niedziela, 18 marca 2018

TUPANIE NOGAMI





"Są inne światy, są niebieskie łąki,

Gdzie się tajemnic rozchylają pąki..."


(B. Leśmian, Z dziennika I, 1901)






Moje nowe studia zabierają mi prawie cały czas weekendowy. Najczęściej stosunek zajętych weekendów do wolnych kształtuje się na poziomie 3:1 w miesiącu. Dlatego od marca planowanie czegoś więcej niż nauka i praca stało się trudne. Ale Hani z naszej grupy religijnej udaje się wstrzelić w termin ze swoją propozycją wyjazdu na rekolekcje. Dzwoni z początkiem tygodnia, który akurat kończy się wolnym weekendem. Szybko więc decydujemy się spędzić go w ośrodku rekolekcyjnym Pallotynów w Kleczy Dolnej.
W wieczór poprzedzający wyjazd dziewczyna Kacpra zgłasza, ze coś się dzieje z Luną. Jestem przekonana, że to kolejna z jej urojonych ciąż. Luna tak bardzo chce być mamą, że od jakiegoś czasu co roku przeżywamy taki epizod. Nie dalej jak dwa dni wcześniej rozmawiałam o jej wysterylizowaniu z Anią. Ale oczywiście ostatecznej decyzji co do terminu nie podjęłam.
Macierzyństwo to dla mnie jeden z podstawowych powodów istnienia. Jestem w stanie zrozumieć przemożną chęć posiadania potomstwa i u zwierząt. Dotychczas całkiem świadomie dawałam przyzwolenie, by wszystkie nasze kotki przed sterylizacją były choć raz mamami. Miałam przy tym ogromne szczęście znaleźć do kociąt dobre, kochające je rodziny. Ale też, gdyby się to nie udało, byłam zdecydowana na opiekowanie się do końca tymi zwierzętami, które pozostałyby wówczas w naszym domu.
Z macierzyństwem suczki jest inaczej. Tu trzeba by było zaaranżować sytuację, w której doszłoby do zajścia w ciążę. I jakoś też nie mogę się na to zdecydować. Późnym piątkowym wieczorem u weterynarza okazuje się jednak, że Luna zdecydowała sama. 
U sąsiadów jakiś czas temu pojawił się piesek – przyjazne kudłate stworzenie zakupione jako malamut. Nie przejmowałam się tym, że Luna się z nim zaprzyjaźniła, bo młody i pewnie kastrowany. Gdy dorósł bez problemu potrafił sforsować ogrodzenie, by dostać się na nasze podwórko.
 Ciąża Luny nie jest tym razem urojona. Radość jednak trwa bardzo krótko. Badania wskazują, że płód jest martwy. Łzy napływają mi do oczu, gdy na zdjęciu rentgenowskim weterynarz pokazuje mi szczeniaczka, który zdążył umrzeć, zanim się narodził. Trzeba go operacyjnie usunąć. Weterynarz wyznacza termin na niedzielne przedpołudnie.
Zostawiamy na głowie Kacpra i jego dziewczyny dostarczenie niczego nieświadomej Luny na operację. My z mężem w sobotni ranek, wyjeżdżamy na zarezerwowany weekend do Kleczy. I choć dobrze mi tam jest, bo i miejsce piękne, i bardzo też lubię ludzi, z którymi przebywamy, to jednak nie mogę się pozbyć smutku. Moje myśli raz po raz wracają do Luny i jej martwego szczeniaczka. Czuję, że znów trudno mi się pogodzić z Bożą decyzją.
Ale się staram. Wieczorem uczestniczę w modlitwie uwielbieniowej w kaplicy górnej ośrodka. I tam dostrzegam na ścianie przed sobą płaskorzeźbę przedstawiającą Świętą Rodzinę ze słodkim Boskim Niemowlaczkiem w otoczeniu gromady aniołków. Jeden z nich trzyma na rękach malutkie zwierzątko. Nie wierzę własnym oczom. Podchodzę pod ścianę. Nie, nie mogę się mylić  - do piersi aniołka przytulony jest czarny szczeniaczek!
Dostałam swoje pocieszenie. Przekonanie, że Szczeniaczek Luny pobiegł na tamtą stronę życia, prosto w ramiona mojego najdroższego Bartka. Teraz razem spacerują po łąkach niebieskich. Ten obraz mi towarzyszy przez cały czas i zapada głęboko w serce, gdy przechadzam się po zaatakowanym kolejny raz przez zimę ogrodzie Pallotynów. Mój starszy Syn zawsze marzył o szczeniaczkach od Luny.
Następnego popołudnia wracamy z Kleczy omal na sygnale, by odebrać Lunę po zabiegu. Na szczęście obyło się bez żadnych komplikacji. „Jeden duży zmumifikowany szczeniak” według słów weterynarza zakończył swą ziemską historię w krematorium, a nasza wysterylizowana  już suczka wróciła do domu. Nocą, gdy przy niej czuwam, wracam z pomocą internetu do rozważań z porannych rekolekcji i słów Psalmu 96 „Śpiewajcie Panu pieśń nową”. Czytam o tym na stronie http://www.puericantores.org/letters,view,PL,17,spiewajcie-panu-ktory-w-eucharystii-jest-piesn-nowa-spiewajcie-mu-pieknie
„Św. Augustyn komentując ów fragment psalmu mówi: sławcie Pana na cytrze, śpiewajcie Mu przy harfie o dziesięciu strunach. Odrzućcie wszystko, co dawne, wy którzy poznaliście pieśń nową. Niech śpiewają nie językiem, ale życiem (Św. Augustyn, komentarz do Ps. 32, kazanie, 1, 7-8). I dalej Augustyn przynagla nas: Bóg sam wskazuje ci niejako sposób śpiewania. Nie można wyrazić słowami tego, co śpiewa się sercem















Spoglądam na osłabioną narkozą Lunę. Mama martwego dziecka - tak mi jej żal.... 
I zaczynam coraz głośniej tupać nogami. Panie dosyć!  Dopuściłeś, by ostatnio w mojej rodzinie śmierć zebrała ogromne żniwo. Teraz już zamknij przed nią drzwi naszego domu. I nie pozwól, by pieśnią mojego życia było nieustanne requiem.













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz