piątek, 30 lipca 2021

PORA NA WYJAZD Z DOMU

Gdy dopada mnie ściskająca serce tęsknota za Nieobecnymi, to znak, że już pora na wyjazd z domu. Kończy się miesiąc, związany z rocznicą śmierci Rodziców, a w ostatni dzień weekendu rozpoczyna się z kolei ten, w którym przypadają obchody urodzin i imienin Bartka. Czuję, że już powoli staję na starcie do zjazdu w dół.

Tak bardzo mi Nieobecnych brakuje... W moim życiu już nie ma też ukochanych zwierzątek - Luny ani Gacka. Ulubioną ścieżkę nad rzekę całkiem zarosła trawa, która mnie przerosła. Teraz jej kłosy powoli zmieniają kolor z soczystej zieleni na żółty. Wysiewają się nasiona, by cykl życia mógł się powtórzyć w przyszłym roku.

Jedyna ścieżka, jaką teraz co dzień przemierzam, to ta na grobek Luny. Doglądam posadzone na nim róże. Ciemnoczerwona obrodziła w pąki, które właśnie zaczynają rozkwitać. Gdy przedzieram się tam świtem poprzez trawy, to wylewa się na mnie rosa, zebrana w błyszczące w słońcu krople, orzeźwiając skórę przez zmoczoną spódniczkę i buty. Gdy zaś wracam w to miejsce z konewką późnym popołudniem słonecznych dni, to z kolei płoszę całe stada polnych koników, które uskakują mi z drogi, wzbijając się ponad zielone liście po obydwu jej stronach. Całe szczęście, że wciąż jeszcze sprawiają mi przyjemność te okruszki mojej codzienności.

W ogródeczku przekwitły już prawie wszystkie przecudne liliowce, ale za to nadszedł czas na kolejne lilie... i tu niespodzianka - biało różowe, choć wydawało mi się, że sadziłam cebulki pomarańczowych:). O kwiatach typu maki, ostróżki, pysznogłówki, żurawka czy lawenda nie będę się tu rozpisywać, bo są teraz dość marne - właściwie tworzą tylko tło dla pozostałych. Ale nic to, najważniejsze że opieka nad kruchymi przejawami kwitnącego życia w ogródeczku zapewnia mi codzienny bliski kontakt z naturą. To kojące...

Lecz to, co do tej pory wystarczało jako remedium na cały niesiony przez życie stres może się okazać niewystarczające, jeśli wakacyjna depresja zechce jak co roku powrócić. Tylko podróże mają większą moc jako antydepresanty niż drobiażdżki z własnego podwórka. Czas się więc z niego ewakuować i to szybko.

Zaczęliśmy w tym celu - trochę nawet nerwowo, modyfikować wakacyjne plany. Na objazd po Macedonii, Albanii czy Czarnogórze mamy już zbyt mało czasu, jeśli nie chcemy stracić terminu mężowych badań wyznaczonych w Ochojcu na drugą połowę sierpnia. Ukochana przez męża Serbia, a przeze mnie Bośnia są wciąż zamknięte dla turystów. W innych krajach Europy (przynajmniej w większości) obowiązuje albo paszport covidowy, którego nie mamy, albo testy wciąż zbyt drogie na naszą kieszeń. Z egzotyką nie chcemy eksperymentować ze względów bezpieczeństwa - i to nawet nie chodzi tu o pandemię, tylko o stan zdrowia męża. W Polsce zaś praktycznie nie ma już w rozsądnych cenach wolnych miejsc noclegowych, jednocześnie atrakcyjnych, a zarazem spełniających standardy, które są dla nas istotne.

Drogą eliminacji pozostała nam więc do odwiedzenia... Rumunia. No i dobrze, byliśmy w tym kraju 11 lat temu, pora odświeżyć wspomnienia i zobaczyć nowe miejsca, dla których wówczas zabrakło czasu.

W pośpiechu rzuciłam okiem na rumuńską bazę noclegową i stwierdziłam, że nie powinno być problemu z nocowaniem. Tyle że tym razem oprócz pierwszej nocy (choć i to nie do końca pewne, bo wciąż nie możemy podjąć decyzji, gdzie mielibyśmy ją spędzić) raczej nie zamierzamy nic wcześniej rezerwować. Mimo że obawiam się nieco takiej improwizacji, to problem w tym, że nie mając w głowie jeszcze żadnego dopracowanego planu podróży, musimy zdać się na to, co przyniesie życie. Żeby nie jeździć dokładnie po własnych śladach (nawet jeśli już pewnie trochę zatarte po ostatnich rumuńskich wakacjach), postanowiliśmy każdorazowo oceniać na (konkretnym) miejscu jego atrakcyjność i na bieżąco decydować, czy chcemy gdzieś zostać na dłużej, czy też raczej nie. Jeśli to zdało egzamin 11 lat temu, to i teraz, miejmy nadzieję, się uda.

- Rumunia? - pani z targu, u której mąż kupuje ostatnie świeże warzywa przed wyjazdem dziwi się naszemu wyborowi. No tak, nie jest to zbyt popularny kierunek wakacyjnych wyjazdów, ale dla nas to dobrze - nie lubimy zatłoczonych miejsc. Padają kolejne pytania na temat możliwości nocowania i wyżywienia, obostrzeń, bezpieczeństwa... Wszystkie odpowiedzi, których możemy udzielić, tylko utwierdzają nas w przekonaniu, że dobrze zdecydowaliśmy.

Cóż, powinniśmy chyba dziękować Bogu, że chociaż ta możliwość jako jedna z nielicznych nam jeszcze pozostała. Świat zmierzający do coraz bardziej restrykcyjnych obostrzeń dla osób niezaszczepionych już wkrótce pewnie zamknie przed nami jakiekolwiek widoki na podróżowanie gdziekolwiek. Nawet codzienne życie, jak się zdaje, będzie niemożliwe w takim wydaniu, jakim znaliśmy go do tej pory. Zmuszanie do szczepień (wciąż podobno dobrowolnych!!!) weszło w fazę krytyczną. Świat oszalał na tym punkcie.

Tydzień temu rozmawiałam z kuzynem, który właśnie wrócił z Francji o ostatnio obranej przez ten kraj drodze w kontekście restrykcji. Już nie wystarcza tam zakaz wstępu dla nieszczepionych omal w każde miejsce publiczne, brak szczepień spowoduje także zwalnianie z pracy w szeregach służby zdrowia i wśród opiekunów w placówkach medycznych. No i żegnaj LIBERTE, którą Francuzi się do tej pory tak niezwykle chlubili.

Przykład francuski bardzo rozzuchwalił zresztą zwolenników obowiązku szczepieniowego we wszystkich krajach, które do tej pory wahały się jeszcze z wprowadzeniem przymusu w tym zakresie. W związku z tym okazało się nagle, że pewne grupy zawodowe nie mogą korzystać z pełni swoich praw ze względu na rzekome dobro innych. Również w Polsce rozgorzała gorąca dyskusja na temat, kto powinien być objęty przymusowymi szczepieniami. Czy muszę tu dodawać, że na liście zawodów, które postuluje się nimi objąć, są również nauczyciele? No i jak ja mam z entuzjazmem myśleć o powrocie do szkoły, skoro nie mam zielonego pojęcia, co mnie tam po wakacjach czeka?

Już wolę skoncentrować całą swoją obecną uwagę na tym czasie, który w ich ramach pozostał mi jeszcze do wykorzystania. Zacząć od przejrzenia przewodnika po Rumunii, zastanowienia się, czego nie chciałabym pominąć w naszej podróży, przyjrzenia się mapie. A następnie przerwać ten marazm, w który wpadłam, przemierzając bardzo szybko drogę od leniwego spędzania czasu, poprzez coraz większą nieruchawość, aż po omal całkowite unieruchomienie i trudność w wychodzeniu z domu.

 Mam wolę zmiany. I trzymam się kurczowo nadziei, że w ciągu tego weekendu szalony świat nie wymyśli czegoś, co uniemożliwi nam wyruszenie na jego spotkanie. Odliczam dni.

Do miłego spotkania szalony świecie!

czwartek, 22 lipca 2021

DOBRA PASSA

Dobra passa w życiu naszej rodziny wciąż trwa - Kacper właśnie dostał się na sinologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, co było jego pierwszym wyborem:) Bardzo się cieszę wraz z nim:)

Super, że się udało 😎Na pewno świętuje😍😍 - napisała Ania.

Chyba nie 😶skoro D...... mu odjechała o 16 do Lublina

Ale na pewno będą świętować, jak wróci na jego urodziny😀 - wyrażam przypuszczenia.

Od Moniki też napłynęły dzisiaj dobre wieści - moi siostrzeńcy również zostali przyjęci do wybranych przez siebie szkół - Matylda do klasy francuskiej językowego liceum w Katowicach, Tymek zaś zakwalifikował się do grona studentów informatyki. I będzie studiował na tym samym Uniwersytecie co Kacper. Gratulacje najserdeczniejsze dla tych wszystkich mądrych dzieciaków:) Fajnie, że mają możliwość podążać za swoimi marzeniami:)

No ale nie wspomniałam tu jeszcze o Ani, która początkiem miesiąca otrzymała dyplom Instruktora rekreacji ruchowej w Górnośląskiej Wyższej Szkole Handlowej w Katowicach, co daje jej uprawnienia do prowadzenia zajęć jogi. Jeśli do tego dodać ukończone wcześniej studia podyplomowe z zakresu statystyki, to widać w tym wszystkim nie tylko mądrość, ale i wiele innych cech, które mnie niezwykle ujmują: wytrwałość, ambicja, chęć rozwoju, odwaga w podejmowaniu wyzwań, łączenie marzeń z pragmatyzmem. Tak, Ania to niezwykła dziewczyna i nie przestajemy dziękować Bogu, że wciąż jest z nami.

W tle zaś tych wszystkich naszych “naukowych” osiągnięć toczyło się normalne życie, skutkujące cyklicznymi, jak co roku, zmianami. Choć to pewnie dla innych tylko drobnostki, o których nawet nie warto wspominać, to moje życie właśnie z nich się głównie składa. Pomijanie ich byłoby trochę pomijaniem życia w ogóle. A do tego, wraz z upływem lat, to właśnie ta codzienność, ze wszystkimi swoimi błahymi blaseczkami i cienieczkami, które każdego dnia staram się rozjaśniać, cieszy mnie najbardziej.

Toteż chciałabym tu dziś napisać między innymi o radości z posiadania prywatnego słowika, który przeprowadził się do nas znad rzeki wraz z czasem dojrzałych czereśni. I wyśpiewywał najpiękniejsze słowicze pieśni z każdej strony mojego domu. To wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że nasza siedziba jest zewsząd otoczona drzewami, nawet jeśli nie do końca tego chcieliśmy i co jakiś czas podejmujemy walkę z siejącymi się wszędzie klonami jesionolistnymi. Ale nie tylko one sprawiają, że właściwie mam zielone tło w każdym oknie domu. Sosny, dęby, orzechy omal na wyciągnięcie ręki - czyż to nie ogromne szczęście móc patrzeć na ich zieleń dzień po dniu? A w tym wszystkim kolorowe motyle, które z powodu sąsiedztwa są gośćmi czasem i w moim salonie, a także roje świetlików, trochę spóźnionych w tym roku, ale za to obejmujących w swoje posiadanie już nie tylko łąkę nad rzeką, ale także nasze podwórko. To wszystko wydaje się zaczarowanym miejscem, gdzie można wieczorem zobaczyć odpoczywającą w trawie pod werandą sarnę, a kopciuszki rok po roku wychowują swoje młode w gniazdku pod dachem w okolicy drzwi wejściowych. Mój dom - zaczarowane miejsce, napawające mnie szczęściem i dumą.

Oczywiście nie całe zwierzęce sąsiedztwo jest przez nas witane z utęsknieniem. Na czereśniową ucztę zleciały stada ptactwa, choć tylko słowik i kopciuszki miały serdeczne zaproszenie, zaś nornic buszujących na naszym terenie jest tyle, że nawet Maciek nie wyrabia, a ślimaki zjadły właściwie całość plonu poziomek i truskawek:(

Te ostatnie stwory są zresztą od kilku lat niesamowitą plagą dla wszystkich roślin w moim ogródeczku. Kiedy rankiem wchodzę między swoje nędzne grządki, to czasem aż mi się płakać chce, gdy widzę po kilka sztuk tych szkodników na każdym z kwiatów wyjątkowo dorodnych w tym roku liliowców, czy też na pozostałych jeszcze przy życiu krzaczkach miniaturowych bratków. Zbieram ślimaki nawet po kilka razy dziennie, usuwając je na skraj naszej działki, gdzie na skarpie rośnie krzaczasta gęstwina, ale towarzyszy mi świadomość, że jeśli im się tam nie spodoba, to na pewno powrócą. Mam opór przed pozbawianiem świata jakiegokolwiek życia, ale po tej kilkuletniej walce z wiatrakami zaczynam rozumieć ludzi, którzy znacznie wcześniej stracili cierpliwość. A do tego jeszcze pewnie mają dużo więcej do stracenia niż ja. No bo co tu dużo mówić - ja jako ogrodniczka w tym roku nie popisałam się wcale. W moim ogródeczku do tej pory to właściwie natura sama starała się o jakieś efekty wizualne, co zresztą wcale nieźle jej wyszło, zważywszy na warunki z którymi musiała sobie poradzić:) Mimo licznych przeciwności losu na grządkach kwitną teraz pozostałości z zeszłego roku, między innymi: ogromny różowy groszek, nasturcje w wielu różnych kolorach, wysoki nachyłek, dwubarwna gailardia, a także moja największa duma: róże, w tym te jadalne. Jedna z nich w odcieniu głębokiej czerwieni zakwitła już także na grobku Luny.

To ta, którą podarowaliście mi z Wiki przed urodzinami A....... i stała się wówczas częścią mojej walentynkowej dekoracji - donoszę Kacprowi.

Od wiosny w ziemi przybrała postać dorodnego krzaczka:)

Staram się teraz trochę nadrobić czas i zadbać o nią w dwójnasób oraz o następne rośliny, które już powoli przygotowują się do kwitnienia. Cóż, lepiej późno niż wcale:)

I tak właśnie upływają mi teraz wakacje. Czas przemija leniwie, a ja próbuje spędzać go bez spinania się do czegokolwiek po raz kolejny. Chyba nie mam siły na nic, co jest znowu jakimkolwiek wyzwaniem.

Ale mam nadzieję, że w końcu jakoś powoli rozkręcę się do bardziej aktywnych form wypoczynku:) I to zanim dopadnie mnie stres, że oto już pierwszy wakacyjny miesiąc omal przeminął... A ja wciąż bez żadnego planu i pomysłu na ten kolejny, który pozostał do dyspozycji. I coś mi się zdaje, że niestety to spięcie czeka mnie prędzej niż się spodziewam. Ale póki co, wszystkim mniej leniwym i bardziej pomysłowym ode mnie, udanych wakacyjnych wyjazdów życzę:)

piątek, 16 lipca 2021

HAPPY END ROZPOCZYNAJĄCY WAKACJE

Teraz już mogę naprawdę rozpocząć wakacje:)

A to oznacza, że od czasu zakończenia roku szkolnego udało mi się (trochę rzutem na taśmę:):

sfinalizować sprawy związane z praktyką studencką i złożyć wymaganą dokumentację;

dobrnąć do końca sesji i uzyskać absolutorium;

domknąć i oddać do oceny pracę magisterską;

zdać egzamin dyplomowy.

Tak, jestem świeżo upieczoną PSYCHOLOŻKĄ:) I cieszę się:)

Oczywiście ponoszę też koszty tego przedsięwzięcia:

zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie;

zaniedbanie domu, zaniedbanie ogródka, zaniedbanie siebie;

wszelkie konsekwencje długotrwałego nieruchawego spędzania czasu przed komputerem i pocieszania się, jak zawsze, jedzeniem:(

Ale nie ma co narzekać. To się wszystko w końcu doprowadzi do porządku i zrównoważy wypoczynkiem. A za to już po miesiącu będzie można odebrać dyplom ukończenia studiów:)

Kiedy tuż przed egzaminem dyplomowym koleżanka, z którą zdawałam, powiedziała: ” to już naprawdę koniec”, to ten przekaz jakoś do mojej świadomości nie dotarł. Dopiero teraz powoli do mnie dochodzi. Tak, to już naprawdę koniec. Zrobiłam to:) Jakiś życiowy rozdział się zamknął, a jakiś inny, związany z nowymi możliwościami się otwiera. Co by nie mówić o życiu, to jednak jest ono ciekawe.

I tak oto nadszedł czas rozdziału “wakacje”. Ale kiedy dziś Maciuś zwrócił moją uwagę na torbę podróżną, wciąż do końca nie rozpakowaną po wyjeździe na Maderę (ale o tym innym razem:), wybierając to miejsce na poranną drzemkę, to nie poczułam ogarniającego mnie entuzjazmu. Najwyraźniej wciąż jeszcze potrzebuję czasu, by się pozbierać.

mam wrażenie, że zanim to odreaguję, to mi się chyba skończą wakacje - napisałam Helenie tuż po egzaminie dyplomowym.

Spokojnie. 2-3 dni wystarczy. Ciesz się, że Pani [Promotor - przyp. aut.] naciskała na wcześniejszy termin, bo jeszcze byś się mordowała - odpowiedziała przyjaciółka, która sama prowadzi seminaria magisterskie na Uniwersytecie Jagiellońskim

Rzeczywiście, wczoraj się przespałam, przeczytałam książkę - inną niż psychologiczną i od razu poczułam się trochę lepiej - donosiłam jej dwa dni później.

Tak, to był już zdecydowanie czas, w którym siły fizyczne zaczęły powracać. Natomiast hmm, jeśli chodzi o równowagę psychiczną...

- Ja doszłam do siebie tak po około trzech miesiącach - zdradza Monika, które miała obronę pracy końcem marca. No to przede mną jest jeszcze trochę czasu:)

Tym bardziej, że na razie adrenalina wciąż się wydziela. Bieżący tydzień to także ważny czas dla Ani i Kacpra, a ja oczywiście przeżywam to, stresując się wraz z nimi.

Szczególnie w życiu naszego syna jest teraz mnóstwo zmian i wyzwań. W maju Kacper zdecydował się na adopcję maleńkiego kociaka. Chciał jakoś zapełnić dom po wyprowadzce poprzednich mieszkańców. Ale nagle okazało się, że to nie taka prosta sprawa. We wszystkich schroniskach, do których dzwonił, kotki już były zarezerwowane, taka sama sytuacja miała miejsce w przypadku ogłoszeń na OLX. W końcu udało mu się znaleźć jakieś kocie maleństwo... aż w Lublinie. Musiał jednak uzbroić się w cierpliwość do czasu, gdy mały Jimbo się usamodzielni. Pojechał po niego dopiero końcem roku szkolnego.

Gdy wrócił z Lublina, to nagle okazało się, że przywiózł stamtąd nie tylko kotka:), ale i coś w sercu:)

No ale nie chcę tego zapeszać. Dzisiaj dziewczyna przyjeżdża do niego na kilka wakacyjnych dni i zobaczymy, jak to dalej będzie:)

Ale zmiany dotyczą nie tylko sfery uczuciowej mojego dziecka. Kacper trochę próbuje sobie zorganizować życie na nowo, startując ponownie od momentu, kiedy wyprowadził się z domu. Zdecydował się wreszcie zrobić użytek ze swojej pięknie zdanej matury i spróbować szczęścia na studiach. I jak na razie dostał pozytywny wynik podczas rekrutacji na sinologii w Lublinie i na Studiach nad Chinami w Krakowie. To wielki powód do dumy. Choć Kacper na razie sprawia wrażenie, jakby dla niego był to tylko wielki powód do stresu:). I trochę mi się to chyba udziela metodą emocjonalnego zarażania. Choć myślę, że to jakoś ogarniemy:).

Ania natomiast początkiem tygodnia miała planowany zabieg chirurgiczny. Mimo że dobrze go zniosła, to jednak też stresu było co niemiara. Na szczęście wszystko jest już w porządku i czeka ją tylko jeszcze zdjęcie szwów za tydzień.

W sumie więc cały ten tegotygodniowy stres ma szansę zakończyć się happy endem. I niech to się właśnie tak zakończy. Happy end od dawna był nam już potrzebny. Zasłużyliśmy na niego.

Więc tak jak w niemym kinie na końcu tego wpisu wystawiam tabliczkę z napisem:

THE END

Albo lepiej: HAPPY END

I podpis:

Psycholożka Bożena