Przed wyjazdem do Marrakeszu naczytałam się w internecie relacji (to na przykład jedna z nich: https://spolecznosc.fly4free.pl/blog/634/spoko-maroko-czyli-tu-wszystko-jest-prostsze/),
w których podróżujący do Maroka dzielili się z czytelnikami takimi
wzbudzającymi podziw doświadczeniami, jak:
2. niezwykłe sukcesy w targowaniu;
3. znalezienie oszczędności nawet tam, gdzie wydawałoby się to
niemożliwe;
4. mistrzowskie osiągnięcia w zasięganiu informacji u tubylców, którzy z
reguły okazują się w takich sytuacjach zupełnie bezinteresowni.
A my zaczynamy od:
A my zaczynamy od:
1. kompletnego zagubienia – po wylądowaniu w Marrakeszu zdawaliśmy sobie
oczywiście sprawę z tego, że powinniśmy poszukać taksówki, odchodząc choć
troszkę poza lotnisko (to zawsze inna cena), lecz byliśmy zupełnie
niezorientowani, jaki kierunek mamy obrać. No więc po prostu
rozpoczęliśmy pobyt bezradnym rozglądaniem się wokoło, podczas którego wszyscy
bardziej rozgarnięci turyści, których powinniśmy spytać o drogę, zdążyli się
rozejść w swoje strony.
2. Pierwszy miejscowy, zapytany o kierunek, właściwie wsadził nas do
podstawionej taksówki (okazał się, a jakże, taksówkowym naganiaczem). Chyba
należy to zapisać jako nieumiejętność rozpoznawania właściwych informatorów. Do
tego doszła też bariera językowa, choć może była to sytuacja, w której
naganiaczowi bardziej opłacało się nie rozumieć naszego angielskiego.
3. Przepłacenie taksówki - cenę
za trasę lotnisko – hotel poznaliśmy dopiero w drodze powrotnej.
4. Brak jakiegokolwiek targowania - jest to połączone z tym, co napisałam
powyżej. O stawkę za kurs oczywiście spytaliśmy – na tyle byliśmy przytomni, że
wiedzieliśmy, iż to trzeba uzgodnić wcześniej. Niestety nie potrafiliśmy podać
żadnej własnej propozycji, nie wiedząc, ile właściwie powinno to kosztować.
Dodatkowo, mój mąż wprowadził taksówkarza w stan zdumienia, dołączając do ceny
hojny napiwek. Ot, tak – na dobry początek:)
No ale przynajmniej dotarliśmy szybko i wygodnie do hotelu. A kierowca
taksówki rzucił się z zapałem do przenoszenia naszych walizek aż pod drzwiJ
Hotel Les Idrissides vel
Labranda Rose był zachwycający... na zdjęciach w internecie. Na moich, które przywiozłam z Marrakeszu
również. W rzeczywistości zaś okazał się... użyłabym słowa popularnego w
internetowych opisach: „funkcjonalny”. To oznacza, że było przyzwoicie, choć
spodziewanego efektu „wow” nie wywoływało.
Jeszcze tylko oczywiście wymiana pokoi – zamawiałam z ładnym widokiem na
miasto, a nie na ścianę sąsiadującego hotelu Movenpick ex. Mansour Eddahbi. To co widać za oknem jest zawsze dla mnie
ważną sprawą podczas szukania obiektu do nocowania. Dzięki temu czuję, że
jestem w Marrakeszu, a nie na przykład w Berlinie, Paryżu, Gironie, czy w jakimkolwiek
innym miejscu na świecie, gdzie pokoje hotelowe wyglądają mniej więcej
podobnie.
Dostaję więc od recepcjonisty listę kilku pokoi (wszystkie takie
same) do wyboru i przydział na boya hotelowego (to taka postać, kojarząca mi się mocno z
latami, gdy Maroko było kolonią francuską), który mnie prowadzi od drzwi do
drzwi. Pytam go, co by wybrał na moim miejscu. Mężczyzna opowiada się za
pokojem z widokiem na basen. Ja stawiam na ten, którego okna wychodzą na
wymawiany piękną francuszczyzną przez boya „boulevar”. To dość ruchliwe
miejsce, ale mieszkamy na piątym piętrze, a w dodatku w głębi podwórza, więc nie cierpimy z powodu hałasu.
Avenue Mohamed VI ma kilka pasów ruchu, ale przedzielonych zielenią, więc wygląda bardzo reprezentacyjnie. Widać wyraźnie wzorzec w postaci paryskich bulwarów. Dodatkowo wszystko jest pięknie oświetlone, a niektóre dekoracje mają związek z nadchodzącymi Świętami Bożego Narodzenia! (tak, tak, choinki też widzieliśmy). W ogóle cała dzielnica (Hivernage) - wypielęgnowana i czysta oraz pełna luksusowych hoteli i rezydencji wygląda imponująco. Wyjazd jest moim prezentem urodzinowym – postanowiliśmy na nim przesadnie nie oszczędzać - stąd decyzja o standardzie i usytuowaniu miejsca noclegowego.
Ważna była też dla nas opcja z wyżywieniem - na podstawie prywatnego
rankingu zamieszczonych zdjęć z potrawami
dokonaliśmy ostatecznie wyboru hotelu, zamawiając w nim śniadania i
obiadokolacje. Ale trwająca od świtu podróż sprawia, że już po zakończonym wczesnym popołudniem kwaterunku czujemy się głodni. Na lunch wybieramy się więc do widocznego z
naszych okien lokalu po przeciwnej stronie bulwaru – zależy nam, by nie
pokonywać długich dystansów. Po listopadowym pobycie w szpitalu mąż czuje się gorzej niż
przed tą kuracją – ledwo kuśtyka, podpierając się dwoma kulami, gdy się
przemieszcza. Do ostatniej chwili ze względu na jego stan zdrowia nasz wyjazd
stał pod znakiem zapytania.
To, że jednak udało nam się dotrzeć do Marrakeszu jest dla nas wielkim
szczęściem. Następnego doświadczam już podczas obiadu. Wybieram osławiony na
internetowych forach tadżin (ten mój jest z kurczakiem i kiszonymi cytrynami) i
aż wzdycham z zachwytu.
Zaczyna padać drobny deszczyk, ale to nam nie przeszkadza. Przenosimy
się z tarasu restauracji do środka. Zamawiamy kolejny sok z wyciskanych
pomarańczy, potem miętową herbatę. Nie spieszy nam się nigdzie, delektujemy się
powoli i z rozkoszą.
Rozanielona piszę sms – a do siostry: ‘pozdrawiamy Was z Maroka –
zamiast słonka mamy deszcz! Ale wiem, że będzie mi się tu podobało – wróciliśmy
właśnie z obiadu – pierwsza knajpka na którą trafiliśmy - naprzeciwko hotelu [w domyśle wymiata - przyp.aut.:)] – a jedzenie… to
właściwie zupełnie nowa jakość jedzenia!”
Próbuję opisać Monice moje doświadczenie z nowymi wrażeniami smakowymi,
ale mi to jakoś nie wychodzi. Pierwszy zachwyt kuchnią marokańską wydaje się
trudny do ubrania w słowa: „wszystko mi tu tak smakuje, właściwie to zupełnie
nowe dla mnie smaki, więc tym bardziej jestem zaskoczona, bo nie mam natury
kulinarnego eksperymentatora. Teraz chyba trochę odeśpimy podróż i pójdziemy na
hotelową kolację. I tak nam pewnie minie dzień pierwszy w Marrakeszu”.
*
Cały następny dzień muszę pilnować, by być blisko toalety. Wieczorne
wyjście do pobliskiego marketu na końcu ulicy jest już dla mnie dużym
wyzwaniem. Ale nie narzekam. Spędzam czas w łóżku i korzystam z tego, by
przygotować się do czekającego mnie tuż po powrocie collokwium z anatomii.
Książka Kalata „Biologiczne podstawy psychologii” przyleciała do Marrakeszu
wraz ze mną. To pozycja z gatunku „solidna cegła”, która zajęła mi prawie
połowę bagażu podręcznego. Gdy stewardesa próbowała go włożyć w samolocie do
luku nad moją głową, to aż jęknęła z wysiłku. No cóż, nabywanie wiedzy to
ciężka sprawa…
Piszę kolejnego sms-a do Moniki: „Dobrze, ze wybraliśmy hotel ze względu
na wyżywienie! Być może do wyjazdu nie będę mogła już niczego tknąć! Ale humor
mi, o dziwo, dopisuje – robi mi się
wesoło, jak pomyślę o naszej wyprawie po słonko. Deszcz co prawda przestał
padać, ale jest tak pochmurno, że może w każdej chwili rozpadać się znowu.
Ochroniarz na lotnisku powiedział, że przywieźliśmy taką pogodę z Polski. No to
pozdrawiam z trochę pokomplikowanego wyjazduJ”
*
Zabrany przezornie z Polski Nifuroksazyd działa może powoli, ale
skutecznie. Wprawdzie kłopoty żołądkowe będziemy mieli z mężem aż do powrotu do
Polski, lecz trzeciego dnia możemy wypuścić się już na dalszą odległość od
toalety.
Jedziemy na Medynę – tym razem znamy maksymalną cenę za taksówkę i tyle
właśnie płacimy. Dojeżdżamy prawie do serca najbardziej znanego i osławionego
miejsca w Marrakeszu - placu Jamma El Fna
(Dżamaa al-Fina). To atrakcja dużego formatu - „od 2001
roku rynek wraz z całym zabytkowym centrum miasta został wpisany na listę
dziedzictwa UNESCO, a w 2008 roku na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO”,
zajmuje też trzecie miejsce w rankingu najpiękniejszych placów świata (po weneckim i krakowskim) francuskiej edycji Lonely Planet https://turystyka.wp.pl/najwspanialsze-place-swiata-6043966305711233g/8
Medyna nie należy do moich ulubionych miejsc. Mam złe doświadczenia z
arabskich krajów, gdzie się z nią stykałam. Może to nie są jakieś traumatyczne
wydarzenia, ale wspomnienia historii, które mnie przestraszyły i sfrustrowały
zarówno w Egipcie, jak i w Tunezji. W tym pierwszym kraju zetknęłam się z
podszczypującym mnie sprzedawcą, który starał się wykorzystać w ten sposób
sytuację zaaranżowanego przez siebie pozowania do wspólnych zdjęć. Nie zrobiłam z tego afery, a nawet nie
dałam po sobie znać, że coś takiego się zdarzyło – przebywałam na kairskim
suku tylko z moimi nieletnimi synami i nie chciałam doprowadzić do sytuacji
narażenia ich na niebezpieczeństwo, gdyby stanęli w mojej obronie. Zdecydowanie
groźniej było na Medynie w Sousse. Tam jeden ze sprzedawców uwięził mnie z
młodszym synkiem w swoim sklepiku. To była zemsta za to, że nie dobił targu z
moim mężem. Zostaliśmy wypuszczeni dopiero po interwencji starszego syna. Niby
to było dawno, lecz wciąż niepewnie się czuję w miejscach pełnych ciasnych
zaułków, pozbawionych możliwości ucieczki, w labiryncie nieznanych uliczek, gdzie handel
opanowany jest przez męską część świata.
Mnie boli serce, ale nie mogę tu pomóc każdemu człowiekowi, którego widok porusza moje sumienie czterogwiazdkowego turysty. Pierwszej osobie, działającej na mnie w ten sposób, wsypuję w dłonie wszystkie drobniaki, które mam w portmonetce. To smutny, kilkuletni chłopiec, który by nie żebrać, próbuje sprzedawać pakiety chusteczek higienicznych. Następny, w podobnym wieku, lecz znacznie bardziej rozzuchwalony, chwilę później usiłuje mnie okraść, gdy tylko przekraczam granicę suku.
Kolejna próba kradzieży zdarzy mi się nazajutrz, gdy będę już opuszczać
plac Dżamaa al-Fina. Tym razem sprawcą był młodzieniec – zadbany, wręcz wymuskany – lecz zarazem sprawiający wrażenie jakby
nie przejmował się całym zajściem i czuł się bezkarny. Po odskoczeniu od nas na niewielką odległość, bez zażenowania obserwował z narożnika placu moje
wzburzenie i zamieszanie wśród świadków
zdarzenia.
Sytuacja ta, mająca miejsce w pożegnalny wieczór w Marrakeszu tuż po
słowach, że być może jednak z czasem mogłabym przywyknąć do życia na Medynie, natychmiast
zrewidowała to stanowisko. Jednak bym nie mogła!
W ogóle nie lubię miejsc, gdzie do zakupów jestem nagabywana w sposób
nachalny, bo „nie” dla nikogo nie znaczy „nie”. Męczy mnie już to, że trzeba
się targować - do tego w sposób, który
nie ma nic wspólnego z prawdziwymi odczuciami w relacji ze sprzedawcą, a udawać należy głównie mało sympatyczne postawy: niechęć do kontynuowania kupna, urazę z powodu podanej ceny czy
też jej pełne złości wyśmiewanie. Dodatkowo nie umiałabym żyć w miejscu, gdzie
jako kobieta nie mogłabym być po prostu dla innych miła. Tu na Medynie każdy
mój uśmiech, oznaczający zwyczajnie życzliwe nastawienie do reszty świata jest
interpretowany opacznie. Dopiero po lekturze tekstu na stronie http://www.marrakesz.net/maroko/bezpieczenstwo/
zaczynam rozumieć dlaczego.
„jest pewien problem dla mężczyzn i
kobiet: gdy zachodni turyści się uśmiechają, to znaczy, że jesteśmy szczęśliwi,
ale wymiana uśmiechów i kontaktu wzrokowego nie oznacza tego samego w Europie i
Maroku. W marokańskim społeczeństwie, jeśli
kobieta uśmiecha się do człowieka, to znaczy, że „chce” coś od niego. Uśmiechy
i spojrzenia mają w krajach muzułmańskich bardzo silny seksualny podtekst.
Spojrzenia są już bardzo mocne, a uśmiech do marokańczyka na pewno sprawi, że
on pomyśli sobie, że jesteś nim zainteresowana i podrywasz go. Kilka razy
potwierdziłem to, gdy usłyszałem od marokańskich przyjaciół „O patrz, ona mnie
chce – uśmiechnęła się do mnie …”. To nie jest nic złego, po prostu mają inny
sposób interakcji z ludźmi.”
Wynika mi z tego, że gdy na Medynie ktoś mi proponuje
zakup w swoim sklepie, to najlepszym sposobem zachowania byłoby nie zwrócenie nawet uwagi na
sprzedawcę i ominięcie go wzrokiem - obojętnie i z zerową mimiką (tylko co to za radość z
zakupów i bycia z ludźmi). Najwyraźniej bowiem moja społeczna porażka w takim
miejscu jest związana z tym, że ja tu stosuję kryteria uprzejmości, przyswojone
w procesie wzrastania w swojej kulturze, dziękując z uśmiechem handlarzom za ich ofertę! I
rzeczywiście przejść spokojnie przez Medynę nie mogę, będąc wciąż zatrzymywana
próbami zmuszania mnie do zakupów. Oczywiście już po chwili tracę
zainteresowanie wszelkimi wystawionymi towarami i marzę tylko, by opuścić to
miejsce jak najszybciej. Nie jestem w stanie przywyknąć do tej "innej" interakcji z ludźmi...
Jak można się domyślić, uprzejmość nie działa w drugą stronę, bo każda próba sfotografowania czegokolwiek na straganie, to krzyk o
„permission” i opłatę. Już nie mówię o grajkach, przebierańcach czy innego tego typu
„artystach” z placu Dżamaa al-Fina, do nich nawet nie próbujemy się
zbliżać. Nie mamy ochoty być oskubani do ostatniego grosza. Gorzej, gdy oni zbliżają się do nas. Salwowanie się ucieczką z dwoma
kulami nie wchodzi raczej w grę.

Choć uczciwie przyznać muszę, że na suku spotkaliśmy też normalnych, ludzkich sprzedawców, proponujących mojemu niepełnosprawnemu mężowi wodę przy osłabieniu lub własny stołeczek do odpoczynku! To smutne, że inne doświadczenia z Medyny zaskutkowały tym, iż zaczęliśmy być podejrzliwi nawet wobec tych przyjaznych gestów niewyrachowanej dobroci. Ale gdy raz się zderzysz z oszustwem pod przykrywką serdeczności, to już potem nigdy jej nie dowierzasz.
Taki efekt wywołało u mnie spotkanie z "dekoratorką dłoni", malującą wzory za pomocą henny wyciskanej ze strzykawki (z igłą!). Oganiam się od niej przez całe pierwsze popołudnie na placu Dżamaa al-Fina – oczywiście w naiwnie głupi sposób, bo uprzejmie i z uśmiechem na twarzy. Grzecznie odmawiam i dziękuję za propozycję, z której nie mam najmniejszej ochoty skorzystać (marzę o umyciu rąk, a nie wymalowaniu ich we wzorki). W końcu mam nadzieję, że to dotarło do natarczywej kobiety, bo sprawia wrażenie, jakby odpuściła. Tylko po to, by w następnej chwili, znienacka chwycić moją dłoń i zacząć ją malować – zapewniając gorąco, że to tylko maleńki, bezinteresowny znak na szczęście. Uśmiecha się przy tym do mnie promiennie, a ja w swej naiwności oczywiście daję się nabrać na ten przyjacielski gest! Ale z drugiej strony, jak mam wyszarpnąć z jej uścisku moją dłoń, skoro igła dotyka prawie mojej skóry?! Zwyczajnie się boję, że może mnie skaleczyć.
Efekt? Oszustka żąda pieniędzy za usługę!
Ponieważ nie protestowałam zbyt skutecznie (tzn. z teatralnym oburzeniem) podczas malowania, zdążyła w minutę pokryć moje dłonie esami – floresami, które przypominają bardziej niedbałe
dzieło przedszkolaka niż finezyjny orientalny wzór. Strasznie mi się nie
podoba, ale nie chcę urazić „malarki” taką oceną, więc zrezygnowana bezradnie
spoglądam na to „dzieło”, nie wiedząc właściwie, jak mam zareagować. I wtedy
słyszę ”korzystną ofertę – przeznaczoną specjalnie dla mnie”:
- Amerykanki płacą za to 500 Euro, ty
zapłać chociaż 50.
I to już dla mnie zbyt wiele. Czuję, że
złość zaraz mną potarga. Ale nie umiem się obronić przed takimi osobami jak ta
kobieta i w końcu płacę wcale niemały „dobrowolny” datek, by się od niej
uwolnić. Nie chcę, by to wydarzenie popsuło mi humor na resztę pobytu w
Marrakeszu i staram się za żadną cenę do tego nie dopuścić. Zostaję z dłońmi
uwalonymi henną, która według oszustki miała wyschnąć po 15 minutach. Po
dalszych 30 wciąż nie jestem w stanie ich używać bez wcierania żółtej papki we wszystko, czego dotknę.
W końcu się poddaję i ścieram z siebie to, co mi podstępem nałożono.

- Wyglądasz, jakbyś gołymi rękami
sprzątała toaletę po naszej zemście faraona – mąż bezceremonialnie komentuje
wygląd moich poplamionych dłoni w dniu następnym. Rzeczywiście tak wyglądam i
to przez dłuższy okres czasu. Wracam do Polski, starając się chować dłonie po
kieszeniach przy każdym kontakcie z ludźmi. Ale jeszcze podczas pisania testu z
Biologicznych podstaw psychologii straszę ciemnożółtymi plamami. Ot, takie ślady po
ciemnej stronie Marrakeszu.
Z czasem wreszcie się ich pozbywam - tak samo, jak i tych niemiłych wspomnień z podróży. Zostaje czysta skóra i „oczyszczona” pamięć.
Z czasem wreszcie się ich pozbywam - tak samo, jak i tych niemiłych wspomnień z podróży. Zostaje czysta skóra i „oczyszczona” pamięć.
Kolokwium z Biologicznych podstaw psychologii udaje mi się szczęśliwie zaliczyć. Mam też szczęście zachować wiele wspomnień jasnych stron miasta, w którym w końcu zaświeciło słońce. I kilka miesięcy później wiem na pewno, że mogę już tam wracać. Nawet jeśli to znów miałoby być tak bardzo pokomplikowane.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz