sobota, 26 kwietnia 2025

ŚWIĄTECZNA IZOLACJA

 

Gdy po Świętach Wielkanocnych znów wyruszyłam do szkoły, to poczułam się zupełnie zaskoczona zmianami, które zadziały się w świecie w ciągu kilku dni, spędzonych bez przymusu kontaktowania się z nim i wychodzenia poza granice własnego podwórka.

W dni robocze jestem zmuszona codziennie opuszczać dom dla pracy, ale na szczęście Wielkanoc mogłam spędzić w dobrowolnej, domowej izolacji. Dobrze mi zrobiło wycofanie się z tych wszystkich miejsc, gdzie jestem atakowanaświatowymi bodźcami. Dało to szansę złapania swobodnego oddechu i uspokojenia życiowego pulsu.

Dopiero podczas powrotu w szkolne mury zobaczyłam wiosnę pełną bzów, biało – fioletowo - liliową, całą w bukietach kwiatów. Nie miałam pojęcia, że już nadszedł czas ich kwitnienia - w naszym miejscu nad rzeką sezon wegetacyjny roślin bywa jakby troszkę opóźniony. Ae raczej nie czuję, że możemy się dzięki temu dłużej cieszyć wiosennymi cudami w przyrodzie.

Jakoś tej wiosny wszystko w ogóle tak szybko przemija... Dopiero co zakwitła nasza późna magnolia, a już zaczynają z niej opadać płatki kwiatów...

Zresztą, mam wrażenie, że całe moje życie nabrało ostatnio niezwykłego tempa. Dopiero co skończył się rok, w którym celebrowałam podwójnie Wielkanoc, a już witałam następne Święta Zmartwychwstania Pańskiego (w tym roku katolickie i prawosławne były w tym samym terminie). I jak zwykle nie byłam na to przygotowana – ani duchowo, ani organizacyjnie.

Ale podczas tegorocznej wiosny za bardzo się nie przejmowałam świątecznymi przygotowaniami (przynajmniej jeśli chodzi o organizację). Zapadła mi w pamięć zeszłoroczna obserwacja, że moi domownicy nie tęsknią w żadnej mierze za tradycją, w związku z czym nie mają specjalnych wielkanocnych oczekiwań.

Zresztą młodzi samodzielnie robili zakupy, mogli więc zaopatrzyć się w to, co było zgodne z ich świąteczną wizją. Zuzia zapowiedziała, że zrobi żurek, który jej się najbardziej z Wielkanocą kojarzy i nie dość, że dotrzymała obietnicy, to jeszcze odsłoniła dla nas swoje kulinarne talenty.

Ja za to ogarnęłam kolorowanie jajek (i nawet zrobiłam w tym roku kilka takich bardziej „artystycznych” pisanek), sałatkę jarzynową oraz… ciasto bananowe. To była zupełna nowość w naszym menu, ale zostałam namówiona do pieczenia przez Elę, która bardzo zachwalała posiadany przepis.

I wtedy właśnie wyszło szydło z worka. To nie było miłe zaskoczenie. Okazało się, że tak dawno niczego nie piekłam, zupełnie wyszłam z wprawy. A bananowiec domagał się kulinarnych umiejętności powyżej przeciętnej. I zestresował mnie tym przeogromnie.

Katastrofa – zwierzam się Ani.

Milion warstw, a każdą po kolei spieprzyłam. Jak się nie piekło latami, to nie ma co zabierać się od razu za jakiegoś mercedesa wśród ciast, bo brak praktyki sprawi, że się tylko sfrustrujesz. No i o takie doświadczenie jestem dziś mądrzejsza

Ja nawet nie wiedziałam że jest takie ciasto xdśmieje się Ania.

Ja do tej pory też i byłam szczęśliwszym człowiekiem – kontynuuję z wściekłością.

Ale po świętach postaram się zapomnieć na amen, że się dowiedziałam

Dobrze, że przy Ani mogę dać upust swojej złości:).

Naprawdę nie wiem, po co ludzie sobie utrudniają tak życie przed Świętami

Ważne żeby był smaczny xd - pociesza Ania.

Jakby co, to kupiłam teraz na wszelki wypadek sernik baskijski w Biedronce. Normalnie bardzo drogi, ale ponieważ zamykali już sklep, to się załapałam na wyprzedaż 1+1 gratis. No i wcale nikt tego bananowca jeść nie musi.

A Kacper dokupił jeszcze makowca w Lidlu. I uznałam, że taki zestaw cukierniczy nam w zupełności wystarczy. Zwłaszcza, że dodatkowo od Eli dostałam baranka z ciasta, którego też można było zjeść, jakby kogoś bardzo przypiliło.

Ale bananowiec nieoczekiwanie po stężeniu zaskoczył smakiem.

Wyszedł zupełnie inny niż pewnie Ty robisz, ale nawet ten mój jest naprawdę smaczny – przyznałam Eli.

Pozostaje mi więc odwołać wszystko to, co, złoszcząc się, pomyślałam, powiedziałam i wypisałam na jego temat:). Choć raczej ponownie się za niego nie zabiorę. Jak już mam robić tyle warstw, to chyba wolę upiec czeskiego mazurka. Ten mi przynajmniej w przeszłości wychodził bez problemu.

Reszta świątecznych przygotowań przebiegła już w spokojnej atmosferze. Może dlatego, że nie narzuciłam sobie jakiegoś ambitnego i trudnego do wykonania planu. Tak naprawdę to nawet nie było minimum z minimum. Ale wreszcie przestałam mieć wyrzuty sumienia, że mam tak niewiele przygotowane na Święta – bo to akurat tyle, na ile mnie obecnie fizycznie stać. Albo raczej, na ile mi się teraz chce.

A coś z tym chceniem było w te Święta nie tak. Lecz grunt to dobrze wytłumaczyć wszystko samej sobie:). Napisałam o tym do siostry:

A wiesz, nawet w tym roku nie miałam potrzeby, by mieć piękną dekorację. Bardzo mnie to ucieszyło zresztą, bo to chyba zwiastuje powrót do normalności, gdy człowiek nie musi mieć perfekcyjnie, tylko "wystarczająco dobrze".

Ale nie mów... Przecież masz piękną dekorację stołuodpisała Monika po obejrzeniu moich fotek.

I zrobioną po linii najmniejszego oporu. Właściwie to tulipany zrobiły ją same – śmieję się serdecznie.

Bo to rzeczywiście ich zasługa. Ale prawda jest też taka, że „tulipanowa gorączka”, która mnie opanowała w tym roku wraz z pierwszymi kwiatami na parapecie, wciąż mocno trzyma. Zaczęłam Święta nawet z pozostałościami tych tulipanów, które sama wyhodowałam w doniczce w jadalni.

I w ogóle nie mogę się z nimi rozstać, jedne przekwitają, kupuję nowe

Przez to nasza Wielkanoc była w tym roku bardzo kolorowa. 

Tulipany nieodmiennie wprowadzają wiosenną atmosferę – pochwaliła mnie Ania.

Ale resztę dekoracji starałam się już stonować – tłumaczę swe tegoroczne wybory:).

Przede wszystkim zielenią i tu najważniejszą rolę pełniły bukiety z borowiny zebranej z Elą w Niedzielę Palmową.

jak zawsze uroczyście, a ile królików – chwali z kolei Monika. Ani też się podobają te elementy dekoracyjne:).

Jednemu królikowi pies rozbił uszy, drugiemu kot, ale jeszcze mi to wszystko stoi, bo trudno (...) się rozstać z Wielkanocą – napisałam dziś do siostry o swoim stole w jadalni. No ale cóż, trzeba wreszcie tę dekorację spakować do pudeł, zwłaszcza, że nasze szalone zwierzaki wciąż grasują w jej okolicach. Nie potrzebujemy już więcej klejenia.

I pisania też na dzisiaj wystarczy. Trzeba jeszcze skorzystać z przepięknej pogody i wyjść na spacer. Chciałabym pójść nad rzekę - kiedy tam byłam tuż po Wielkanocy w ostatni dzień poświątecznych ferii, to trafiłam na moment, który najbardziej lubię w tym miejscu. Kwitnienie czeremchy to dla mnie jest kwintesencja nadrzecznej wiosny. Połączenie widoku drzew obsypanych białymi kiśćmi kwiatów z ich zapachem, którym przesycona jest cała okolica, po prostu oszałamia. Zatem idę się wiosennie oszołomić i każdemu to dzisiaj polecam:)…

P.s. Nad rzeką okazało się, że czeremchy już trochę w odwrocie. Za to kasztanowce otwierają powolutku swoje kwiaty. Oczywiście z lekkim poślizgiem czasowym w stosunku do drzew, które już kwitną na całego przy drodze z pracy do domu. Matury za pasem, wczoraj uczniowie czwartej klasy naszego liceum zakończyli rok szkolny. Do startu przygotowuje się maj...

czwartek, 17 kwietnia 2025

SZCZĘŚLIWY DZIEŃ

Rzadko kiedy wydarza się taki szczęśliwy zbieg zdarzeń jak wczoraj. Wciąż bardzo się nim cieszę. Jestem wdzięczna za wszystko, co przyniósł z sobą ten dzień.

A więc kolejno:

1. Przed pracą udałam się do ZUS-u – zostałam wezwana na spotkanie z lekarzem orzecznikiem, który miał zdecydować, czy mogę jechać na rehabilitację przedrentową do sanatorium. Trochę się denerwowałam, bo oczywiście okazało się, że nic tam nie odbywa się punktualnie, a chciałam jak najszybciej zwinąć się do szkoły. Niestety najpierw czekałam wraz z innymi klientami pod portiernią, bo listy z naszymi przydziałami do konkretnych lekarzy nie dotarły na czas. Potem zaś każdy z nas zasiadł pod wskazanym gabinetem, w którym jeszcze nie było żadnego orzecznika i znowu pogrążył się w czekaniu.

Gdy w końcu dostrzegłam, że z pokoju na końcu korytarza wychodzi jakiś staruszek, to w pierwszej chwili pozazdrościłam mu, że został tak szybko obsłużony. Lecz potem przyszła refleksja, że on jest w takim stanie, że nic w tym dziwnego. Dziadziuś był mocno schorowany, wręcz niedołężny, z ogromną trudnością poruszał wykrzywionymi nogami i sprawiał wrażenie, jakby ledwo dyszał. Więc w następnej kolejności naszedł mnie wyrzut sumienia, że może tylko takim ludziom należy się pobyt w sanatorium, a ja, jakby nie było – znacznie lepiej chodząca, wyprostowana i ruchliwa, przyszłam z zamiarem zajęcia im miejsca na rehabilitacji. Ale w końcu pojawiło się otrzeźwienie – nie mogę z nią czekać, aż będę w takim stanie, jak ta osoba z ZUS-u, niosąca w sobie tyle niepełnosprawności, że chyba nawet strach gdziekolwiek z nimi wyjeżdżać. Mam wrażenie, że bałabym się, iż przy tylu schorzeniach umrę, jeśli nie po drodze, to na sanatoryjnym łóżku, a przecież chyba nie o to chodzi w rehabilitacji przedrentowej. Naprawdę nie wiem, jak ten spotkany w  ZUS-ie człowiek sobie z nią poradzi.

I ogarnęło mnie ogromne współczucie dla wiekowego pana, który z takim trudem przemierzał korytarz noga za nogą. Koniec końców zatrzymał się przede mną.

No i okazało się, że to był mój lekarz orzecznik!

Potem już obyło się bez większych zaskoczeń. Pogrążyliśmy się w ciszy - niezbyt dobrze rozumiałam jego niewyraźną mowę, więc przestał pytać o cokolwiek. Jeśli już się w coś wsłuchiwaliśmy, to głównie w wystukiwaną jednym palcem na klawiaturze historię choroby. Ale decyzja w sprawie rehabilitacji zapadła zgodnie z oczekiwaniem. No i to była pierwsza ze spraw, których finał mnie ucieszył.

2. Ale tak naprawdę to następna zrobiła mi dzień. Bardzo była wyczekana, głównie przez Kacpra. Mój syn od początku zeszłego miesiąca przestał studiować, bo postanowił rozpocząć pracę zawodową. Od dawna już wysyłał CV i odpowiadał na wszelkie oferty, które pojawiały się w internecie. Ale okazało się, że wciąż przegrywał w tym wyścigu po pracę z innymi, głównie tłumnie przybyłymi do Polski w związku z wojną Ukraińcami. Bo niby „Rząd naszego kraju nie wprowadził dotacji na pracodawców za zatrudnianie uchodźców. Jednak planując zatrudnianie pracowników z Ukrainy, można starać się o inne formy dofinansowań z urzędu pracy [to jest z instytucji, w której mój mąż nie otrzymał żadnej pomocy, będąc tam zarejestrowanym przez ponad15 lat i na dodatek do śmierci- przyp.aut.].

Przykłady dofinansowania:

  • Doposażenie stanowiska pracy – dofinansowanie zakupu narzędzi, maszyn, urządzeń, oprogramowania itp.

  • Szkolenia – dofinansowanie kursów językowych, szkoleń zawodowych itp.

  • Staże – dofinansowanie wynagrodzenia pracownika podczas stażu” (https://flambir.pl/czy-pracodawca-dostaje-pieniadze-za-zatrudnienie-pracownika-z-ukrainy).

Tym samym obecnie właściwie w każdym miejscu można się natknąć na pracownika z Ukrainy.

U mnie budzi to średni entuzjazm. Wielu z tych ludzi nie opanowało w pełni języka, nie znają też naszych realiów. Tak że z dogadaniem się bywa trudno, a czasem również z uprzejmością (i nie rozważam tutaj, czy ma na to wpływ związana z wojną różnica priorytetów, inne kulturowe wzorce czy też wojenna trauma).

Tak czy owak, niestety coraz częściej się słyszy, że nasze młode pokolenie nie może znaleźć dla siebie miejsca pracy z powodu konkurencji imigrantów. Nic dziwnego, że wielu rodaków prezentuje teraz stanowisko, które zostało przedstawione w internetowym artykule pod hasłem: „Polacy mniej chętni do pomocy. Skupiamy się na własnych problemach”. Zgodnie z nim: „Z najnowszego badania wynika, że Polacy coraz mniej angażują się w działalność dobroczynną. Najbardziej drastycznie spadła gotowość do pomocy uchodźcom i migrantom” (https://wiadomosci.wp.pl/polacy-mniej-chetni-do-pomocy-skupiamy-sie-na-wlasnych-porblemach-7144452898827200a). Rzeczywiście chyba musimy najpierw pokonać trudności we własnym życiu. Nie było nam ostatnio łatwo.

Ale przedwczoraj do Kacpra zadzwoniła pani rekruterka, powołując się na wysłane przez niego CV. Umówiła się na rozmowę kwalifikacyjną online następnego dnia. Trzymałam więc z całej siły kciuki po powrocie z ZUS-u.

Ale nie z tego powodu Kacper dostał tę pracę;). Po prostu dobrze wypadł podczas rozmowy:). Był taki szczęśliwy:). A ja z nim:). I wciąż jeszcze jesteśmy podjarani tym sukcesem i czekającą nas zmianą. Od następnego miesiąca życie w naszym domu będzie zupełnie inne. Chyba już jesteśmy na to gotowi.

3. Mam wrażenie, że osiągnęłam też gotowość do przystąpienia do finału sprawy związanej z umową kredytową. Jako frankowiczka musiałam przejść prawdziwą „drogę przez mękę”, żeby w końcu stawić czoło konfliktowi między naszą rodziną a bankiem Millenium. Ile mnie to kosztowało zdrowia, by po śmierci męża zagłębiać się w prawne arkana zagadnień dotyczących naszego kredytu na dom, podjąć decyzję o wkroczeniu na drogę sądową i wybrać reprezentujących nas prawników, to tylko jeden Pan Bóg wie. W każdym razie i na tej drodze widać powoli światełko w tunelu. Wczoraj otrzymałam wezwanie do sądu na rozprawę w połowie września. To będzie mniej więcej rok od podpisania umowy z kancelarią prawną, która nas reprezentuje. Zważywszy na to, ile czekają inni frankowicze, to nie jest tak długo. Więc i ta sprawa pomyślnie zmierza do końca.

4. I ja też to robię w tym wpisie. Na zakończenie dodam tylko, że w związku z wyraźnym wiosennym ociepleniem wczoraj zakwitła wreszcie magnolia.

Wygląda zjawiskowo – napisała Monika po obejrzeniu mojej fotki.

dobrze, że nie przymarzła

Jest na tyle późna, że właściwie nie zdarza się jej przemarznąć. Bardzo się zawsze zżymałam na to, że u wszystkich już kwitnie, a u mnie nie, ale teraz to doceniam

Zwłaszcza po ostatnim spotkaniu z Madzią, na którym opowiadała mi, jak wygląda jej przemarznięta wczesna magnolia. No cóż, do wszystkiego, jak widać, trzeba dojrzeć. I koniecznie spojrzeć na sprawy z innej, ukrytej wcześniej przed nami strony.

Staram się teraz tak patrzeć na otaczający świat. Ta wiosna to dla mnie jeden wielki zachwyt. „Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny” (Max Ehrmann – „Desiderata”). Szczególnie teraz, gdy zieleni się na biegu, a w ogrodach zakwitają tulipany. Gdy wreszcie czuje, że potrafię się tym z całego serca cieszyć. To jakbym sama się budziła do życia. Od dawna tego w sobie nie miałam, więc to kolejny z powodów do radości. Mocno wierzę, że nie ostatni:)...

piątek, 4 kwietnia 2025

WIOSENNE UPRAWY

Wiosna. Pierwsze mlecze w pobliżu nowszej szkoły. Dzień bez kurtki w samym sweterku. Piątek, piąteczek, piątunio.

Świeci słońce. Słucham śpiewu ptaków. Obstawiam kolejny próbny egzamin po klasie VIII. Sala dokładnie ta sama, co jesienią, ale jakże inna sceneria. Zieleń traw na okolicznych podwórkach i błękit kwietniowego nieba robią robotę. W dali widać kwitnące na biało drzewo owocowe, komuś zakwitły forsycje. Wokół naszego domu też królują te kolory, wzbogacone jeszcze o róż kwiatów nektaryny. Jest naprawdę pięknie, wiosna pokazuje pełne delikatności i elegancji oblicze.

Zuzia z Kacprem rozpoczęli porządkowanie zrujnowanego przez dziki terenu. Czekam, by zasadzić bratki, prymulki, liliowce, biały bez i kolejną magnolię. Będzie jaśniejsza i, mam nadzieję, wcześniejsza od tej, którą już mamy. Na innych posesjach można już zobaczyć magnolie w pełni rozkwitu. Naszą przyozdabiają wciąż słabo rozwinięte pączki.

Za to grządki z żonkilami, przylaszczkami, śnieżnikami, puszkinią i hiacyntami przyciągają wzrok kolorami. Na szczęście dziki jednak co nieco przegapiły:). Ale i tak największą niespodzianką są doniczkowe tulipany. Gdy wróciłam ze Swystowego Sadu, to na parapecie w jadalni zastałam prawdziwy bukiet białych, purpurowych i biało-purpurowych kwiatów. Zachwycam się nieustająco, zwłaszcza, że sytuacja jest dynamiczna i wciąż ich przybywa. Jakiż to był fantastyczny pomysł, by posadzić je w skrzynkach i, zanim nadejdzie dla nich sezon ogródkowy, móc cieszyć się do woli tulipanową gorączką”.

Lecz to nie wszystkie nasze uprawy parapetowe w tym roku. W salonie pojawiło się coś, czego samodzielnie nigdy wcześniej nie hodowałam. Jestem tym w równym stopniu zafascynowana, co i podekscytowana. Otóż właścicielka Maksia i Tita podarowała nam siedem sadzonek pomidorków koktajlowych, w tym trzy kwitnące! Po przesadzeniu do dużych doniczek i podparciu kijkami od razu przestały mieć wygląd rachitycznych cherlaków i zmieniły się w prawdziwe pomidorowe krzaczki. Rozpiera mnie duma. I podnieca myśl o własnej, zdrowej, nieskażonej niczym żywności. Nawet jeśli chodzi o naprawdę mikroskalę.

Przy okazji nachodzi mnie refleksja na temat drogi, jaką moje pokolenie przeszło, by zrozumieć to, co dla młodych jest raczej oczywiste. Wprost trudno uwierzyć, ile czasu zajęło mi docenienie wartości jedzenia, wytwarzanego w naturalny sposób. To było przecież normą i sprawą bezdyskusyjną, że w okresie mojego dzieciństwa i młodości każda rodzina w naszej okolicy uprawiała na swój użytek warzywa i owoce na własnym kawałku ziemi. Jeszcze, gdy przeprowadziłam się do domu męża, a Bartuś był mały, to podczas gotowania dla niego zupek, korzystałam z dobrodziejstw ogrodów mojej teściowej i jej mamy.

A potem wkroczyliśmy ostro w kapitalizm i zalała nas fala importowanej żywności, która była dla nas mega atrakcyjna, bo nigdy wcześniej nie mieliśmy łatwego dostępu do czegoś, co tak piękne dla oczu, ładnie opakowane i podane. Kto tam zastanawiał się nad składem tego, co jemy. Kto czytał etykiety? Czuliśmy, że złapaliśmy Pana Boga za nogi, bo mamy sklepy podobnie wyposażone, jak te na szeroko rozumianym Zachodzie. Nagle świat nam się poszerzył o nowe smaki. I nikomu nawet nie przyszło do głowy, że coś, co importujemy od wytwórców ze znacznie bardziej cywilizacyjnie rozwiniętych krajów może być po prostu niezdrowe.

Dotyczy to także warzyw i owoców. To głównie do nich  odnoszą się moje dzisiejsze rozważania. Piszę tu o czasie zetknięcia się z owocami na wymiar i dorodnymi warzywami przekraczającymi wielkością wszelkie normy, jakie można było osiągnąć w uprawie ogrodowej. Na dodatek był to wówczas towar tani z uwagi na jego zaimportowaną ilość.

No i komu by się w takich okolicznościach chciało pracować nad wyhodowaniem mniej urodziwej marchewki czy też cebuli na własnych grządkach? Zwłaszcza gdy nie lubiło się wkładania rąk do pełnej nieznanego życia ziemi lub też nie miało się czasu przy wychowywaniu dzieci na dodatkową, wymagającą wysiłku pracę w ogrodzie. A pokolenie naszych rodziców, które siłą przyzwyczajenia jeszcze trwało przy uprawie własnego skrawka ziemi, już właściwie wówczas było w wieku niezdolnym do ciężkiej pracy fizycznej.

I tak przez lata zajadaliśmy się pełną chemii żywnością, sprowadzaną od producentów z bogatszych stron świata, których w pogoni za zyskiem szybko nauczyliśmy się naśladować. A potem zaczęliśmy zapadać na wszystkie choroby cywilizacyjne, popularne już wcześniej na podziwianym przez nas i ślepo odwzorowywanym „Zachodzie”. Gdy zachłyśnięcie nim osłabło, to jakby nam wówczas zaczęły opadać łuski z oczu. I najpierw poczuliśmy, że te importowane warzywa i owoce nie mają smaku, pamiętanego przez nas z dzieciństwa. Że po pięknie opakowanym jedzeniu z supermarketu bolą nas brzuchy i tyjemy na potęgę. Że nie mamy po takiej żywności energii do życia. Że jesteśmy pokoleniem znacznie słabszym i żyjącym krócej niż nasi dziadkowie.

Oczywiście narodziło się w nas pragnienie, by to zmienić. Ale przywrócenie stanu wyjściowego okazało się czymś, co nas przerasta. Prowadzimy już inny tryb życia niż nasi przodkowie. Jesteśmy zalatani od rana do nocy, a nasz wypoczynek, nawet jeśli mowa o ruchu, niezmiernie rzadko przybiera formę pracy fizycznej.

Poza tym jest jeszcze sprawa naszych ogrodów, które przestały być warzywniakami i sadami, bo lata temu, na amerykańską modę, przybrały wygląd otoczonych tujami trawników. Pamiętam nawet taki czas, gdy sąsiadka z naprzeciwka ten swój pieliła, żeby broń Boże, nie zakwitł na nim żaden kolorowy kwiatek. Teraz zmieniliśmy stosunek i do nich, ale zmiana nie jest ani łatwa, ani szybka. Mam jednak nadzieję, że moje pokolenie jeszcze doczeka się jej efektów.

Pomóc w tym mogą nasze dzieci, które wychowane w erze dobrobytu, lepiej orientują się w jego pułapkach. Zatem ich trudniej zwieść i oszukać niż nas. I już to widać w wielu aspektach życia. Dziś to młodzi, w przeciwieństwie do zagubionych w marketingowej sieci „starych”, częściej są świadomymi i wymagającymi konsumentami. Coraz więcej z nich stawia na zdrowy styl życia, co przekłada się także na rynek zbytu dla żywności produkowanej z naciskiem na jakość. Płody rolne z oznaczeniem „bio” i „eko” znajdują należne uznanie i grono nabywców. Rośnie zainteresowanie uprawą i przetwórstwem z wykorzystaniem naturalnych metod i receptur. Sporo ludzi wraca także do tradycji samodzielnego wytwarzania pożywienia.

Inni - tacy jak ja, dopiero się tego uczą. Bo nie chcą już zostawiać w marketach lwiej części swojej wypłaty w zamian za warzywa i owoce, które z upływem lat koszmarnie podrożały i bynajmniej nie idzie to w parze z ich wartością odżywczą. Pragną wrócić do smaków młodości. Z sentymentem wspominają czasy, gdy zajadali się smacznymi, pachnącymi pomidorami, które obrodziły w przydomowej szklarni pod bacznym okiem taty. Zachwycają się wizją szczypiorku, mięty i pietruszki z własnej grządki.

I od tego zaczynam tej wiosny. Pomidorowe krzaczki prężą się dzielnie na parapecie. Wygląda na to, że i zioła pozbierają się jakoś po wizytach dzikich świń i obrodzą w sezonie. Wiem, że to niewiele. Ale przecież to dopiero początek...