Wyjazd Ani. Koniec wakacji. Opróżniona butelka po bezalkoholowym szampanie wypitym poprzedniego dnia do pożegnalnej kolacji. Pusty kojec dla króliczków w pustym pokoju. Rześki świt rozpoczynający ostatni dzień sierpnia. Żal ściskający za serce…
Wspomnienia, dużo wspomnień. Wypełniony wystygłą herbatą kubeczek z Pragi na jadalnianym stole. Niewypakowana do końca walizka otwierającą czarną paszczę na wejściu do salonu. Łzy wypełniające oczy…
Wiem, że powinnam się cieszyć, że coś takiego w ogóle było. To, że pojechałam na kilkudniowe wakacje z dziewczyną starszego syna, który umarł osiem i pół roku temu, to, obiektywnie rzecz biorąc, jakiś cud nad cudami. Dar wzbudzający zadziwienie, radość i zachwyt. Powinnam być dozgonnie wdzięczna i życiu, i Bogu. No i naprawdę jestem. Tyle, że każde rozstanie i każdy koniec to jakiś rodzaj utraty, na który jestem chyba coraz mniej odporna. Bolesny moment życia, mimo świadomości, że to chwilowe...
Powoli rozkręca się nowy dzień. Dom pogrążony jest w tak lubianej zazwyczaj przeze mnie porannej ciszy. Słońce, które wschodzi na niebo, szykuje się do zalania nas nową falą upału...
Tak naprawdę Ania zdecydowała się spędzić u nas w tym roku cały swój urlop. Przyjechała z wizytą (i króliczkami) nazajutrz po moim powrocie z Międzyzdrojów. Oprócz wycieczki do Pragi, udało nam się zrealizować jeszcze kilka innych, spontanicznie pojawiających się planów. Byłyśmy na masażach balijskich w hotelu Galicja w Oświęcimiu, w strefie basenowej hotelu Molo Resort w Osieku, w Nadwiślańskim Parku Etnograficznym (choć to akurat wyjazd nieudany, bo funkcjonującą tam karczmę, jak się okazało, zamknięto, a żar lejący się z nieba nie zachęcał do zwiedzania pozostałych obiektów). Karmiłyśmy dzikie nutrie, pojechałyśmy nad pokryte nenufarami stawy i odwiedziłyśmy naszą ukochaną „Borową chatę” z dobrymi pierogami. Może i bez szału, ale przy konieczności łączenia już tego z codzienną pracą, związaną z przygotowaniem do rozpoczęcia nowego roku w szkołach, to i tak można się cieszyć, że tyle udało się jeszcze zrobić. Nie licząc oczywiście przewijających się w międzyczasie długich rozmów, wspólnie obejrzanych filmów, opróżnionych butelek wina (gdy nie siadałyśmy za kierownicą to i takiego z procentami)…
Piękny wakacyjny czas… Nie do zapomnienia. Dla mnie szczególnie cenny, bo alternatywą było pozostanie w domu, gdzie znów groziło mi zaliczanie czarnych dołów.
Teraz też po odjeździe Ani czuję smutek, ale taki połączony z zadowoleniem z udanych wakacji. Cieszę się tym, co razem wakacyjnie zrobiłyśmy. Różowy kubeczek z Pragi, oprócz wzbudzania nostalgii, ma też moc wywoływania uśmiechu na twarzy.
Zerkam na niego raz po raz, czekając na informację, że Ania wróciła szczęśliwie do domu. Czasem się przy tym uśmiecham, a czasem chce mi się płakać. Ot, zwykłe życie, wyglądające jak kociołek zmieszanych emocji, tyle że u mnie najczęściej podgrzanych do temperatury bliskiej wrzeniu...
Zaglądam do kalendarza Beaty Pawlikowskiej pod tytułem „Rok dobrych myśli”, który kupiłam kilka miesięcy temu w prezencie zarówno dla siebie, jak i dla moich bliskich. Co dziś tam doradza autorka?
„ Nie rozkminiaj . Puść. Przestań myśleć o tym, co się stało. Skoncentruj się na tym co jest teraz i będzie za chwilę”. Niby dobra rada na trudne chwile, ale dzisiaj w mojej sytuacji jakoś średnio pomaga...
Wreszcie nadchodzi oczekiwana wiadomość. Messenger informuje, że Ania z króliczkami bezpiecznie dotarła do Łodzi. Stres powoli mnie puszcza.
Czy teraz uda mi się skoncentrować na tym, co jest i będzie za chwilę? No dobrze Pani Beato, postaram się spróbować to zrobić. Wkrótce. Bo dziś proszę mi pozwolić jeszcze pozostać w przeszłości i wspominać. Wdychać zapach pozostawionego przez króliczki sianka. Przeglądać fotki z kuflami pełnymi piwa. I uśmiechać się do praskich zabytków na różowym kubeczku w którym zaraz zaparzę świeżą kawę na dobrý den...


