poniedziałek, 19 marca 2018

MARRAKESZ (relacja z grudniowego wyjazdu)


Przed wyjazdem do Marrakeszu naczytałam się w internecie relacji (to na przykład jedna z nich: https://spolecznosc.fly4free.pl/blog/634/spoko-maroko-czyli-tu-wszystko-jest-prostsze/),
w których podróżujący do Maroka dzielili się z czytelnikami takimi wzbudzającymi podziw doświadczeniami, jak:
1.  ogarnięcie logistyczne omal do perfekcji;
2. niezwykłe sukcesy w targowaniu;
3. znalezienie oszczędności nawet tam, gdzie wydawałoby się to niemożliwe;
4. mistrzowskie osiągnięcia w zasięganiu informacji u tubylców, którzy z reguły okazują się w takich sytuacjach zupełnie bezinteresowni.

A my zaczynamy od:
1. kompletnego zagubienia – po wylądowaniu w Marrakeszu zdawaliśmy sobie oczywiście sprawę z tego, że powinniśmy poszukać taksówki, odchodząc choć troszkę poza lotnisko (to zawsze inna cena), lecz byliśmy zupełnie niezorientowani, jaki kierunek mamy obrać. No więc po prostu rozpoczęliśmy pobyt bezradnym rozglądaniem się wokoło, podczas którego wszyscy bardziej rozgarnięci turyści, których powinniśmy spytać o drogę, zdążyli się rozejść w swoje strony.
2. Pierwszy miejscowy, zapytany o kierunek, właściwie wsadził nas do podstawionej taksówki (okazał się, a jakże, taksówkowym naganiaczem). Chyba należy to zapisać jako nieumiejętność rozpoznawania właściwych informatorów. Do tego doszła też bariera językowa, choć może była to sytuacja, w której naganiaczowi bardziej opłacało się nie rozumieć naszego angielskiego.
3. Przepłacenie taksówki  - cenę za trasę lotnisko – hotel poznaliśmy dopiero w drodze powrotnej.
4. Brak jakiegokolwiek targowania - jest to połączone z tym, co napisałam powyżej. O stawkę za kurs oczywiście spytaliśmy – na tyle byliśmy przytomni, że wiedzieliśmy, iż to trzeba uzgodnić wcześniej. Niestety nie potrafiliśmy podać żadnej własnej propozycji, nie wiedząc, ile właściwie powinno to kosztować. Dodatkowo, mój mąż wprowadził taksówkarza w stan zdumienia, dołączając do ceny hojny napiwek. Ot, tak – na dobry początek:)
No ale przynajmniej dotarliśmy szybko i wygodnie do hotelu. A kierowca taksówki rzucił się z zapałem do przenoszenia naszych walizek aż pod drzwiJ
Hotel Les Idrissides vel Labranda Rose był zachwycający... na zdjęciach w internecie. Na moich, które przywiozłam z Marrakeszu również. W rzeczywistości zaś okazał się... użyłabym słowa popularnego w internetowych opisach: „funkcjonalny”. To oznacza, że było przyzwoicie, choć spodziewanego efektu „wow” nie wywoływało.
Jeszcze tylko oczywiście wymiana pokoi – zamawiałam z ładnym widokiem na miasto, a nie na ścianę sąsiadującego hotelu Movenpick ex. Mansour Eddahbi. To co widać za oknem jest zawsze dla mnie ważną sprawą podczas szukania obiektu do nocowania. Dzięki temu czuję, że jestem w Marrakeszu, a nie na przykład w Berlinie, Paryżu, Gironie, czy w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, gdzie pokoje hotelowe wyglądają mniej więcej podobnie.

Dostaję więc od recepcjonisty listę kilku pokoi (wszystkie takie same) do wyboru i przydział na boya hotelowego (to taka postać, kojarząca mi się mocno z latami, gdy Maroko było kolonią francuską), który mnie prowadzi od drzwi do drzwi. Pytam go, co by wybrał na moim miejscu. Mężczyzna opowiada się za pokojem z widokiem na basen. Ja stawiam na ten, którego okna wychodzą na wymawiany piękną francuszczyzną przez boya „boulevar”. To dość ruchliwe miejsce, ale mieszkamy na piątym piętrze, a w dodatku w głębi podwórza, więc nie cierpimy z powodu hałasu.



Avenue Mohamed VI ma kilka pasów ruchu, ale przedzielonych zielenią, więc wygląda bardzo reprezentacyjnie. Widać wyraźnie wzorzec w postaci paryskich bulwarów. Dodatkowo wszystko jest pięknie oświetlone, a niektóre dekoracje mają związek z nadchodzącymi Świętami Bożego Narodzenia! (tak, tak, choinki też widzieliśmy). W ogóle cała dzielnica  (Hivernage)  - wypielęgnowana i czysta oraz pełna luksusowych hoteli i rezydencji wygląda imponująco. Wyjazd jest moim prezentem urodzinowym – postanowiliśmy na nim przesadnie nie oszczędzać - stąd decyzja o standardzie i usytuowaniu miejsca noclegowego.

Ważna była też dla nas opcja z wyżywieniem - na podstawie prywatnego rankingu zamieszczonych zdjęć z potrawami  dokonaliśmy ostatecznie wyboru hotelu, zamawiając w nim śniadania i obiadokolacje. Ale trwająca od świtu podróż sprawia, że już po zakończonym wczesnym popołudniem  kwaterunku czujemy się głodni. Na lunch wybieramy się więc do widocznego z naszych okien lokalu po przeciwnej stronie bulwaru – zależy nam, by nie pokonywać długich dystansów. Po listopadowym pobycie w szpitalu mąż czuje się gorzej niż przed tą kuracją – ledwo kuśtyka, podpierając się dwoma kulami, gdy się przemieszcza. Do ostatniej chwili ze względu na jego stan zdrowia nasz wyjazd stał pod znakiem zapytania.

To, że jednak udało nam się dotrzeć do Marrakeszu jest dla nas wielkim szczęściem. Następnego doświadczam już podczas obiadu. Wybieram osławiony na internetowych forach tadżin (ten mój jest z kurczakiem i kiszonymi cytrynami) i aż wzdycham z zachwytu.

Zaczyna padać drobny deszczyk, ale to nam nie przeszkadza. Przenosimy się z tarasu restauracji do środka. Zamawiamy kolejny sok z wyciskanych pomarańczy, potem miętową herbatę. Nie spieszy nam się nigdzie, delektujemy się powoli i z rozkoszą.

Rozanielona piszę sms – a do siostry: ‘pozdrawiamy Was z Maroka – zamiast słonka mamy deszcz! Ale wiem, że będzie mi się tu podobało – wróciliśmy właśnie z obiadu – pierwsza knajpka na którą trafiliśmy - naprzeciwko hotelu [w domyśle wymiata - przyp.aut.:)] – a jedzenie… to właściwie zupełnie nowa jakość jedzenia!”

Próbuję opisać Monice moje doświadczenie z nowymi wrażeniami smakowymi, ale mi to jakoś nie wychodzi. Pierwszy zachwyt kuchnią marokańską wydaje się trudny do ubrania w słowa: „wszystko mi tu tak smakuje, właściwie to zupełnie nowe dla mnie smaki, więc tym bardziej jestem zaskoczona, bo nie mam natury kulinarnego eksperymentatora. Teraz chyba trochę odeśpimy podróż i pójdziemy na hotelową kolację. I tak nam pewnie minie dzień pierwszy w Marrakeszu”.

Rzeczywiście tak mija. O świcie zaś budzą mnie... pierwsze objawy „zemsty faraona”.

*

Cały następny dzień muszę pilnować, by być blisko toalety. Wieczorne wyjście do pobliskiego marketu na końcu ulicy jest już dla mnie dużym wyzwaniem. Ale nie narzekam. Spędzam czas w łóżku i korzystam z tego, by przygotować się do czekającego mnie tuż po powrocie collokwium z anatomii. Książka Kalata „Biologiczne podstawy psychologii” przyleciała do Marrakeszu wraz ze mną. To pozycja z gatunku „solidna cegła”, która zajęła mi prawie połowę bagażu podręcznego. Gdy stewardesa próbowała go włożyć w samolocie do luku nad moją głową, to aż jęknęła z wysiłku. No cóż, nabywanie wiedzy to ciężka sprawa…
Piszę kolejnego sms-a do Moniki: „Dobrze, ze wybraliśmy hotel ze względu na wyżywienie! Być może do wyjazdu nie będę mogła już niczego tknąć! Ale humor mi, o dziwo, dopisuje –  robi mi się wesoło, jak pomyślę o naszej wyprawie po słonko. Deszcz co prawda przestał padać, ale jest tak pochmurno, że może w każdej chwili rozpadać się znowu. Ochroniarz na lotnisku powiedział, że przywieźliśmy taką pogodę z Polski. No to pozdrawiam z trochę pokomplikowanego wyjazduJ


*

Zabrany przezornie z Polski Nifuroksazyd działa może powoli, ale skutecznie. Wprawdzie kłopoty żołądkowe będziemy mieli z mężem aż do powrotu do Polski, lecz trzeciego dnia możemy wypuścić się już na dalszą odległość od toalety.

Jedziemy na Medynę – tym razem znamy maksymalną cenę za taksówkę i tyle właśnie płacimy. Dojeżdżamy prawie do serca najbardziej znanego i osławionego miejsca w Marrakeszu - placu Jamma El Fna (Dżamaa al-Fina). To atrakcja dużego formatu - „od 2001 roku rynek wraz z całym zabytkowym centrum miasta został wpisany na listę dziedzictwa UNESCO, a w 2008 roku na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO”, zajmuje też trzecie miejsce w rankingu najpiękniejszych placów świata (po weneckim i krakowskim) francuskiej edycji Lonely Planet https://turystyka.wp.pl/najwspanialsze-place-swiata-6043966305711233g/8


Medyna nie należy do moich ulubionych miejsc. Mam złe doświadczenia z arabskich krajów, gdzie się z nią stykałam. Może to nie są jakieś traumatyczne wydarzenia, ale wspomnienia historii, które mnie przestraszyły i sfrustrowały zarówno w Egipcie, jak i w Tunezji. W tym pierwszym kraju zetknęłam się z podszczypującym mnie sprzedawcą, który starał się wykorzystać w ten sposób sytuację zaaranżowanego przez siebie  pozowania do wspólnych zdjęć. Nie zrobiłam z tego afery, a nawet nie dałam po sobie znać, że coś takiego się zdarzyło – przebywałam na kairskim suku tylko z moimi nieletnimi synami i nie chciałam doprowadzić do sytuacji narażenia ich na niebezpieczeństwo, gdyby stanęli w mojej obronie. Zdecydowanie groźniej było na Medynie w Sousse. Tam jeden ze sprzedawców uwięził mnie z młodszym synkiem w swoim sklepiku. To była zemsta za to, że nie dobił targu z moim mężem. Zostaliśmy wypuszczeni dopiero po interwencji starszego syna. Niby to było dawno, lecz wciąż niepewnie się czuję w miejscach pełnych ciasnych zaułków, pozbawionych możliwości ucieczki, w labiryncie nieznanych uliczek, gdzie handel opanowany jest przez męską część świata.

Ale trudno sobie wyobrazić, aby być w Marrakeszu i pominąć Medynę w planie zwiedzania. Wysiadamy więc z taksówki w zupełnie innym świecie niż wsiadaliśmy. Nie jestem specjalnie zaskoczona. Akurat spodziewałam się hałasu, brudu, tłoku i smrodu. Ale wielki plac Dżamaa al-Fina to jeszcze dodatkowe atrakcje, a każda z nich sprawia, że czuję się w tym miejscu coraz gorzej. Zaklinacze biednych, ogłuszonych muzyką węży, które wyjęte z koszyka próbują desperacko i bez rezultatu uciec gdzie popadnie od tego zgotowanego im tutaj życia, właściciele sfrustrowanych i poszarpywanych podczas prowadzenia na łańcuchu małp, żebracy o różnych stopniach ułomności, a także naciągacze wszelkiej maści – to wszystko w całej masie bombardujących zewsząd bodźców w tym miejscu aż kłuje w oczy, niestety. Wprawdzie internetowe relacje donosiły, że tu tak właśnie jest, ale jednak czymś innym jest wyobrażenie od doświadczenia tego na własnej skórze. Poza tym u każdego budzi to przecież inne odczucia.


Mnie boli serce, ale nie mogę tu pomóc każdemu człowiekowi, którego widok porusza moje sumienie czterogwiazdkowego turysty. Pierwszej osobie, działającej na mnie w ten sposób, wsypuję w dłonie wszystkie drobniaki, które mam w portmonetce. To smutny, kilkuletni chłopiec, który by nie żebrać, próbuje sprzedawać pakiety chusteczek higienicznych. Następny, w podobnym wieku, lecz znacznie bardziej rozzuchwalony, chwilę później usiłuje mnie okraść, gdy tylko przekraczam granicę suku.
Kolejna próba kradzieży zdarzy mi się nazajutrz, gdy będę już opuszczać plac Dżamaa al-Fina. Tym razem sprawcą był młodzieniec – zadbany, wręcz wymuskany – lecz zarazem sprawiający wrażenie jakby nie przejmował się całym zajściem i czuł się bezkarny. Po odskoczeniu od nas na niewielką odległość, bez zażenowania obserwował z narożnika placu moje wzburzenie i  zamieszanie wśród świadków zdarzenia.
Sytuacja ta, mająca miejsce w pożegnalny wieczór w Marrakeszu tuż po słowach, że być może jednak z czasem mogłabym przywyknąć do życia na Medynie, natychmiast zrewidowała to stanowisko. Jednak bym nie mogła!

W ogóle nie lubię miejsc, gdzie do zakupów jestem nagabywana w sposób nachalny, bo „nie” dla nikogo nie znaczy „nie”. Męczy mnie już to, że trzeba się targować - do tego w sposób,  który nie ma nic wspólnego z prawdziwymi odczuciami w relacji ze sprzedawcą, a udawać należy głównie mało sympatyczne postawy: niechęć do kontynuowania kupna, urazę z powodu podanej ceny czy też jej pełne złości wyśmiewanie. Dodatkowo nie umiałabym żyć w miejscu, gdzie jako kobieta nie mogłabym być po prostu dla innych miła. Tu na Medynie każdy mój uśmiech, oznaczający zwyczajnie życzliwe nastawienie do reszty świata jest interpretowany opacznie. Dopiero po lekturze tekstu na stronie http://www.marrakesz.net/maroko/bezpieczenstwo/ zaczynam rozumieć dlaczego.

jest pewien problem dla mężczyzn i kobiet: gdy zachodni turyści się uśmiechają, to znaczy, że jesteśmy szczęśliwi, ale wymiana uśmiechów i kontaktu wzrokowego nie oznacza tego samego w Europie i Maroku. W marokańskim społeczeństwie, jeśli kobieta uśmiecha się do człowieka, to znaczy, że „chce” coś od niego. Uśmiechy i spojrzenia mają w krajach muzułmańskich bardzo silny seksualny podtekst. Spojrzenia są już bardzo mocne, a uśmiech do marokańczyka na pewno sprawi, że on pomyśli sobie, że jesteś nim zainteresowana i podrywasz go. Kilka razy potwierdziłem to, gdy usłyszałem od marokańskich przyjaciół „O patrz, ona mnie chce – uśmiechnęła się do mnie …”. To nie jest nic złego, po prostu mają inny sposób interakcji z ludźmi.”

Wynika mi z tego, że gdy na Medynie ktoś mi proponuje zakup w swoim sklepie, to najlepszym sposobem zachowania byłoby nie zwrócenie nawet uwagi na sprzedawcę i ominięcie go wzrokiem - obojętnie i z zerową mimiką (tylko co to za radość z zakupów i bycia z ludźmi). Najwyraźniej bowiem moja społeczna porażka w takim miejscu jest związana z tym, że ja tu stosuję kryteria uprzejmości, przyswojone w procesie wzrastania w swojej kulturze, dziękując  z uśmiechem handlarzom za ich ofertę! I rzeczywiście przejść spokojnie przez Medynę nie mogę, będąc wciąż zatrzymywana próbami zmuszania mnie do zakupów. Oczywiście już po chwili tracę zainteresowanie wszelkimi wystawionymi towarami i marzę tylko, by opuścić to miejsce jak najszybciej. Nie jestem w stanie przywyknąć do tej "innej" interakcji z ludźmi...

Jak można się domyślić, uprzejmość nie działa w drugą stronę, bo każda próba sfotografowania czegokolwiek na straganie, to krzyk o „permission” i opłatę. Już nie mówię o grajkach, przebierańcach czy innego tego typu „artystach” z placu Dżamaa al-Fina, do nich nawet nie próbujemy się zbliżać. Nie mamy ochoty być oskubani do ostatniego grosza. Gorzej, gdy oni zbliżają się do nas. Salwowanie się ucieczką z dwoma kulami nie wchodzi raczej w grę.





















Choć uczciwie przyznać muszę, że na suku spotkaliśmy też normalnych, ludzkich sprzedawców, proponujących mojemu niepełnosprawnemu mężowi wodę przy osłabieniu lub własny stołeczek do odpoczynku! To smutne, że inne doświadczenia z Medyny zaskutkowały tym, iż zaczęliśmy być podejrzliwi nawet wobec tych przyjaznych gestów niewyrachowanej dobroci. Ale gdy raz się zderzysz z oszustwem pod przykrywką serdeczności, to już potem nigdy jej nie dowierzasz.








Taki efekt wywołało u mnie spotkanie z "dekoratorką dłoni", malującą wzory za pomocą henny wyciskanej ze strzykawki (z igłą!). Oganiam się od niej przez całe pierwsze popołudnie na placu Dżamaa al-Fina – oczywiście w naiwnie głupi sposób, bo uprzejmie i z uśmiechem na twarzy. Grzecznie odmawiam i dziękuję za propozycję, z której nie mam najmniejszej ochoty skorzystać (marzę o umyciu rąk, a nie wymalowaniu ich we wzorki). W końcu mam nadzieję, że to dotarło do natarczywej kobiety, bo sprawia wrażenie, jakby odpuściła. Tylko po to, by w następnej chwili, znienacka chwycić moją dłoń i zacząć ją malować – zapewniając gorąco, że to tylko maleńki, bezinteresowny znak na szczęście. Uśmiecha się przy tym do mnie promiennie, a ja w swej naiwności oczywiście daję się nabrać na ten przyjacielski gest! Ale z drugiej strony, jak mam wyszarpnąć z jej uścisku moją dłoń, skoro igła dotyka prawie mojej skóry?! Zwyczajnie się boję, że może mnie skaleczyć.
Efekt? Oszustka żąda pieniędzy za usługę! Ponieważ nie protestowałam zbyt skutecznie (tzn. z teatralnym oburzeniem) podczas malowania, zdążyła w minutę pokryć moje dłonie esami – floresami, które przypominają bardziej niedbałe dzieło przedszkolaka niż finezyjny orientalny wzór. Strasznie mi się nie podoba, ale nie chcę urazić „malarki” taką oceną, więc zrezygnowana bezradnie spoglądam na to „dzieło”, nie wiedząc właściwie, jak mam zareagować. I wtedy słyszę ”korzystną ofertę – przeznaczoną specjalnie dla mnie”:
- Amerykanki płacą za to 500 Euro, ty zapłać chociaż 50.
I to już dla mnie zbyt wiele. Czuję, że złość zaraz mną potarga. Ale nie umiem się obronić przed takimi osobami jak ta kobieta i w końcu płacę wcale niemały „dobrowolny” datek, by się od niej uwolnić. Nie chcę, by to wydarzenie popsuło mi humor na resztę pobytu w Marrakeszu i staram się za żadną cenę do tego nie dopuścić. Zostaję z dłońmi uwalonymi henną, która według oszustki miała wyschnąć po 15 minutach. Po dalszych 30 wciąż nie jestem w stanie ich używać bez wcierania żółtej papki we wszystko, czego dotknę. W końcu się poddaję i ścieram z siebie to, co mi podstępem nałożono.


- Wyglądasz, jakbyś gołymi rękami sprzątała toaletę po naszej zemście faraona – mąż bezceremonialnie komentuje wygląd moich poplamionych dłoni w dniu następnym. Rzeczywiście tak wyglądam i to przez dłuższy okres czasu. Wracam do Polski, starając się chować dłonie po kieszeniach przy każdym kontakcie z ludźmi. Ale jeszcze podczas pisania testu z Biologicznych podstaw psychologii straszę ciemnożółtymi plamami. Ot, takie ślady po ciemnej stronie Marrakeszu.

Z czasem wreszcie się ich pozbywam - tak samo, jak i tych niemiłych wspomnień z podróży. Zostaje czysta skóra i „oczyszczona” pamięć.





Kolokwium z Biologicznych podstaw psychologii udaje mi się szczęśliwie zaliczyć. Mam też szczęście zachować wiele wspomnień jasnych stron miasta, w którym w końcu zaświeciło słońce. I kilka miesięcy później wiem na pewno, że mogę już tam wracać. Nawet jeśli to znów miałoby być tak bardzo pokomplikowane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz