piątek, 4 kwietnia 2025

WIOSENNE UPRAWY

Wiosna. Pierwsze mlecze w pobliżu nowszej szkoły. Dzień bez kurtki w samym sweterku. Piątek, piąteczek, piątunio.

Świeci słońce. Słucham śpiewu ptaków. Obstawiam kolejny próbny egzamin po klasie VIII. Sala dokładnie ta sama, co jesienią, ale jakże inna sceneria. Zieleń traw na okolicznych podwórkach i błękit kwietniowego nieba robią robotę. W dali widać kwitnące na biało drzewo owocowe, komuś zakwitły forsycje. Wokół naszego domu też królują te kolory, wzbogacone jeszcze o róż kwiatów nektaryny. Jest naprawdę pięknie, wiosna pokazuje pełne delikatności i elegancji oblicze.

Zuzia z Kacprem rozpoczęli porządkowanie zrujnowanego przez dziki terenu. Czekam, by zasadzić bratki, prymulki, liliowce, biały bez i kolejną magnolię. Będzie jaśniejsza i, mam nadzieję, wcześniejsza od tej, którą już mamy. Na innych posesjach można już zobaczyć magnolie w pełni rozkwitu. Naszą przyozdabiają wciąż słabo rozwinięte pączki.

Za to grządki z żonkilami, przylaszczkami, śnieżnikami, puszkinią i hiacyntami przyciągają wzrok kolorami. Na szczęście dziki jednak co nieco przegapiły:). Ale i tak największą niespodzianką są doniczkowe tulipany. Gdy wróciłam ze Swystowego Sadu, to na parapecie w jadalni zastałam prawdziwy bukiet białych, purpurowych i biało-purpurowych kwiatów. Zachwycam się nieustająco, zwłaszcza, że sytuacja jest dynamiczna i wciąż ich przybywa. Jakiż to był fantastyczny pomysł, by posadzić je w skrzynkach i, zanim nadejdzie dla nich sezon ogródkowy, móc cieszyć się do woli tulipanową gorączką”.

Lecz to nie wszystkie nasze uprawy parapetowe w tym roku. W salonie pojawiło się coś, czego samodzielnie nigdy wcześniej nie hodowałam. Jestem tym w równym stopniu zafascynowana, co i podekscytowana. Otóż właścicielka Maksia i Tita podarowała nam siedem sadzonek pomidorków koktajlowych, w tym trzy kwitnące! Po przesadzeniu do dużych doniczek i podparciu kijkami od razu przestały mieć wygląd rachitycznych cherlaków i zmieniły się w prawdziwe pomidorowe krzaczki. Rozpiera mnie duma. I podnieca myśl o własnej, zdrowej, nieskażonej niczym żywności. Nawet jeśli chodzi o naprawdę mikroskalę.

Przy okazji nachodzi mnie refleksja na temat drogi, jaką moje pokolenie przeszło, by zrozumieć to, co dla młodych jest raczej oczywiste. Wprost trudno uwierzyć, ile czasu zajęło mi docenienie wartości jedzenia, wytwarzanego w naturalny sposób. To było przecież normą i sprawą bezdyskusyjną, że w okresie mojego dzieciństwa i młodości każda rodzina w naszej okolicy uprawiała na swój użytek warzywa i owoce na własnym kawałku ziemi. Jeszcze, gdy przeprowadziłam się do domu męża, a Bartuś był mały, to podczas gotowania dla niego zupek, korzystałam z dobrodziejstw ogrodów mojej teściowej i jej mamy.

A potem wkroczyliśmy ostro w kapitalizm i zalała nas fala importowanej żywności, która była dla nas mega atrakcyjna, bo nigdy wcześniej nie mieliśmy łatwego dostępu do czegoś, co tak piękne dla oczu, ładnie opakowane i podane. Kto tam zastanawiał się nad składem tego, co jemy. Kto czytał etykiety? Czuliśmy, że złapaliśmy Pana Boga za nogi, bo mamy sklepy podobnie wyposażone, jak te na szeroko rozumianym Zachodzie. Nagle świat nam się poszerzył o nowe smaki. I nikomu nawet nie przyszło do głowy, że coś, co importujemy od wytwórców ze znacznie bardziej cywilizacyjnie rozwiniętych krajów może być po prostu niezdrowe.

Dotyczy to także warzyw i owoców. To głównie do nich  odnoszą się moje dzisiejsze rozważania. Piszę tu o czasie zetknięcia się z owocami na wymiar i dorodnymi warzywami przekraczającymi wielkością wszelkie normy, jakie można było osiągnąć w uprawie ogrodowej. Na dodatek był to wówczas towar tani z uwagi na jego zaimportowaną ilość.

No i komu by się w takich okolicznościach chciało pracować nad wyhodowaniem mniej urodziwej marchewki czy też cebuli na własnych grządkach? Zwłaszcza gdy nie lubiło się wkładania rąk do pełnej nieznanego życia ziemi lub też nie miało się czasu przy wychowywaniu dzieci na dodatkową, wymagającą wysiłku pracę w ogrodzie. A pokolenie naszych rodziców, które siłą przyzwyczajenia jeszcze trwało przy uprawie własnego skrawka ziemi, już właściwie wówczas było w wieku niezdolnym do ciężkiej pracy fizycznej.

I tak przez lata zajadaliśmy się pełną chemii żywnością, sprowadzaną od producentów z bogatszych stron świata, których w pogoni za zyskiem szybko nauczyliśmy się naśladować. A potem zaczęliśmy zapadać na wszystkie choroby cywilizacyjne, popularne już wcześniej na podziwianym przez nas i ślepo odwzorowywanym „Zachodzie”. Gdy zachłyśnięcie nim osłabło, to jakby nam wówczas zaczęły opadać łuski z oczu. I najpierw poczuliśmy, że te importowane warzywa i owoce nie mają smaku, pamiętanego przez nas z dzieciństwa. Że po pięknie opakowanym jedzeniu z supermarketu bolą nas brzuchy i tyjemy na potęgę. Że nie mamy po takiej żywności energii do życia. Że jesteśmy pokoleniem znacznie słabszym i żyjącym krócej niż nasi dziadkowie.

Oczywiście narodziło się w nas pragnienie, by to zmienić. Ale przywrócenie stanu wyjściowego okazało się czymś, co nas przerasta. Prowadzimy już inny tryb życia niż nasi przodkowie. Jesteśmy zalatani od rana do nocy, a nasz wypoczynek, nawet jeśli mowa o ruchu, niezmiernie rzadko przybiera formę pracy fizycznej.

Poza tym jest jeszcze sprawa naszych ogrodów, które przestały być warzywniakami i sadami, bo lata temu, na amerykańską modę, przybrały wygląd otoczonych tujami trawników. Pamiętam nawet taki czas, gdy sąsiadka z naprzeciwka ten swój pieliła, żeby broń Boże, nie zakwitł na nim żaden kolorowy kwiatek. Teraz zmieniliśmy stosunek i do nich, ale zmiana nie jest ani łatwa, ani szybka. Mam jednak nadzieję, że moje pokolenie jeszcze doczeka się jej efektów.

Pomóc w tym mogą nasze dzieci, które wychowane w erze dobrobytu, lepiej orientują się w jego pułapkach. Zatem ich trudniej zwieść i oszukać niż nas. I już to widać w wielu aspektach życia. Dziś to młodzi, w przeciwieństwie do zagubionych w marketingowej sieci „starych”, częściej są świadomymi i wymagającymi konsumentami. Coraz więcej z nich stawia na zdrowy styl życia, co przekłada się także na rynek zbytu dla żywności produkowanej z naciskiem na jakość. Płody rolne z oznaczeniem „bio” i „eko” znajdują należne uznanie i grono nabywców. Rośnie zainteresowanie uprawą i przetwórstwem z wykorzystaniem naturalnych metod i receptur. Sporo ludzi wraca także do tradycji samodzielnego wytwarzania pożywienia.

Inni - tacy jak ja, dopiero się tego uczą. Bo nie chcą już zostawiać w marketach lwiej części swojej wypłaty w zamian za warzywa i owoce, które z upływem lat koszmarnie podrożały i bynajmniej nie idzie to w parze z ich wartością odżywczą. Pragną wrócić do smaków młodości. Z sentymentem wspominają czasy, gdy zajadali się smacznymi, pachnącymi pomidorami, które obrodziły w przydomowej szklarni pod bacznym okiem taty. Zachwycają się wizją szczypiorku, mięty i pietruszki z własnej grządki.

I od tego zaczynam tej wiosny. Pomidorowe krzaczki prężą się dzielnie na parapecie. Wygląda na to, że i zioła pozbierają się jakoś po wizytach dzikich świń i obrodzą w sezonie. Wiem, że to niewiele. Ale przecież to dopiero początek...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz