Trochę ostatnio zaniedbywałam bloga. A to dlatego, że właściwie całe moje pisanie przeniosło się teraz na grunt naukowy:). Postanowiłam nie tylko przyspieszyć zakończenie nauki na SWPS, ale też zamknąć naszą wspólną przygodę obroną pracy magisterskiej o semestr wcześniej niż przewiduje to przypisany mi tok studiów.
I jestem na najlepszej drodze po temu. Przedwczoraj otrzymałam ostatnie uwagi od swojej promotorki. Uznała ona już moją pracę za gotową do oddania, to znaczy wgrywania do elektronicznej bazy uczelni!
Ale ja chyba wymagam od siebie więcej niż pani profesor - według mnie muszę jeszcze nad wszystkim popracować, żeby było idealnie:). Do tej pory wysyłałam jej pracę po kawałku - spiąć to wszystko do kupy, by było spójne, to też według mnie wyzwanie.
Przedwczorajszy mail od promotorki dotyczył właściwie oceny ostatniego rozdziału pracy, który przesłałam jej parę dni temu. I mało nie pękłam z dumy, kiedy przeczytałam, że jest napisany w sposób wzorcowy!
Gdy do tego dodać słowa z poprzedniego maila: “bardzo ładnie Pani pisze, na temat i logicznie buduje strukturę pracy - to dzisiaj rzadkość :-)”, to naprawdę mogę tylko skonkludować, że nawet mnie zaskoczył taki finisz studiów, a także moje własne możliwości i umiejętności. Cieszę się, że miałam okazję wreszcie wydobyć na powierzchnię niektóre z zakopanych talentów i obejrzeć je w świetle dziennym.
Zaczynam właśnie zbierać owoce mojej czteroletniej pracy. Gdy wczoraj na zebraniu z rodzicami naszych przyszłych (od nowego roku szkolnego) pierwszaków dyrektorka przedstawiła mnie jako pedagoga i psychologa, to poczułam miłe połechtanie. W pierwszej chwili trochę mnie to zaskoczyło. Ale później pomyślałam sobie, że przecież, gdy dzieci tych ludzi staną się we wrześniu pełnoprawnymi uczniami naszej szkoły, to będę już miała dyplom ukończenia studiów psychologicznych w kieszeni. I poczułam radość.
Oczywiście, wszystkie blaski mają swoje cienie. Moje wcześniejsze napisanie pracy magisterskiej również. “Obrona najpewniej będzie w lipcu” - napisała przedwczoraj pani Profesor. I zobaczyłam jak na tę wieść mojemu mężowi rzednie mina. Wymarzył sobie, że pojedziemy wtedy na Bałkany. Na sierpień ma zaplanowany zabieg w szpitalu w Ochojcu. Liczył na to, że jeszcze przed nim uda się zorganizować wyjazd w jego ulubione strony i całkiem realnie się do niego przygotowywał... Mnie też trochę przykro się zrobiło z tego powodu.
Pisanie pracy również przesłoniło mi ostatnio wiele innych spraw. Jakoś zupełnie w jego tle na przykład przebiegł wiosenny cykl kwitnienia wielu roślin, który starałam się śledzić we wszystkie poprzednie lata. Nie żebym całkiem przegapiła (bo tego się nawet nie da zrobić:) ten moment u bzów, czeremchy, konwalii czy kasztanowców, ale mam wrażenie, że nie poświęciłam temu dostatecznej uwagi tej wiosny. Efekt jest taki, że nawet nie mam z tego okresu żadnego zdjęcia, co do mnie wcale niepodobne.
Z ogródkiem też spisałam się jakoś tak sobie w tym roku. Tylko owoce dają nadzieję na niezły urodzaj - truskawki kwitną obficie, a czereśnia pokryta jest niezliczonymi koralami dojrzewających owoców. Natomiast raptem trzy nowe kwiatki wysadzone na grządki w maju nie rokują raczej spektakularnych efektów ogrodniczych w tegorocznym sezonie. Dobrze, że choć zeszłoroczne rośliny po deszczowej wiośnie robią co mogą, żeby zamaskować ogrodowe niedostatki. Najbardziej mi przykro jednak, że chyba w tym roku nie będę miała żadnego słonecznikowego plonu. Niby ziarna, które posiały się same zeszłego lata pięknie wzeszły już w kwietniu, ale wszystkie albo pomarły, albo stały się pokarmem nawet nie wiem jakich szkodników. Zostały dwa ogryzione i przewrócone cherlaki.
Losy zaś domowej uprawy kołem się toczą - raz idzie lepiej, raz gorzej. Okres żonkilowy w doniczkach okazał się kompletna klapą - gdy wszystko zaczęło na potęgę więdnąć, to trzeba było przenieść rośliny czym prędzej ze skrzynek na grządki. Już bez nadziei, że coś zakwitnie tej wiosny, raczej po prostu w celu utrzymania cebulek przy życiu do następnego roku. O dziwo, jedna z nich właśnie teraz uraczyła mnie tam jakimś wymęczonym kwiatkiem:)
Za to lilia Świętego Józefa zadziwiła i sprawiła ogromna niespodziankę. Kupiłam cebulkę w zasadzie z litości - podczas zakupów w czasie ferii zimowych zastałam ją w jednym z okolicznych marketów w strasznym stanie. Starałam się jej wynagrodzić to, co przeszła, wycierając najwyraźniej wszystkie kąty sklepu. A ona pięknie się odwdzięczyła. Już w tej chwili ma przydzielone swoje miejsce w ogródku i świetnie tam sobie radzi. Tak samo zresztą jak pierwsza lilia azjatycka, która już zdążyła przekwitnąć.
Ale mąż zadbał o to, by okres liliowy w mojej jadalni trwał nadal w najlepsze. Ostatnio przytargał kolejne dwie dorodne rośliny. Różowa właśnie kwitnie, biała wkrótce otworzy pąki. Zapach, którym jestem teraz otoczona w trakcie pisania na jadalnianym stole jest nie do opisania:). Tak to można pracować:).
Moja praca magisterska sprawia, że większość czasu spędzam teraz głównie przed komputerem i w internecie. Piszę, piszę i piszę, mam praktykę online, koresponduję z kadrą uczelni...
Jeden z ostatnich uczelnianych maili dotyczył zresztą bardzo ciekawej inicjatywy. Odnosił się do ogłoszonego konkursu na przyznanie tytułu VIS (Very Important Student). Nie to, żebym chciała wziąć w nim udział - zupełnie nie mieszczę się w kryteriach (konkurs dotyczy zaangażowania na rzecz SWPS). Ale jednocześnie pomyślałam, że z punktu widzenia każdej uczelni jestem bardzo ważnym studentem. Bo mój przykład coś udowadnia, mimo, że nie było to w żaden sposób zamierzone. Po pierwsze mogłabym być reklamą terapeutycznego wpływu nauki i studiowania na proces zmian w życiu człowieka. Leczenia ran i stopniowego wygaszania trudnych emocji poprzez zaangażowanie w rozwój tych funkcji psychicznych, które udało się utrzymać po traumie - racjonalnego myślenia i logiki. Gdy przypomnę sobie, w jakim stanie zaczynałam studiować cztery lata temu, to sama nie mogę uwierzyć, że w tym czasie przebyłam aż tak długą i karkołomną drogę.
Po drugie, chcąc, nie chcąc, dałam dowód na to, że ograniczenia są głównie sprawą, rozgrywająca się w naszych głowach. Kiedy otrzymam dyplom, będę miała omal sześćdziesiąt lat. Więc gdy na forach internetowych czytam zapytania czterdziestolatek, czy aby nie są za stare, by zostać studentkami, to ogarnia mnie pusty śmiech. Pewnie, że lepiej być młodym (i pięknym:), ale i mój przedemerytalny wiek daje radę:), zwłaszcza, kiedy o nim nie pamiętam:).
I to tyle na dziś. Jeszcze tylko mój podpis:
Very Important Student SWPS:)