środa, 28 października 2020

JAK MAM U LICHA TO ZROBIĆ?

Moje samopoczucie przestało się sprzęgać z pogodą. Jest pięknie, złota polska jesień w pełnym rozkwicie, za oknem w pracy co rusz pojawiają się Tatry. A ja jestem zestresowana, zalękniona i mam poczucie wszechogarniającego chaosu.

Myślałam, że od początku tygodnia zasiądę do nauki posługiwania się programem do nauczania zdalnego, ale... ani nie mam, gdzie tego robić, ani nie mam przy czym. Mój komputer w szkole nawet nie obsługuje nowej wersji Worda, nie ma więc mowy, by na nim zainstalować Teamsa. Dodatkowo wczoraj i przedwczoraj rano pojawił się tam również problem z obsługą Librusa, w którym prowadzimy nasze dzienniki elektroniczne. No i jeszcze dodam, że niestety końcem tygodnia ten stary sprzęt zepsuł się już nieodwołalnie - wyłącza się, kiedy chce i na ile chce, najczęściej zaś na początku każdej bardzo ważnej pracy. Ręce mi opadają do samej ziemi. Pani dyrektor wprawdzie obiecała, że dostaniemy jakieś nowsze komputery, gdy szkolny informatyk zdemontuje naszą dodatkową pracownię komputerową, ale właściwie to nie wiadomo, kiedy to ma być.

 Na szczęście w kalendarzu elektronicznym pojawiło się wczoraj ogłoszenie, że dziś po południu odbędzie się szkolenie pod hasłem “Librus i Teams”. Humor mi się poprawił, no wreszcie stanę się profesjonalnym nauczycielem zdalnym. Do tej pory niestety nie pomogło mi ani to, że dyrekcja przysłała kilka wiadomości z instrukcjami obsługi (i nieczytelnymi zupełnie screenami), ani to, że próbowałyśmy z Beatą je rozkminić na przyniesionym z domu laptopie (z prywatnym internetem) szkolnej psycholożki. No ale wreszcie dowiem się wszystkiego po południu...

A tymczasem rano...

dostaję do wyboru: albo przeprowadzę samodzielnie zajęcia online w Teamsie z J., albo pójdę na zastępstwo do klasy trzeciej, gdzie należy również obsłużyć lekcję zdalną, prowadzoną w szkole przez nauczyciela, pracującego z domu! Załamuję się nerwowo.

Gdy opowiadam o tym później naszej szkolnej psycholożce, to spotykam się z pełnym zrozumieniem.

- Wiem o czym mówisz - słyszę od Marty. - Ja zareagowałąm w taki sposób już podczas weekendu.

Gdyby nie Beata, to najprawdopodobniej byłabym już dziś bezrobotnym nauczycielem zwolnionym dyscyplinarnie. Przyszła mi bowiem do głowy trudna do odpędzenia myśl, żeby wyjść ze szkoły, zatrząsnąć za sobą drzwi i nigdy nie wracać...

Tymczasem na przerwie w jednej z pracowni polonistycznych Beata łączy mnie w Teamsach z J., zanim biegiem pogna na zastępstwo do trzeciej klasy. Nie mogę powiedzieć, żeby same zajęcia online sprawiły mi duży kłopot. Z wyjątkiem tego, że jestem rozpikselowana, komputer się cyklicznie zawiesza, a dziecko mnie co rusz nie słyszy, to reszta przebiega w porządku.

Widziałam już, jak Beata robi taką lekcję z J. w zeszłym tygodniu, tyle, że myślałam, iż teraz będę mogła to przećwiczyć pod jej okiem. Nie spodziewałam się, że zostanę z tym zupełnie sama. Zwłaszcza, że to wymagające zajęcia, prowadzone w obecności mamy i taty dziecka, więc naprawdę głupio bym się czuła po zbłaźnieniu się brakiem umiejętności obsługi programu do zdalnego nauczania, gdy już je prowadzę. No ale cóż, widać ostatnio szkoła ma dla nas wyzwania przekraczające nasze możliwości adaptacyjne. I sprzętowe również. 

Tuż przed Dniem Nauczyciela Beata przysłała mi mema, w którym przeczytałam, że “konferencje online są jak seanse spirytystyczne:

- Grażyna jesteś tam?

- Powiedz coś, jeśli nas słyszysz.

- Jest tam ktoś z tobą?

- Nie widzimy cię. Słyszysz nas?” (https://joemonster.org/mg/show/257355)

Niestety nasz szkolny sprzęt nie rokuje, by na nauczaniu zdalnym mogło być zgoła inaczej.

Ledwie kończę swoje zajęcia online, a już w klasie melduje się polonistka, która musi przeprowadzić tam lekcje dla uczniów starszych klas, pozostających w domach. Nie mam możliwości, by spokojnie przećwiczyć obsługę programu i sprawne posługiwanie się procedurami wymaganymi do rozliczenia się z nauczania zdalnego. Jedyna nadzieja w popołudniowym szkoleniu.

Niestety i to nie spełnia moich oczekiwań. Instrukcje pani dyrektor dotyczą pracy nauczycieli przedmiotowych, zajęć specjalistycznych nie da się zaplanować według podanych procedur. Na koniec dwugodzinnego prawie szkolenia pojawia się ledwie kilka zdań dla osób, które pracują w taki sposób jak ja. Po całym dniu pełnym stresu (od 9.00 do 18.00 z 40 minutową przerwą na przemieszczenie się w godzinach szczytu między sąsiadującymi miastami) mam wszystkiego szczerze dosyć. Dociera wreszcie do mnie, że jedynym wyjściem z sytuacji jest praca własna po godzinach w szkole i mozolne przebijanie się przez tajniki nowego programu. Innego wyjścia po prostu nie ma.

I nie jest to optymistyczna wizja przyszłości. Ale ostatnio nic jakoś optymizmem za bardzo nie napawa. Ogólna sytuacja w Polsce nie jest dużo lepsza niż nasza szkolna. Prawie każdego dnia bijemy rekord za rekordem w liczbach osób zarażonych (dziś mamy 18820 takich ludzi), a śmiertelność zwiększa się wprost proporcjonalnie do uszczuplających się coraz bardziej zasobów sprzętu i kadry medycznej. W internecie czytam opinię lekarza na ten temat:

Dawid Ciemięga odniósł (się) do sytuacji nauczycieli i uczniów oraz rzeczywistości w szpitalach, gdzie ratuje się nie tylko chorych na koronawirusa. W mocnych słowach skomentował obecny stan pandemiczny w Polsce: "najsłabsi i pechowcy nie dożyją wiosny".” (https://kobieta.wp.pl/mocne-slowa-lekarza-dawida-ciemiegi-najslabsi-i-pechowcy-nie-dozyja-wiosny-6565226742770304a)

Czy to aby nie o mnie? Przecież w naszej szkole już są zarażeni nauczyciele, premier spóźnił się co najmniej o dwa tygodnie z wysłaniem starszych uczniów na nauczanie zdalne. Było pewne po wykryciu u nich koronawirusa, że my też będziemy chorzy. Dostaliśmy dużo czasu, byśmy się pozarażali w naszej szkole od chorych dzieci.

I stało się. Najpierw w czasie weekendu dowiaduję się o pozytywnym wyniku testu u jednej z koleżanek, która podobno pełniła dyżur na korytarzu, gdzie uczniowie byli zarażeni. Oczywiście wszystko znów idzie pocztą pantoflową, bo z jakiegoś powodu robi się z tego kolejną tajemnicę. A to niestety uczciwe nie jest na przykład w stosunku do mnie i Beaty - zarażona osoba była w naszym gabinecie jeszcze początkiem zeszłego tygodnia - na dobrą sprawę powinnyśmy więc być teraz wraz z drugą pedagożką na kwarantannie. Ale niby kto ma nas na nią wysłać, jeśli choroba koleżanki jest utajniona?

Wczoraj dostajemy kolejną wiadomość - pozytywny wynik testu u kolegi, który miał zastępstwo w klasie zarażonych uczniów. Nie powiem, tym razem jest bardzo uczciwie - chory nauczyciel sam dzwoni z informacjami do współpracowników, z którymi miał kontakt przed zachorowaniem. Ostrzeżone osoby mogą przynajmniej we własnym zakresie podejmować jakieś środki zabezpieczające innych, bo chyba na reakcję sanepidu to już nikt nie liczy. Można tylko podziękować choremu koledze za uczciwość i odpowiedzialność.

Co do reszty grona pedagogicznego, to niestety nic nie wiadomo. Jak reszta Polaków, nikt z nas nie ma szans na żadne testy bez posiadania czterech objawów: temperatury ciała powyżej 38 stopni C, kaszlu i duszności oraz utraty węchu lub smaku. To obowiązujące przepisy z wrześniowego rozporządzenia nowego ministra zdrowia.

Tymczasem, jak napisali do niego lekarze z “Porozumienia Zielonogórskiego”,: “cztery i więcej objawów COVID-19 ma tylko ok. 15 proc. zakażonych pacjentów, przy czym to nie muszą być wcale wyżej wymienione objawy. Zgodnie z tymi informacjami tylko 3-4 proc. zakażonych osób ma objawy wymienione razem w Pana rozporządzeniu” (https://www.onet.pl/informacje/onetwarszawa/koronawirus-rodzice-nie-mieli-problemu-z-tym-ze-ich-dzieci-moga-sie-zarazic-na/h8j1vsf,79cfc278)

W związku z takimi przepisami internet zapełnia się ostatnio dramatycznymi historiami osób, które nie mają możliwości, by się przebadać. Nie otrzymują oni żadnej pomocy, co jest najprostszą drogą do zarażania innych, nierozpoczynania w porę leczenia, a nawet do śmierci. To niestety ci, których Dawid Ciemięga nazwał w swej wypowiedzi pechowcami.

Nie chcę podzielić ich losu. Chcę zobaczyć na wiosnę, jak w moim ogródku rozkwitają kwiaty z cebulek włożonych w zeszłym miesiącu do ziemi. Chcę móc w przyszłym roku opiekować się mężem po czekającej go trudnej operacji. Chcę cieszyć się znowu bliskością swoich dzieci, być przydatna ich przyszłym rodzinom. Chcę doświadczyć życia w czasach, gdy ludzie przestaną rzucać się sobie do gardeł.

I naprawdę nie wiem, jak mam u licha to zrobić...

poniedziałek, 26 października 2020

WYKLIKANE PRZED DRUGĄ ZMIANĄ

W tym roku szkolnym początkiem tygodnia pracuję na “drugiej zmianie”. Mogę więc coś jeszcze wyklikać zanim zacznę dzisiejszą “dniówkę” w szkole. Właściwie nic się w czasie weekendu nie działo, ale głowie naładowanej wizjami pełnymi lęku i niepewności może cokolwiek ulży podczas takiego pisania.

Od zeszłego weekendu już nie leje, czasem tylko trochę pokropi, ale mimo że i słonko potrafi się na niebo przebić, to czuje się, że ten październik właściwie ostatnio jest omal listopadowy. Czerwienie, którymi się do niedawna tak zachwycałam, w dużej mierze zdążyły zbrązowieć - nie to, że mi się nie podoba, po prostu zrobiło się bardziej nostalgicznie.

W weekend postanawiam zbliżyć się do tego nieco nostalgicznego świata, oglądanego przez cały tydzień właściwie tylko zza szyb - albo salonu, albo samochodu.

Wkrótce potem piszę do Beaty:

dziś przemogłam się i poszłam na swój pierwszy spacer nad rzekę bez Luny

Wróciłam z płaczem na końcu nosa

Nie potrafię spacerować bez niej:(

Tyle z tego tylko dobrego, że przyniosłam Lunie na grobek pod magnolią trochę kwiatów znad rzeki, które tak dobrze znała - liliowe krzaczaste astry, żółte nawłocie (ostały się jeszcze pojedyncze wiechy), białe krwawniki. Ale nie mam ochoty więcej tam spacerować. Wygląda na to, że okres spacerów nad rzekę się dla mnie zakończył. Jeszcze nie wiem, czy będę mogła kiedyś do tego wrócić...

W weekend również odwiedzam inny grób, próbując już go przygotować na Wszystkich Świętych. Kupuję piękne chryzantemy - niech Bartek przynajmniej cieszy się ich widokiem z nieba, nawet wówczas, gdy jednak rząd zdecyduje się ponownie zamknąć nas w domu z powodu pandemii i powstrzymać od odwiedzania cmentarzy w Święto Zmarłych, o czym się często mówi. Już mnie chyba nic nie zdziwi.

Na razie rząd pozamykał seniorów po 70 roku życia - wiadomo, oni nie wyjdą na ulicę protestować. Straszne mi się wydaje takie ubezwłasnowolnienie dorosłych, dojrzałych w życiowej mądrości osób i uwięzienie ich w czterech ścianach, często bez jakiejkolwiek obecności innych ludzi. Mam niestety wrażenie, że jeśli nie zabije ich w tym układzie koronawirus, to na pewno zrobi to depresja, na którą z racji wieku i tak są szczególnie narażeni.

Ale kogo to teraz obchodzi? Jak czytam komentarze pod artykułami o seniorach, to włos mi się po prostu jeży na głowie. Ci ludzie są teraz obarczani złością i nienawiścią nawet za te posunięcia rządu, na które kompletnie nie mieli wpływu (np. znów wróciło do sklepów uprawnienie dla osób po 60 roku życia do zrobienia zakupów w wyznaczonych godzinach, mimo że to się nie sprawdziło na wiosnę). Co na to młodsze pokolenie? W artykule pt “Młodzi kontra starzy, czyli konflikt pokoleń w cieniu pandemii” na WP autor cytuje słowa niejakiej Basi, piszącej w obronie interesów matki, “która siedzi z małymi dziećmi w domu”, być może chodzi o nią samą: “Chyba za bardzo pieścimy się ze starszymi osobami. Może warto wziąć przykład ze Szwecji? Tam stwierdzono, że koronawirus pomoże w naturalnej selekcji i przeżyją tylko najsilniejsi". (https://kobieta.wp.pl/mlodzi-kontra-starzy-czyli-konflikt-pokolen-w-cieniu-pandemii-6567763425585920a)

Takich głosów jest niestety coraz więcej - bezwględnych, brutalnych i nieludzkich. Tak to jest, gdy wmawia się ludziom, że samo urodzenie dzieci w nieodległej perspektywie czasowej jest wartością, która stawia rodziców ponad wszystkimi innymi, zwłaszcza tymi, którzy teraz są słabsi i czasem potrzebują pomocy. To że starsi przez całe swoje życie pracowali, by ci młodzi żyli teraz w lepszych warunkach niż ich rodzice, czy dziadkowie, odprowadzając przy tym niemałą część zarobków na swoje emerytury, to nic nie znaczy. Najlepiej byłoby teraz zabrać to, co odłożyli na starość, po to, by innym młodość upływała wygodniej i bogaciej. Coraz częściej czytam, że starzy powinni wymrzeć, żeby młodym było lepiej. Przerażasz mnie współczesny świecie.

Ale może to nie wina czasów, w których żyjemy, a sposobu sprawowania władzy, dla której rzymska maksyma “dziel i rządź” (divide et impera), stała się chyba zasadą naczelną. Wydaje się, że decydenci opanowali tę sztukę po mistrzowsku. Naszczuli już rodziców na nauczycieli, pacjentów poróżnili z lekarzami, teraz kłócą starszych z młodymi, a w weekend, jak się wydaje, rozpoczyna się również konflikt między osobami wierzącymi oraz tymi, którzy są przeciwnikami kościoła. To już naprawdę przerażający świat. Nie o taki walczyłam w swojej młodości, gdy sprzeciwiałam się władzy pod hasłem głoszącym szeroko rozumianą solidarność. Nie chcę, żeby zaprzepaszczono teraz to, co moje pokolenie wniosło w życie, starając się, by świat był lepszy.

Dobrze choć, że właśnie zaświeciło słońce, które przedarło się przez poranne mgły. Zrobiło się tak ślicznie, jakby październik przypomniał sobie wreszcie, że jest jednym z najpiękniejszych miesięcy w roku i że oczekuje się od niego przyniesienia z sobą tej “złotej jesieni”, za którą od dawna wzdychamy. 

I teraz, dzisiejszego ranka, można by mu przyznać złoty medal za to, że spełnił nasze oczekiwania nawet ponad miarę. Świat od razu zrobił się lepszy, choć niestety nie przez nas ludzi.

Będę dziś podążać za tym pięknem, choćby nie wiem co. Najpierw w drodze do szkoły, potem mierząc się z nauczaniem zdalnym i z samą sobą. Tak bardzo potrzebuję teraz choć odrobiny normalnego świata - w weekend znów przez całą noc przed czymś uciekałam w snach...

chciałam, żeby wprowadzono to zdalne, bo nie sposób było pracować w takich warunkach, jakie mieliśmy, ale jednocześnie mam świadomość, że nie umiem tego robić i bardzo się boję. Nauczysz mnie wszystkiego?- piszę z prośbą do Beaty w weekendowy poranek.

Nie muszę się martwić o odpowiedź. Wiem, że z pomocą koleżanek i kolegów jakoś sobie poradzę. Dzięki solidarności pokoleń. Dzięki zwyczajnej życzliwości zwyczajnych nauczycieli.

Już czas na mnie. Wyruszam do szkoły. W piękny dzień pełen trudnych wyzwań. W ten kawałek bliskiego mi świata,  który nie jest tak przerażający, jak cała reszta. Żyją tu wciąż dobrzy ludzie - z nimi dam radę...

 

piątek, 23 października 2020

POLE MINOWE

Ostatni tydzień w szkole przypominał poruszanie się po polu minowym, Tyle, że bez żadnego saperskiego oprzyrządowania.

Przedwczoraj otrzymaliśmy informację, że kolejny uczeń ma pozytywny wynik testu. Ta sama klasa, co poprzednio - współczuję, bo pewnie wszyscy tam są już nieźle przestraszeni. Sanepid wyraził zgodę na nauczanie zdalne tej grupy uczniów. Gdyby podjął inną decyzję, to, jak sądzę, i tak w tej sytuacji nikt z nich by się nie pojawił w szkole.

My nauczyciele, zdaniem sanepidu, jak zwykle mamy chodzić do pracy, obserwować się i mierzyć temperaturę. Raczej to pomaga mniej więcej tak, jak umarłemu kadzidło. Koleżanki i koledzy z pracy nie wytrzymują tego ani fizycznie, ani psychicznie - choroby dopadają jednego po drugim. Ja teraz też nie czuję się najlepiej, w moich oczach zaczyna wykluwać się jakiś stan zapalny, ale jak tu się w obecnych czasach dostać do okulisty?!

Ze swoimi czerwonymi oczami melduję się więc posłusznie na stanowisku pracy - w przeciwieństwie do wielu innych nauczycieli. Tego dnia ponad dwudziestu z nich korzysta ze zwolnienia lekarskiego. Praca w szkole staje się bliska sparaliżowania.

Nowa pani dyrektor bardzo to przeżywa.

- No i jak my jako szkoła wyglądamy w takiej sytuacji? Dzieci na kwarantannie dostały piękny plan zdalnego nauczania. No i co z tego? Na dzisiaj okazuje się, że z tego planu możemy im zaoferować jedynie muzykę.

No cóż, nasi uczniowie i ich rodzice chyba muszą zrozumieć to, co nawet nowy minister zdrowia wreszcie pojął. Nagle i nieoczekiwanie, po tygodniach kłamstw w żywe oczy i opowiadania o tym, jak bardzo sprawdza się nauczanie stacjonarne, oświadczył wczoraj, że szkoły są rozsadnikiem epidemii! (https://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/1494219,niedzielski-szkola-koronawirus-w-polsce.html)

A ja dodam tylko, że również wszelkich innych chorób.

Gdy wczoraj sprawdziłam w dzienniku elektronicznym panel zastępstw, to stwierdziłam, że uczniom na nauczaniu zdalnym nie możemy już nawet zaproponować lekcji muzyki. Nauczycielka tego przedmiotu też się rozchorowała.

Ale jak mamy się cieszyć zdrowiem, gdy rodzice naszych uczniów są odporni na wszelkie prośby o pozostawianie przeziębionych, kaszlących, smarkających dzieci w domu? Wczoraj koleżanka dzwoniła nawet do jednej mamy w tej sprawie - jej syn chciał nam prawie płuca wypluć w szkole. Wieczorem dostałam od pedagożki wspomagajacej sms-a, że dziś chłopca na lekcjach na pewno nie będzie.

Czy muszę pisać, że od rana miałyśmy z nim zajęcia - najpierw Beata na terapii, potem ja na zastępstwie? Bo przecież on chory nie jest - oznajmił nam głosem zmienionym nie do poznania z powodu kompletnie zatkanego nosa. Nie poprosiłyśmy dziś tego ucznia o zdjęcie maseczki, modląc się w duchu, by zdołała zatrzymać choć te zarazki, które i nas wysłałyby na zwolnienie lekarskie w trybie natychmiastowym. Już nie mamy siły przeciwstawiać się takim sytuacjom, może lepiej przynajmniej próbować się chronić?

Przeczytałam ostatnio fajny wpis na blogu Moi - mili. pl pt. “Jak wypchnąć chore dziecko do przedszkola. Poradnik rodzica” i zaskoczona stwierdziłam, że wszystkie te sztuczki są stosowane również przez lata w szkole.

(https://moi-mili.pl/jak-wypchnac-chore-dziecko-do-przedszkola-poradnik-rodzica/)

I wciąż nie nauczyliśmy się przed tym bronić. A gdy trzeba na froncie walki z koronawirusem podejmować jeszcze obronę przed zagrożeniem ze strony wszelkich innych chorób, to właściwie porażka jest pewna. No i niestety jako nauczyciele polegliśmy właśnie na całej linii.

Dziś wychowawczyni klasy szóstej oznajmiła mi, że jej uczniowie mają tylko dwie lekcje, na dodatek to same zastępstwa. Jako że w całej szkole było podobnie, jasne stało się, że utrzymanie nauczania w dotychczasowej formie nie jest możliwe. Z tego co wiemy, we wszystkich podstawówkach w naszej okolicy jest teraz mniej więcej tak samo.

Tak więc na dzisiejszej konferencji, już po moim wyjściu ze szkoły, premier był wreszcie zmuszony zakomunikować, że również klasy IV - VIII ze szkół podstawowych od przyszłego tygodnia będą miały nauczanie zdalne. W przypadku młodszych uczniów nic się nie zmieni - tam, gdzie w grę wchodzi wypłacanie zasiłków opiekuńczych żadne zmiany nie wchodzą w grę. Nawet, gdy cała Polska zostaje ogłoszona czerwoną strefą, a liczba zakażeń dochodzi do 13632.

Ale i tak dzisiejsza decyzja premiera otwarła dla nas perspektywę znacznej poprawy bezpieczeństwa. Gdy w naszej szkole pozostaną tylko klasy I - III, to znacząco rozładuje się zatłoczenie, jakiego w niej do tej pory doświadczaliśmy. Mniej osób w budynku to również mniej źródeł potencjalnego zarażenia i możliwość lepszego zadbania o bezpieczne funkcjonowanie pozostałych. Do tego mniej strachu.

I choć nauczanie zdalne będzie naprawdę kłopotliwe, zwłaszcza dla takiej osoby jak ja - bez doświadczenia w tym względzie, to jednak odetchnęłam z ulgą. To trochę tak, jakby ktoś rozbroił znaczną część min na naszym poletku. Czy mimo czekających mnie trudności i obaw przed taką przyszłością, mogłabym się z tego nie cieszyć? 

piątek, 16 października 2020

NIE JESTEŚMY NIEŚMIERTELNI

Kiedy w Dzień Nauczyciela jechałam rano do pracy, to w radiu rozbrzmiewały słowa ministra zdrowia z poprzedniej ekipy rządzącej.

- Jesteśmy na wojnie z wirusem, - stwierdził Bartosz Arłukowicz - Polacy zostali wysłani na tę wojnę bez żadnego uzbrojenia.

Byłam trochę zaskoczona - wydawało mi się, że w aucie mam nastawioną rozgłośnię, która puszcza dużo muzyki, a mało politykuje. No ale, jak widać, teraz już nikt nie potrafi się powstrzymać od politycznych komentarzy.

Tegoroczny Dzień Nauczyciela był dniem takim sobie. Począwszy od pogody, a skończywszy na humorach, właściwie nic nie dopisywało. Powinniśmy niby świętować, ale trudno to było zrobić przy tym poziomie frustracji, który przeżywamy. Poza tym właściwie jak można cieszyć się swoim świętem, będąc w pracy, która może nas zabić? Już przez parę dni poprzedzających Dzień Nauczyciela mieliśmy w Polsce status żółtej strefy, a to oznacza podwyższony poziom ryzyka, nie mówiąc nawet o tym, jak bardzo podwyższa je przebywanie bez żadnych środków ochrony wśród kilkuset uczniów, z których każdy może być zarażający.

Tego dnia jednak jeszcze wydawaliśmy się pozornie pogodzeni z losem, choć podskórnie czuło się narastający sprzeciw wobec decyzji, prowadzących nas na rzeź. Nasza szkoła zarządziła zajęcia opiekuńcze dla wszystkich klas i uczniów, jedynie od uczenia byliśmy zwolnieni i to z mocy prawa. O tym, że mógłby to być dzień w ogóle wolny od pracy, dający nam możliwość wytchnienia od codziennej wojny z wirusem i chwilowe bezpieczeństwo, nikt z decydentów nawet nie pomyślał.

Przecież ktoś musi się opiekować dziećmi zapracowanych rodziców, którzy przez kilka ostatnich dni znów wyrażali swoje niezadowolenie ze sposobu wykonywania przez nas nauczycielskiej profesji. W internecie publikowano ich kuriozalne wypowiedzi, grożące nam karaniem za to, że przez ostatnie miesiące nie robiliśmy nic, czyli pracowaliśmy zdalnie. No i dlatego w tym roku niektórzy z tych rodziców postanowili na przykład w Dniu Nauczyciela za karę... nie kupić dla nas symbolicznego kwiatka... Pewnie bym się nawet z tego uśmiała, gdyby okoliczności były inne.

Jestem pedagogiem szkolnym, pracuję indywidualnie z uczniami lub w małych grupkach. I naprawdę trudno mi znaleźć w pamięci taki fakt, że ktoś z moich podopiecznych przypomniał sobie o tym w Dniu Nauczyciela (tak, dotyczy to także Dnia Kobiet, czy zakończenia roku szkolnego). I nie, nie darłam nigdy szat z tego powodu, że ominęły mnie jakiekolwiek słowa podziękowania, o innych dowodach wdzięczności zaś nawet nie pomyślałam.

Jedynym odstępstwem od tej reguły były te lata, gdy miałam wychowawstwo. I nie dlatego to wspominam ciepło, że dostałam wtedy kwiatek czy czekoladki. Przedstawiciele naszego zawodu są tak niedoceniani w swojej pracy, że potrafią przechowywać latami w pamięci słowa, które nadają sens temu, co robią. Dowód? Proszę bardzo - po dwóch latach wciąż cieszę się karteczką, którą dostałam na Dzień Nauczyciela od swojej ostatniej klasy... Przechowuję ją, traktując jak cenną pamiątkę i nie rozpaczając przy tym nad uschnięciem wrzosu, do którego była przyczepiona. To nie on był tego dnia ważny, by nie powiedzieć wzruszający...

Za każdym razem, gdy spojrzałam na słowa na karteczce (zajmującej dotąd w moim salonie zaszczytne miejsce obok fotografii synów), to przywoływałam wspomnienia uczniów i rodziców, z którymi spędziłam w bliskich relacjach półtora roku w szkole. Na pewno myślę o tych ludziach zdecydowanie częściej niż oni o mnie. Może też zdecydowanie cieplej...

W Dniu Nauczyciela czytam także list, który został wystosowany przez środowiska nauczycielskie do premiera.

Stanowczo domagamy się zaprzestania antagonizowania środowisk nauczycieli i rodziców i grania na polaryzację społeczeństwa” postulują autorzy dokumentu. (https://oko.press/list-do-premiera-w-dzien-nauczyciela-ministerstwo-nas-zawiodlo-czas-na-alarm-w-edukacji/)

Czy jest to jeszcze możliwe do zrobienia? Czy wciąż mamy szansę wychowywać wspólnie młode pokolenie, które jest/powinno być troską dla nas wszystkich? Szczerze mówiąc, nie wiem... Sprawy zaszły już tak daleko... Ten internetowy hejt w ostatnich latach zranił nas bardziej niż jesteśmy to skłonni przyznać.

Cóż jeszcze postuluje się w liście do premiera?

Domagamy się realizacji gwarantowanego Konstytucją prawa do bezpiecznych warunków pracy dla wszystkich pracowników oświaty oraz zapewnienia bezpieczeństwa dzieciom i młodzieży. Obecnie klasy szkolne są jedynymi miejscami wyjętymi spod reżimu sanitarnego ustalonego dla tzw. strefy żółtej. Domagamy się zatem stosowania w szkołach tych samych reguł bezpieczeństwa, które chronią obywateli na obszarze całego kraju.

O tym, co z tym postulatem zrobi premier, dowiemy się już następnego dnia, gdy nasz powiat, zostanie ogłoszony strefą czerwoną o najwyższym stopniu zagrożenia. 

Natychmiast, gdy dochodzi do nas wiadomość o planowanej zmianie kolorystycznej powiatowego statusu, to w szkole ruszają pełną parą ostatnie przygotowania do prowadzenia nauczania zdalnego. Wydaje się ono na ten moment najbezpieczniejszym rozwiązaniem. Domagają się go również uczniowie, którzy już w zeszły weekend zaczęli organizować protest uczniowski w szkołach średnich, argumentując to strachem, jakiego teraz doświadczają w szkolnych murach (https://wiadomosci.radiozet.pl/Koronawirus/Protest-uczniowski.-Czy-szkoly-zostana-zamkniete-My-naprawde-sie-boimy)

Jedno z haseł, pod którymi odbywa się akcja protestacyjna i pod którym się podpisuję, solidaryzując z młodzieżą, brzmi: “Nie jesteśmy nieśmiertelni” (https://kobieta.onet.pl/dziecko/starsze-dziecko/uczen/koronawirus-w-polsce-protest-uczniowski-na-czym-polega/5lccspr)

*

Tego dnia zostaję po lekcjach, żeby skorzystać z pomocy koleżanek i kolegów, którzy założyli mi konto na platformie, umożliwiającej nauczanie zdalne. W końcu nie było mnie w szkole przez ostatnie miesiące i nie zdobyłam żadnego doświadczenia w tym względzie. Muszę korzystać z pomocy koleżeńskiej, bo nikt z władz nie myśli o tym, że powinno się nas wyposażyć formalnie w nowe umiejętności. I cóż z tego, że w liście do premiera pojawiła się również wzmianka o tym fakcie:

wskutek zaniechania, za które odpowiada minister Piontkowski, system nie jest gotowy do podjęcia nauki na odległość. Nie poczyniono koniecznych nakładów finansowych, nauczyciele nie zostali przeszkoleni i nie mają odpowiedniego sprzętu do pracy zdalnej. Uczniowie i uczennice nie mają zapewnionego równego dostępu do takiej formy edukacji”. Premier ma to gdzieś. Sprawa naszego przygotowania do realizacji nowych zadań kompletnie go nie interesuje.

Zresztą na popołudniowej konferencji zapowiada wprowadzenie po weekendzie nauczania zdalnego w czerwonych strefach...  jedynie na poziomie szkolnictwa wyższego (to już się działo i bez ingerencji premiera na wielu uczelniach, np na mojej) i średniego (być może to akurat jest sukcesem protestu uczniów). W podstawówkach, takich jak moja, nie zmieni się nic!

My musimy wracać na wojnę, gdzie nawet nie daje nam się szansy, byśmy mogli znaleźć osłonę w jakichkolwiek okopach. W sklepach, punktach usługowych sprzedawcy mają możliwość schronić się przynajmniej za szybą z pleksi, w urzędach, bibliotekach petenci przyjmowani są na zaimprowizowanym stanowisku w holu lub na korytarzu, wiele instytucji obsługuje swoich klientów jedynie korespondencyjnie, ale my nauczyciele nie jesteśmy warci tego, by ktokolwiek o nas pomyślał. My wędrujemy z uczniami zatłoczonymi korytarzami, stoimy na dyżurach, gdzie zachowanie dystansu społecznego między nami a dziećmi jest niewykonalne, spędzamy całe lekcje w jednym pomieszczeniu z podopiecznymi, którzy mimo naszych próśb trafiają do szkoły nieleczeni bądź niedoleczeni.

Tego dnia przed konferencją premiera skarżę się koleżance, która użytkuje ten sam gabinet co ja:

Właśnie mam zajęcia z (...). Okichał już nasz gabinet, zaczynam mieć schizy

Ale może zanim ktoś doszuka się w tym paranoi, to zechce posłuchać, co to dziecko opowiadało, nawet nie pytane, o stanie zdrowia swoim i swojej rodziny:

miał kaszel, gorączkę i wszelkie inne możliwe objawy, teraz w domu choruje jego brat, tak bardzo kaszle, że mama ma mu zrobić dziś bańki

Jak długo można przyjmować takie wiadomości z kamiennym spokojem? Jak długo można to wytrzymać bez zszargania nerwów do cna? Jak długo można...

Tego dnia nie wytrzymuję i końcem lekcji mówię kichającemu dziecku, żeby jednak założyło maseczkę. Pewnie tym samym bardzo się narażam rodzicom, którzy go nie wyleczyli do końca. 

Ale nawet nie o to chodzi. Sama się z z tym nie czuję komfortowo. Dzieciak jest naprawdę fajny i to nie jego wina, że trafił w takim stanie do szkoły. Sprawy nie poprawia fakt, że sama też siedzę w maseczce i to przez całe zajęcia. Na dodatek wietrzę pomieszczenie non-stop, mimo że naprawdę jest zimno. Choć może to i lepiej - gdybyśmy mieli taki upał, jak jeszcze miesiąc temu, to prowadzenie lekcji w maseczkach w naszych zalanych słońcem gabinetach byłoby mordęgą . A tak to jakoś udaje nam się dotrwać do końca zajęć bez dodatkowego uszczerbku na zdrowiu.

Ale tak być nie powinno. Nie wiem, jak można nas zmuszać, byśmy pracowali w taki sposób. I to, co zrobiłam, jest właśnie pierwszym widocznym objawem mojego buntu przeciw systemowi, który sam jest chory.

Na szczęście inni nauczyciele mojej szkoły zaczynają się buntować w o wiele sensowniejszy sposób niż ja. Jeden z nich wysyła w naszym imieniu pismo do pani wicedyrektor z prośbą o nieutajnianie informacji dotyczących dzieci i ich rodzin objętych kwarantanną.

Zadziałało! Jeszcze tego samego dnia dostajemy informację o uczniu zarażonym koronawirusem. Dziecko przebywa w kwarantannie. Taką samą informację dostają rodzice uczniów z tej klasy. Z dopiskiem, że sprawa została zgłoszona w sanepidzie i że czekamy na decyzję tej instytucji.

Zgłaszam więc mailowo pani wicedyrektor, że miałam z dzieckiem kontakt - tuż przed jego zachorowaniem byłam z tą klasą podczas dyżuru zastępczego na długiej dwudziestominutowej przerwie. Wydaje mi się, że zgodnie z przepisami powinnam więc być objęta przynajmniej nadzorem epidemiologicznym.

Odpowiedź z sanepidu dostajemy dopiero następnego dnia (czyli dzisiaj) początkiem trzeciej lekcji. Pani wicedyrektor przesyła nam kopię maila. Sanepid wyraża w nim zgodę na nauczanie zdalne w klasie zarażonego ucznia. Kiedy? Otóż właśnie dzisiaj. Albo, tylko i wyłącznie dzisiaj. Tymczasem klasa ta ma w podziale godzin lekcje już od samego rana, więc kto miał przysłać tego dnia swoje dziecko do szkoły, to już przysłał. Pozostaje nam tylko podziękować sanepidowi za podjęcie decyzji, która już niczego nie zmieni i w niczym nie pomoże.

W dalszej części maila czytamy:

Jednocześnie informujemy o nadzorze epidemiologicznym uczniów i nauczycieli będących w kontakcie z osobą pozytywną.”

Rozumiem, że to także ja. Ale to na szczęście nie będzie długa nerwówka. O ile nie wystąpią u mnie objawy choroby, to cała akcja skończy się wraz z weekendem. W poniedziałek wszystko wraca na stare tory. Znów trafimy do szkoły, na wojnę i w całą tę sytuację, gdzie absurd goni absurd.

I tak do następnego razu. Zważywszy, że nawet mimo zaniżonej znacznie statystyki, mieliśmy wczoraj w Polsce 8099 osób zarażonych, to pewnie nastąpi to szybciej, niż się spodziewamy.

Ile razy to jeszcze wytrzymamy? Jak długo? Nawet ci nauczyciele mojej szkoły, którzy rozpoczynali bieżący rok szkolny z największym optymizmem, już zgaśli. A co dopiero mówić o takich jak ja, startujących we wrześniu bez ukrywania, że się boją? Wstyd się przyznać, ale dziś przez pół nocy uciekałam w swoich snach przed... straszliwym smokiem! Ostatni raz śnił mi się we wczesnym dzieciństwie.

Moja linia obrony już pęka. Póki co, jeszcze staram się wziąć w ryzy, by przetrwać jakoś stan nadzoru epidemiologicznego. Ale mam wrażenie, że kolejnego tygodnia w szkole to już nie jestem w stanie wytrzymać.

 

 

poniedziałek, 12 października 2020

PÓKI NIE JEST ZA PÓŹNO

Ładne, choć już mocno jesienne i ciut kapryśne dni października skończyły się w czasie weekendu. Dziś po raz kolejny zbudził mnie deszcz. Mimo cudownych kolorów, brak światła, wydobywającego ich głębię, zasnuwa smuteczkiem nadchodzący dzień.

Wczoraj jeszcze dzielnie się trzymałam - przed zaśnięciem tuliłam pod poduszką małe radości weekendowych dni bez pracy i studiów - czas, którego nie trzeba było poganiać, pozwolił i na spokojne rozmowy przy dobrej muzyce (choć dalej trzymamy z mężem dystans, to już jednak w obrębie jednego poziomu), i na dobrą lekturę, i na wartościowy film. Znów wspólnie, mimo oddalenia, mogliśmy cieszyć się efektem kulinarno - sentymentalnych poszukiwań smaków przechowywanych w pamięci przez lata (podobno to objaw starzenia:), udało mi się nawet upiec, kojarzące się z kuchnią teściowej, ciasto. I wypić przy nim lampkę wina. Jak w starych dobrych czasach przed pandemią.

A dziś ledwo otworzyłam oczy, już dopadła mnie niechęć do dnia, w którym znów muszę narażać swoje bezpieczeństwo, do tego złość na wywracanie mojego świata do góry nogami i tęsknota za dziećmi. Obliczam, jak dawno nie widziałam się z Kacprem i Wiki. Jeszcze przed wyjściem do pracy piszę do nich:

Pewnie teraz z racji pandemii też nie zobaczymy się za szybko. Jak dziś zbierałam się do szkoły, to pomyślałam tylko: oby nie za późno...

Ostatnio wszystko wokół mnie jawiło się jako masakra, teraz zaś to już jakiś omal armagedon. Najbliżsi mi ludzie, tak jak ja, wciąż ryzykują zakażeniem - Ania, która miała do nas w tym tygodniu przyjechać, spędza właśnie swój urlop na samoizolacji, moja bratowa z bratem dopiero co przeszli kwarantannę, dziś też z nadzoru sanitarnego powraca do pracy koleżanka z gabinetu pedagogów. Cała Polska od weekendu stała się żółtą strefą podwyższonego ryzyka. Wokół nas lawinowo narasta ilość osób chorych, liczenie na takie szczęście, że się z nikim zarażającym nie spotkamy, chyba przestało mieć sens. Zwłaszcza, gdy się pracuje w szkole.

W weekend oficjalne statystyki podały nowiny o kolejnym rekordzie zakażonych (ponad 5300). Ale też przeczytaliśmy znacznie bardziej tragiczne wieści.

W ubiegły weekend pojawiła się informacja o śmierci polonisty z Zawiercia i nauczycielki szkoły podstawowej pod Toruniem. Byli zakażeni koronawirusem, jednak nie wiadomo, gdzie doszło do zarażenia.” (https://wiadomosci.wp.pl/koronawirus-w-polsce-jest-apel-znp-do-rzadu-6563836824230432a)

No i już teraz rozumiem, dlaczego nam, pracującym w oświacie, nie można zrobić testów. Jeszcze by się wtedy, nie daj Boże, okazało, że zarażamy się jednak w szkołach, gdzie wszystkie dzieci/całe klasy pozbawione maseczek chuchają na nas lekcja po lekcji, przerwa po przerwie. I jak by w tym wszystkim wyglądał premier, który oświadczył na weekendowej konferencji, że “Strategia, którą zaproponowało Ministerstwo Edukacji Narodowej w sierpniu na razie zdaje egzamin” (https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/koronawirus-co-dalej-ze-szkolami-premier-komentuje/1jswdrg,79cfc278)

Nie wiem, jak można tak kłamać i właściwie w imię czego? Tak samo, jak nie wiem, jak strategia, której w ogóle nie ma, może zdawać jakikolwiek egzamin? Oj panie premierze, wstyd i pohańbienie zapisały się właśnie na koncie pana historii. Już teraz wiem, dlaczego w internecie zaczął pan funkcjonować pod nazwą Pinokio. 

Czy w tym kontekście mogą dziwić jeszcze kolejne słowa premierowej wypowiedzi: “Po długiej dyskusji z epidemiologami uważam, że utrzymanie obecnego stanu w systemie edukacji jest właściwe”?

To przecież nie ma znaczenia, że umierają nauczyciele (również pierwszy w gminie, gdzie pracuję). Ich krew jest nic dla społeczeństwa nie warta. Czy naprawdę muszą zacząć też umierać w szkołach uczniowie, by ktoś się ocknął z tego szaleństwa? Po sobotniej konferencji dostaję mema (i wcale nie od nauczyciela) na temat obecnej “strategii” w polskich szkołach. Trochę w nim brzydkich słów, ale za to cała prawda. “Napierdalamy do ostatniego żywego ucznia” głosi końcowe memowe zdanie.

Czy naprawdę nam nauczycielom bardziej zależy na zdrowiu naszych podopiecznych niż decydentom, czy nawet rodzicom? Ci często wciąż wydają się być zadowoleni, że po długim okresie kwarantanny wreszcie udało im się wypchnąć dzieci z domu. Czasem też sprawiają wrażenie, że zrobią wszystko, byle tylko utrzymać taki status quo jak najdłużej. 

W internecie jest teraz po prostu zatrzęsienie wypowiedzi rodziców, oburzonych faktem, że do szkoły czy przedszkola trzeba przychodzić w pełni zdrowia - bez kataru, czy kaszlu. No bo jak to? Przez lata można było, bez względu na choroby, podrzucić do placówek swoje pociechy, by zarażały inne dzieci i ich opiekunów, a teraz nie? No i co z tego, że popierają nas lekarze (np. w takim artykule: https://wroclaw.wp.pl/koronawirus-w-polsce-pandemia-wymusila-zmiany-w-oswiacie-chore-dziecko-do-szkoly-nie-wejdzie-6555456641247776a), przecież wiadomo, że są tacy, co zawsze wiedzą lepiej. 

Jest też jeszcze inna kwestia związana z powyższym tematem. Skarżę się na to Kacprowi:

Ostatnio czytałam o utyskiwaniach rodziców, że dzieciom nie wolno przyjść do szkoły z przeziębieniem. I co oni mają wtedy zrobić? Przecież w dobie covida babcia z dziadkiem się tymi dziećmi nie zajmą, bo to ryzykowne

Tak więc swojej babci zarazić nie można, trzeba chore dzieci wysyłać do szkoły, bo już taką babcię jak ja, to można zarazić jak najbardziej i to w pełni majestatu prawa

Wnioski z tego są bardzo przygnębiające. Dożyliśmy oto czasów, gdzie każdy myśli tylko i jedynie o sobie, dla własnych celów poświęci wszystkich wokół. Nawet cudza śmierć nie zatrzymuje hejtu, co widać po niektórych komentarzach pod artykułami o śmierci nauczyciela języka polskiego i pani pedagog. Straszne to jest, przerażające. Jakby ludzie zamiast tego, co w nich najlepsze, zaczęli z siebie wydobywać tylko jad do zatrucia innych. Jakby nasz gatunek był na drodze transformacji w stado agresywnych żmij.

Mam  ochotę odwrócić się do takiego świata plecami. Ale jestem nauczycielką i nawet jeśli to rodzaj paranoi, to czuję się odpowiedzialna za los przyszłych pokoleń, ludzkości, Wszechświata itp. Protestuję więc przeciwko zachodzącemu wokół procesowi odczłowieczania, nawet jeśli nikt nie chce słyszeć mojego głosu. Sprzeciwiam się takiej opcji świata, w którym człowiek człowiekowi wrogiem jest. Apeluję: opamiętajcie się, póki jeszcze nie jest za późno (choć może już jest)...

P. s. Ciasto kojarzące mi się z kuchnią teściowej, czyli PLEŚNIAK 

(skrót przepisu ze strony: https://aniagotuje.pl/przepis/plesniak)


"Składniki na ciasto półkruche

· 500 g mąki pszennej tortowej - około 3 szkla

· 300 g prawdziwego masła - 1,5 klasycznej kostki

· 5 żółtek średniej wielkości jajek

· 100 g cukru pudru - około pół szklanki

· 2 łyżeczki proszku do pieczenia

· 2 łyżki kakao - 30 g

Składniki na bezę

· 5 białek średniej wielkości jajek

· 220 g cukru drobnego

· 2 łyżki skrobi ziemniaczanej - 30 g

Pozostałe składniki

· 400-600 g dżemu porzeczkowego*

· cukier puder do oprószenia ciasta po upieczeniu

Szklanka ma u mnie pojemność 250 ml.
Forma do pieczenia do podanej ilości ciasta: blaszka o wymiarach około 22/32 cm lub tortownica o średnicy 28 cm.

Pleśniak przepis

Zacznij od przygotowania ciasta pod pleśniaka. Do dużej miski wsyp 500 gramów mąki pszennej tortowej. Będzie to połowa standardowego, kilogramowego opakowania mąki lub też trochę więcej niż trzy szklanki mąki (szklanka o pojemności 250 ml). Wsyp także 2 łyżeczki proszku do pieczenia (można go przesiać razem z mąką) i 100 gramów, czyli około pół szklanki cukru pudru (można trochę mniej). 

W misce umieść też pięć żółtek jajek (Wszystkie białka odłóż do osobnej miski. Użyjesz ich później do bezy, dlatego też bardzo dokładnie oddziel białka od żółtek. W białkach nie może się znaleźć nawet odrobina żółtka). 300 gramów prawdziwego masła pokrój sobie na mniejsze kawałki, by ciasto szybciej i łatwiej się wyrobi

Porada: Jeśli chcesz, by spód Twojego pleśniaka był trochę grubszy/wyższy, to podziel ciasto w proporcji: 360 g + 315 g + 315 g, z czego największy kawałek ciasta zostanie użyty do spodu. 

Jeden z trzech kawałków ciasta umieść w misce. Wsyp do niego dwie łyżki (30 gramów) kakao i wyrabiaj chwilę, aż ciasto zrobi się całkowicie jednolite. 

Jedną kulę jasną oraz kulę kakaową zawiń w folię spożywczą i umieść w zamrażarce (każdą osobno).

Drugi kawałek jasnego ciasta użyjesz do spodu pleśniaka.

Cały spód formy wylep ciastem. To będzie bardzo cienki spód, ale da radę wypełnić ciastem całą powierzchnię. 
Ja podpiekam dodatkowo spód pleśniaka przez 10 minut w piekarniku nagrzanym do 170 stopni (opcja pieczenia góra/dół i środkowa półka). Nie jest to jednak konieczne i bez podpieczonego spodu pleśniak również się uda.

Ostrożnie wyjmij formę z piekarnika. Na cieście rozprowadź około 400 - 600 gramów gęstego dżemu z czarnej porzeczki (Spód może być jeszcze gorący. Ja dałam 400 gramów dżemu)

Jeśli nie podpiekasz spodu, to kładź dżem na surowe ciasto.

Kakaowe ciasto wyjmij z zamrażarki i zetrzyj je na tarce, na grubych oczkach. Tarte ciemne ciasto rozłóż równo po całej powierzchni formy.

Przyszła kolej na warstwę bezy. Odłożonych pięć białek ubijaj chwilę na sztywno przy pomocy miksera. Możesz do nich dodać szczyptę soli. Nie ubijaj samych białek za długo, by nie przebić pęcherzyków powietrza. Gdy białko zacznie zamieniać się w puszystą pianę, możesz zacząć dokładać cukier.

Ciągle miksując wsypuj po jednej łyżce cukru drobnego. Po każdej łyżce miksuj białko na najwyższych obrotach, aż cukier połączy się z pianą i całkowicie się w niej rozpuści. Po dodaniu jednej łyżki miksuj całość około minuty lub dłużej. 

W ten sposób wsyp całe 220 gramów cukru. Pod koniec ubijania powinna powstać gładka, gęsta i błyszcząca masa białkowa. 

W tym momencie możesz dodać dwie łyżki skrobi ziemniaczanej. Bezę ubijaj jeszcze tylko chwilę i wyłącz mikser. Bezę ostrożnie rozłóż na całej powierzchni ciasta.

Porada: Zamiast skrobi ziemniaczanej można użyć proszek budyniowy waniliowy lub śmietankowy bez cukru (również dwie łyżki) lub też proszek kisielowy cytrynowy bez cukru (także dwie łyżki). Do szykowania bezy nie zalecam używać cukru pudru, ponieważ prawdopodobnie cukier puder będzie dodawany do białek za szybko i beza zamieni się w gęstą, lepką masę, która po upieczeniu może puszczać syrop i być za niska. Można za to użyć cukier o drobnej rafinadzie.

Z zamrażarki wyjmij jasną kulę ciasta. To ciasto również zetrzyj na tarce, na grubych oczkach i delikatnie rozłóż na całą bezę. Nie dociskaj ciasta w bezę. 

Formę z ciastem umieść w piekarniku nagrzanym do 175 stopni (grzanie góra/dół). Wybierz środkową półkę. Pleśniaka piecz około 40 minut (jeśli spód pleśniaka nie był podpiekany, to ciasto piecz przez 45 minut).

Po upieczeniu nie otwieraj piekarnika przynajmniej przez godzinę, by beza nie opadła za mocno. Jeśli pleśniak urósł z górką, to prawdopodobnie podczas studzenia beza lekko opadnie i wierzch ciasta się wyrówna. Przestudzone ciasto pleśniak oprósz dodatkowo cukrem pudrem lub cukrem pudrem z wanilią. Ciasto można kroić po całkowitym przestudzeniu."

* Aneks: Ja dodałam do ciasta jeszcze śmietanę (1-2 łyżki), jak radzi autorka strony “Mała cukierenka”. Pisze ona jeszcze o cukrze wanilinowym (dosypałam więc jedno opakowanie).

Natomiast efekt wizualny u mnie zrobił się słaby, bo moja beza zamiast białej jest beżowa i nie bardzo się odróżnia od innych warstw. To skutek dodania do niej cukru karmelowego.

środa, 7 października 2020

PIERWSZA LINIA FRONTU

 Już jest.

Najpierw pojawił się w byłej szkole Kacpra i Bartka. Zachorowała moja dobra koleżanka - zaraziła się od ucznia.

Następnego dnia wieczorem dowiedziałam się o tym, że jedno z naszych dzieci jest na kwarantannie. Oczywiście nieoficjalnie. W szkole takie fakty utrzymywane są w głębokiej tajemnicy (chodzi podobno o to, by nie było stygmatyzowania), Ponieważ jednak nie pracuję w metropolii, to wiele informacji dochodzi do nas pocztą pantoflową - na prowincji ludzie o wiele więcej o sobie wiedzą niż w dużych miastach.

I jakoś nie przekłada się to na stygmatyzowanie. Jest za to większa ostrożność. I podejmowanie nieprostych decyzji, które jednak są na ten moment konieczne.

Dziś rano zapowiedziałam więc mojemu mężowi, że do wyjaśnienia sprawy nie będziemy się ze sobą stykać. Nie chciał się zgodzić, ale postawiłam na swoim. Teraz rozmawiamy, krzycząc do siebie między piętrami. Przekazujemy sobie potrzebne rzeczy, pozostawiając je na schodach. Ale i tak mamy więcej komfortu niż mają inni w podobnej sytuacji. Jesteśmy szczęściarzami...

Największe zaś szczęście w tej sytuacji polega na tym, że w ogóle doszła do mnie informacja o bardzo realnym, konkretnym zagrożeniu. Pracuję z z uczniami tej klasy, której przedstawiciel jest na kwarantannie. Dla mnie straszne jest prawo, które każe zatajać przede mną tego typu informacje. To nie tylko szafowanie moim zdrowiem, ale również zdrowiem mojej rodziny, jeśli z powodu niewiedzy nie odizolowałabym się teraz od męża.

W pracy mam głównie do czynienia z dzieciakami z niepełnosprawnościami. Nawet dla zdrowych utrzymanie reżimu sanitarnego w szkole pozostaje właściwie poza realnymi możliwościami, a cóż dopiero mówić o moich podopiecznych. Na ostatnich zajęciach jeden z nich po wejściu do gabinetu pedagoga szkolnego natychmiast zerwał z twarzy maseczkę i... kichnął mi prosto w twarz! Tak, to było dziecko, którego rówieśnik jest na kwarantannie - dokładnie z tej samej klasy. Może gdybym wiedziała o tym fakcie wcześniej, to miałabym szansę być od niego w takiej odległości, żeby w razie czego uniknąć zakażenia. Może udałoby mi się zastosować jakieś inne środki ostrożności. Albo może mogłabym spotkanie z tym dzieckiem jakoś przesunąć na późniejszy termin... A tak to tylko mogę mieć nadzieję, że pozostało zdrowe, mimo wcześniejszego kontaktu z osobą obecnie izolowaną.

Dziś dowiedziałam się o kolejnym uczniu na kwarantannie. Również pocztą pantoflową. A o ilu przypadkach się nie dowiemy?

Jest jeszcze jedna sprawa - wieści, które do nas dochodzą, tak naprawdę dotyczą dorosłych - członków rodzin naszych uczniów. Jest wysoce prawdopodobne, że jeśli mieszkające z chorymi dziecko przechodzi chorobę bezobjawowo, to nikt mu testu nie robi. Pozostaje tylko w izolacji z zakażonymi domownikami. Tym, że jako bezobjawowiec zdążyło pozarażać innych, nikt się nie przejmuje. Tak wyglądają teraz odgórne działania antycovidive. Mam wrażenie, że ci, którzy są za nie odpowiedzialni, odpuścili w ogóle wszystko.

Przykład? Koleżanka opowiada historię z ostatniego tygodnia. Do dziewczyny z jej rodziny zadzwoniła kobieta z sanepidu.

- Chciałabym poinformować, że w związku z kontaktem z osobą zarażoną jest pani formalnie na kwarantannie. Ale właściwie to już po wszystkim. Proszę się nie przejmować, ta kwarantanna kończy się ... jutro.

Oczywiście o pozytywnym wyniku testu na Covid-19 osoby zarażonej sanepid wiedział już na początku choroby. Koszty kwarantanny są jednak wysokie. Więc chodzi o to, by je maksymalnie ograniczyć. Najlepiej przez zatajanie niewygodnych faktów, które mogą zaważyć na całej przyszłości człowieka.

Mamy teraz okres, kiedy wszyscy są nagminnie przeziębieni. Po pięknych, słonecznych dniach, końcem września przyszło takie załamanie pogody, że trudno było tego nie przypłacić zdrowiem. Wiele dzieci nie chodzi obecnie do szkoły. Ale my nie mamy czasu ani ochoty bawić się w tropicieli i dociekać, czyją absencję spowodował kaszel, a czyją Covid-19. Ta wiedza powinna być dla nas dostępna.

W posiadaniu nauczycieli zawsze było wiele wrażliwych informacji o uczniach. I jakoś się do tej pory nie słyszało, żeby ktoś z nas złamał przepisy Rodo, tajemnicę Rady Pedagogicznej, czy też wykroczył poza etykę zawodową rozpowiadaniem plotek o powierzonych mu w zaufaniu sprawach podopiecznych.

A teraz, gdy w grę wchodzi nasze bezpieczeństwo, to nagle okazuje się, że w sytuacji związanej z zarazą, nie można nam zaufać. Mimo, że dla nas to sprawy z rodzaju życia i śmierci.

Dziś w internecie można przeczytać: “ W Polsce pobiliśmy kolejny dzienny rekord zakażeń przebijając granicę 3 tys. Eksperci (...) wskazują jednak, że ta liczba w rzeczywistości jest znacznie wyższa. Jak przekonują, zakażeń może być nawet 10 razy więcej niż pokazują oficjalne dane.

- Tracimy w tej chwili trochę kontrolę nad rozwojem epidemii. W dwóch na trzy przypadki nie znamy źródła zakażenia chorego. Wiemy jednak, że w dużej mierze są nimi dzieci w szkołach”. 

(https://www.money.pl/gospodarka/koronawirus-tracimy-kontrole-szkoly-zlosliwymi-ogniskami-6562074434218496a.html)

Już nikt nie ma wątpliwości, że jesteśmy na pierwszej linii frontu. Powyższy artykuł pod tytułem: “Koronawirus. Tracimy kontrolę. Szkoły złośliwymi ogniskami” nie zawiera nowin, których byśmy nie znali.

Zdaję naszym “dzieciakom” relację z tego, co stanowi teraz treść moich dni. Ania pociesza, jak może - pisze, że wyjdziemy z tego zdrowo. Staram się w to uwierzyć.

Miejmy nadzieję Aniu, nie ma wyjścia, trzeba walczyć do końca:) - odpisuję. 

Ale tak naprawdę, to w głowie zakiełkowała już myśl, że byłoby dobrze, jeśli już nie zdrowo, to chociaż wyjść z tego cało.