“Liban nie jest nazwą gór, lecz poetyckim określeniem symbolizującym uczucie duszy i odwołującym się do idei: to obrazy lasów cedrowych rozsiewających zapach i aromat, wieże z miedzi i marmuru, wznoszące się pełne chwały i potęgi oraz stada gazeli przechadzające się pomiędzy wzgórzami i dolinami”
Khalil Gibran
“Połamane skrzydła”
.
Rano wstajemy z ambitnymi planami. Tego dnia chcemy zobaczyć to wszystko, o czym mówi, charakteryzując swój kraj, najsłynniejszy libański pisarz - czyli cedry, doliny - szczególnie tę wyjątkową - Wadi Kadisza, a że podobno jest ona pełna kościołów, to i ich wieże, bez różnicy, czy z miedzi, czy z marmuru, też bierzemy pod uwagę:). Na gazele raczej nie robimy sobie nadziei, mając na względzie, że oprócz tekstu Gibrana, wspomnienia o nich doszukamy się prędzej w Biblii (“Pieśń nad pieśniami”), niż w aktualnych relacjach w internecie.
Pogoda wydaje się sprzyjać naszym zamierzeniom, z naszego pokoju "deluxe z widokiem na morze" uśmiechamy się na dzień dobry do słonka i z dobrym nastawieniem schodzimy na kolejne śniadanie, które, no niech już będzie, po poprawie jakości pieczywa, mogłoby może i stać się “omal amazing”.
Nawigacja wskazuje, że do Lasu Bożych Cedrów mamy dobrze ponad dwie godziny jazdy. Po zjeździe z nadmorskiej autostrady (której daleko do autostrady w europejskim tego słowa znaczeniu - w każdej chwili na przykład możesz się tu zatrzymać przed wejściem do któregoś ze sklepów na poboczu), trzeba się liczyć ze spadkiem prędkości na wijących się wstążkach dróg, prowadzących w głąb lądu i w głąb gór na północy. Niestety im wyżej i dalej od morza, tym bardziej pochmurnie. Wkrótce zaczyna siąpić, potem już mniej lub bardziej delikatnie pada. Ale co tam, mamy dobre humory, bo przecież czekają na nas góry, doliny, kościoły, no i w końcu cedry... Oczywiście jakiejś ściśle wytyczonej trasy zwiedzania nie mamy. Po drodze oglądamy więc to, co się napatoczy. Deszcz nam nie straszny:)
Pogoda wydaje się sprzyjać naszym zamierzeniom, z naszego pokoju "deluxe z widokiem na morze" uśmiechamy się na dzień dobry do słonka i z dobrym nastawieniem schodzimy na kolejne śniadanie, które, no niech już będzie, po poprawie jakości pieczywa, mogłoby może i stać się “omal amazing”.
Nawigacja wskazuje, że do Lasu Bożych Cedrów mamy dobrze ponad dwie godziny jazdy. Po zjeździe z nadmorskiej autostrady (której daleko do autostrady w europejskim tego słowa znaczeniu - w każdej chwili na przykład możesz się tu zatrzymać przed wejściem do któregoś ze sklepów na poboczu), trzeba się liczyć ze spadkiem prędkości na wijących się wstążkach dróg, prowadzących w głąb lądu i w głąb gór na północy. Niestety im wyżej i dalej od morza, tym bardziej pochmurnie. Wkrótce zaczyna siąpić, potem już mniej lub bardziej delikatnie pada. Ale co tam, mamy dobre humory, bo przecież czekają na nas góry, doliny, kościoły, no i w końcu cedry... Oczywiście jakiejś ściśle wytyczonej trasy zwiedzania nie mamy. Po drodze oglądamy więc to, co się napatoczy. Deszcz nam nie straszny:)
Napatoczyły się:


- Wioska Hadath el Jabbeh. Skupiliśmy się tu głównie na kościele w centrum, który okazał się zamknięty. Wygląda jednak na to, że przy ładnej pogodzie jest tam o wiele więcej do zwiedzania.
- Kolejny kościół był chyba w Ad - Diman - podjechaliśmy tu z ogromnymi nadziejami, z daleka już słysząc muzykę. Orkiestra przygrywała na drodze przy kościelnym wejściu, więc pośpiesznie zaparkowaliśmy i trafiliśmy na ... maronicki pogrzeb. Dodatkowo następny parkujący... urwał nam lusterko w samochodzie (które później prowizorycznie przymocował, zapewniając nas cały czas, że wszystko jest ok, ok).
Z wielkim sentymentem zwiedzam więc Muzeum Gibrana w byłym klasztorze Mar Sarkis ( pod tym linkiem można przeczytać fajną historię dotyczącą kulisów zamiany ról tej budowli: https://translate.google.com/translate?hl=pl&sl=en&tl=pl&u=https%3A%2F%2Fwww.kahlilgibran.com%2F54-the-untold-history-of-the-gibran-museum-s-origins-8.html&anno=2&sandbox=1).
Lekko już zmarznięty mąż jest zadowolony z mojego tempa - w 15 minut obleciałam całe muzeum. No możemy wreszcie jechać do cedrów, to już naprawdę blisko. Trzeba się spieszyć, bo przez te zjazdy z głównej drogi zrobiło się już całkiem późne popołudnie. Mąż przekręca więc szybko kluczyki w stacyjce i wtedy nasza Kia Picanto z najbardziej renomowanej wypożyczalni, o jakiej kiedykolwiek słyszeliśmy, robi tylko smętne “bziiit” i milknie na dobre. Choć nie, było jeszcze i “łuuup” - taki właśnie dźwięk pod muzeum wydało nagle, sięgając bruku, nasze przymocowane “ok, ok” na kościelnym parkingu lusterko.
Panowie, którzy sprzedali mi wcześniej bilet na wystawę muzealną, przystępują do działania. Najpierw muszą w internecie ustalić numer do wypożyczalni (no bo kto zwraca uwagę przy odbiorze auta na taki drobiazg, że nie wiadomo, gdzie on w papierach jest:), potem negocjują z jej pracownikami godzinę przyjazdu do nas (bo niestety mnie nie udaje się zrozumieć nic a nic z angielskiego o libańskim brzmieniu). Rozmowa telefoniczna między panami trwa i trwa, słyszę, że nasz adres jest podawany wielokrotnie, a nawet widzę oznaki zdenerwowania u miłego do tej pory pracownika muzeum. Na szczęście nie na mnie - trochę to wygląda tak, jakby nawet po libańsku były trudności w komunikacji z wypożyczalnią. W końcu udaje się jakoś zmusić jej pracowników, by ruszyli po nas w drogę.
Staje się ciemno. Ulewa wchodzi chyba w fazę krytyczną. Teraz to już deszcz jest nam straszny. Pod parasolem Jusefa biegnę na rekonesans do pokoju stróża. Niestety prowadzą do niego dziesiątki schodów. Pomysł odpoczynku w tym miejscu upada ze względu na niepełnosprawność i osłabienie męża - zamęczyłby się schodzeniem. Tłumaczę stróżowi w czym rzecz (bardziej na migi, bo po angielsku nam trudno idzie) i wracam do samochodu. Mimo że założyliśmy na siebie wszystko, co mieliśmy w bagażniku, zaczyna być naprawdę zimno. Załamujemy się kompletnie dwie godziny później po kolejnym telefonie z Budgetu - ktoś dzwoni, by zapytać nas o adres. Okazało się, że nie wyjechał nawet jeszcze z wypożyczalni w Bejrucie! Nie jesteśmy przygotowani do spędzenia tej listopadowej nocy w libańskich górach. Ale dzielnie spoglądamy czającej się na nas przyszłości prosto w oczy. Bo niby co nam zostało?
Odmówiliśmy z przykrością, ale nie chcieliśmy się w swojej naiwności, rozminąć z wysłannikami Budgetu. Sofia z właściwą sobie słodyczą zaproponowała wszystko, o czym wówczas marzyliśmy - ciepłe koce, ubrania, ale zdaje mi się, że najbardziej rozgrzało nas jej wielkie, dobre serce. W końcu pojechała dla nas do sklepu w najbliższej miejscowości i przywiozła napoje i świeże wypieki prosto z piekarni, jeszcze nawet cieplutkie:). A Jusef w tym czasie w strugach deszczu i z telefonem przy uchu znów denerwował się na kogoś z wypożyczalni Budget... W życiu nie zaznałam tyle dobroci od zupełnie nieznajomych ludzi.
I nagle w naszej sprawie stał się przełom. Pracownik wypożyczalni (który dalej jeszcze nie opuścił Bejrutu!) przyznał jednak, że nasza Kia ma problem z akumulatorem! Jusef zadymił aż z gniewu:
A co na to wypożyczalnia Budget? No cóż, na stacji benzynowej przy nadmorskiej autostradzie jej pracownik zapytał nas, po co pojechaliśmy w tak wysokie góry?! Ech, już nawet nam się z nim nie chciało dyskutować. Wymieniliśmy się tylko samochodami, przesiadając się z poobijanej Kii do jeszcze bardziej poobijanego Hyundaia i wróciliśmy wreszcie do swojego hotelu.
- Wioska Hadath el Jabbeh. Skupiliśmy się tu głównie na kościele w centrum, który okazał się zamknięty. Wygląda jednak na to, że przy ładnej pogodzie jest tam o wiele więcej do zwiedzania.
- Kolejny kościół był chyba w Ad - Diman - podjechaliśmy tu z ogromnymi nadziejami, z daleka już słysząc muzykę. Orkiestra przygrywała na drodze przy kościelnym wejściu, więc pośpiesznie zaparkowaliśmy i trafiliśmy na ... maronicki pogrzeb. Dodatkowo następny parkujący... urwał nam lusterko w samochodzie (które później prowizorycznie przymocował, zapewniając nas cały czas, że wszystko jest ok, ok).
Ale przynajmniej widoki były piękne...
W dole widzieliśmy wyczekiwaną Dolinę Kadisza. Mąż spróbował więc zasięgnąć języka, co powinniśmy zobaczyć w tej okolicy.
- Tu nie ma nic ciekawego - machnął ręką spytany młody Libańczyk. - Jedźcie od razu do cedrów.
Hmm..., no dobrze, to jedziemy. I może byśmy nawet dojechali, gdyby nagle mąż nie zauważył drogowskazu z napisem “Gibran Muzeum”. No takiej okazji nie można było przepuścić. I mamy kolejny zjazd z głównej drogi.
bo kocha On tak samo strzałę lecącą, jak i łuk, który już miejsca nie zmienia.”
Gibran Khalil - dla kogo z mojego pokolenia w czasach młodości nie był symbolem mędrca? Nawet do tego stopnia, że w okresie, gdy pierwszą działalnością handlową mojego męża stało się, między innymi, rozprowadzanie pocztówek z edycji Świętego Pawła, to, co rusz, pod pięknym zdjęciem natury był na nich cytat mistrza. Co powiecie, na przykład o takich słowach na temat małżeństwa:
“I stójcie razem, lecz nie za blisko siebie: gdyż filary świątyni stoją osobno, a dąb i cyprys nie wzrastają w swym cieniu” (w tłumaczeniu Barbary Sitarz, Pluton, Świdnica 1991 r.)
Cytat ten, jak i wiele innych, które są wciąż w czynnym internetowym obiegu, pochodzi z najbardziej znanej książki Gibrana pt “Prorok”. Cała ta pozycja składa się właściwie z tak zgrabnie wyrażonych formułek.
Jak można przeczytać na stronie https://www.newyorker.com/magazine/2008/01/07/prophet-motive: “książka brzmi w pewien sposób religijnie. Gibran znał buddyjskie i muzułmańskie święte księgi, a przede wszystkim Biblię, zarówno w tłumaczeniu na arabski, jak i na króla Jakuba” (tłumacz google)
I to też zdaje się być sekretem popularności tej książki w kręgach młodych ludzi, którzy szukali w życiu czegoś więcej niż tylko konsumpcji i chcieli rozwijać swoją duchowość.
Ale mistrz ma słowa odpowiednie dla każdego bez względu na wiek.
Ale mistrz ma słowa odpowiednie dla każdego bez względu na wiek.
Na obecnym etapie życia “Prorok”proponuje mi przecież przesłanie dopasowane do pustego gniazda:
„Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi,
są synami i córkami powołanymi do życia przez Życie,
przychodzą przez was, ale nie z was.
I choć są z wami, do was nie należą.
Możecie im przekazać waszą miłość, ale nie wasz sposób myślenia.
Bo one mają swój własny.
Możecie przyjąć ich ciała, ale nie ich dusze,
bo ich dusze zamieszkują dom jutra,
do którego wy nie możecie wejść nawet w waszych snach.
Możecie starać się, by stać się jak one, ale nie próbujcie czynić je takimi jak wy.
Bo życie nie cofa się i nie zatrzymuje się na dniu wczorajszym.
Jesteście łukami, które wypuszczają dzieci jak żywe strzały:
Łucznik widzi na drodze cel do nieskończoności
i On was napina swą mocą, aby Jego strzały mogły dolecieć szybko i daleko.
Oby wasze napięcie ręką Łucznika było ku radości,przychodzą przez was, ale nie z was.
I choć są z wami, do was nie należą.
Możecie im przekazać waszą miłość, ale nie wasz sposób myślenia.
Bo one mają swój własny.
Możecie przyjąć ich ciała, ale nie ich dusze,
bo ich dusze zamieszkują dom jutra,
do którego wy nie możecie wejść nawet w waszych snach.
Możecie starać się, by stać się jak one, ale nie próbujcie czynić je takimi jak wy.
Bo życie nie cofa się i nie zatrzymuje się na dniu wczorajszym.
Jesteście łukami, które wypuszczają dzieci jak żywe strzały:
Łucznik widzi na drodze cel do nieskończoności
i On was napina swą mocą, aby Jego strzały mogły dolecieć szybko i daleko.
bo kocha On tak samo strzałę lecącą, jak i łuk, który już miejsca nie zmienia.”
Z wielkim sentymentem zwiedzam więc Muzeum Gibrana w byłym klasztorze Mar Sarkis ( pod tym linkiem można przeczytać fajną historię dotyczącą kulisów zamiany ról tej budowli: https://translate.google.com/translate?hl=pl&sl=en&tl=pl&u=https%3A%2F%2Fwww.kahlilgibran.com%2F54-the-untold-history-of-the-gibran-museum-s-origins-8.html&anno=2&sandbox=1).
Ze względu na starą znajomość z mistrzem podoba mi się bardzo, mimo że większość sal to w zasadzie wystawa dzieł malarskich, do których mam umiarkowanie entuzjastyczny stosunek. Ale koniec zwiedzania nadrabia za jakiekolwiek chwile rozczarowań (nie będę tu spojlerować;) Cieszę się, że muzeum nie jest zbyt wielkie, w samochodzie, który właśnie oziębia się pod strugami deszczu, został zmęczony mąż. W jego obecnej formie zwiedzanie kilkukondygnacyjnego budynku jest poza zasięgiem możliwości. Zresztą nie jestem właściwie pewna, czy on też był w młodości fanem Gibrana, duchowości, prorokowania, a nawet pocztówek z edycji Świętego Pawła:)
Lekko już zmarznięty mąż jest zadowolony z mojego tempa - w 15 minut obleciałam całe muzeum. No możemy wreszcie jechać do cedrów, to już naprawdę blisko. Trzeba się spieszyć, bo przez te zjazdy z głównej drogi zrobiło się już całkiem późne popołudnie. Mąż przekręca więc szybko kluczyki w stacyjce i wtedy nasza Kia Picanto z najbardziej renomowanej wypożyczalni, o jakiej kiedykolwiek słyszeliśmy, robi tylko smętne “bziiit” i milknie na dobre. Choć nie, było jeszcze i “łuuup” - taki właśnie dźwięk pod muzeum wydało nagle, sięgając bruku, nasze przymocowane “ok, ok” na kościelnym parkingu lusterko.
I to z całą pewnością wówczas udało nam się poznać najlepsze oblicze Libańczyków. Bez ich nadzwyczajnej pomocy zostalibyśmy zapewne w libańskich górach do dzisiaj.
No dobrze, lusterko udało się naprawić własnymi siłami i to tym razem na trwałe “ok”. Ale jak uruchomić silnik z automatyczną skrzynią biegów? Wracam do muzeum. Stróż, który przybywa wkrótce potem zagląda pod maskę Kii.
- To nie bateria, to automatyka - pada werdykt. No cóż, okazuje się, że jednak będziemy mieć z Bugdetem bliższą relację, niż byśmy chcieli.
Panowie, którzy sprzedali mi wcześniej bilet na wystawę muzealną, przystępują do działania. Najpierw muszą w internecie ustalić numer do wypożyczalni (no bo kto zwraca uwagę przy odbiorze auta na taki drobiazg, że nie wiadomo, gdzie on w papierach jest:), potem negocjują z jej pracownikami godzinę przyjazdu do nas (bo niestety mnie nie udaje się zrozumieć nic a nic z angielskiego o libańskim brzmieniu). Rozmowa telefoniczna między panami trwa i trwa, słyszę, że nasz adres jest podawany wielokrotnie, a nawet widzę oznaki zdenerwowania u miłego do tej pory pracownika muzeum. Na szczęście nie na mnie - trochę to wygląda tak, jakby nawet po libańsku były trudności w komunikacji z wypożyczalnią. W końcu udaje się jakoś zmusić jej pracowników, by ruszyli po nas w drogę.
- Już po was jadą - oznajmia wreszcie po dłuuugiej rozmowie telefonicznej pan z muzeum. Jestem mu bezgranicznie wdzięczna, poległam dużo wcześniej - właściwie to już w pierwszej minucie tej konwersacji.
Wracam do samochodu. Przed nami dobrze ponad dwie godziny czekania na pomoc z Budgetu. Mniej więcej tak daleko jesteśmy od lotniska. Zaczyna lać jak z cebra. Cóż, czekamy.
Robi się poźno, muzeum zamyka podwoje. Przed odjazdem miły pracownik muzeum, który prowadził za mnie negocjacje z Budgetem mówi, że możemy spędzić ten czas w pokoju u stróża. Rzeczywiście jest coraz zimniej. Zostawia mi też swój parasol, To takie miłe z jego strony. Zawieramy nową znajomość - pan ma na imię Jusef.
Staje się ciemno. Ulewa wchodzi chyba w fazę krytyczną. Teraz to już deszcz jest nam straszny. Pod parasolem Jusefa biegnę na rekonesans do pokoju stróża. Niestety prowadzą do niego dziesiątki schodów. Pomysł odpoczynku w tym miejscu upada ze względu na niepełnosprawność i osłabienie męża - zamęczyłby się schodzeniem. Tłumaczę stróżowi w czym rzecz (bardziej na migi, bo po angielsku nam trudno idzie) i wracam do samochodu. Mimo że założyliśmy na siebie wszystko, co mieliśmy w bagażniku, zaczyna być naprawdę zimno. Załamujemy się kompletnie dwie godziny później po kolejnym telefonie z Budgetu - ktoś dzwoni, by zapytać nas o adres. Okazało się, że nie wyjechał nawet jeszcze z wypożyczalni w Bejrucie! Nie jesteśmy przygotowani do spędzenia tej listopadowej nocy w libańskich górach. Ale dzielnie spoglądamy czającej się na nas przyszłości prosto w oczy. Bo niby co nam zostało?
No i tu przyszedł właśnie moment, gdy mogę wygłosić pod adresem Libańczyków najprawdziwszy hymn pochwalny. Okazało się, że w czasie tego naszego spoglądania w czarno rysującą się przyszłość stróż zadzwonił do Jusefa, a ten wrócił do nas ... z żoną i małą córeczką - w swoim wolnym czasie po pracy, w strumieniach ulewnego, zimnego deszczu, gdy pogoda jest z gatunku takich, że psa by z domu nie wygonił! Nie mam po prostu słów, by opisać jakiej opieki i troski doświadczyliśmy ze strony tych ludzi. Stróż podzielił się z nami swoim posiłkiem, obdarowując nas mandarynkami i ciasteczkami maślanymi, a Jusef z Sofią zaprosili do swojego domu, żebyśmy mogli ogrzać się i odpocząć.
Odmówiliśmy z przykrością, ale nie chcieliśmy się w swojej naiwności, rozminąć z wysłannikami Budgetu. Sofia z właściwą sobie słodyczą zaproponowała wszystko, o czym wówczas marzyliśmy - ciepłe koce, ubrania, ale zdaje mi się, że najbardziej rozgrzało nas jej wielkie, dobre serce. W końcu pojechała dla nas do sklepu w najbliższej miejscowości i przywiozła napoje i świeże wypieki prosto z piekarni, jeszcze nawet cieplutkie:). A Jusef w tym czasie w strugach deszczu i z telefonem przy uchu znów denerwował się na kogoś z wypożyczalni Budget... W życiu nie zaznałam tyle dobroci od zupełnie nieznajomych ludzi.
I nagle w naszej sprawie stał się przełom. Pracownik wypożyczalni (który dalej jeszcze nie opuścił Bejrutu!) przyznał jednak, że nasza Kia ma problem z akumulatorem! Jusef zadymił aż z gniewu:
- Wiedzieli o tym, gdy dawali wam to auto! No i cóż ja mogę napisać o tym Budgecie?
Stróż uruchamia swój samochód, jedzie gdzieś po kable. I staje się cud... Odpala naszą Kię!!! Nigdy nie myślałam, że dźwięk silnika może być taką cudowną muzyką dla uszu...
Żegnamy naszych niezwykłych opiekunów. Jusef umówił nas z kierowcą z Budgetu na spotkanie w pół drogi - na stacji benzynowej już przy nadmorskiej autostradzie. Dostajemy ostatnie wskazówki dojazdu i Jusefowy numer telefonu - tak na wszelki wypadek. Nie umiemy podziękować w sposób, który oddałby nasza wdzięczność za to, co otrzymaliśmy od tych ludzi.
I tam okazało się, jak mimo wszystko, niezwykle pozytywnie postrzegamy naszą ostatnią “przygodę”. To był czas, gdy mogliśmy doświadczyć na własnej skórze, jacy są naprawdę ludzie, mieszkający w Libanie. Szansa na takie spotkanie z drugim człowiekiem, jakie już dzisiaj właściwie się nie zdarza...
Dziękujemy❤
Może kiedyś życie da sposobność, żeby jakoś spłacić dług ...
Cytat na dobranoc? Proszę bardzo...
“Wracać wieczorem do domu z wdzięcznością;
I zasypiać z modlitwą za ukochaną osobę w sercu swoim i z pieśnią chwalby na ustach.”
Gibran Khalil “Prorok”
* Nota na temat Gibrana Khalila znajduje się w aneksie: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/03/aneks.html
P.s. Poprzedni wpis na temat Libanu można znaleźć pod linkiem: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/02/liban-w-hodzie-dla-charbela-wkrotce.html
Aneks:
Następnego dnia również nie dotarliśmy do Lasu Bożych Cedrów, bo.. znów odbiliśmy wcześniej z głównej drogi. Ale dzięki temu spędziliśmy przepiękne chwile w Jrabta (Żrabta) - zespół klasztorny św. Józefa Al-Dahrz XIX wieku – Sanktuarium Świętej Rafki oraz w Kfifane – klasztor z grobami św. Nimatullaha al-Hardiniego, który był wychowawcą i nauczycielem św. Szarbela i bł. Stefana Nehmé – mnicha nazwanego „młodszym bratem Charbela (zgodnie z tytułem książki autorstwa Patrizii Cattaneo).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz