środa, 7 października 2020

PIERWSZA LINIA FRONTU

 Już jest.

Najpierw pojawił się w byłej szkole Kacpra i Bartka. Zachorowała moja dobra koleżanka - zaraziła się od ucznia.

Następnego dnia wieczorem dowiedziałam się o tym, że jedno z naszych dzieci jest na kwarantannie. Oczywiście nieoficjalnie. W szkole takie fakty utrzymywane są w głębokiej tajemnicy (chodzi podobno o to, by nie było stygmatyzowania), Ponieważ jednak nie pracuję w metropolii, to wiele informacji dochodzi do nas pocztą pantoflową - na prowincji ludzie o wiele więcej o sobie wiedzą niż w dużych miastach.

I jakoś nie przekłada się to na stygmatyzowanie. Jest za to większa ostrożność. I podejmowanie nieprostych decyzji, które jednak są na ten moment konieczne.

Dziś rano zapowiedziałam więc mojemu mężowi, że do wyjaśnienia sprawy nie będziemy się ze sobą stykać. Nie chciał się zgodzić, ale postawiłam na swoim. Teraz rozmawiamy, krzycząc do siebie między piętrami. Przekazujemy sobie potrzebne rzeczy, pozostawiając je na schodach. Ale i tak mamy więcej komfortu niż mają inni w podobnej sytuacji. Jesteśmy szczęściarzami...

Największe zaś szczęście w tej sytuacji polega na tym, że w ogóle doszła do mnie informacja o bardzo realnym, konkretnym zagrożeniu. Pracuję z z uczniami tej klasy, której przedstawiciel jest na kwarantannie. Dla mnie straszne jest prawo, które każe zatajać przede mną tego typu informacje. To nie tylko szafowanie moim zdrowiem, ale również zdrowiem mojej rodziny, jeśli z powodu niewiedzy nie odizolowałabym się teraz od męża.

W pracy mam głównie do czynienia z dzieciakami z niepełnosprawnościami. Nawet dla zdrowych utrzymanie reżimu sanitarnego w szkole pozostaje właściwie poza realnymi możliwościami, a cóż dopiero mówić o moich podopiecznych. Na ostatnich zajęciach jeden z nich po wejściu do gabinetu pedagoga szkolnego natychmiast zerwał z twarzy maseczkę i... kichnął mi prosto w twarz! Tak, to było dziecko, którego rówieśnik jest na kwarantannie - dokładnie z tej samej klasy. Może gdybym wiedziała o tym fakcie wcześniej, to miałabym szansę być od niego w takiej odległości, żeby w razie czego uniknąć zakażenia. Może udałoby mi się zastosować jakieś inne środki ostrożności. Albo może mogłabym spotkanie z tym dzieckiem jakoś przesunąć na późniejszy termin... A tak to tylko mogę mieć nadzieję, że pozostało zdrowe, mimo wcześniejszego kontaktu z osobą obecnie izolowaną.

Dziś dowiedziałam się o kolejnym uczniu na kwarantannie. Również pocztą pantoflową. A o ilu przypadkach się nie dowiemy?

Jest jeszcze jedna sprawa - wieści, które do nas dochodzą, tak naprawdę dotyczą dorosłych - członków rodzin naszych uczniów. Jest wysoce prawdopodobne, że jeśli mieszkające z chorymi dziecko przechodzi chorobę bezobjawowo, to nikt mu testu nie robi. Pozostaje tylko w izolacji z zakażonymi domownikami. Tym, że jako bezobjawowiec zdążyło pozarażać innych, nikt się nie przejmuje. Tak wyglądają teraz odgórne działania antycovidive. Mam wrażenie, że ci, którzy są za nie odpowiedzialni, odpuścili w ogóle wszystko.

Przykład? Koleżanka opowiada historię z ostatniego tygodnia. Do dziewczyny z jej rodziny zadzwoniła kobieta z sanepidu.

- Chciałabym poinformować, że w związku z kontaktem z osobą zarażoną jest pani formalnie na kwarantannie. Ale właściwie to już po wszystkim. Proszę się nie przejmować, ta kwarantanna kończy się ... jutro.

Oczywiście o pozytywnym wyniku testu na Covid-19 osoby zarażonej sanepid wiedział już na początku choroby. Koszty kwarantanny są jednak wysokie. Więc chodzi o to, by je maksymalnie ograniczyć. Najlepiej przez zatajanie niewygodnych faktów, które mogą zaważyć na całej przyszłości człowieka.

Mamy teraz okres, kiedy wszyscy są nagminnie przeziębieni. Po pięknych, słonecznych dniach, końcem września przyszło takie załamanie pogody, że trudno było tego nie przypłacić zdrowiem. Wiele dzieci nie chodzi obecnie do szkoły. Ale my nie mamy czasu ani ochoty bawić się w tropicieli i dociekać, czyją absencję spowodował kaszel, a czyją Covid-19. Ta wiedza powinna być dla nas dostępna.

W posiadaniu nauczycieli zawsze było wiele wrażliwych informacji o uczniach. I jakoś się do tej pory nie słyszało, żeby ktoś z nas złamał przepisy Rodo, tajemnicę Rady Pedagogicznej, czy też wykroczył poza etykę zawodową rozpowiadaniem plotek o powierzonych mu w zaufaniu sprawach podopiecznych.

A teraz, gdy w grę wchodzi nasze bezpieczeństwo, to nagle okazuje się, że w sytuacji związanej z zarazą, nie można nam zaufać. Mimo, że dla nas to sprawy z rodzaju życia i śmierci.

Dziś w internecie można przeczytać: “ W Polsce pobiliśmy kolejny dzienny rekord zakażeń przebijając granicę 3 tys. Eksperci (...) wskazują jednak, że ta liczba w rzeczywistości jest znacznie wyższa. Jak przekonują, zakażeń może być nawet 10 razy więcej niż pokazują oficjalne dane.

- Tracimy w tej chwili trochę kontrolę nad rozwojem epidemii. W dwóch na trzy przypadki nie znamy źródła zakażenia chorego. Wiemy jednak, że w dużej mierze są nimi dzieci w szkołach”. 

(https://www.money.pl/gospodarka/koronawirus-tracimy-kontrole-szkoly-zlosliwymi-ogniskami-6562074434218496a.html)

Już nikt nie ma wątpliwości, że jesteśmy na pierwszej linii frontu. Powyższy artykuł pod tytułem: “Koronawirus. Tracimy kontrolę. Szkoły złośliwymi ogniskami” nie zawiera nowin, których byśmy nie znali.

Zdaję naszym “dzieciakom” relację z tego, co stanowi teraz treść moich dni. Ania pociesza, jak może - pisze, że wyjdziemy z tego zdrowo. Staram się w to uwierzyć.

Miejmy nadzieję Aniu, nie ma wyjścia, trzeba walczyć do końca:) - odpisuję. 

Ale tak naprawdę, to w głowie zakiełkowała już myśl, że byłoby dobrze, jeśli już nie zdrowo, to chociaż wyjść z tego cało.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz