CZĘŚĆ TRZECIA RELACJI "ODKRYCIE LATA"
Naprzód! Jedziemy dalej
– do Mostaru, który jest naszą kwaterą główną podczas pobytu w Bośni. Nazwa
miasta, według Wikipedii, pochodzi od słowa mostari („strażnicy mostu”).
Nawigacja tutaj nie działa. No i jak teraz odnajdziemy nasz zarezerwowany naprędce apartament?
Oczywiście, gdy wszelkie
inne sposoby zawodzą, chwytamy się tego, co na całym świecie zawsze działa.
Podjeżdżamy na postój taksówek. Podajemy taksówkarzom adres. I... nieświadomie
powodujemy wielkie zamieszanie.
- Coś takiego! –
Taksówkarze dyskutują zawzięcie. Otwierają plan miasta i kiwają zgodnie
głowami. – Nie ma tu takiej ulicy.
Stoimy wbici w ziemię
tą wiadomością. I co teraz? Na szczęście taksówkarze się nie poddają. Są
uprzejmi, uczynni, no i chcą zarobić trochę grosza na kursie po mieście. Po
mapie przychodzi kolej na telefony. Wydzwaniają po rozmaitych punktach
informacyjnych i Bóg jeden raczy wiedzieć, gdzie jeszcze.
W końcu zdobywają
wiadomość – podobno aż w Urzędzie Miasta. No, na to bym chyba nie wpadła. Możno?
Tak, możno! Sprawa jest wreszcie załatwiona – płacimy za kurs i… jedziemy za
taksówką, bo ponoć trudno samodzielnie trafić na miejsce.
Nasza ulica to
właściwie maleńki zaułek. Nic dziwnego, że nawet taksówkarze o niej nie słyszeli. Jest
nowa. W Mostarze oznacza to, że w znajdującym się przy niej budynku odbył się
remont i znów zamieszkali tam ludzie. Próbują dorobić, wynajmując apartamenty,
choć ten, w którym się rozlokowaliśmy, wygląda, jakbyśmy tu byli pierwszymi gośćmi.
Sąsiadujący z naszym
dom też jest już wyremontowany, ale narożny, gdzie kiedyś chyba działała piękna kawiarnia
w ogrodzie, pozwala na to, aby czas zmieniał go powoli w ruinę. I to właśnie
jest mostarska rzeczywistość. Miasto odremontowane przy głównym szlaku
spacerowym, wciąż zrujnowane na zapleczu. Miasto próbujące przywrócić ruiny
do życia. Miasto z martwymi okaleczonymi miejscami w samym środku tętniącej
życiem okolicy.
Czasem wystarczy zejść
zaledwie parę kroków z centralnej ulicy, wiodącej do najwspanialszej atrakcji
turystycznej Mostaru, by znaleźć się w przeszłości. Właśnie tyle nas od
niej dzieli podczas tego pobytu. Dzięki temu przez parę dni obcujemy ze wspomnieniami,
niedostępnymi dla kilkugodzinnych turystów, którzy widzą w Mostarze jedynie
Stary Most i prowadzący do niego bazar.
Cieszymy się, że nie
mieszkamy w nowo wybudowanych pensjonatach na przedmieściach, choć może tam są
i prawdziwe cztery gwiazdki. Nasz apartament znajduje się w mostarskim sercu.
Tym, które przeszło nie tak dawno reanimację, co widać gołym okiem. Miasto
przeżyło, choć każdy, kto zna jego wojenną historię, wie, jak było to trudne.
Ale widok pozawałowych blizn wciąż jest wstrząsający. I choć nierzadko
przeraża, to przecież też porusza całe nasze człowieczeństwo w sprzeciwie dla
tej nieludzkiej potworności, która nazywa się wojną.
Myślę tu o słowach,
które w Internecie krążą w formie cytatu na rozmaite okoliczności. Ich autorem
jest, mieszkający w tej samej miejscowości co my, legendarny wokalista grupy
Dżem:
„Najbardziej nie mogę
znieść ludzkiej obojętności na zło. Tej samej bestii mniejszej lub większej, w
czasie wojny i na co dzień, przez ludzi hodowanej dla ludzi.(…) nie potrafię
być obojętny” (Ryszard Riedel)
To co czuję w Mostarze,
to właśnie sprzeciw wobec i tej bestii, i tej hodowli. Mostar – ten prawdziwy –
nie turystyczna iluzja – zmusza nas, aby pamiętać o jego pękniętym sercu. I nie
pozwala przejść obok niego z obojętnością.
*
Codziennie wychodzę z
Luną na trawnik przy parkingu na tyłach naszej uliczki. To zakątek otoczony ruinami. Ocalałe ściany budynków wciąż mają ślady po kulach i pociskach.
Niektóre wyglądają, jakby ostrzelano je zaledwie przed chwilą.
Myślę o ludziach,
którzy tu kiedyś zamieszkali. Kim byli, co uważali za ważne w swoim życiu?
Jak je prowadzili we własnych domowych pieleszach, z kim spotykali się na ocienionych
drzewami podwórkach? I co się z nimi stało wtedy, gdy wybuchła ta bezsensowna
wojna? Gdzie się podziali, gdy zbombardowano im domy? W jakim przerażeniu je
opuszczali, zanim runęły mury? Czy zdążyli uciec przed gradem kul? Co czuli
tracąc swój dach nad głową i życie - najbliższych i swoje? A jeśli ocaleli, to czemu nie chcą tu
wrócić? Czy ich wspomnienia są trudniejsze do uniesienia niż porzucenie dawnego życia, które na nowo starali się odbudować już gdzie indziej po wojnie? Czy rozmyślają o tych pozostawionych na łaskę
czasu murach? I czy w ogóle te zrujnowane domy mają jeszcze swoich żyjących właścicieli?
A kim byli ich
wrogowie? Dlaczego przekroczyli tę straszną granicę, za którą człowiek z
przeciwnika staje się mordercą? W imię jakich idei? Czym kierowani?
Pytam i pytam, ale
żadna odpowiedź znikąd nie nadchodzi. Ruiny pogrążone są w ciszy. I zgodzić się
muszę ze znanym twórcą aforyzmów (również krążących w formie powiedzonek po internecie) Stanisławem Jerzym Lecem, który powiedział
kiedyś: „Czasem trzeba zamilknąć, żeby zostać wysłuchanym.” W Mostarze staram
się wysłuchać ciszę rozstrzelanych domów.
*
Nasz apartament nazywa
się Geeen River. Rzeczywiście za parkingiem płynie Neretva, której szmaragdowy
kolor po prostu urzeka. Nad nią dwóch robotników wznosi nowy meczet. Są już na
wysokości dachu w minarecie. Próbuję im zrobić zdjęcie z dołu, a oni gestem
dłoni zapraszają mnie na górę.
Wspinam się po stromych
schodach, a budowniczy minaretu wskazuje mi najpiękniejszą panoramę całej mostarskiej okolicy. Obdarowuje mnie przy okazji tym, czym dysponuje – schodzę w
dół z kieszenią napełnioną okruszkami cyny do lutowania.
Właśnie tacy ludzie
mieszkają w Mostarze.
*
Właścicielem naszego
apartamentu jest uroczy, starszy pan, który pracował kiedyś w ambasadzie w
Bułgarii. Interesami obecnie zarządzają jego dorosłe już dzieci, ale udaje
nam się go poznać, kiedy sprowadza do nas ekipę naprawczą. Nowo wyremontowany
apartament ma jeszcze swoje niedoróbki, ale nam to jakoś wcale nie przeszkadza.
Liczy się wrażenie ogólne, a to jest bardzo pozytywne. Wnętrze wygląda
niezwykle stylowo - ma charakter orientalno – egzotyczny, w otomańskim stylu, ze starymi bibelotami na półkach, czyli tak,
jak lubimy. Chłopaki instalują się na antresoli. To właśnie tam nie da się
otworzyć okna, co jest przyczyną przybycia ekipy naprawczej.
Po wyjściu robotników
ucinamy sobie dłuższą rozmowę z właścicielem. Jest muzułmaninem - takim bardzo
otwartym na innych i niezwykle światowym. Podoba mu się nasz pies i od razu
widać, że lubi zwierzaki. Głaszcze uszczęśliwioną Lunę (ach, co za miła odmiana
po Czarnogórze). Mówi, że sam hodował kiedyś dobermany. Ale poza tym opowiada o sobie
dosyć wstrzemięźliwie. Nie wypytujemy o nic. Staramy się omijać temat wojny.
Nie chcemy nawet przypadkiem dotknąć czegoś, co może jeszcze zaboleć.
Właściciel mówi za to
dużo o tolerancji. O tym, jak pięknie było kiedyś pod tym względem w Mostarze.
Jego siostra jest zamężna z Chorwatem. Może stąd to tolerancyjne i otwarte na
inność spojrzenie.
Nie wszyscy w Mostarze
myślą w ten sposób.
- Dziwisz im się? –
pyta mój mąż. – Gdyby ktoś zabił twoich najbliższych, obrócił twój dom w gruzy,
zgwałcił matkę, siostrę, córkę, pozbawił dzieci, to czy ty byś mu to zapomniała
nawet po tylu latach?
Nie! - odpowiadam z
pełnym przekonaniem. – Nigdy!
I rzecz w tym, że nikt
tu niczego nikomu nie zapomniał. Tacy ludzie mieszkają w Mostarze.
*
W apartamencie Green
River internet działa doskonale. Z jego pomocą łatwo nam nadrobić zaległości wiedzowe o miejscu, w którym przebywamy. W tekście na stronie bywajtu.pl można m.in. przeczytać:
"Obecnie sytuacja się ustabilizowała. Mostar
odzyskuje dawne znaczenie. Obecnie podział jest nadal widoczny, gdyż wszystko
jest tam podwójne islamskie i chrześcijańskie, apteki, szkoły, przedszkola,
szpitale, całe dzielnice, które zamieszkiwane są wyłącznie przez ludność danego
wyznania. Linią podziału jest ulica, która w czasie konfliktu zbrojnego była
frontem, tu toczyły się najbardziej zażarte bitwy pomiędzy dotychczasowymi
sąsiadami.
Obecny Mostar to
miasto, które mimo odbudowanego mostu jest podzielone. Zniknęły mieszane
małżeństwa, każdy trzyma się swojego brzegu, dzieci mają osobne place zabaw,
osobne biblioteki."
Nic dziwnego więc, że autor nadał temu artykułowi tytuł: "Most, który dzieli".
*
Stary Most w Mostarze
też stał się ofiarą wojny. Bo dla niej nie było żadnych świętości. Wysadzono
go, chociaż „spinał brzegi Neretvy przez ponad 400 lat. Jedna strona tradycyjnie
uchodziła za „turecką”, druga za „chorwacką” – jak podaje Regina Skibińska na
łamach Rzeczypospolitej (rozdział pt. „Most, który łączył narody”)
„Według legendy w
połowie XVI w. sułtan Sulejman II rozkazał budowniczemu Hayruddinowi wybudować
most nad Neretvą, a w razie niepowodzenia obiecał go ściąć. Budowniczy pracował
10 lat, a po postawieniu mostu ze strachu uciekł w góry. Powstało dzieło
wybitne. Wznoszący się 20 m. nad wodą most, przypominający sylwetką półksiężyc,
wybudowano z 456 bloków białego marmuru, połączonych żelaznymi klamrami” –
czytamy w dalszej części tekstu.
Autorka cytuje też
słowa XVI wiecznego tureckiego pisarza i podróżnika Evliji Celebi: „Zewsząd
przybywali wezyrowie, ludzie szlachetnie urodzeni i pełniący wysokie godności,
aby nacieszyć się widokiem mostu”
Ale najważniejsze jest
to, co napisano o nim w podsumowaniu artykułu: „od powstania stanowi symbol
pokoju chrześcijaństwa z islamem. Mieszkali tu muzułmanie, katolicy i
prawosławni”. To właśnie te szczęśliwe czasy wspominał właściciel naszego
apartamentu.
Most, który także, jak podaje
Wikipedia, „przez wieki był symbolem pojednania Wschodu i Zachodu”,
wysadzili Chorwaci.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Stary_Most_w_Mostarze
Podobno w muzeum Hercegoviny można zobaczyć film, nakręcony
amatorską kamerą podczas wybuchu. Nie wiem, czy chciałabym go oglądać na swoich
wakacjach.
Ale po powrocie i tak
natknę się na kopię tego filmu w internecie. Z przygnębieniem patrzę na to, jak
„symbol ten celowo zniszczyła chorwacka armia podczas wojny bośniackiej 4
listopada 1993 roku”, o czym napisano w dalszej części informacji z Wikipedii.
Film pokazuje też mostarski krajobraz po wojnie. Aż trudno uwierzyć w takie
barbarzyństwo. Ale też dopiero po jego
obejrzeniu można w pełni docenić ogrom poczynionej odbudowy.
Odbudowano również
wysadzony Most i to już w 1995 roku. Pojednania między narodami do tej pory
wciąż nie.
*
Po pierwszej nocy
spędzonej w naszym apartamencie, piszę jego reklamę w sms-ie do Moniki.
Chciałabym jej polecić tę świetną miejscówkę na nocleg w Mostarze. Nazajutrz
rano obie nasze rodziny mają zaplanowane wyprowadzki – my z Green River, oni z
Ulcinja. Strasznie żałuję, że się już nie spotkamy podczas tego urlopu. Według
internetowego planera podróży jesteśmy od siebie oddaleni o sześć godzin jazdy
- gdy następnego dnia oni dotrą do Mostaru, my już będziemy się zbliżać do
granicy z Serbią. Może choć zajmą wówczas to pomieszczenie, które teraz
napełniamy swoją obecnością.
Ogarnia mnie wielki
smutek, gdy o tym myślę podczas kolejnej wizyty w Medjugorie. Ale tam znów
znajduję ukojenie. Widać, mimo że razem wyjechaliśmy z domu, nie jest nam dane
cieszyć się wspólnym powrotem z podróży.
Gdy wracamy z Medjugorje
do Mostaru, to w drodze dostaję sms-a od Moniki. I po prostu nie wierzę w to, co czytam:
„Za godzinę będziemy w
MostarzeJ”
Co się dzieje? Choć
tego nie rozumiem, to nie mam najmniejszych wątpliwości. Właśnie wydarza się
mój cud!
„Tak strasznie,
strasznie się cieszę!” – piszę do Moniki i ze szczęścia prawie wyfruwam nad
ziemię. Nie mogę się wprost doczekać spotkania.
Umawiamy się na Starym
Moście. Czekamy prawie do północy. W międzyczasie zamykają nam omal wszystkie
knajpki na Starówce. Po tak długo wyczekiwanym przywitaniu przenosimy się więc
do naszego apartamentu. Teraz już jestem nie tylko napełniona szczęściem - ono się wręcz przeze mnie przelewa, ściekając między palcami, ściskającymi tak drogich mi gości.
Jak to się stało Moniu,
że jesteście w Mostarze dzień wcześniej niż planowaliście?
Błogosławiona niech
będzie Czarnogóra, gdzie wszystko jest nie tak i wszelkie plany biorą w łeb. Okazuje
się, że wprawdzie ulcinijska rodzina, u której szwagier zamówił apartamenty
była bardzo miła, ale dysponowała wolnymi miejscami noclegowymi zaledwie na jedną noc. Dlaczegóż więc system rezerwacyjny przyjął zamówienie na dwie?
- To wina internetowego
pośrednika – przekonali Piotrka gospodarze.
I choć nigdy bym celowo
czegoś takiego nie życzyła siostrze i jej rodzinie, to teraz nawet nie staram
się ukryć swojego uszczęśliwienia z powodu takiego obrotu sprawy. Nasi zmęczeni
goście wracają do swojego hotelu na przedmieściu (czterogwiazdkowego – Piotrek
się wciąż nie poddałJ),
a ja wreszcie mam kolorowe sny tej nocy.
*
Nie wyjeżdżamy z
Mostaru nazajutrz po spotkaniu. Zmieniamy plan, żeby należycie wykorzystać
podarowany nam cud i spędzić wspólnie trochę czasu w mieście, gdzie zostałam
uszczęśliwiona. Udaje nam się dokupić jeszcze jeden nocleg u naszych miłych
gospodarzy. Zyskawszy dodatkowy dzień w Bośni jedziemy zobaczyć pobliskie wodospady
Kravice. Są piękne. Cały świat jest piękny!
Z rodziną Moniki
spotykamy się na obiedzie. Staramy się wybrać na tę okoliczność jakieś
wyjątkowe miejsce. Trafiamy do restauracji z widokiem na most, który ani trochę
nie wydaje mi się przereklamowany. Jego obydwie strony są zwieńczone kamiennymi
wieżami. W nich, jak pisze na swoim blogu Dominika Mróz, „stale stacjonowało
160 żołnierzy gotowych bronić mostu”. Taka świadomość robi duże wrażenie.
Jeszcze większe zaś, to, co się dzieje na moście. Otóż tego popołudnia co jakiś
czas skaczą z niego członkowie „Klubu skakaća u vodu Mostari”. To podobno
wielowiekowa tradycja – dowód męstwa i odwagi młodzieńców.
„Skaczą z wysokości
ponad dwudziestu metrów. Z kamiennego osmańskiego mostu. W rwącą zimną toń
Neretvy. Muszą trafić w miejsce, gdzie woda jest najgłębsza, lecz zagłębienie
to ma zaledwie 4 metry średnicy. Do tego muszą to zrobić w pięknym stylu, bez
śladu lęku. Nazywa się ich Ikari, czyli Ikarzy” – można przeczytać na stronie: www.kierunekbalkany.pl
Za ich ryzyko płaci
obserwująca skoki turystyczna publiczność. Nie wiem niestety nic na temat adekwatności ceny takiego wyczynu do
niebezpieczeństwa. Ale o tym, jak jest wielkie, świadczy na pewno reakcja córki naszego gospodarza, gdy mój mąż spytał ją o możliwość kąpieli w Neretvie.
- Nie, nie, proszę nie
próbuj tego! – krzyczała przerażona dziewczyna.
No cóż, widać,
współcześni Ikarzy przychodzą na świat tylko tu w Bośni.
*
Strasznie przykro nam
żegnać Mostar kolejnego dnia. Czujemy się już całkowicie wkręceni w atmosferę jego
starego miasta rodem z baśni tysiąca i jednej nocy. Mogłabym bez końca spacerować po
zrekonstruowanej we wschodnim stylu starówce i mam wrażenie, że nigdy by mi się to nie znudziło.
Jak można przeczytać na
stronie www.mojebalkany.pl:
„Mostarskie stare miasto, odbudowane po ostatnich wojnach, wygląda niemal
identycznie, jak za czasów Imperium Osmańskiego. Wąskie kamienne uliczki nad
którymi tłoczą się niewielkie, kolorowe domy tureckie tętnią handlowym życiem.
Kiedyś towary z dalekich krain, jak i przedmioty codziennego użytku, a dziś sprzedaje
się tu turystyczne pamiątki, głównie w formie ludowego rękodzieła, często
pochodzącego z warsztatów znajdujących się na zapleczu sklepików. To
Kujundziluk – mostarski bazar – którego nazwa pochodzi od nazwiska złotników,
którzy tutaj wyrabiali i sprzedawali swoje rękodzieła.”
Dziś najmocniejsze
wrażenie robią pamiątki wytworzone z łusek wojennych pocisków, ale może to
właśnie jest przykład radzenia sobie mieszkańców Mostaru z historycznie bolesną
spuścizną.
Jestem im wdzięczna za
to, że nikt mnie na tym bazarze nie nagabuje, nie wciska mi niczego na siłę i w
ogóle nie zaczepia w natarczywy sposób. Jakie to inne podejście od tego, czego
doświadczyłam w krajach arabskich muzułmanów. Tu mogę się poświecić oglądaniu
przedmiotów w takim czasie, w jakim mam ochotę. Nikt mnie nie pospiesza i ja
sama nie muszę pospieszać siebie.
Przyjeżdżając do
Mostaru, wydawało mi się, tak jak autorowi strony www.biegumwschodni.pl,
że to miasto jednego mostu. Ale tu zmienił mi się nie tylko ten pogląd, ale i ogólny obraz Bośni, Bałkanów, a może nawet całego otaczającego mnie świata,
którego to miasto jest częścią.
- To Mostar uratował nasz bałkański wyjazd. – powie na zakończenie pobytu mój mąż.
Tak, to miasto
potwornej tragedii, które mimo tego potrafi dać innym szczęście.
*Następna część relacji znajduje się we wpisie: BOŚNIA