sobota, 31 sierpnia 2024

RÓŻOWY KUBECZEK Z PRAGI

 


Wyjazd Ani. Koniec wakacji. Opróżniona butelka po bezalkoholowym szampanie wypitym poprzedniego dnia do pożegnalnej kolacji. Pusty kojec dla króliczków w pustym pokoju. Rześki świt rozpoczynający ostatni dzień sierpnia. Żal ściskający za serce…

Wspomnienia, dużo wspomnień. Wypełniony wystygłą herbatą kubeczek z Pragi na jadalnianym stole. Niewypakowana do końca walizka otwierającą czarną paszczę na wejściu do salonu. Łzy wypełniające oczy…

Wiem, że powinnam się cieszyć, że coś takiego w ogóle było. To, że pojechałam na kilkudniowe wakacje z dziewczyną starszego syna, który umarł osiem i pół roku temu, to, obiektywnie rzecz biorąc, jakiś cud nad cudami. Dar wzbudzający zadziwienie, radość i zachwyt. Powinnam być dozgonnie wdzięczna i życiu, i Bogu. No i naprawdę jestem. Tyle, że każde rozstanie i każdy koniec to jakiś rodzaj utraty, na który jestem chyba coraz mniej odporna. Bolesny moment życia, mimo świadomości, że to chwilowe... 

Powoli rozkręca się nowy dzień. Dom pogrążony jest w tak lubianej zazwyczaj przeze mnie porannej ciszy. Słońce, które wschodzi na niebo, szykuje się do zalania nas nową falą upału...

Tak naprawdę Ania zdecydowała się spędzić u nas w tym roku cały swój urlop. Przyjechała z wizytą (i króliczkami) nazajutrz po moim powrocie z Międzyzdrojów. Oprócz wycieczki do Pragi, udało nam się zrealizować jeszcze kilka innych, spontanicznie pojawiających się planów. Byłyśmy na masażach balijskich w hotelu Galicja w Oświęcimiu, w strefie basenowej hotelu Molo Resort w Osieku, w Nadwiślańskim Parku Etnograficznym (choć to akurat wyjazd nieudany, bo funkcjonującą tam karczmę, jak się okazało, zamknięto, a żar lejący się z nieba nie zachęcał do zwiedzania pozostałych obiektów). Karmiłyśmy dzikie nutrie, pojechałyśmy nad pokryte nenufarami stawy i odwiedziłyśmy naszą ukochaną „Borową chatę” z dobrymi pierogami. Może i bez szału, ale przy konieczności łączenia już tego z codzienną pracą, związaną z przygotowaniem do rozpoczęcia nowego roku w szkołach, to i tak można się cieszyć, że tyle udało się jeszcze zrobić. Nie licząc oczywiście przewijających się w międzyczasie długich rozmów, wspólnie obejrzanych filmów, opróżnionych butelek wina (gdy nie siadałyśmy za kierownicą to i takiego z procentami)…

Piękny wakacyjny czas… Nie do zapomnienia. Dla mnie szczególnie cenny, bo alternatywą było pozostanie w domu, gdzie znów groziło mi zaliczanie czarnych dołów.

Teraz też po odjeździe Ani czuję smutek, ale taki połączony z zadowoleniem z udanych wakacji. Cieszę się tym, co razem wakacyjnie zrobiłyśmy. Różowy kubeczek z Pragi, oprócz wzbudzania nostalgii, ma też moc wywoływania uśmiechu na twarzy.

Zerkam na niego raz po raz, czekając na informację, że Ania wróciła szczęśliwie do domu. Czasem się przy tym uśmiecham, a czasem chce mi się płakać. Ot, zwykłe życie, wyglądające jak kociołek zmieszanych emocji, tyle że u mnie najczęściej podgrzanych do temperatury bliskiej wrzeniu...

Zaglądam do kalendarza Beaty Pawlikowskiej pod tytułem „Rok dobrych myśli”, który kupiłam kilka miesięcy temu w prezencie zarówno dla siebie, jak i dla moich bliskich. Co dziś tam doradza autorka?

Nie rozkminiaj . Puść. Przestań myśleć o tym, co się stało. Skoncentruj się na tym co jest teraz i będzie za chwilę”. Niby dobra rada na trudne chwile, ale dzisiaj w mojej sytuacji jakoś średnio pomaga...

Wreszcie nadchodzi oczekiwana wiadomość. Messenger informuje, że Ania z króliczkami bezpiecznie dotarła do Łodzi. Stres powoli mnie puszcza.

Czy teraz uda mi się skoncentrować na tym, co jest i będzie za chwilę? No dobrze Pani Beato, postaram się spróbować to zrobić. Wkrótce. Bo dziś proszę mi pozwolić jeszcze pozostać w przeszłości i wspominać. Wdychać zapach pozostawionego przez króliczki sianka. Przeglądać fotki z kuflami pełnymi piwa. I uśmiechać się do praskich zabytków na różowym kubeczku w którym zaraz zaparzę świeżą kawę na dobrý den...



czwartek, 8 sierpnia 2024

DROGA NA WAKACJE

Jadę… Jadę i jadę. I mam wrażenie, że ta jazda końca nie ma. Nawet jeśli pierwszą część trasy w związku z nocną bezsennością przespałam. Ale za to po przebudzeniu widziałam piękny wschód słońca, potem pole kwitnącego słonecznika, a niedawno żurawie nad stawem. No i wkrótce dojadę do Szczecina. O tym, jak piękne jest to miasto (a Andrzej zawsze to podkreślał), przekonam się dopiero w drodze powrotnej. Gdy będziemy wracać z pobytu nad morzem w pustym przedziale i nikt nie będzie przeszkadzał w podziwianiu krajobrazów.

Od tak dawna nie jeździłam koleją na swoje wakacje, że aż trudno mi się w tym odnaleźć. I jakoś czas się dłuży bardziej niż w podróży samochodem, mimo że w pociągu można w dowolnej chwili wstać, rozprostować kości, a nawet się przespacerować (co prawda albo do toalety, albo do Warsu, ale to zawsze coś:). Niemniej świadomość, że nie da się w dowolnej chwili przerwać podróży, opuścić środka lokomocji, czy nawet zmienić trasy, trochę doskwiera i odbiera poczucie wolności.

Z drugiej jednak strony ten rodzaj podróżowania ma swoje niewątpliwe plusy – nie trzeba się martwić o kondycję kierowcy, no i generalnie o nic w ogóle. Można się zająć swoimi sprawami: czytanie, pisanie, beztroskie napawanie się widokami zza okien. I taki właśnie był plan. Który ciężko mi zrealizować. Bo na razie muszę trzymać nos głęboko w telefonie, jeśli nie chcę konwersować przez całą 12-godzinną trasę z panem z naprzeciwka, jadącym w bardzo towarzyskim nastroju do sanatorium w Świnoujściu.

My wysiądziemy wcześniej – w Międzyzdrojach czeka na nas apartament, którego wynajem załatwiła Ela. Pan z naprzeciwka, któremu jakoś w końcu udaje się wyciągnąć ze mnie informacje na temat celu naszej podróży, raz po raz robi odniesienia do znajdującej się w tym mieście Promenady Gwiazd. Czyli czegoś w sam raz teraz dla mnie;). Zresztą Ela z mamą też nie mają obecnie lekkiego kawałka życia. A gwiazdorzenie na życiowym zakręcie jest ostatnią rzeczą, na którą miałybyśmy ochotę. Lecz wolę dalej scrollować i wystukiwać wiadomości, niż tłumaczyć to współtowarzyszowi podróży.

Pan myśli, że ja tu wypisuje listy miłosne, bo się uśmiecham do telefonu - komentuję messengerowo sytuację do Ani.

No taka ze mnie się zrobiła aspołeczna jędza. Wolę czas z telefonem niż z człowiekiem. Podróż ze scrollowaniem i wystukiwaniem wiadomości upływa jakoś szybciej:).

A w międzyczasie dzwonią wszystkie szkoły, gdzie składałam podanie online. Mogę pracować wszędzie!

Teraz Ty im zrób rekrutację xd radzi Ania:).

Co oni Ci oferują xd

Najbardziej się ubawiłam rozmową z panią dyrektor z Gwoźdźca. Myślałam, ze składam podanie do szkoły pod Krzeszowice, bo tam też jest taka miejscowość, a okazało się, że to pod Nowym Sączem. I pani mnie pyta, czy naprawdę chce dojeżdżać do pracy na 6 godzin tygodniowo (po) 120 km? miałyśmy się obie. (...) jednak złożyłam rezygnacje

Ale jakbym zmieniła zdanie, to tam też pracować mogę

Cieszę się że pod tym względem nie ma stresu  - komentuje Ania. Masz same możliwości, pięknie 

Aż wreszcie odbieram ten telefon, na który czekam. Z jedynej szkoły, do której zawiozłam przed wyjazdem dokumenty osobiście. Poleconej mi przez Madzię, a to najlepsza rekomendacja.

I zostaję przyjęta do pracy na (ponad) pół etatu w tym samym mieście, w którym pracuję na drugie (ponad) pół etatu w szkole katolickiej. Cieszę się bardzo. Teraz z jednej placówki do drugiej będę miała zaledwie 5 pięciominutową trasę i niesamowity komfort przemieszczania się między nimi.

Właśnie dzwoniła kolejna pani dyrektor (...), nie mogła przeboleć, że się spóźniła i że już przyjęłam pracę w Libiążu. Zakończyła rozmowę: „ale jakby coś…”. W szoku jestem, że to tak w tym roku wygląda.

W takim właśnie stanie dojeżdżam w końcu do Szczecina. Wreszcie mam poczucie, że do morza już blisko i że nasza podróż wkrótce się zakończy.

Myślę o wielu różnych zakończeniach w moim życiu. Właśnie zakończyłam poszukiwanie nowej pracy. Rozstałam się już z drugą szkołą masową. Być może nawet okres gwałtownego pogorszenia samopoczucia też jest już definitywnie za mną…

Myślę o dzieciakach, które w ostatnim tygodniu ukończyły kolejno – 25 i 21 lat. Też mam nadzieję, że to dla nich początek końca pewnego rozdziału w życiu.

Zamykam to, co było, w przeszłości. Otwieram się na zmianę. Pozytywnie się do niej nastawiam. Zaczynam w końcu wymarzone wakacje. I wraz z Elą i jej mamą wysiadam wreszcie na stacji w Międzyzdrojach...


Ciąg dalszy w poście: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/09/k-olejnym-miastem-choc-wasciwie-raczej.html



niedziela, 4 sierpnia 2024

LETNIE WYŁAMANIE ZE SCHEMATU

Ostatni tydzień całkowicie wyłamał się z dotychczasowego wakacyjnego schematu. W poprzedni weekend poczułam się na tyle lepiej psychicznie (a jednocześnie na tyle gorzej fizycznie – patrz dolegliwości ze strony wątroby), że uznałam suplementy: olejek CBD, magnez, witaminę D itp. za wystarczający na ten moment zamiennik antydepresantów.

Czy na poprawę nastroju miała wpływ weekendowa korespondencja z Elą, która była wstępem do czegoś bardzo przeze mnie oczekiwanego? Być może. Człowiek nigdy sobie przecież do końca nie uświadamia, w jaki sposób działają procesy psychiczne w jego nieświadomości:). A Ela pisała do mnie w sprawie spotkania, na którym miałyśmy omówić szczegóły… wakacyjnego wyjazdu.

TAK! moja kochana pedagożka z katolickiej szkoły zaproponowała mi wspólne wczasy nad morzem z nią i jej mamą! Ucieszyłam się, a ta radość jeszcze się wzmaga każdego dnia. Chce mi się morza, wyjazdu i wakacji, które pozwolą mi zebrać siły na kolejny rok szkolny. Jeśli mam dalej pracować, a to przecież na ten moment finansowa konieczność, to nie mogę całego swojego urlopu przepłakać pod niebieską kołderką na wiśniowej sofie.

Nadeszła pora, by wykopać się z czarnego doła. Nadeszła pora, by wyjść do ludzi. Zwłaszcza że sierpień jakby rozwiązał wór z towarzyskimi możliwościami.

Jak siedziałam sama przez cały lipiec, to nagle w tym tygodniu chyba wszyscy moi starzy znajomi dzwonią z propozycja spotkania – napisałam wczoraj do Beaty.

Wyobraź sobie, że nawet zupełnie niezależnie od siebie, odezwały się dwie dziewczyny, z którymi pracowałam jeszcze w domu dziecka.

A były to czasy, gdy oczekiwałam na narodziny Kacpra. Tymczasem on ma już dziś 25 lat! Potem nasze drogi się rozeszły. Miło, że znów nastąpiło ich skrzyżowanie.

Z Magdą już byłam w poniedziałek na kawie, z Agnieszką jestem umówiona w kolejny poniedziałek

Zaraz mi braknie miejsca w terminarzu😉

Nawet dziś mam zaplanowane spotkanie ze starymi znajomymi ze studiów. I jak tu nie kochać sierpnia?

Choć uczciwie muszę przyznać, że jednak lipiec pod względem towarzyskim nie stanowił takiego zupełnego bezrybia. Tak więc w lipcowym terminarzu spotkań znalazły się:

1. Posiadówka na lodach z Madzią i Beatką, która jest kolejną najcenniejszą znajomością ze szkoły masowej, gdzie kończę pracę;

2. Zafundowanie sobie (dla poprawy nastroju, bo tonący to i brzytwy się chwyta) koncertu mis i gongów w wykonaniu niezrównanej Edi (organizatorki zimowej wycieczki do Neapolu). Co prawda bez towarzyskiej części spotkania, ale to nie był dla mnie ani nastrój, ani czas po temu – uczciwie muszę jednak przyznać, że gospodyni to proponowała;

3. Wizyta u Beatki - to ta z najcenniejszych znajomości powyżej, poza tym jedna z najciekawszych, bo dziewczyna to z wykształcenia romanistka, a z racji wykonywanego zawodu anglistka i nauczycielka plastyki;

4. Odwiedziny Agatki (to druga moja współtowarzyszka z Neapolu) w jej nowo wybudowanym domku w górach. Przecudne miejsce i przemiły rodzaj parapetówki w gronie dawnych koleżanek ze szkoły, gdzie przepracowałam ponad trzydzieści lat.

No dobra, rzeczywiście nie jest tego zbyt wiele, może więc dopiszę do powyższej listy jeszcze wakacyjne „eventy” z końca czerwca:

1. Ogrodowa impreza kończąca rok szkolny u pani dyrektor szkoły masowej – nawet jeśli znalazłam się tam trochę przypadkiem, to było jednak bardzo miło;

2. Śniadaniowe spotkanie u sąsiadki Bożenki, która przyjechała z Austrii, no cóż, wprawdzie na pogrzeb taty, ale i tak widzieć ją to zawsze przyjemność;

3. Wyjazd na jagody z moją kochaną Iwonką. Było miło, choć w lesie duszno niemiłosiernie przed burzą, a kręgosłup bolał przy schylaniu podczas zbierania. Najgorsze jednak okazało się to, że wszystkie leśne owady, jakby się na nas wściekły i zapragnęły pożreć nasze ciała żywcem. Nie działały żadne osłony ani repelenty, których użyłyśmy. Wprawdzie ten dzień poza uciążliwymi bąblami, leczonymi później bezskutecznie wszelkimi możliwymi sposobami, nie zaowocował żadnymi poważniejszymi skutkami zdrowotnymi, ale niestety kolejny wyjazd na jagody (tym razem nie ze mną) zakończył się dla Iwonki bardzo przykro. Po ugryzieniu przez kleszcza dostała boreliozy, a lecząc ją, zaraziła się w przychodni od innych pacjentów covidem. Oczywiście zarażenie wkrótce objęło także jej męża i takim oto sposobem moja przyjaciółka załatwiła sobie większość wakacji nie dość, że w łóżku, to jeszcze w zamknięciu:(. Nasze wakacyjne spotkania zakończyły się więc, zanim tak naprawdę na dobre się rozpoczęły.

Ach, żeby choć te jagody były tego warte… Ale gdzie tam. Było ich tyle, co kot napłakał, wystarczyło ledwie do posypania małej okrągłej blaszki ciasta i do przygotowania dwóch koktajli:). To dla mnie nauczka, by następnym razem liczyć jednak na wyspecjalizowanych zbieraczy, a wakacyjny czas z przyjaciółką spędzić w mniej wymagający sposób.

Trzeba wreszcie wyrosnąć z marzeń o baśniowym klimacie rodem z przerabianej w pierwszej klasie lektury. Minęły już lata, odkąd mama przed pójściem do szkoły czytała mi „Na jagody”. Przyszedł czas, gdy dzieciństwo mam przecież dawno za sobą. Teraz jestem w tym okresie życia, gdy podejmuje się role i obowiązki dorosłych ludzi...

I właśnie to starałam się zrobić podczas dotychczasowych wakacji. W bólach i z każdym dniem coraz  bardziej brzemię dorosłości czując. W końcu przygniotło mnie ono swoim ciężarem. Dorosłe sprawy chyba mnie jednak przerosły.

No więc teraz muszę od nich troszkę odpocząć. Omawiam z Elą szczegóły wyjazdu podczas weekendowych spotkań i coraz goręcej na niego czekam. Powoli stawiam się do pionu, żeby go ogarnąć. Mobilizuję się i zaczynam działanie w ramach przygotowań.

I od razu zaczynam czuć się z tym lepiej – nawet fizyczne! A przecież o to chodziło. Dziękuję Ci Elu. Zrobiłaś dla mnie to, o czym nikt inny nawet nie pomyślał...