Ostatni tydzień w szkole przypominał poruszanie się po polu minowym, Tyle, że bez żadnego saperskiego oprzyrządowania.
Przedwczoraj otrzymaliśmy informację, że kolejny uczeń ma pozytywny wynik testu. Ta sama klasa, co poprzednio - współczuję, bo pewnie wszyscy tam są już nieźle przestraszeni. Sanepid wyraził zgodę na nauczanie zdalne tej grupy uczniów. Gdyby podjął inną decyzję, to, jak sądzę, i tak w tej sytuacji nikt z nich by się nie pojawił w szkole.
My nauczyciele, zdaniem sanepidu, jak zwykle mamy chodzić do pracy, obserwować się i mierzyć temperaturę. Raczej to pomaga mniej więcej tak, jak umarłemu kadzidło. Koleżanki i koledzy z pracy nie wytrzymują tego ani fizycznie, ani psychicznie - choroby dopadają jednego po drugim. Ja teraz też nie czuję się najlepiej, w moich oczach zaczyna wykluwać się jakiś stan zapalny, ale jak tu się w obecnych czasach dostać do okulisty?!
Ze swoimi czerwonymi oczami melduję się więc posłusznie na stanowisku pracy - w przeciwieństwie do wielu innych nauczycieli. Tego dnia ponad dwudziestu z nich korzysta ze zwolnienia lekarskiego. Praca w szkole staje się bliska sparaliżowania.
Nowa pani dyrektor bardzo to przeżywa.
- No i jak my jako szkoła wyglądamy w takiej sytuacji? Dzieci na kwarantannie dostały piękny plan zdalnego nauczania. No i co z tego? Na dzisiaj okazuje się, że z tego planu możemy im zaoferować jedynie muzykę.
No cóż, nasi uczniowie i ich rodzice chyba muszą zrozumieć to, co nawet nowy minister zdrowia wreszcie pojął. Nagle i nieoczekiwanie, po tygodniach kłamstw w żywe oczy i opowiadania o tym, jak bardzo sprawdza się nauczanie stacjonarne, oświadczył wczoraj, że szkoły są rozsadnikiem epidemii! (https://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/1494219,niedzielski-szkola-koronawirus-w-polsce.html)
A ja dodam tylko, że również wszelkich innych chorób.
Gdy wczoraj sprawdziłam w dzienniku elektronicznym panel zastępstw, to stwierdziłam, że uczniom na nauczaniu zdalnym nie możemy już nawet zaproponować lekcji muzyki. Nauczycielka tego przedmiotu też się rozchorowała.
Ale jak mamy się cieszyć zdrowiem, gdy rodzice naszych uczniów są odporni na wszelkie prośby o pozostawianie przeziębionych, kaszlących, smarkających dzieci w domu? Wczoraj koleżanka dzwoniła nawet do jednej mamy w tej sprawie - jej syn chciał nam prawie płuca wypluć w szkole. Wieczorem dostałam od pedagożki wspomagajacej sms-a, że dziś chłopca na lekcjach na pewno nie będzie.
Czy muszę pisać, że od rana miałyśmy z nim zajęcia - najpierw Beata na terapii, potem ja na zastępstwie? Bo przecież on chory nie jest - oznajmił nam głosem zmienionym nie do poznania z powodu kompletnie zatkanego nosa. Nie poprosiłyśmy dziś tego ucznia o zdjęcie maseczki, modląc się w duchu, by zdołała zatrzymać choć te zarazki, które i nas wysłałyby na zwolnienie lekarskie w trybie natychmiastowym. Już nie mamy siły przeciwstawiać się takim sytuacjom, może lepiej przynajmniej próbować się chronić?
Przeczytałam ostatnio fajny wpis na blogu Moi - mili. pl pt. “Jak wypchnąć chore dziecko do przedszkola. Poradnik rodzica” i zaskoczona stwierdziłam, że wszystkie te sztuczki są stosowane również przez lata w szkole.
(https://moi-mili.pl/jak-wypchnac-chore-dziecko-do-przedszkola-poradnik-rodzica/)
I wciąż nie nauczyliśmy się przed tym bronić. A gdy trzeba na froncie walki z koronawirusem podejmować jeszcze obronę przed zagrożeniem ze strony wszelkich innych chorób, to właściwie porażka jest pewna. No i niestety jako nauczyciele polegliśmy właśnie na całej linii.
Dziś wychowawczyni klasy szóstej oznajmiła mi, że jej uczniowie mają tylko dwie lekcje, na dodatek to same zastępstwa. Jako że w całej szkole było podobnie, jasne stało się, że utrzymanie nauczania w dotychczasowej formie nie jest możliwe. Z tego co wiemy, we wszystkich podstawówkach w naszej okolicy jest teraz mniej więcej tak samo.
Tak więc na dzisiejszej konferencji, już po moim wyjściu ze szkoły, premier był wreszcie zmuszony zakomunikować, że również klasy IV - VIII ze szkół podstawowych od przyszłego tygodnia będą miały nauczanie zdalne. W przypadku młodszych uczniów nic się nie zmieni - tam, gdzie w grę wchodzi wypłacanie zasiłków opiekuńczych żadne zmiany nie wchodzą w grę. Nawet, gdy cała Polska zostaje ogłoszona czerwoną strefą, a liczba zakażeń dochodzi do 13632.
Ale i tak dzisiejsza decyzja premiera otwarła dla nas perspektywę znacznej poprawy bezpieczeństwa. Gdy w naszej szkole pozostaną tylko klasy I - III, to znacząco rozładuje się zatłoczenie, jakiego w niej do tej pory doświadczaliśmy. Mniej osób w budynku to również mniej źródeł potencjalnego zarażenia i możliwość lepszego zadbania o bezpieczne funkcjonowanie pozostałych. Do tego mniej strachu.
I choć nauczanie zdalne będzie naprawdę kłopotliwe, zwłaszcza dla takiej osoby jak ja - bez doświadczenia w tym względzie, to jednak odetchnęłam z ulgą. To trochę tak, jakby ktoś rozbroił znaczną część min na naszym poletku. Czy mimo czekających mnie trudności i obaw przed taką przyszłością, mogłabym się z tego nie cieszyć?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz