W tym roku szkolnym początkiem tygodnia pracuję na “drugiej zmianie”. Mogę więc coś jeszcze wyklikać zanim zacznę dzisiejszą “dniówkę” w szkole. Właściwie nic się w czasie weekendu nie działo, ale głowie naładowanej wizjami pełnymi lęku i niepewności może cokolwiek ulży podczas takiego pisania.
Od zeszłego weekendu już nie leje, czasem tylko trochę pokropi, ale mimo że i słonko potrafi się na niebo przebić, to czuje się, że ten październik właściwie ostatnio jest omal listopadowy. Czerwienie, którymi się do niedawna tak zachwycałam, w dużej mierze zdążyły zbrązowieć - nie to, że mi się nie podoba, po prostu zrobiło się bardziej nostalgicznie.
W weekend postanawiam zbliżyć się do tego nieco nostalgicznego świata, oglądanego przez cały tydzień właściwie tylko zza szyb - albo salonu, albo samochodu.
Wkrótce potem piszę do Beaty:
dziś przemogłam się i poszłam na swój pierwszy spacer nad rzekę bez Luny
Wróciłam z płaczem na końcu nosa
Nie potrafię spacerować bez niej:(
Tyle z tego tylko dobrego, że przyniosłam Lunie na grobek pod magnolią trochę kwiatów znad rzeki, które tak dobrze znała - liliowe krzaczaste astry, żółte nawłocie (ostały się jeszcze pojedyncze wiechy), białe krwawniki. Ale nie mam ochoty więcej tam spacerować. Wygląda na to, że okres spacerów nad rzekę się dla mnie zakończył. Jeszcze nie wiem, czy będę mogła kiedyś do tego wrócić...
W weekend również odwiedzam inny grób, próbując już go przygotować na Wszystkich Świętych. Kupuję piękne chryzantemy - niech Bartek przynajmniej cieszy się ich widokiem z nieba, nawet wówczas, gdy jednak rząd zdecyduje się ponownie zamknąć nas w domu z powodu pandemii i powstrzymać od odwiedzania cmentarzy w Święto Zmarłych, o czym się często mówi. Już mnie chyba nic nie zdziwi.
Na razie rząd pozamykał seniorów po 70 roku życia - wiadomo, oni nie wyjdą na ulicę protestować. Straszne mi się wydaje takie ubezwłasnowolnienie dorosłych, dojrzałych w życiowej mądrości osób i uwięzienie ich w czterech ścianach, często bez jakiejkolwiek obecności innych ludzi. Mam niestety wrażenie, że jeśli nie zabije ich w tym układzie koronawirus, to na pewno zrobi to depresja, na którą z racji wieku i tak są szczególnie narażeni.
Ale kogo to teraz obchodzi? Jak czytam komentarze pod artykułami o seniorach, to włos mi się po prostu jeży na głowie. Ci ludzie są teraz obarczani złością i nienawiścią nawet za te posunięcia rządu, na które kompletnie nie mieli wpływu (np. znów wróciło do sklepów uprawnienie dla osób po 60 roku życia do zrobienia zakupów w wyznaczonych godzinach, mimo że to się nie sprawdziło na wiosnę). Co na to młodsze pokolenie? W artykule pt “Młodzi kontra starzy, czyli konflikt pokoleń w cieniu pandemii” na WP autor cytuje słowa niejakiej Basi, piszącej w obronie interesów matki, “która siedzi z małymi dziećmi w domu”, być może chodzi o nią samą: “Chyba za bardzo pieścimy się ze starszymi osobami. Może warto wziąć przykład ze Szwecji? Tam stwierdzono, że koronawirus pomoże w naturalnej selekcji i przeżyją tylko najsilniejsi". (https://kobieta.wp.pl/mlodzi-kontra-starzy-czyli-konflikt-pokolen-w-cieniu-pandemii-6567763425585920a)
Takich głosów jest niestety coraz więcej - bezwględnych, brutalnych i nieludzkich. Tak to jest, gdy wmawia się ludziom, że samo urodzenie dzieci w nieodległej perspektywie czasowej jest wartością, która stawia rodziców ponad wszystkimi innymi, zwłaszcza tymi, którzy teraz są słabsi i czasem potrzebują pomocy. To że starsi przez całe swoje życie pracowali, by ci młodzi żyli teraz w lepszych warunkach niż ich rodzice, czy dziadkowie, odprowadzając przy tym niemałą część zarobków na swoje emerytury, to nic nie znaczy. Najlepiej byłoby teraz zabrać to, co odłożyli na starość, po to, by innym młodość upływała wygodniej i bogaciej. Coraz częściej czytam, że starzy powinni wymrzeć, żeby młodym było lepiej. Przerażasz mnie współczesny świecie.
Ale może to nie wina czasów, w których żyjemy, a sposobu sprawowania władzy, dla której rzymska maksyma “dziel i rządź” (divide et impera), stała się chyba zasadą naczelną. Wydaje się, że decydenci opanowali tę sztukę po mistrzowsku. Naszczuli już rodziców na nauczycieli, pacjentów poróżnili z lekarzami, teraz kłócą starszych z młodymi, a w weekend, jak się wydaje, rozpoczyna się również konflikt między osobami wierzącymi oraz tymi, którzy są przeciwnikami kościoła. To już naprawdę przerażający świat. Nie o taki walczyłam w swojej młodości, gdy sprzeciwiałam się władzy pod hasłem głoszącym szeroko rozumianą solidarność. Nie chcę, żeby zaprzepaszczono teraz to, co moje pokolenie wniosło w życie, starając się, by świat był lepszy.
Dobrze choć, że właśnie zaświeciło słońce, które przedarło się przez poranne mgły. Zrobiło się tak ślicznie, jakby październik przypomniał sobie wreszcie, że jest jednym z najpiękniejszych miesięcy w roku i że oczekuje się od niego przyniesienia z sobą tej “złotej jesieni”, za którą od dawna wzdychamy.
I teraz, dzisiejszego ranka, można by mu przyznać złoty medal za to, że spełnił nasze oczekiwania nawet ponad miarę. Świat od razu zrobił się lepszy, choć niestety nie przez nas ludzi.
Będę dziś podążać za tym pięknem, choćby nie wiem co. Najpierw w drodze do szkoły, potem mierząc się z nauczaniem zdalnym i z samą sobą. Tak bardzo potrzebuję teraz choć odrobiny normalnego świata - w weekend znów przez całą noc przed czymś uciekałam w snach...
chciałam, żeby wprowadzono to zdalne, bo nie sposób było pracować w takich warunkach, jakie mieliśmy, ale jednocześnie mam świadomość, że nie umiem tego robić i bardzo się boję. Nauczysz mnie wszystkiego?- piszę z prośbą do Beaty w weekendowy poranek.
Nie muszę się martwić o odpowiedź. Wiem, że z pomocą koleżanek i kolegów jakoś sobie poradzę. Dzięki solidarności pokoleń. Dzięki zwyczajnej życzliwości zwyczajnych nauczycieli.
Już czas na mnie. Wyruszam do szkoły. W piękny dzień pełen trudnych wyzwań. W ten kawałek bliskiego mi świata, który nie jest tak przerażający, jak cała reszta. Żyją tu wciąż dobrzy ludzie - z nimi dam radę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz