(B. Leśmian, Z dziennika
I, 1901)
Moje nowe studia zabierają mi prawie cały czas weekendowy. Najczęściej stosunek zajętych weekendów do wolnych kształtuje się na poziomie 3:1 w miesiącu. Dlatego od marca planowanie czegoś więcej niż nauka i praca stało się trudne. Ale Hani z naszej grupy religijnej udaje się wstrzelić w termin ze swoją propozycją wyjazdu na rekolekcje. Dzwoni z początkiem tygodnia, który akurat kończy się wolnym weekendem. Szybko więc decydujemy się spędzić go w ośrodku rekolekcyjnym Pallotynów w Kleczy Dolnej.
Macierzyństwo to dla mnie jeden z podstawowych powodów
istnienia. Jestem w stanie zrozumieć przemożną chęć posiadania potomstwa i u
zwierząt. Dotychczas całkiem świadomie dawałam przyzwolenie, by wszystkie nasze
kotki przed sterylizacją były choć raz mamami. Miałam przy tym ogromne szczęście
znaleźć do kociąt dobre, kochające je rodziny. Ale też, gdyby się to nie udało, byłam zdecydowana na opiekowanie się do końca tymi zwierzętami, które pozostałyby wówczas w naszym domu.
Z macierzyństwem suczki jest inaczej. Tu trzeba by było
zaaranżować sytuację, w której doszłoby do zajścia w ciążę. I jakoś też nie
mogę się na to zdecydować. Późnym piątkowym wieczorem u weterynarza okazuje się
jednak, że Luna zdecydowała sama.
U sąsiadów jakiś czas temu pojawił się piesek
– przyjazne kudłate stworzenie zakupione jako malamut. Nie przejmowałam się
tym, że Luna się z nim zaprzyjaźniła, bo młody i pewnie kastrowany. Gdy dorósł
bez problemu potrafił sforsować ogrodzenie, by dostać się na nasze podwórko.
Ciąża Luny nie jest tym
razem urojona. Radość jednak trwa bardzo krótko. Badania wskazują, że płód jest
martwy. Łzy napływają mi do oczu, gdy na zdjęciu rentgenowskim weterynarz
pokazuje mi szczeniaczka, który zdążył umrzeć, zanim się narodził. Trzeba go
operacyjnie usunąć. Weterynarz wyznacza termin na niedzielne przedpołudnie.
Zostawiamy na głowie Kacpra i jego dziewczyny dostarczenie niczego
nieświadomej Luny na operację. My z mężem w sobotni ranek, wyjeżdżamy na
zarezerwowany weekend do Kleczy. I choć dobrze mi tam jest, bo i miejsce piękne,
i bardzo też lubię ludzi, z którymi przebywamy, to jednak nie mogę się pozbyć
smutku. Moje myśli raz po raz wracają do Luny i jej martwego szczeniaczka. Czuję,
że znów trudno mi się pogodzić z Bożą decyzją.
Ale się staram. Wieczorem uczestniczę w modlitwie
uwielbieniowej w kaplicy górnej ośrodka. I tam dostrzegam na ścianie przed sobą
płaskorzeźbę przedstawiającą Świętą Rodzinę ze słodkim Boskim Niemowlaczkiem w otoczeniu gromady aniołków. Jeden z nich trzyma na rękach malutkie zwierzątko.
Nie wierzę własnym oczom. Podchodzę pod ścianę. Nie, nie mogę się mylić - do piersi aniołka przytulony jest czarny
szczeniaczek!
Dostałam swoje pocieszenie. Przekonanie, że Szczeniaczek Luny pobiegł na
tamtą stronę życia, prosto w ramiona mojego najdroższego Bartka. Teraz razem
spacerują po łąkach niebieskich. Ten obraz mi towarzyszy przez cały czas i zapada głęboko w serce, gdy
przechadzam się po zaatakowanym kolejny raz przez zimę ogrodzie Pallotynów. Mój
starszy Syn zawsze marzył o szczeniaczkach od Luny.
Następnego popołudnia wracamy z Kleczy omal na sygnale, by
odebrać Lunę po zabiegu. Na szczęście obyło się bez żadnych komplikacji. „Jeden
duży zmumifikowany szczeniak” według słów weterynarza zakończył swą ziemską historię w krematorium,
a nasza wysterylizowana już suczka wróciła
do domu. Nocą, gdy przy niej czuwam, wracam z pomocą internetu do rozważań z porannych rekolekcji i słów Psalmu 96 „Śpiewajcie Panu pieśń nową”. Czytam o
tym na stronie http://www.puericantores.org/letters,view,PL,17,spiewajcie-panu-ktory-w-eucharystii-jest-piesn-nowa-spiewajcie-mu-pieknie
„Św. Augustyn komentując ów fragment psalmu mówi: sławcie
Pana na cytrze, śpiewajcie Mu przy harfie o dziesięciu strunach. Odrzućcie
wszystko, co dawne, wy którzy poznaliście pieśń nową. Niech śpiewają nie
językiem, ale życiem (Św. Augustyn, komentarz do Ps. 32, kazanie, 1, 7-8). I
dalej Augustyn przynagla nas: Bóg sam wskazuje ci niejako sposób śpiewania. Nie
można wyrazić słowami tego, co śpiewa się sercem”


Spoglądam na osłabioną narkozą Lunę. Mama martwego dziecka - tak mi jej żal....
I zaczynam coraz głośniej tupać nogami. Panie dosyć! Dopuściłeś, by ostatnio w mojej rodzinie śmierć zebrała ogromne żniwo. Teraz już zamknij przed nią drzwi naszego domu. I nie pozwól, by pieśnią mojego życia było nieustanne requiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz