sobota, 31 marca 2018

PRZYGOTOWANIA DO ŚWIĄT

 Tegoroczne przygotowania do Świąt są dla nas jednocześnie przygotowaniem do wyjazdu. No więc mój mąż robi zakupy na wyjazd, szykuje wypieki na wyjazd, gotuje nawet jajka w cebulowych łupinkach, żebyśmy mieli pisanki na wyjazd. Wszystko to spadło na mężowskie barki, bo moje życie w ostatnim miesiącu kręciło się właściwie tylko wokół chodzenia do pracy i wyjazdów na studia. W ten napięty program konieczne okazało się jeszcze wciśnięcie wizyt u weterynarza - omal co dzień od czasu odkrycia martwej ciąży Luny – szwy po zabiegu wyciągaliśmy dopiero w przeddzień wyjazdu.  Ledwie mi się udaje za tym wszystkim nadążyć.

Mój mąż jest strasznym tradycjonalistą.  W te Święta południowe Włochy nie zobaczą nas w żadnej wystrzałowej kreacji. Nasz bagaż składa się prawie w całości z wiktuałów, bez których mąż nie wyobraża sobie świątecznego menu. W swojej walizce wiozę nawet, i to już jest prawie zarzewiem buntu, marchewkę, pietruszkę i seler! No bo jak przeżyć święta bez tradycyjnej sałatki jarzynowej?! Przekonywanie, że kupimy to wszystko na miejscu, męża nie przekonuje. Lądujemy w Bari w Wielki Czwartek późnym wieczorem, nie ma więc pewności, że wówczas uda nam się jeszcze zrobić zakupy. Nie dysponuję żadnymi argumentami na poparcie  wyobrażenia, że zrobimy to w następne dni. Nie mam pojęcia, jak bardzo tradycyjne są w kwestii świątecznej południowe Włochy. W niektórych miejscach Europy Wielkie Piątek i Sobota to już dni wolne od pracy, a więc i od handlu (przetestowane w zeszłym roku w Hiszpanii). Głodowanie w święta? To nie wchodzi w mężowską rachubę. Pozostaje mi tylko pogodzić się z losem.


No więc obładowani niczym wielbłądy (mam nawet kanapki z kotletem, upchnięte po kieszeniach polara), stawiamy się na lotnisku w Katowicach. I tu spotykamy przeszkodę w postaci pani kontrolującej bagaże. Sprawia ona niestety, że tubka z majonezem do sałatki jarzynowej i chrzan do świątecznego śniadania muszą opuścić mężowską walizkę. Mąż jest niepocieszony. No bo jak to, bez chrzanu w święta? Próbuje jeszcze przekonać jakoś panią kontrolerkę do zmiany decyzji. Tłumaczy szczerze zmartwiony:
- Majonez to jeszcze pewnie gdzieś kupię, ale gdzie ja znajdę chrzan we Włoszech?

Ale pani nie zwykła dyskutować z turystami, choć akurat nie ma nic lepszego do roboty – lotnisko jest przedświątecznie puste. Z nabzdyczeniem godnym lepszej sprawy odpowiada w najbardziej służbowy sposób, w jaki można, zaczynając od słów: „ja tu jestem od tego, by przepisy...”... Nie mamy pojęcia, co stanowią one w kwestii chrzanu, więc jesteśmy zmuszeni odpuścić. Oj, nie lubimy takich służbistek. Odchodzimy z kwitkiem do kolejnych pomieszczeń lotniska i nawet mnie jest przykro z powodu zawalenia się mężowego planu świątecznego żywienia, choć akurat tradycjonalistka ze mnie żadna. Gdyby zaopatrzenie było na mojej głowie, to chrzan na święta pewnie w ogóle nie przyszedłby mi nawet do głowy.

Lot do Bari jest najkrótszym, jaki odbyliśmy w ostatnim czasie. Lądujemy zanim nawet udaje mi się zasnąć. Na miejscu - na osłodę lotniskowych przeżyć - w wypożyczalni samochodów pani proponuje nam za niewielką dopłatą wymianę zamówionej Pandy na nowiutkiego Citroena Cactusa i to z nawigacją! Bierzemy – w końcu to Święta i jednocześnie wyjazd w imieninowym prezencie  dla mnie – nie będziemy w trakcie tej podróży liczyć każdej złotówki. Trochę to trwa zanim odnajdziemy nasze nowo wypożyczone auto na wielkim lotniskowym parkingu. W końcu okazuje się, ze wypożyczyliśmy właśnie ten pojazd, którym zachwyciła się wcześniej dziewczyna Kacpra podczas błądzenia po parkingowych alejkach. Wreszcie (po rozkminieniu co i do czego w Cactusie służy) pięknym grafitowym wozem zabieramy się w podróż na południe. Mamy rezerwację w ośrodku Salice Club Resort nad samym Morzem Jońskim. Po drodze musimy zdobyć jeszcze majonez (bo o chrzanie nawet nie ma co marzyć). Ale przynajmniej jest nadzieja, że sałatka jarzynowa w Święta będzie (skoro być musi)!

W końcu, dosłownie piętnaście minut przed zamknięciem sklepu udaje nam się wskoczyć do Auchana na przedmieściach Bari. Staramy się wybrać majonez spośród kilku, z których żaden nie ma szans być tak dobry jak ulubiony przez męża „kielecki”J
Jestem już bardzo zmęczona. Po natknięciu się na marchewkę na stoisku warzywnym czuję, że zaczynam zgrzytać zębami ze złości. Ale się opanowuję – w końcu idą Święta. No i będziemy mieć pyszną sałatkę jarzynową. Spoglądam na półki z majonezem, potem na sąsiednie... i tuż obok..., no nie, nie mogę wprost w to uwierzyć, najspokojniej w świecie stoi sobie CHRZAN TARTY firmy Motyl -  „oryginalny smak od 1980”! Czy mogą być lepsze Święta? Zwłaszcza, że wkrótce okaże się, iż w miejscu docelowym będą otwarte hipermarkety zarówno w Wielki Piątek, jak i w Wielką Sobotę;).

Dzięki temu na naszym świątecznym stole ledwo się zmieści obfitość polsko – włoskich przysmaków. To będą dobre Święta. Mąż jest w pełni zadowolony. Ja też. Kolejny raz udało mi się uciec z  domu przed świętami. 
Alleluja!

Ps. O Wielkanocy w Kalabrii traktuje wpis: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2018/04/buona-pasqua-relacja-ze-swiatecznego.html

środa, 21 marca 2018

DŁUGIE CHŁODY



Tak trudno jest nadejść wiośnie w tym roku. Wczoraj skończyła się kalendarzowa zima, a na dworze wciąż mroźno i niezachęcająco do wychodzenia z domu. Dobrze, że kończącą ten miesiąc Wielkanoc zaplanowaliśmy spędzić na południu. Miło będzie po długich zimowych chłodach rozgrzać się w słońcu Kalabrii.

Z nadejściem kalendarzowej wiosny zakończyła się Zimowa Narodowa Wyprawa na K2. Szczyt pozostał niezdobyty, a himalaiści powrócili w tym tygodniu do Polski.  Jednak nie  wszystkie wyprawy miały szczęście w komplecie pożegnać zimę w Himalajach. Zapalam w myślach znicz na szczycie Nanga Parbat, która niespełna dwa miesiące wcześniej stała się grobem dla Tomka Mackiewicza. Odżywają znów uczucia związane z jego śmiercią po przeczytanej dziś w internecie informacji, że ojciec himalaisty otrzymał już akt zgonu syna. Chciałabym mieć amnezję i na zawsze zapomnieć, co dzieje się w takim momencie z rodzicem.

W internetowym wydaniu Gazety Wrocławskiej znajduję wczorajszy artykuł pod tytułem „Wzruszające pożegnanie ojca z himalaistą Tomaszem Mackiewiczem.” 
Tata żegna Syna wierszem:
„Śpij synku na Nanga Parbat
Wtulony w puszysty śnieg biały
Niestraszne Ci już lody i burze
broniące wejścia do chwały.
Śnij synku o naszych dysputach,
które niejedną noc trwały.
Teraz już znasz odpowiedź,
jak wielki jest Bóg,
jak wspaniały.”




Tak naprawdę po śmierci Bartka doświadczyłam amnezji. Nie pamiętam na przykład poprzedniego pobytu na rekolekcjach w Kleczy Dolnej, gdyby nie mój mąż to nawet bym nie była świadoma, że spędziłam tam cały weekend. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam o tym z Anią. Ona twierdzi, iż u niej bywało czasem i tak, że nie potrafiła sobie przypomnieć poprzedzającego dnia. Kacper z kolei ma w pamięci dziurę z czasu pierwszych po śmierci Bartka Świąt Bożego Narodzenia. To wygląda tak, jakby każde z nas oddzieliło się na trochę od zbyt bolesnej rzeczywistości. Być może nasze umysły próbowały w takim procesie wykasować  z pamięci to, co bolało najbardziej. Oczywiście żadna z tych prób się nie powiodła – przeżycie było zbyt mocne. Ślad niczym wypalone w sercu znamię pozostanie już w nas na zawsze.
 - Budzę się i od razu czuję się naznaczony – powiedział mi ostatnio mój mąż. Tak właśnie, poczucie naznaczenia to  coś, co w sobie nosimy.














Ukochany mój Bartku, nie umiem Ci pisać pięknych wierszy. Bo nie ma takich słów, które mogłyby oddać to, co czuję. Ale mam nadzieję, że te uczucia Cię dosięgają gdziekolwiek jesteś.
My rodzice przedwcześnie powołanych do wieczności dzieci, możemy tylko wierzyć, że ten dobry, wspaniały Bóg z wiersza Witolda Mackiewicza daje Wam teraz lepsze życie niż to, które czekałoby Was na Ziemi. Że pozwala się spełniać wszelkim Waszym pragnieniom. Że czyni Was po stokroć bardziej szczęśliwymi, niż my moglibyśmy to uczynić.



W swoim sercu widzę obraz Tomka Mackiewicza przechadzającego się w promieniach słońca po ośnieżonym stoku Nanga Parbat. Gdzieś tuż za nim podąża mój Syn, którego marzeniem, nie mającym czasu na ziemskie spełnienie, był wyjazd do Indii. Kto wie, czy nie pociągnęłyby go wznoszące się do nieba na ich pograniczu góry. Bartek zawsze lubił wyzwania.









Śpijcie, śnijcie nasi Synowie, którzy przeszliście na drugą stronę życia. A Światłość wiekuista niechaj Wam świeci...


poniedziałek, 19 marca 2018

MARRAKESZ (relacja z grudniowego wyjazdu)


Przed wyjazdem do Marrakeszu naczytałam się w internecie relacji (to na przykład jedna z nich: https://spolecznosc.fly4free.pl/blog/634/spoko-maroko-czyli-tu-wszystko-jest-prostsze/),
w których podróżujący do Maroka dzielili się z czytelnikami takimi wzbudzającymi podziw doświadczeniami, jak:
1.  ogarnięcie logistyczne omal do perfekcji;
2. niezwykłe sukcesy w targowaniu;
3. znalezienie oszczędności nawet tam, gdzie wydawałoby się to niemożliwe;
4. mistrzowskie osiągnięcia w zasięganiu informacji u tubylców, którzy z reguły okazują się w takich sytuacjach zupełnie bezinteresowni.

A my zaczynamy od:
1. kompletnego zagubienia – po wylądowaniu w Marrakeszu zdawaliśmy sobie oczywiście sprawę z tego, że powinniśmy poszukać taksówki, odchodząc choć troszkę poza lotnisko (to zawsze inna cena), lecz byliśmy zupełnie niezorientowani, jaki kierunek mamy obrać. No więc po prostu rozpoczęliśmy pobyt bezradnym rozglądaniem się wokoło, podczas którego wszyscy bardziej rozgarnięci turyści, których powinniśmy spytać o drogę, zdążyli się rozejść w swoje strony.
2. Pierwszy miejscowy, zapytany o kierunek, właściwie wsadził nas do podstawionej taksówki (okazał się, a jakże, taksówkowym naganiaczem). Chyba należy to zapisać jako nieumiejętność rozpoznawania właściwych informatorów. Do tego doszła też bariera językowa, choć może była to sytuacja, w której naganiaczowi bardziej opłacało się nie rozumieć naszego angielskiego.
3. Przepłacenie taksówki  - cenę za trasę lotnisko – hotel poznaliśmy dopiero w drodze powrotnej.
4. Brak jakiegokolwiek targowania - jest to połączone z tym, co napisałam powyżej. O stawkę za kurs oczywiście spytaliśmy – na tyle byliśmy przytomni, że wiedzieliśmy, iż to trzeba uzgodnić wcześniej. Niestety nie potrafiliśmy podać żadnej własnej propozycji, nie wiedząc, ile właściwie powinno to kosztować. Dodatkowo, mój mąż wprowadził taksówkarza w stan zdumienia, dołączając do ceny hojny napiwek. Ot, tak – na dobry początek:)
No ale przynajmniej dotarliśmy szybko i wygodnie do hotelu. A kierowca taksówki rzucił się z zapałem do przenoszenia naszych walizek aż pod drzwiJ
Hotel Les Idrissides vel Labranda Rose był zachwycający... na zdjęciach w internecie. Na moich, które przywiozłam z Marrakeszu również. W rzeczywistości zaś okazał się... użyłabym słowa popularnego w internetowych opisach: „funkcjonalny”. To oznacza, że było przyzwoicie, choć spodziewanego efektu „wow” nie wywoływało.
Jeszcze tylko oczywiście wymiana pokoi – zamawiałam z ładnym widokiem na miasto, a nie na ścianę sąsiadującego hotelu Movenpick ex. Mansour Eddahbi. To co widać za oknem jest zawsze dla mnie ważną sprawą podczas szukania obiektu do nocowania. Dzięki temu czuję, że jestem w Marrakeszu, a nie na przykład w Berlinie, Paryżu, Gironie, czy w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, gdzie pokoje hotelowe wyglądają mniej więcej podobnie.

Dostaję więc od recepcjonisty listę kilku pokoi (wszystkie takie same) do wyboru i przydział na boya hotelowego (to taka postać, kojarząca mi się mocno z latami, gdy Maroko było kolonią francuską), który mnie prowadzi od drzwi do drzwi. Pytam go, co by wybrał na moim miejscu. Mężczyzna opowiada się za pokojem z widokiem na basen. Ja stawiam na ten, którego okna wychodzą na wymawiany piękną francuszczyzną przez boya „boulevar”. To dość ruchliwe miejsce, ale mieszkamy na piątym piętrze, a w dodatku w głębi podwórza, więc nie cierpimy z powodu hałasu.



Avenue Mohamed VI ma kilka pasów ruchu, ale przedzielonych zielenią, więc wygląda bardzo reprezentacyjnie. Widać wyraźnie wzorzec w postaci paryskich bulwarów. Dodatkowo wszystko jest pięknie oświetlone, a niektóre dekoracje mają związek z nadchodzącymi Świętami Bożego Narodzenia! (tak, tak, choinki też widzieliśmy). W ogóle cała dzielnica  (Hivernage)  - wypielęgnowana i czysta oraz pełna luksusowych hoteli i rezydencji wygląda imponująco. Wyjazd jest moim prezentem urodzinowym – postanowiliśmy na nim przesadnie nie oszczędzać - stąd decyzja o standardzie i usytuowaniu miejsca noclegowego.

Ważna była też dla nas opcja z wyżywieniem - na podstawie prywatnego rankingu zamieszczonych zdjęć z potrawami  dokonaliśmy ostatecznie wyboru hotelu, zamawiając w nim śniadania i obiadokolacje. Ale trwająca od świtu podróż sprawia, że już po zakończonym wczesnym popołudniem  kwaterunku czujemy się głodni. Na lunch wybieramy się więc do widocznego z naszych okien lokalu po przeciwnej stronie bulwaru – zależy nam, by nie pokonywać długich dystansów. Po listopadowym pobycie w szpitalu mąż czuje się gorzej niż przed tą kuracją – ledwo kuśtyka, podpierając się dwoma kulami, gdy się przemieszcza. Do ostatniej chwili ze względu na jego stan zdrowia nasz wyjazd stał pod znakiem zapytania.

To, że jednak udało nam się dotrzeć do Marrakeszu jest dla nas wielkim szczęściem. Następnego doświadczam już podczas obiadu. Wybieram osławiony na internetowych forach tadżin (ten mój jest z kurczakiem i kiszonymi cytrynami) i aż wzdycham z zachwytu.

Zaczyna padać drobny deszczyk, ale to nam nie przeszkadza. Przenosimy się z tarasu restauracji do środka. Zamawiamy kolejny sok z wyciskanych pomarańczy, potem miętową herbatę. Nie spieszy nam się nigdzie, delektujemy się powoli i z rozkoszą.

Rozanielona piszę sms – a do siostry: ‘pozdrawiamy Was z Maroka – zamiast słonka mamy deszcz! Ale wiem, że będzie mi się tu podobało – wróciliśmy właśnie z obiadu – pierwsza knajpka na którą trafiliśmy - naprzeciwko hotelu [w domyśle wymiata - przyp.aut.:)] – a jedzenie… to właściwie zupełnie nowa jakość jedzenia!”

Próbuję opisać Monice moje doświadczenie z nowymi wrażeniami smakowymi, ale mi to jakoś nie wychodzi. Pierwszy zachwyt kuchnią marokańską wydaje się trudny do ubrania w słowa: „wszystko mi tu tak smakuje, właściwie to zupełnie nowe dla mnie smaki, więc tym bardziej jestem zaskoczona, bo nie mam natury kulinarnego eksperymentatora. Teraz chyba trochę odeśpimy podróż i pójdziemy na hotelową kolację. I tak nam pewnie minie dzień pierwszy w Marrakeszu”.

Rzeczywiście tak mija. O świcie zaś budzą mnie... pierwsze objawy „zemsty faraona”.

*

Cały następny dzień muszę pilnować, by być blisko toalety. Wieczorne wyjście do pobliskiego marketu na końcu ulicy jest już dla mnie dużym wyzwaniem. Ale nie narzekam. Spędzam czas w łóżku i korzystam z tego, by przygotować się do czekającego mnie tuż po powrocie collokwium z anatomii. Książka Kalata „Biologiczne podstawy psychologii” przyleciała do Marrakeszu wraz ze mną. To pozycja z gatunku „solidna cegła”, która zajęła mi prawie połowę bagażu podręcznego. Gdy stewardesa próbowała go włożyć w samolocie do luku nad moją głową, to aż jęknęła z wysiłku. No cóż, nabywanie wiedzy to ciężka sprawa…
Piszę kolejnego sms-a do Moniki: „Dobrze, ze wybraliśmy hotel ze względu na wyżywienie! Być może do wyjazdu nie będę mogła już niczego tknąć! Ale humor mi, o dziwo, dopisuje –  robi mi się wesoło, jak pomyślę o naszej wyprawie po słonko. Deszcz co prawda przestał padać, ale jest tak pochmurno, że może w każdej chwili rozpadać się znowu. Ochroniarz na lotnisku powiedział, że przywieźliśmy taką pogodę z Polski. No to pozdrawiam z trochę pokomplikowanego wyjazduJ


*

Zabrany przezornie z Polski Nifuroksazyd działa może powoli, ale skutecznie. Wprawdzie kłopoty żołądkowe będziemy mieli z mężem aż do powrotu do Polski, lecz trzeciego dnia możemy wypuścić się już na dalszą odległość od toalety.

Jedziemy na Medynę – tym razem znamy maksymalną cenę za taksówkę i tyle właśnie płacimy. Dojeżdżamy prawie do serca najbardziej znanego i osławionego miejsca w Marrakeszu - placu Jamma El Fna (Dżamaa al-Fina). To atrakcja dużego formatu - „od 2001 roku rynek wraz z całym zabytkowym centrum miasta został wpisany na listę dziedzictwa UNESCO, a w 2008 roku na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO”, zajmuje też trzecie miejsce w rankingu najpiękniejszych placów świata (po weneckim i krakowskim) francuskiej edycji Lonely Planet https://turystyka.wp.pl/najwspanialsze-place-swiata-6043966305711233g/8


Medyna nie należy do moich ulubionych miejsc. Mam złe doświadczenia z arabskich krajów, gdzie się z nią stykałam. Może to nie są jakieś traumatyczne wydarzenia, ale wspomnienia historii, które mnie przestraszyły i sfrustrowały zarówno w Egipcie, jak i w Tunezji. W tym pierwszym kraju zetknęłam się z podszczypującym mnie sprzedawcą, który starał się wykorzystać w ten sposób sytuację zaaranżowanego przez siebie  pozowania do wspólnych zdjęć. Nie zrobiłam z tego afery, a nawet nie dałam po sobie znać, że coś takiego się zdarzyło – przebywałam na kairskim suku tylko z moimi nieletnimi synami i nie chciałam doprowadzić do sytuacji narażenia ich na niebezpieczeństwo, gdyby stanęli w mojej obronie. Zdecydowanie groźniej było na Medynie w Sousse. Tam jeden ze sprzedawców uwięził mnie z młodszym synkiem w swoim sklepiku. To była zemsta za to, że nie dobił targu z moim mężem. Zostaliśmy wypuszczeni dopiero po interwencji starszego syna. Niby to było dawno, lecz wciąż niepewnie się czuję w miejscach pełnych ciasnych zaułków, pozbawionych możliwości ucieczki, w labiryncie nieznanych uliczek, gdzie handel opanowany jest przez męską część świata.

Ale trudno sobie wyobrazić, aby być w Marrakeszu i pominąć Medynę w planie zwiedzania. Wysiadamy więc z taksówki w zupełnie innym świecie niż wsiadaliśmy. Nie jestem specjalnie zaskoczona. Akurat spodziewałam się hałasu, brudu, tłoku i smrodu. Ale wielki plac Dżamaa al-Fina to jeszcze dodatkowe atrakcje, a każda z nich sprawia, że czuję się w tym miejscu coraz gorzej. Zaklinacze biednych, ogłuszonych muzyką węży, które wyjęte z koszyka próbują desperacko i bez rezultatu uciec gdzie popadnie od tego zgotowanego im tutaj życia, właściciele sfrustrowanych i poszarpywanych podczas prowadzenia na łańcuchu małp, żebracy o różnych stopniach ułomności, a także naciągacze wszelkiej maści – to wszystko w całej masie bombardujących zewsząd bodźców w tym miejscu aż kłuje w oczy, niestety. Wprawdzie internetowe relacje donosiły, że tu tak właśnie jest, ale jednak czymś innym jest wyobrażenie od doświadczenia tego na własnej skórze. Poza tym u każdego budzi to przecież inne odczucia.


Mnie boli serce, ale nie mogę tu pomóc każdemu człowiekowi, którego widok porusza moje sumienie czterogwiazdkowego turysty. Pierwszej osobie, działającej na mnie w ten sposób, wsypuję w dłonie wszystkie drobniaki, które mam w portmonetce. To smutny, kilkuletni chłopiec, który by nie żebrać, próbuje sprzedawać pakiety chusteczek higienicznych. Następny, w podobnym wieku, lecz znacznie bardziej rozzuchwalony, chwilę później usiłuje mnie okraść, gdy tylko przekraczam granicę suku.
Kolejna próba kradzieży zdarzy mi się nazajutrz, gdy będę już opuszczać plac Dżamaa al-Fina. Tym razem sprawcą był młodzieniec – zadbany, wręcz wymuskany – lecz zarazem sprawiający wrażenie jakby nie przejmował się całym zajściem i czuł się bezkarny. Po odskoczeniu od nas na niewielką odległość, bez zażenowania obserwował z narożnika placu moje wzburzenie i  zamieszanie wśród świadków zdarzenia.
Sytuacja ta, mająca miejsce w pożegnalny wieczór w Marrakeszu tuż po słowach, że być może jednak z czasem mogłabym przywyknąć do życia na Medynie, natychmiast zrewidowała to stanowisko. Jednak bym nie mogła!

W ogóle nie lubię miejsc, gdzie do zakupów jestem nagabywana w sposób nachalny, bo „nie” dla nikogo nie znaczy „nie”. Męczy mnie już to, że trzeba się targować - do tego w sposób,  który nie ma nic wspólnego z prawdziwymi odczuciami w relacji ze sprzedawcą, a udawać należy głównie mało sympatyczne postawy: niechęć do kontynuowania kupna, urazę z powodu podanej ceny czy też jej pełne złości wyśmiewanie. Dodatkowo nie umiałabym żyć w miejscu, gdzie jako kobieta nie mogłabym być po prostu dla innych miła. Tu na Medynie każdy mój uśmiech, oznaczający zwyczajnie życzliwe nastawienie do reszty świata jest interpretowany opacznie. Dopiero po lekturze tekstu na stronie http://www.marrakesz.net/maroko/bezpieczenstwo/ zaczynam rozumieć dlaczego.

jest pewien problem dla mężczyzn i kobiet: gdy zachodni turyści się uśmiechają, to znaczy, że jesteśmy szczęśliwi, ale wymiana uśmiechów i kontaktu wzrokowego nie oznacza tego samego w Europie i Maroku. W marokańskim społeczeństwie, jeśli kobieta uśmiecha się do człowieka, to znaczy, że „chce” coś od niego. Uśmiechy i spojrzenia mają w krajach muzułmańskich bardzo silny seksualny podtekst. Spojrzenia są już bardzo mocne, a uśmiech do marokańczyka na pewno sprawi, że on pomyśli sobie, że jesteś nim zainteresowana i podrywasz go. Kilka razy potwierdziłem to, gdy usłyszałem od marokańskich przyjaciół „O patrz, ona mnie chce – uśmiechnęła się do mnie …”. To nie jest nic złego, po prostu mają inny sposób interakcji z ludźmi.”

Wynika mi z tego, że gdy na Medynie ktoś mi proponuje zakup w swoim sklepie, to najlepszym sposobem zachowania byłoby nie zwrócenie nawet uwagi na sprzedawcę i ominięcie go wzrokiem - obojętnie i z zerową mimiką (tylko co to za radość z zakupów i bycia z ludźmi). Najwyraźniej bowiem moja społeczna porażka w takim miejscu jest związana z tym, że ja tu stosuję kryteria uprzejmości, przyswojone w procesie wzrastania w swojej kulturze, dziękując  z uśmiechem handlarzom za ich ofertę! I rzeczywiście przejść spokojnie przez Medynę nie mogę, będąc wciąż zatrzymywana próbami zmuszania mnie do zakupów. Oczywiście już po chwili tracę zainteresowanie wszelkimi wystawionymi towarami i marzę tylko, by opuścić to miejsce jak najszybciej. Nie jestem w stanie przywyknąć do tej "innej" interakcji z ludźmi...

Jak można się domyślić, uprzejmość nie działa w drugą stronę, bo każda próba sfotografowania czegokolwiek na straganie, to krzyk o „permission” i opłatę. Już nie mówię o grajkach, przebierańcach czy innego tego typu „artystach” z placu Dżamaa al-Fina, do nich nawet nie próbujemy się zbliżać. Nie mamy ochoty być oskubani do ostatniego grosza. Gorzej, gdy oni zbliżają się do nas. Salwowanie się ucieczką z dwoma kulami nie wchodzi raczej w grę.





















Choć uczciwie przyznać muszę, że na suku spotkaliśmy też normalnych, ludzkich sprzedawców, proponujących mojemu niepełnosprawnemu mężowi wodę przy osłabieniu lub własny stołeczek do odpoczynku! To smutne, że inne doświadczenia z Medyny zaskutkowały tym, iż zaczęliśmy być podejrzliwi nawet wobec tych przyjaznych gestów niewyrachowanej dobroci. Ale gdy raz się zderzysz z oszustwem pod przykrywką serdeczności, to już potem nigdy jej nie dowierzasz.








Taki efekt wywołało u mnie spotkanie z "dekoratorką dłoni", malującą wzory za pomocą henny wyciskanej ze strzykawki (z igłą!). Oganiam się od niej przez całe pierwsze popołudnie na placu Dżamaa al-Fina – oczywiście w naiwnie głupi sposób, bo uprzejmie i z uśmiechem na twarzy. Grzecznie odmawiam i dziękuję za propozycję, z której nie mam najmniejszej ochoty skorzystać (marzę o umyciu rąk, a nie wymalowaniu ich we wzorki). W końcu mam nadzieję, że to dotarło do natarczywej kobiety, bo sprawia wrażenie, jakby odpuściła. Tylko po to, by w następnej chwili, znienacka chwycić moją dłoń i zacząć ją malować – zapewniając gorąco, że to tylko maleńki, bezinteresowny znak na szczęście. Uśmiecha się przy tym do mnie promiennie, a ja w swej naiwności oczywiście daję się nabrać na ten przyjacielski gest! Ale z drugiej strony, jak mam wyszarpnąć z jej uścisku moją dłoń, skoro igła dotyka prawie mojej skóry?! Zwyczajnie się boję, że może mnie skaleczyć.
Efekt? Oszustka żąda pieniędzy za usługę! Ponieważ nie protestowałam zbyt skutecznie (tzn. z teatralnym oburzeniem) podczas malowania, zdążyła w minutę pokryć moje dłonie esami – floresami, które przypominają bardziej niedbałe dzieło przedszkolaka niż finezyjny orientalny wzór. Strasznie mi się nie podoba, ale nie chcę urazić „malarki” taką oceną, więc zrezygnowana bezradnie spoglądam na to „dzieło”, nie wiedząc właściwie, jak mam zareagować. I wtedy słyszę ”korzystną ofertę – przeznaczoną specjalnie dla mnie”:
- Amerykanki płacą za to 500 Euro, ty zapłać chociaż 50.
I to już dla mnie zbyt wiele. Czuję, że złość zaraz mną potarga. Ale nie umiem się obronić przed takimi osobami jak ta kobieta i w końcu płacę wcale niemały „dobrowolny” datek, by się od niej uwolnić. Nie chcę, by to wydarzenie popsuło mi humor na resztę pobytu w Marrakeszu i staram się za żadną cenę do tego nie dopuścić. Zostaję z dłońmi uwalonymi henną, która według oszustki miała wyschnąć po 15 minutach. Po dalszych 30 wciąż nie jestem w stanie ich używać bez wcierania żółtej papki we wszystko, czego dotknę. W końcu się poddaję i ścieram z siebie to, co mi podstępem nałożono.


- Wyglądasz, jakbyś gołymi rękami sprzątała toaletę po naszej zemście faraona – mąż bezceremonialnie komentuje wygląd moich poplamionych dłoni w dniu następnym. Rzeczywiście tak wyglądam i to przez dłuższy okres czasu. Wracam do Polski, starając się chować dłonie po kieszeniach przy każdym kontakcie z ludźmi. Ale jeszcze podczas pisania testu z Biologicznych podstaw psychologii straszę ciemnożółtymi plamami. Ot, takie ślady po ciemnej stronie Marrakeszu.

Z czasem wreszcie się ich pozbywam - tak samo, jak i tych niemiłych wspomnień z podróży. Zostaje czysta skóra i „oczyszczona” pamięć.





Kolokwium z Biologicznych podstaw psychologii udaje mi się szczęśliwie zaliczyć. Mam też szczęście zachować wiele wspomnień jasnych stron miasta, w którym w końcu zaświeciło słońce. I kilka miesięcy później wiem na pewno, że mogę już tam wracać. Nawet jeśli to znów miałoby być tak bardzo pokomplikowane.

niedziela, 18 marca 2018

TUPANIE NOGAMI





"Są inne światy, są niebieskie łąki,

Gdzie się tajemnic rozchylają pąki..."


(B. Leśmian, Z dziennika I, 1901)






Moje nowe studia zabierają mi prawie cały czas weekendowy. Najczęściej stosunek zajętych weekendów do wolnych kształtuje się na poziomie 3:1 w miesiącu. Dlatego od marca planowanie czegoś więcej niż nauka i praca stało się trudne. Ale Hani z naszej grupy religijnej udaje się wstrzelić w termin ze swoją propozycją wyjazdu na rekolekcje. Dzwoni z początkiem tygodnia, który akurat kończy się wolnym weekendem. Szybko więc decydujemy się spędzić go w ośrodku rekolekcyjnym Pallotynów w Kleczy Dolnej.
W wieczór poprzedzający wyjazd dziewczyna Kacpra zgłasza, ze coś się dzieje z Luną. Jestem przekonana, że to kolejna z jej urojonych ciąż. Luna tak bardzo chce być mamą, że od jakiegoś czasu co roku przeżywamy taki epizod. Nie dalej jak dwa dni wcześniej rozmawiałam o jej wysterylizowaniu z Anią. Ale oczywiście ostatecznej decyzji co do terminu nie podjęłam.
Macierzyństwo to dla mnie jeden z podstawowych powodów istnienia. Jestem w stanie zrozumieć przemożną chęć posiadania potomstwa i u zwierząt. Dotychczas całkiem świadomie dawałam przyzwolenie, by wszystkie nasze kotki przed sterylizacją były choć raz mamami. Miałam przy tym ogromne szczęście znaleźć do kociąt dobre, kochające je rodziny. Ale też, gdyby się to nie udało, byłam zdecydowana na opiekowanie się do końca tymi zwierzętami, które pozostałyby wówczas w naszym domu.
Z macierzyństwem suczki jest inaczej. Tu trzeba by było zaaranżować sytuację, w której doszłoby do zajścia w ciążę. I jakoś też nie mogę się na to zdecydować. Późnym piątkowym wieczorem u weterynarza okazuje się jednak, że Luna zdecydowała sama. 
U sąsiadów jakiś czas temu pojawił się piesek – przyjazne kudłate stworzenie zakupione jako malamut. Nie przejmowałam się tym, że Luna się z nim zaprzyjaźniła, bo młody i pewnie kastrowany. Gdy dorósł bez problemu potrafił sforsować ogrodzenie, by dostać się na nasze podwórko.
 Ciąża Luny nie jest tym razem urojona. Radość jednak trwa bardzo krótko. Badania wskazują, że płód jest martwy. Łzy napływają mi do oczu, gdy na zdjęciu rentgenowskim weterynarz pokazuje mi szczeniaczka, który zdążył umrzeć, zanim się narodził. Trzeba go operacyjnie usunąć. Weterynarz wyznacza termin na niedzielne przedpołudnie.
Zostawiamy na głowie Kacpra i jego dziewczyny dostarczenie niczego nieświadomej Luny na operację. My z mężem w sobotni ranek, wyjeżdżamy na zarezerwowany weekend do Kleczy. I choć dobrze mi tam jest, bo i miejsce piękne, i bardzo też lubię ludzi, z którymi przebywamy, to jednak nie mogę się pozbyć smutku. Moje myśli raz po raz wracają do Luny i jej martwego szczeniaczka. Czuję, że znów trudno mi się pogodzić z Bożą decyzją.
Ale się staram. Wieczorem uczestniczę w modlitwie uwielbieniowej w kaplicy górnej ośrodka. I tam dostrzegam na ścianie przed sobą płaskorzeźbę przedstawiającą Świętą Rodzinę ze słodkim Boskim Niemowlaczkiem w otoczeniu gromady aniołków. Jeden z nich trzyma na rękach malutkie zwierzątko. Nie wierzę własnym oczom. Podchodzę pod ścianę. Nie, nie mogę się mylić  - do piersi aniołka przytulony jest czarny szczeniaczek!
Dostałam swoje pocieszenie. Przekonanie, że Szczeniaczek Luny pobiegł na tamtą stronę życia, prosto w ramiona mojego najdroższego Bartka. Teraz razem spacerują po łąkach niebieskich. Ten obraz mi towarzyszy przez cały czas i zapada głęboko w serce, gdy przechadzam się po zaatakowanym kolejny raz przez zimę ogrodzie Pallotynów. Mój starszy Syn zawsze marzył o szczeniaczkach od Luny.
Następnego popołudnia wracamy z Kleczy omal na sygnale, by odebrać Lunę po zabiegu. Na szczęście obyło się bez żadnych komplikacji. „Jeden duży zmumifikowany szczeniak” według słów weterynarza zakończył swą ziemską historię w krematorium, a nasza wysterylizowana  już suczka wróciła do domu. Nocą, gdy przy niej czuwam, wracam z pomocą internetu do rozważań z porannych rekolekcji i słów Psalmu 96 „Śpiewajcie Panu pieśń nową”. Czytam o tym na stronie http://www.puericantores.org/letters,view,PL,17,spiewajcie-panu-ktory-w-eucharystii-jest-piesn-nowa-spiewajcie-mu-pieknie
„Św. Augustyn komentując ów fragment psalmu mówi: sławcie Pana na cytrze, śpiewajcie Mu przy harfie o dziesięciu strunach. Odrzućcie wszystko, co dawne, wy którzy poznaliście pieśń nową. Niech śpiewają nie językiem, ale życiem (Św. Augustyn, komentarz do Ps. 32, kazanie, 1, 7-8). I dalej Augustyn przynagla nas: Bóg sam wskazuje ci niejako sposób śpiewania. Nie można wyrazić słowami tego, co śpiewa się sercem















Spoglądam na osłabioną narkozą Lunę. Mama martwego dziecka - tak mi jej żal.... 
I zaczynam coraz głośniej tupać nogami. Panie dosyć!  Dopuściłeś, by ostatnio w mojej rodzinie śmierć zebrała ogromne żniwo. Teraz już zamknij przed nią drzwi naszego domu. I nie pozwól, by pieśnią mojego życia było nieustanne requiem.