czwartek, 17 kwietnia 2025

SZCZĘŚLIWY DZIEŃ

Rzadko kiedy wydarza się taki szczęśliwy zbieg zdarzeń jak wczoraj. Wciąż bardzo się nim cieszę. Jestem wdzięczna za wszystko, co przyniósł z sobą ten dzień.

A więc kolejno:

1. Przed pracą udałam się do ZUS-u – zostałam wezwana na spotkanie z lekarzem orzecznikiem, który miał zdecydować, czy mogę jechać na rehabilitację przedrentową do sanatorium. Trochę się denerwowałam, bo oczywiście okazało się, że nic tam nie odbywa się punktualnie, a chciałam jak najszybciej zwinąć się do szkoły. Niestety najpierw czekałam wraz z innymi klientami pod portiernią, bo listy z naszymi przydziałami do konkretnych lekarzy nie dotarły na czas. Potem zaś każdy z nas zasiadł pod wskazanym gabinetem, w którym jeszcze nie było żadnego orzecznika i znowu pogrążył się w czekaniu.

Gdy w końcu dostrzegłam, że z pokoju na końcu korytarza wychodzi jakiś staruszek, to w pierwszej chwili pozazdrościłam mu, że został tak szybko obsłużony. Lecz potem przyszła refleksja, że on jest w takim stanie, że nic w tym dziwnego. Dziadziuś był mocno schorowany, wręcz niedołężny, z ogromną trudnością poruszał wykrzywionymi nogami i sprawiał wrażenie, jakby ledwo dyszał. Więc w następnej kolejności naszedł mnie wyrzut sumienia, że może tylko takim ludziom należy się pobyt w sanatorium, a ja, jakby nie było – znacznie lepiej chodząca, wyprostowana i ruchliwa, przyszłam z zamiarem zajęcia im miejsca na rehabilitacji. Ale w końcu pojawiło się otrzeźwienie – nie mogę z nią czekać, aż będę w takim stanie, jak ta osoba z ZUS-u, niosąca w sobie tyle niepełnosprawności, że chyba nawet strach gdziekolwiek z nimi wyjeżdżać. Mam wrażenie, że bałabym się, iż przy tylu schorzeniach umrę, jeśli nie po drodze, to na sanatoryjnym łóżku, a przecież chyba nie o to chodzi w rehabilitacji przedrentowej. Naprawdę nie wiem, jak ten spotkany w  ZUS-ie człowiek sobie z nią poradzi.

I ogarnęło mnie ogromne współczucie dla wiekowego pana, który z takim trudem przemierzał korytarz noga za nogą. Koniec końców zatrzymał się przede mną.

No i okazało się, że to był mój lekarz orzecznik!

Potem już obyło się bez większych zaskoczeń. Pogrążyliśmy się w ciszy - niezbyt dobrze rozumiałam jego niewyraźną mowę, więc przestał pytać o cokolwiek. Jeśli już się w coś wsłuchiwaliśmy, to głównie w wystukiwaną jednym palcem na klawiaturze historię choroby. Ale decyzja w sprawie rehabilitacji zapadła zgodnie z oczekiwaniem. No i to była pierwsza ze spraw, których finał mnie ucieszył.

2. Ale tak naprawdę to następna zrobiła mi dzień. Bardzo była wyczekana, głównie przez Kacpra. Mój syn od początku zeszłego miesiąca przestał studiować, bo postanowił rozpocząć pracę zawodową. Od dawna już wysyłał CV i odpowiadał na wszelkie oferty, które pojawiały się w internecie. Ale okazało się, że wciąż przegrywał w tym wyścigu po pracę z innymi, głównie tłumnie przybyłymi do Polski w związku z wojną Ukraińcami. Bo niby „Rząd naszego kraju nie wprowadził dotacji na pracodawców za zatrudnianie uchodźców. Jednak planując zatrudnianie pracowników z Ukrainy, można starać się o inne formy dofinansowań z urzędu pracy [to jest z instytucji, w której mój mąż nie otrzymał żadnej pomocy, będąc tam zarejestrowanym przez ponad15 lat i na dodatek do śmierci- przyp.aut.].

Przykłady dofinansowania:

  • Doposażenie stanowiska pracy – dofinansowanie zakupu narzędzi, maszyn, urządzeń, oprogramowania itp.

  • Szkolenia – dofinansowanie kursów językowych, szkoleń zawodowych itp.

  • Staże – dofinansowanie wynagrodzenia pracownika podczas stażu” (https://flambir.pl/czy-pracodawca-dostaje-pieniadze-za-zatrudnienie-pracownika-z-ukrainy).

Tym samym obecnie właściwie w każdym miejscu można się natknąć na pracownika z Ukrainy.

U mnie budzi to średni entuzjazm. Wielu z tych ludzi nie opanowało w pełni języka, nie znają też naszych realiów. Tak że z dogadaniem się bywa trudno, a czasem również z uprzejmością (i nie rozważam tutaj, czy ma na to wpływ związana z wojną różnica priorytetów, inne kulturowe wzorce czy też wojenna trauma).

Tak czy owak, niestety coraz częściej się słyszy, że nasze młode pokolenie nie może znaleźć dla siebie miejsca pracy z powodu konkurencji imigrantów. Nic dziwnego, że wielu rodaków prezentuje teraz stanowisko, które zostało przedstawione w internetowym artykule pod hasłem: „Polacy mniej chętni do pomocy. Skupiamy się na własnych problemach”. Zgodnie z nim: „Z najnowszego badania wynika, że Polacy coraz mniej angażują się w działalność dobroczynną. Najbardziej drastycznie spadła gotowość do pomocy uchodźcom i migrantom” (https://wiadomosci.wp.pl/polacy-mniej-chetni-do-pomocy-skupiamy-sie-na-wlasnych-porblemach-7144452898827200a). Rzeczywiście chyba musimy najpierw pokonać trudności we własnym życiu. Nie było nam ostatnio łatwo.

Ale przedwczoraj do Kacpra zadzwoniła pani rekruterka, powołując się na wysłane przez niego CV. Umówiła się na rozmowę kwalifikacyjną online następnego dnia. Trzymałam więc z całej siły kciuki po powrocie z ZUS-u.

Ale nie z tego powodu Kacper dostał tę pracę;). Po prostu dobrze wypadł podczas rozmowy:). Był taki szczęśliwy:). A ja z nim:). I wciąż jeszcze jesteśmy podjarani tym sukcesem i czekającą nas zmianą. Od następnego miesiąca życie w naszym domu będzie zupełnie inne. Chyba już jesteśmy na to gotowi.

3. Mam wrażenie, że osiągnęłam też gotowość do przystąpienia do finału sprawy związanej z umową kredytową. Jako frankowiczka musiałam przejść prawdziwą „drogę przez mękę”, żeby w końcu stawić czoło konfliktowi między naszą rodziną a bankiem Millenium. Ile mnie to kosztowało zdrowia, by po śmierci męża zagłębiać się w prawne arkana zagadnień dotyczących naszego kredytu na dom, podjąć decyzję o wkroczeniu na drogę sądową i wybrać reprezentujących nas prawników, to tylko jeden Pan Bóg wie. W każdym razie i na tej drodze widać powoli światełko w tunelu. Wczoraj otrzymałam wezwanie do sądu na rozprawę w połowie września. To będzie mniej więcej rok od podpisania umowy z kancelarią prawną, która nas reprezentuje. Zważywszy na to, ile czekają inni frankowicze, to nie jest tak długo. Więc i ta sprawa pomyślnie zmierza do końca.

4. I ja też to robię w tym wpisie. Na zakończenie dodam tylko, że w związku z wyraźnym wiosennym ociepleniem wczoraj zakwitła wreszcie magnolia.

Wygląda zjawiskowo – napisała Monika po obejrzeniu mojej fotki.

dobrze, że nie przymarzła

Jest na tyle późna, że właściwie nie zdarza się jej przemarznąć. Bardzo się zawsze zżymałam na to, że u wszystkich już kwitnie, a u mnie nie, ale teraz to doceniam

Zwłaszcza po ostatnim spotkaniu z Madzią, na którym opowiadała mi, jak wygląda jej przemarznięta wczesna magnolia. No cóż, do wszystkiego, jak widać, trzeba dojrzeć. I koniecznie spojrzeć na sprawy z innej, ukrytej wcześniej przed nami strony.

Staram się teraz tak patrzeć na otaczający świat. Ta wiosna to dla mnie jeden wielki zachwyt. „Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny” (Max Ehrmann – „Desiderata”). Szczególnie teraz, gdy zieleni się na biegu, a w ogrodach zakwitają tulipany. Gdy wreszcie czuje, że potrafię się tym z całego serca cieszyć. To jakbym sama się budziła do życia. Od dawna tego w sobie nie miałam, więc to kolejny z powodów do radości. Mocno wierzę, że nie ostatni:)...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz