Nieopatrznie sobie coś
obiecałam I mam teraz ogromny problem, bo trudno mi tej obietnicy dotrzymać. No bo
jak dopełnić zobowiązania, że następny wpis będzie lekki, pogodny, optymistyczny
w sytuacji, gdy się piąty z rzędu tydzień choruje? Cóż radosnego może być w
chorobie, której nawet przez ten czas nie udało się jednoznacznie zdiagnozować? Albo w tym,
że wyniki badań są tak kiepskie, że jak bumerang trzeba wrócić do onkologa?
Nie, zdecydowanie nie podoba mi się ciągła gorączka, osłabienie, przy którym
nie jestem w stanie bez wysiłku wykonać najprostszych czynności, nawracający ból w brzuchu, zażywanie obrzydliwych i zmieniających się antybiotyków. Choć
jest w tym może i jeden mały plusik – straciłam apetyt i ... chudnę...
No to skoro zaczęłam
już pracować na pozytywach, to staram się szukać ich dalej. Łatwo nie jest. Ale tylko do czasu, gdy "pozytywy" same nawijają się pod rękę (a później wciskają się na kolana:). Mowa tu oczywiście o naszych zwierzętach. To, że Luna jest dla naszej całej rodziny bezcennym
skarbem, to fakt bezdyskusyjny. Ale oprócz ukochanego psa mamy również koty. I
to o nich w końcu postanowiłam napisać w
„lekkim, pogodnym i optymistycznym” wpisie. To dlatego, że bezpośrednio do nich można odnieść wszystkie użyte w powyższym zdaniu epitety.
Otóż mój młodszy syn
jest najefektywniejszym znalazcą kotów na świecie. Zawsze potrafi dostrzec na
swojej drodze pokrzywdzonego przez życie kociego malucha. Zaczęło się już wiele lat temu od Zonki.
To malutki biało - rudy kotek, który „przykleił” się prawie do Kacpra w
Bułgarii na Półwyspie Kaliakra. Zonka była wprawdzie bezdomna, ale opiekowali
się nią sprzedawcy pamiątek, rozłożeni na parkingu przed wejściem na szlak
spacerowy.
- Jest lato, dbamy o
nią, ale nie wiem, co będzie, gdy nadejdzie zima. Weź ją ze sobą - zwrócił się do Kacpra jeden z handlarzy.
- Zgódź się mamo –
zaczęły się prośby syna. I właściwie to już prawie pakowaliśmy pudełko z Zonką
do samochodu, gdy nagle okazało się, że gość, którego zabraliśmy z sobą do
Bułgarii, ma uczulenie na koty. Niepodobna było dowieźć do Polski wspólnie tę
parę. Zonka musiała zostać na Przylądku Kaliakra i mam nadzieję, że jakaś dobra
dusza zabrała ją stamtąd przed zimą.
Wkrótce po powrocie z wakacji Bartek załatwił Kacprowi zastępczą Zonkę (za sprawą gościa, który wrócił z nami z Bułgarii i może chciał zrekompensować dzieciakowi zawód). Ta była szaro buro pręgowana i
przeżyła z nami dłużej niż jakikolwiek inny kotek. Umarła w miesiąc po Bartkowej
śmierci.
W międzyczasie Kacper
znalazł na naszej ulicy zagubionego biało – szarego kociego malucha.
- Zgódź się mamo!
No ale cóż z tego, że
ja zaakceptowałam nowego domownika, jeśli Zonka absolutnie nie? A tu zima
mrozem trzaskająca, a przed naszą rodziną świąteczny wyjazd do Asyżu... Jak
zostawić na ponad tydzień dwa koty w domu, jeśli Zonka szaleje ze złości na widok tego drugiego?
Rozwiązaniem dla naszego nowego nabytku okazał się ogrzewany przydomowy garaż.
Tyle, że po powrocie kotek znajda (z roboczym imieniem Przecinek) pokazał nam, co sądzi o takim traktowaniu.
Przeprowadził się czym prędzej do sąsiadów, gdzie nie musiał sypiać nie dość, że sam, to jeszcze zamknięty w
garażu. I został przez nich przygarnięty, bo to dobrzy ludzie.
Ale miano
najwspanialszego znalazcy kotów zobowiązuje. Tuż przed ostatnimi wakacjami Kacper
wypatrzył w krzakach przed szkołą czarnego, krzyczącego wniebogłosy malucha.
- Zgódź się mamo! Ze
zgodą nie byłoby nawet żadnego problemu, gdyby nie to, że właśnie wraz z zakończeniem roku szkolnego wyjeżdżaliśmy wypoczywać na Bałkanach. Ale dzięki garażowi z
zaimprowizowanym domowym sposobem „kotowłazem” i poświęceniu mojego Rodzeństwa,
które musiało przyjeżdżać codziennie karmić małego kotka, udało się go utrzymać
w naszej rodzinie.
Cóż, na tym jeszcze nie koniec.
Cóż, na tym jeszcze nie koniec.
Tuż przed zakończeniem
wakacji Kacper powrócił z pobytu na wsi z nowym nabytkiem. Tym razem ktoś
porzucił kocięta w lesie (ach, ludzie...). Młodzież (w tym nasz syn) znalazła dla nich nowych
właścicieli. My też się do nich od tej chwili zaliczaliśmy, już nawet bez „zgódź
się mamo”. Tym sposobem do czarnego kotka Gustawa, który zdążył podróść w
czasie wakacji, dołączył biało – szary malutki Maciuś. No i nie obyło się bez
bójek i ostrego docierania oraz pokazywania, kto rządzi w kociej hierarchii.
Ale wreszcie koty jakoś ze sobą funkcjonują. Maciuś mieszka w pokoju Kacpra i, według
jego słów, jest największym tulisiem na świecie. Swoim mruczeniem i
przytulaniem potrafi pocieszyć mojego młodszego syna w każdej sytuacji.
A Gustaw? Jego moc
pocieszania poznałam, kiedy sprzątałam pokój Bartka. Mieszka tam zawsze Ania
podczas pobytów u nas. Tym razem jej wizyta była związana z listopadowym
Świętem Zmarłych.
Sprzątanie pokoju Bartka jest dla mnie zawsze wielkim przeżyciem. Długo miałam nawet taki okres, że nie mogłam tego w ogóle robić, samo wejście między rzeczy starszego syna było boleścią ponad miarę. Całe szczęście, że Ania nie jest na przykład alergiczką na kurz.
Tym razem sprzątanie też bolało. Wie o tym najlepiej Gustaw, który raz po raz słuchał, jak zanosiłam się płaczem. Ale kotek starał się jak mógł: nie opuścił mnie ani na chwilę, gdy było mi najtrudniej, wnosił życie, zabawiając się tym, co tylko znalazł w Bartkowym pokoju, mruczał uspokajająco. Pocieszał. I jakoś przez to razem przeszliśmy.
„Aaa, były sobie kotki
dwa” - i oba Pocieszyciele. Podśpiewuję sobie kołysankę Adolfa Dymszy i marzę, że w końcu dostanę gwiazdkę z nieba, jeśli zechcę. Zwłaszcza, że teraz przy tym osłabieniu nie trzeba mnie specjalnie długo namawiać do zasypiania. A we śnie może nawiedzą mnie kolejne futrzaki - czarny kot i biały kot Emira Kusturicy i rozbawią jak zwykle do łez. Żebym mogła powitać następny dzień z uśmiechem na twarzy. Bo koty, i te Kusturicowe, i te nasze, to także najwięksi Rozbawiciele na świecie. I bez względu na okoliczności wnoszą w nasze życie lekkość, pogodę i optymizm.