poniedziałek, 24 lutego 2020

PÓŁNOCNY LIBAN - W PODZIĘKOWANIU DLA MIESZKAŃCÓW

Liban nie jest nazwą gór, lecz poetyckim określeniem symbolizującym uczucie duszy i odwołującym się do idei: to obrazy lasów cedrowych rozsiewających zapach i aromat, wieże z miedzi i marmuru, wznoszące się pełne chwały i potęgi oraz stada gazeli przechadzające się pomiędzy wzgórzami i dolinami

Khalil Gibran

Połamane skrzydła

.





Rano wstajemy z ambitnymi planami. Tego dnia chcemy zobaczyć to wszystko, o czym mówi, charakteryzując swój kraj, najsłynniejszy libański pisarz - czyli cedry, doliny - szczególnie tę wyjątkową - Wadi Kadisza, a że podobno jest ona pełna kościołów, to i ich wieże, bez różnicy, czy z miedzi, czy z marmuru, też bierzemy pod uwagę:). Na gazele raczej nie robimy sobie nadziei, mając na względzie, że oprócz tekstu Gibrana, wspomnienia o nich doszukamy się prędzej w Biblii (“Pieśń nad pieśniami”), niż w aktualnych relacjach w internecie.


Pogoda wydaje się sprzyjać naszym zamierzeniom,  z naszego pokoju "deluxe z widokiem na morze" uśmiechamy się na dzień dobry do słonka i z dobrym nastawieniem schodzimy na kolejne śniadanie, które, no niech już będzie, po poprawie jakości pieczywa, mogłoby może i stać się “omal amazing”.




Nawigacja wskazuje, że do Lasu Bożych Cedrów mamy dobrze ponad dwie godziny jazdy. Po zjeździe z nadmorskiej autostrady (której daleko do autostrady w europejskim tego słowa znaczeniu - w każdej chwili na przykład możesz się tu zatrzymać przed wejściem do któregoś ze sklepów na poboczu), trzeba się liczyć ze spadkiem prędkości na wijących się wstążkach dróg, prowadzących w głąb lądu i w głąb gór na północy. Niestety im wyżej i dalej od morza, tym bardziej pochmurnie. Wkrótce zaczyna siąpić, potem już mniej lub bardziej delikatnie pada. Ale co tam, mamy dobre humory, bo przecież czekają na nas góry, doliny, kościoły, no i w końcu cedry... Oczywiście jakiejś ściśle wytyczonej trasy zwiedzania nie mamy. Po drodze oglądamy więc to, co się napatoczy. Deszcz nam nie straszny:)

Napatoczyły się:




















- Wioska Hadath el Jabbeh. Skupiliśmy się tu głównie na kościele w centrum, który okazał się zamknięty. Wygląda jednak na to, że przy ładnej pogodzie jest tam o wiele więcej do zwiedzania.



















 - Kolejny kościół był chyba w Ad - Diman - podjechaliśmy tu z ogromnymi nadziejami, z daleka już słysząc muzykę. Orkiestra przygrywała na drodze przy kościelnym wejściu, więc pośpiesznie zaparkowaliśmy i trafiliśmy na ... maronicki pogrzeb. Dodatkowo następny parkujący... urwał nam lusterko w samochodzie (które później prowizorycznie przymocował, zapewniając nas cały czas, że wszystko jest ok, ok). 

Ale przynajmniej widoki były piękne...



W dole widzieliśmy wyczekiwaną Dolinę Kadisza. Mąż spróbował więc zasięgnąć języka, co powinniśmy zobaczyć w tej okolicy.
 - Tu nie ma nic ciekawego - machnął ręką spytany młody Libańczyk. - Jedźcie od razu do cedrów.
Hmm..., no dobrze, to jedziemy. I może byśmy nawet dojechali, gdyby nagle mąż nie zauważył drogowskazu z napisem “Gibran Muzeum”. No takiej okazji nie można było przepuścić. I mamy kolejny zjazd z głównej drogi.


Gibran Khalil - dla kogo z mojego pokolenia w czasach młodości nie był symbolem mędrca? Nawet do tego stopnia, że w okresie, gdy pierwszą działalnością handlową mojego męża stało się, między innymi, rozprowadzanie pocztówek z edycji Świętego Pawła, to, co rusz, pod pięknym zdjęciem natury był na nich cytat mistrza. Co powiecie, na przykład o takich słowach na temat małżeństwa:
I stójcie razem, lecz nie za blisko siebie: gdyż filary świątyni stoją osobno, a dąb i cyprys nie wzrastają w swym cieniu” (w tłumaczeniu Barbary Sitarz, Pluton, Świdnica 1991 r.)
Cytat ten, jak i wiele innych, które są wciąż w czynnym internetowym obiegu, pochodzi z najbardziej znanej książki Gibrana pt “Prorok”. Cała ta pozycja składa się właściwie z tak zgrabnie wyrażonych formułek.

Jak można przeczytać na stronie https://www.newyorker.com/magazine/2008/01/07/prophet-motive: książka brzmi w pewien sposób religijnie. Gibran znał buddyjskie i muzułmańskie święte księgi, a przede wszystkim Biblię, zarówno w tłumaczeniu na arabski, jak i na króla Jakuba” (tłumacz google)
I to też zdaje się być sekretem popularności tej książki w kręgach młodych ludzi, którzy szukali w życiu czegoś więcej niż tylko konsumpcji i chcieli rozwijać swoją duchowość. 
Ale mistrz ma słowa odpowiednie dla każdego bez względu na wiek.
Na obecnym etapie życia “Prorok”proponuje mi przecież przesłanie dopasowane do pustego gniazda:
Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi,
są synami i córkami powołanymi do życia przez Życie,
przychodzą przez was, ale nie z was.
I choć są z wami, do was nie należą.

Możecie im przekazać waszą miłość, ale nie wasz sposób myślenia.
Bo one mają swój własny.
Możecie przyjąć ich ciała, ale nie ich dusze,
bo ich dusze zamieszkują dom jutra,
do którego wy nie możecie wejść nawet w waszych snach.
Możecie starać się, by stać się jak one, ale nie próbujcie czynić je takimi jak wy.
Bo życie nie cofa się i nie zatrzymuje się na dniu wczorajszym. 
Jesteście łukami, które wypuszczają dzieci jak żywe strzały:
Łucznik widzi na drodze cel do nieskończoności
i On was napina swą mocą, aby Jego strzały mogły dolecieć szybko i daleko.
Oby wasze napięcie ręką Łucznika było ku radości,
bo kocha On tak samo strzałę lecącą, jak i łuk, który już miejsca nie zmienia.


Z wielkim sentymentem zwiedzam więc Muzeum Gibrana w byłym klasztorze Mar Sarkis ( pod tym linkiem można przeczytać fajną historię dotyczącą kulisów zamiany ról tej budowli: https://translate.google.com/translate?hl=pl&sl=en&tl=pl&u=https%3A%2F%2Fwww.kahlilgibran.com%2F54-the-untold-history-of-the-gibran-museum-s-origins-8.html&anno=2&sandbox=1).
Ze względu na starą znajomość z mistrzem podoba mi się bardzo, mimo że większość sal to w zasadzie wystawa dzieł malarskich, do których mam umiarkowanie entuzjastyczny stosunek. Ale koniec zwiedzania nadrabia za jakiekolwiek chwile rozczarowań (nie będę tu spojlerować;) Cieszę się, że muzeum nie jest zbyt wielkie, w samochodzie, który właśnie oziębia się pod strugami deszczu, został zmęczony mąż. W jego obecnej formie zwiedzanie kilkukondygnacyjnego budynku jest poza zasięgiem możliwości. Zresztą nie jestem właściwie pewna, czy on też był w młodości fanem Gibrana, duchowości, prorokowania, a nawet pocztówek z edycji Świętego Pawła:)



Lekko już zmarznięty mąż jest zadowolony z mojego tempa - w 15 minut obleciałam całe muzeum. No możemy wreszcie jechać do cedrów, to już naprawdę blisko. Trzeba się spieszyć, bo przez te zjazdy z głównej drogi zrobiło się już całkiem późne popołudnie. Mąż przekręca więc szybko kluczyki w stacyjce i wtedy nasza Kia Picanto z najbardziej renomowanej wypożyczalni, o jakiej kiedykolwiek słyszeliśmy, robi tylko smętne “bziiit” i milknie na dobre. Choć nie, było jeszcze i “łuuup” - taki właśnie dźwięk pod muzeum wydało nagle, sięgając bruku, nasze przymocowane “ok, ok” na kościelnym parkingu lusterko.
I to z całą pewnością wówczas udało nam się poznać najlepsze oblicze Libańczyków. Bez ich nadzwyczajnej pomocy zostalibyśmy zapewne w libańskich górach do dzisiaj.
No dobrze, lusterko udało się naprawić własnymi siłami i to tym razem na trwałe “ok”. Ale jak uruchomić silnik z automatyczną skrzynią biegów? Wracam do muzeum. Stróż, który przybywa wkrótce potem zagląda pod maskę Kii.
- To nie bateria, to automatyka - pada werdykt. No cóż, okazuje się, że jednak będziemy mieć z Bugdetem bliższą relację, niż byśmy chcieli.

Panowie, którzy sprzedali mi wcześniej bilet na wystawę muzealną, przystępują do działania. Najpierw muszą w internecie ustalić numer do wypożyczalni (no bo kto zwraca uwagę przy odbiorze auta na taki drobiazg, że nie wiadomo, gdzie on w papierach jest:), potem negocjują z jej pracownikami godzinę przyjazdu do nas (bo niestety mnie nie udaje się zrozumieć nic a nic z angielskiego o libańskim brzmieniu). Rozmowa telefoniczna między panami trwa i trwa, słyszę, że nasz adres jest podawany wielokrotnie, a nawet widzę oznaki zdenerwowania u miłego do tej pory pracownika muzeum. Na szczęście nie na mnie - trochę to wygląda tak, jakby nawet po libańsku były trudności w komunikacji z wypożyczalnią. W końcu udaje się jakoś zmusić jej pracowników, by ruszyli po nas w drogę.
- Już po was jadą - oznajmia wreszcie po dłuuugiej rozmowie telefonicznej pan z muzeum. Jestem mu bezgranicznie wdzięczna, poległam dużo wcześniej - właściwie to już w pierwszej minucie tej konwersacji.
Wracam do samochodu. Przed nami dobrze ponad dwie godziny czekania na pomoc z Budgetu. Mniej więcej tak daleko jesteśmy od lotniska. Zaczyna lać jak z cebra. Cóż, czekamy. 
Robi się poźno, muzeum zamyka podwoje. Przed odjazdem miły pracownik muzeum, który prowadził za mnie negocjacje z Budgetem mówi, że możemy spędzić ten czas w pokoju u stróża. Rzeczywiście jest coraz zimniej. Zostawia mi też swój parasol, To takie miłe z jego strony. Zawieramy nową znajomość - pan ma na imię Jusef.

Staje się ciemno. Ulewa wchodzi chyba w fazę krytyczną. Teraz to już deszcz jest nam straszny. Pod parasolem Jusefa biegnę na rekonesans do pokoju stróża. Niestety prowadzą do niego dziesiątki schodów. Pomysł odpoczynku w tym miejscu upada ze względu na niepełnosprawność i osłabienie męża - zamęczyłby się schodzeniem. Tłumaczę stróżowi w czym rzecz (bardziej na migi, bo po angielsku nam trudno idzie) i wracam do samochodu. Mimo że założyliśmy na siebie wszystko, co mieliśmy w bagażniku, zaczyna być naprawdę zimno. Załamujemy się kompletnie dwie godziny później po kolejnym telefonie z Budgetu - ktoś dzwoni, by zapytać nas o adres. Okazało się, że nie wyjechał nawet jeszcze z wypożyczalni w Bejrucie! Nie jesteśmy przygotowani do spędzenia tej listopadowej nocy w libańskich górach. Ale dzielnie spoglądamy czającej się na nas przyszłości prosto w oczy. Bo niby co nam zostało?


No i tu przyszedł właśnie moment, gdy mogę wygłosić pod adresem Libańczyków najprawdziwszy hymn pochwalny. Okazało się, że w czasie tego naszego spoglądania w czarno rysującą się przyszłość stróż zadzwonił do Jusefa, a ten wrócił do nas ... z żoną i małą córeczką - w swoim wolnym czasie po pracy, w strumieniach ulewnego, zimnego deszczu, gdy pogoda jest z gatunku takich, że psa by z domu nie wygonił! Nie mam po prostu słów, by opisać jakiej opieki i troski doświadczyliśmy ze strony tych ludzi. Stróż podzielił się z nami swoim posiłkiem, obdarowując nas mandarynkami i ciasteczkami maślanymi, a Jusef z Sofią zaprosili do swojego domu, żebyśmy mogli ogrzać się i odpocząć.

Odmówiliśmy z przykrością, ale nie chcieliśmy się w swojej naiwności, rozminąć z wysłannikami Budgetu. Sofia z właściwą sobie słodyczą zaproponowała wszystko, o czym wówczas marzyliśmy - ciepłe koce, ubrania, ale zdaje mi się, że najbardziej rozgrzało nas jej wielkie, dobre serce. W końcu pojechała dla nas do sklepu w najbliższej miejscowości i przywiozła napoje i świeże wypieki prosto z piekarni, jeszcze nawet cieplutkie:). A Jusef w tym czasie w strugach deszczu i z telefonem przy uchu znów denerwował się na kogoś z wypożyczalni Budget... W życiu nie zaznałam tyle dobroci od zupełnie nieznajomych ludzi.
I nagle w naszej sprawie stał się przełom. Pracownik wypożyczalni (który dalej jeszcze nie opuścił Bejrutu!) przyznał jednak, że nasza Kia ma problem z akumulatorem! Jusef zadymił aż z gniewu: 
- Wiedzieli o tym, gdy dawali wam to auto! No i cóż ja mogę napisać o tym Budgecie?
Stróż uruchamia swój samochód, jedzie gdzieś po kable. I staje się cud... Odpala naszą Kię!!! Nigdy nie myślałam, że dźwięk silnika może być taką cudowną muzyką dla uszu...
Żegnamy naszych niezwykłych opiekunów. Jusef umówił nas z kierowcą z Budgetu na spotkanie w pół drogi - na stacji benzynowej już przy nadmorskiej autostradzie. Dostajemy ostatnie wskazówki dojazdu i Jusefowy numer telefonu - tak na wszelki wypadek. Nie umiemy podziękować w sposób, który oddałby nasza wdzięczność za to, co otrzymaliśmy od tych ludzi.
A co na to wypożyczalnia Budget? No cóż, na stacji benzynowej przy nadmorskiej autostradzie jej pracownik zapytał nas, po co pojechaliśmy w tak wysokie góry?! Ech, już nawet nam się z nim nie chciało dyskutować. Wymieniliśmy się tylko samochodami, przesiadając się z poobijanej Kii do jeszcze bardziej poobijanego Hyundaia i wróciliśmy wreszcie do swojego hotelu.
I tam okazało się, jak mimo wszystko, niezwykle pozytywnie postrzegamy naszą ostatnią “przygodę”. To był czas, gdy mogliśmy doświadczyć na własnej skórze, jacy są naprawdę ludzie, mieszkający w Libanie. Szansa na takie spotkanie z drugim człowiekiem, jakie już dzisiaj właściwie się nie zdarza...
Dziękujemy
Może kiedyś życie da sposobność, żeby jakoś spłacić dług ... 
*
Popiersie Gibrana w Bsharri
Cytat na dobranoc? Proszę bardzo...
Wracać wieczorem do domu z wdzięcznością;
I zasypiać z modlitwą za ukochaną osobę w sercu swoim i z pieśnią chwalby na ustach.”
Gibran Khalil “Prorok”

* Nota na temat Gibrana Khalila znajduje się w aneksie: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/03/aneks.html

P.s. Poprzedni wpis na temat Libanu można znaleźć pod linkiem: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/02/liban-w-hodzie-dla-charbela-wkrotce.html

Aneks:

Następnego dnia również nie dotarliśmy do Lasu Bożych Cedrów, bo.. znów odbiliśmy wcześniej z głównej drogi. Ale dzięki temu spędziliśmy przepiękne chwile w Jrabta (Żrabta) - zespół klasztorny św. Józefa Al-Dahrz XIX wieku – Sanktuarium Świętej Rafki oraz w Kfifane – klasztor z grobami św. Nimatullaha al-Hardiniego, który był wychowawcą i nauczycielem św. Szarbela i bł. Stefana Nehmé – mnicha nazwanego „młodszym bratem Charbela (zgodnie z tytułem książki autorstwa Patrizii Cattaneo).


niedziela, 23 lutego 2020

LIBAN - W HOŁDZIE DLA CHARBELA

Całe życie Świętego Charbela można by w zasadzie ująć w kilka zdań. A już o okresie Charbelowej praktyki klasztornej, to praktycznie nie ma prawie nic do napisania. Rzadko kiedy żywot świętego jest tak mało spektakularny. Prostota, ubóstwo i skromność, posłuszeństwo i dyscyplina, to raczej nie są cechy, które by mogły wzbudzić szczególne zainteresowanie czytelnika. Ale, jak widać, Bóg zainteresował się nimi ogromnie, szczególnie sobie upodobawszy w Charbelu.

I z kolei rzadko kiedy historia pośmiertna świętego jest tak spektakularna, jak w tym przypadku. To mogłaby być opowieść o cudach, cudach, cudach, które dokonują się niemal bez przerwy i to w takiej ilości, że odnosi się wrażenie, iż Charbel w jakiś sposób działa w sprawie każdej osoby, która się do niego o to zwraca. Skutki jego wyborów są oczywiście nieodgadnione, ale w zasadzie z tego, co się słyszy od pielgrzymów, to Święty ma przesłanie dla wszystkich. I można je odnaleźć w swoim sercu, jeśli tylko się tego pragnie.

Sam Charbel mawiał: "Każdy człowiek jest jakby lampą Boga", dając przykład, że Bóg działa i chce zmieniać życie każdego: bez względu na jego religię, obrządek czy narodowość. I działać cuda ponad naszymi podziałami” - czytam w artykule pt. “Święty Charbel uzdrawia wyznawców wszystkich religii” (https://deon.pl/wiara/sw-charbel-uzdrawia-wyznawcow-wszystkich-religii,331908)

Dalsza część tekstu odnosi się do jego szczególnej misji. Święty wydaje się mieć moc upraszania u Boga licznych, nawet wyjątkowo licznych uzdrowień: “Charbel, mnich i pustelnik, zamieszkujący w XIX wieku grotę w pobliżu klasztoru św. Marona w Annaya (Liban), od dnia swojej śmierci w 1898 roku przyczynił się do cudownego odzyskania zdrowia psychicznego i fizycznego przez ponad 10 tys. osób różnych wyznań. Gdy się dołoży do tego inne cuda, jakie działy się po śmierci tego człowieka, to chyba niewielu świętych może się z nim równać w tym zakresie. Trudno o cudotwórcę, który by miał tyle na swoim koncie.
Zgodnie z podsumowaniem na stronie: http://odnowa.jezuici.pl/wsercujezusa/swiety-charbel.php:
Obecnie za wstawiennictwem Świętego Charbela mają miejsce liczne cudowne uzdrowienia i nawrócenia, idące w dziesiątki tysięcy. Mnich za życia niewiele znany, obecnie na całym świecie jest otaczany coraz większym kultem, gdyż dzięki Jego wstawiennictwu ludzie odzyskują zdrowie duszy i ciała. Stał się naszym patronem, który oręduje skutecznie za nami u Boga

Ksiądz prałat Jarosław Cielecki z Watykanu pisze o 23 tysiącach zarejestrowanych cudów, dokonanych za wstawiennictwem Charbela. Więcej na ich temat można przeczytać np. na stronie: https://naszdziennik.pl/mysl/31450,swiety-charbel.html


Przez modlitwę, wiele długich postów i umartwienia tak mocno zjednoczył się z Bogiem, że stał się aniołem w ludzkiej postaci“ - z taką wizją Świętego, przedstawioną przez księdza prałata, wyjeżdżam do Libanu. http://www.traditia.fora.pl/swieci-i-blogoslawieni,105/swiety-charbel,9704.html



*
Po śniadaniu w hotelu Al Murjan Palace (które choć może nie od razu “amazing”, ale było całkiem przyzwoite) udajemy się w kierunku Annayi z pielgrzymką do grobu Charbela. I choć zupełnie tego nie planowaliśmy (w planach było nawet dotarcie do Doliny Bożych Cedrów), spędzamy tam cały dzień. Bo nie chcemy się poganiać w modlitwach, medytacji i doświadczaniu miejsca, upodobanego i przez Charbela, i samego Boga. To dla nas czas specjalny, podarowany przez życie na ten cudowny dzień i nie zamierzamy go zakłócać niczym zbędnym. W Annayi doświadczamy spokoju, którego staramy się nie przerywać nawet myślami o gnaniu gdzieś dalej, czy też o konieczności dalszego zwiedzania.



Jeśli nie zrozumiecie mojej ciszy, nie zrozumiecie moich słów” (tłumacz google) głosi napis, który mijamy po drodze z parkingu do klasztoru. Z całego serca dokładamy więc starań w zrozumieniu Charbelowej ciszy.

Oprócz intencji odzyskania zdrowia przez męża, kieruję do Świętego jeszcze jedną prośbę. Trzy tygodnie wcześniej Beata przysłała mi link do pieśni wykonanej przez jej zespół parafialny na koncercie charytatywnym. Wyjaśniła:
Mamy teraz w Trzebini dziewczynkę z guzem mózgu

No więc przed wyjazdem do Annayi piszę: Pomodlę się w intencji Waszej Julci (...) 
Święty ma moc uzdrawiania

Bardzo proszę, Jula bardzo potrzebuje teraz modlitwy. Guz się nie zmniejsza  - odpowiada Beata. 
Wpadam na pomysł:
Jak masz jakąś fotkę dziewczynki, to prześlij, pokażę ją Charbelowi

W ten oto sposób mam okazję po raz pierwszy zobaczyć Julię. Dzielne dziecko, z pozbawioną włosów przez chemioterapię główką, które mimo wszystko spogląda na mnie z fotografii z uśmiechem. Tak bardzo zasługuje na to, by przedstawić ją Charbelowi...

Po przyjeździe od razu kieruję swoje kroki przed figurę Świętego, ściskając w ręku komórkę z wyświetlonym wizerunkiem chorej dziewczynki.
I chwilę potem mogę już napisać z pełnym przekonaniem:
Beatko załatwione, jestem pewna, że Święty Charbel zobaczył Julkę i będzie teraz patrzeć na nią łaskawym okiem

I jak na razie patrzy. Ostatnie wieści są takie, że w obrazowaniu guz jest rozmyty. Mam nadzieję, że już raz na zawsze. Dziękuję Ci Święty Charbelu...



Jeśli zaś chodzi o męża, to dalej się modlimy za jego zdrowie. Takie przesłanie odebrał on w Annayi. I zastosujemy się do niego, choćby nie wiem, co się działo... Nawet jeśli czasami brakuje nam sił...
Zaczynamy stosować się do zalecenia Świętego już przed Jego grobem, potem kontynuujemy je na pięknej mszy w obrządku maronickim, a teraz jeszcze uzupełniamy modlitwy stosowaniem cudownego oleju.

Po pogrzebie o. Charbela z jego grobu promieniowało niewytłumaczalne światło. Zjawisko to trwało 45 dni i nocy.  Z obawy przed profanacją grobu, postanowiono przenieść trumnę z ciałem zmarłego do klasztoru. W czasie przenosin odkryto że ciało o. Charbela nie było zesztywniałe jak to dzieje się po śmierci, lecz wiotkie jak za życia. Z ciała emanował też miły zapach oraz wydobywał się dziwnego pochodzenia olej” - czytam na stronie http://charbelkozanow.pl/index.php/olej/, gdzie również podano adres, pod którym można o niego poprosić.
Ciało zakonnika włożono do nowej trumny. Ciąg dalszy tej historii można znaleźć pod wspominanym już linkiem http://odnowa.jezuici.pl/wsercujezusa/swiety-charbel.php:
Co dwa tygodnie zakonnicy musieli zmieniać szaty z powodu stale wydzielającego się płynu. Od tego czasu zaczęły się liczne uzdrowienia za wstawiennictwem o. Charbela. Dopiero 24 lipca 1927 roku ciało o. Charbela zostało włożone do metalowej trumny, ta zaś znalazła miejsce w marmurowym grobowcu w kościele klasztornym. Ponieważ w 1950 roku z tego grobowca zaczął wyciekać tajemniczy płyn, Patriarcha kościoła maronickiego wydał polecenie otwarcia grobu i ekshumacji zwłok. Ciało pustelnika wyglądało tak jak w chwili śmierci, nie wykazywało żadnych objawów rozkładu. Wydawało się, że o. Charbel śpi. Tajemniczy płyn nieustannie wydzielający się z ciała całkowicie skorodował metalową trumnę i przedziurawił marmurowy
grobowiec
Ciało było wielokrotnie ekshumowane i za każdym razem potwierdzano, że posiada temperaturę żyjącego człowieka, a także, że mimo usunięcia organów wewnętrznych, wciąż wydziela niewiadomego pochodzenia płyn. Mnisi zaczęli go rozdawać wiernym jako relikwię.
W przeciągu 60 lat wydzieliły się z niego ok. 72 kg płynu. To więcej niż ważyły jego zwłoki.” Zaczęły się one wysuszać dopiero przed samym ogłoszeniem kanonizacji.
My przywieźliśmy te oleje Świętego z Libanu - mój schorowany mąż dostał je nie tylko w oficjalnie działającym punkcie dystrybucji, ale także od opiekującego się grobem strażnika, a nawet od pani sprzedającej pamiątki w klasztorze. Tacy właśnie są Libańczycy - nie znajduję wprost słów, by wyrazić im wdzięczność.
Mąż podzielił się olejem z Julką, a pewnie, jeśli zajdzie taka potrzeba, to podzieli się również ze mną. Ja otrzymałam w klasztorze kadzidło i świece. Zapaliłam je na klasztornym dziedzińcu, dodając do uprzednich intencji jeszcze tę o opiekę nad naszymi Synami. Nawet z lekka ucieszyłam się z tego, że nie dostałam oleju. Mam nadzieję, iż to oznacza, że jestem całkowicie zdrowa i po prostu go nie potrzebuję.

Po dniu modlitw nad górami Libanu zaszło słońce i w Annayi zaczął zapadać zmrok. Rzadko kiedy mam okazję zakończyć dzień w tak absolutnym przekonaniu, że nie zmarnowałam go ani podczas najkrótszej chwili. Kiedyś spędzę tu także noc - widzę, że jest taka możliwość w Domu Pielgrzyma Oasis. Miło będzie pielgrzymować, nie będąc zmuszonym do przerywania modlitewnego skupienia tylko i wyłącznie ze względu na sprawy organizacyjne, takie jak długi powrót do hotelu z koniecznością wojskowej kontroli po drodze.



Na zakończenie jeszcze jeden cytat:
Święci są czytelnym znakiem obecności niewidzialnego Boga, kochają nas i działają mocą Jego miłości.” (https://adonai.pl/cuda/?id=29)
To, że tacy ludzie od czasu do czasu pojawiają się na ziemi jest darem miłości dla świata. Dobry Boże, z całego serca dziękuję Ci za Charbela. Wiem, że on prosi o nasze uzdrowienie, nawet wtedy, gdy my już nie mamy sił się o to modlić...




P.s. Poprzedni wpis o Libanie: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/02/liban-one-night-in-beirut.html

Aneks - 30 grudzień 2024
właśnie przeczytałam, że od sierpnia br. Liban ma nowego błogosląwionego. Jakoś to przeoczyłam, choć naprawdę starałam się w miarę na bieżąco śledzić całokształt sytuacji w tym kraju. Tymczasem wygląda na to, że wystarczy pojechać na wakacje i na chwilę tylko spuścić go z oczu, by wyszła tam na światło dzienne kolejna historia świętości. O życiu błogosławionego Estephana El Douaihy można przeczytać pod podanym poniżej linkiem: 
https://pl.aleteia.org/2024/08/02/estephan-el-douaihy-nowy-blogoslawiony-maronita
Brawo Liban, pozostaję pod nieustannym wrażeniem Twoich maronickich Wyznawców...