Gdy po Świętach Wielkanocnych znów wyruszyłam do szkoły, to poczułam się zupełnie zaskoczona zmianami, które zadziały się w świecie w ciągu kilku dni, spędzonych bez przymusu kontaktowania się z nim i wychodzenia poza granice własnego podwórka.
W dni robocze jestem zmuszona codziennie opuszczać dom dla pracy, ale na szczęście Wielkanoc mogłam spędzić w dobrowolnej, domowej izolacji. Dobrze mi zrobiło wycofanie się z tych wszystkich miejsc, gdzie jestem atakowana „światowymi” bodźcami. Dało to szansę złapania swobodnego oddechu i uspokojenia życiowego pulsu.
Dopiero podczas powrotu w szkolne mury zobaczyłam wiosnę pełną bzów, biało – fioletowo - liliową, całą w bukietach kwiatów. Nie miałam pojęcia, że już nadszedł czas ich kwitnienia - w naszym miejscu nad rzeką sezon wegetacyjny roślin bywa jakby troszkę opóźniony. Ae raczej nie czuję, że możemy się dzięki temu dłużej cieszyć wiosennymi cudami w przyrodzie.
Jakoś tej wiosny wszystko w ogóle tak szybko przemija... Dopiero co zakwitła nasza późna magnolia, a już zaczynają z niej opadać płatki kwiatów...
Zresztą, mam wrażenie, że całe moje życie nabrało ostatnio niezwykłego tempa. Dopiero co skończył się rok, w którym celebrowałam podwójnie Wielkanoc, a już witałam następne Święta Zmartwychwstania Pańskiego (w tym roku katolickie i prawosławne były w tym samym terminie). I jak zwykle nie byłam na to przygotowana – ani duchowo, ani organizacyjnie.
Ale podczas tegorocznej wiosny za bardzo się nie przejmowałam świątecznymi przygotowaniami (przynajmniej jeśli chodzi o organizację). Zapadła mi w pamięć zeszłoroczna obserwacja, że moi domownicy nie tęsknią w żadnej mierze za tradycją, w związku z czym nie mają specjalnych wielkanocnych oczekiwań.
Zresztą młodzi samodzielnie robili zakupy, mogli więc zaopatrzyć się w to, co było zgodne z ich świąteczną wizją. Zuzia zapowiedziała, że zrobi żurek, który jej się najbardziej z Wielkanocą kojarzy i nie dość, że dotrzymała obietnicy, to jeszcze odsłoniła dla nas swoje kulinarne talenty.
Ja za to ogarnęłam kolorowanie jajek (i nawet zrobiłam w tym roku kilka takich bardziej „artystycznych” pisanek), sałatkę jarzynową oraz… ciasto bananowe. To była zupełna nowość w naszym menu, ale zostałam namówiona do pieczenia przez Elę, która bardzo zachwalała posiadany przepis.
I wtedy właśnie wyszło szydło z worka. To nie było miłe zaskoczenie. Okazało się, że tak dawno niczego nie piekłam, iż zupełnie wyszłam z wprawy. A bananowiec domagał się kulinarnych umiejętności powyżej przeciętnej. I zestresował mnie tym przeogromnie.
Katastrofa – zwierzam się Ani.
Milion warstw, a każdą po kolei spieprzyłam. Jak się nie piekło latami, to nie ma co zabierać się od razu za jakiegoś mercedesa wśród ciast, bo brak praktyki sprawi, że się tylko sfrustrujesz. No i o takie doświadczenie jestem dziś mądrzejsza
Ja nawet nie wiedziałam że jest takie ciasto xd – śmieje się Ania.
Ja do tej pory też i byłam szczęśliwszym człowiekiem – kontynuuję z wściekłością.
Ale po świętach postaram się zapomnieć na amen, że się dowiedziałam
Dobrze, że przy Ani mogę dać upust swojej złości:).
Naprawdę nie wiem, po co ludzie sobie utrudniają tak życie przed Świętami
Ważne żeby był smaczny xd - pociesza Ania.
Jakby co, to kupiłam teraz na wszelki wypadek sernik baskijski w Biedronce. Normalnie bardzo drogi, ale ponieważ zamykali już sklep, to się załapałam na wyprzedaż 1+1 gratis. No i wcale nikt tego bananowca jeść nie musi.
A Kacper dokupił jeszcze makowca w Lidlu. I uznałam, że taki zestaw cukierniczy nam w zupełności wystarczy. Zwłaszcza, że dodatkowo od Eli dostałam baranka z ciasta, którego też można było zjeść, jakby kogoś bardzo przypiliło.
Ale bananowiec nieoczekiwanie po stężeniu zaskoczył smakiem.
Wyszedł zupełnie inny niż pewnie Ty robisz, ale nawet ten mój jest naprawdę smaczny – przyznałam Eli.
Pozostaje mi więc odwołać wszystko to, co, złoszcząc się, pomyślałam, powiedziałam i wypisałam na jego temat:). Choć raczej ponownie się za niego nie zabiorę. Jak już mam robić tyle warstw, to chyba wolę upiec czeskiego mazurka. Ten mi przynajmniej w przeszłości wychodził bez problemu.
Reszta świątecznych przygotowań przebiegła już w spokojnej atmosferze. Może dlatego, że nie narzuciłam sobie jakiegoś ambitnego i trudnego do wykonania planu. Tak naprawdę to nawet nie było minimum z minimum. Ale wreszcie przestałam mieć wyrzuty sumienia, że mam tak niewiele przygotowane na Święta – bo to akurat tyle, na ile mnie obecnie fizycznie stać. Albo raczej, na ile mi się teraz chce.
A coś z tym chceniem było w te Święta nie tak. Lecz grunt to dobrze wytłumaczyć wszystko samej sobie:). Napisałam o tym do siostry:
A wiesz, nawet w tym roku nie miałam potrzeby, by mieć piękną dekorację. Bardzo mnie to ucieszyło zresztą, bo to chyba zwiastuje powrót do normalności, gdy człowiek nie musi mieć perfekcyjnie, tylko "wystarczająco dobrze".
Ale nie mów... Przecież masz piękną dekorację stołu – odpisała Monika po obejrzeniu moich fotek.
I zrobioną po linii najmniejszego oporu. Właściwie to tulipany zrobiły ją same – śmieję się serdecznie.
Bo to rzeczywiście ich zasługa. Ale prawda jest też taka, że „tulipanowa gorączka”, która mnie opanowała w tym roku wraz z pierwszymi kwiatami na parapecie, wciąż mocno trzyma. Zaczęłam Święta nawet z pozostałościami tych tulipanów, które sama wyhodowałam w doniczce w jadalni.
I w ogóle nie mogę się z nimi rozstać, jedne przekwitają, kupuję nowe
Przez to nasza Wielkanoc była w tym roku bardzo kolorowa.
Tulipany nieodmiennie wprowadzają wiosenną atmosferę – pochwaliła mnie Ania.
Ale resztę dekoracji starałam się już stonować – tłumaczę swe tegoroczne wybory:).
Przede wszystkim zielenią i tu najważniejszą rolę pełniły bukiety z borowiny zebranej z Elą w Niedzielę Palmową.
jak zawsze uroczyście, a ile królików – chwali z kolei Monika. Ani też się podobają te elementy dekoracyjne:).
Jednemu królikowi pies rozbił uszy, drugiemu kot, ale jeszcze mi to wszystko stoi, bo trudno (...) się rozstać z Wielkanocą – napisałam dziś do siostry o swoim stole w jadalni. No ale cóż, trzeba wreszcie tę dekorację spakować do pudeł, zwłaszcza, że nasze szalone zwierzaki wciąż grasują w jej okolicach. Nie potrzebujemy już więcej klejenia.
I pisania też na dzisiaj wystarczy. Trzeba jeszcze skorzystać z przepięknej pogody i wyjść na spacer. Chciałabym pójść nad rzekę - kiedy tam byłam tuż po Wielkanocy w ostatni dzień poświątecznych ferii, to trafiłam na moment, który najbardziej lubię w tym miejscu. Kwitnienie czeremchy to dla mnie jest kwintesencja nadrzecznej wiosny. Połączenie widoku drzew obsypanych białymi kiśćmi kwiatów z ich zapachem, którym przesycona jest cała okolica, po prostu oszałamia. Zatem idę się wiosennie oszołomić i każdemu to dzisiaj polecam:)…
P.s. Nad rzeką okazało się, że czeremchy są już trochę w odwrocie. Za to kasztanowce otwierają powolutku swoje kwiaty. Oczywiście z lekkim poślizgiem czasowym w stosunku do drzew, które już kwitną na całego przy drodze z pracy do domu. Matury za pasem, wczoraj uczniowie czwartej klasy naszego liceum zakończyli rok szkolny. Do startu przygotowuje się maj...