta rzędem modrzewi stoi sobie Biawena. Na niebo wychodzi słońce i nadaje temu pejzażowi za oknami i kolory, i blask. Ale to wszystko nic w porównaniu z widokiem, który rozpościera się po drugiej stronie Instytutu Zdrowia Człowieka. Mam wrażenie, że z tego miejsca mogę zobaczyć cały  Beskid Niski w jego pełnej krasie. Gdy zmierzam na pierwsze śniadanie, to oczu wprost nie mogę oderwać od świata, który nas otacza. Pisząc do Heleny, używam słowa „bajeczny”. Już tak dawno nie przywoływałam tego określenia. „Nawet gdyby nie oferowali tu żadnych zabiegów, to i tak mogliby leczyć wyłącznie tym widokiem” – oszołomiona kończę sms – a do przyjaciółki. I już na wyrost proroczo dodaję: „Mnie by wyleczyli”.

Tego ranka jestem pewna, ze zgodnie z wcześniejszymi oczekiwaniami wyjadę stąd zdrowa. Podnoszę więc głowę wysoko i idę się rzucić w wir rekonwalescencji. Z ogromną nadzieją na uleczenie wszystkich moich fizycznych bolączek, zaczynam pierwszy dzień w sanatorium.