sobota, 27 grudnia 2025

TALERZ DOBRA

 

O tym, że podczas tegorocznej Wigilii będę uczestniczyć tylko w jednej wieczerzy i to we własnym domu, zadecydowałam już rok temu. Poczułam wtedy, że coś trzeba zmienić, jeśli mój syn i jego dziewczyna nie mają zamiaru spędzać więcej tego szczególnego wieczoru w domu brata i bratowej. I to nie tak, że było im tam źle, po prostu mieli potrzebę przebywania w takim czasie w mniejszym i bardziej ścisłym gronie. Wspomnianego dnia poczułam, że chyba i dla mnie będzie to wystarczające. Gdy wracałam do domu na swoją drugą kolację wigilijną, zrozumiałam, że właśnie do tego dojrzewam.

Dojrzewałam jeszcze kolejne dwanaście miesięcy. Ale dojrzałam. I choć sytuacja u nas się w międzyczasie zmieniła, to pozostałam przy swojej decyzji.

Po wyprowadzce Zuzi z Krakowa w pierwszej połowie grudnia było jasne, że do wigilijnej wieczerzy usiądziemy z Kacprem tylko we dwoje. Ale wówczas niespodziewanie okazało się, że na planowaną przez nas Wigilię możemy zaprosić sobie wspaniałego towarzysza.

Otóż w internecie natrafiłam na info akcji Fundacji Dobra Fabryka. W internetowej rolce znalazłam tekst:

„Pusty talerz przy wigilijnym stole nie musi być pusty. Wypełnij go dobrem i zaproś jednego z podopiecznych Fundacji Dobra Fabryka. Ufunduj Wigilijny Talerz Dobra”.

Wiedziałam, że to coś dla nas. Zwłaszcza, że reklama akcji była zilustrowana fotką 61- letniego Rogera z Libanu.

Wygląda na miłego i doświadczonego życiem – oceniła Ania. Też tak uważałam. Miałam także okazję zapoznać się na stronie fundacji z historią Libańczyka:

„W wybuchu w bejruckim porcie stracił wszystko — żonę, córkę dom, bezpieczeństwo. Dziś walczy z nowotworem, ale walczy w samotności. Zapraszając Rogera do wigilijnego stołu, zapewniasz mu żywność, leki i dach nad głową, których tak bardzo potrzebuje, by przetrwać kolejny dzień”.

Tak, oczywiście zaproszenie jest wirtualne i chodzi w tej akcji o wpłatę pieniędzy na symboliczne napełnienie talerza. Ale można za parę dodatkowych złotych zamówić sobie jeszcze wizytówkę Rogera (lub innego, wybranego podopiecznego Fundacji). I wówczas, gdy położy się ją na świątecznym nakryciu, to ten gość z Libanu staje się jakby bardziej rzeczywisty i bardziej obecny na naszej wieczerzy. Nie waham się więc nawet przez moment. W tym roku, mimo wszystko, spędzimy Święta jednak we troje… Będzie dobrze. Damy radę…

I daliśmy. Z pomocą barszczu ze słoika, uszek z „Manufaktury pierożka”, pierogów i ryby z Lidla. I oczywiście najlepszych ludzi na świecie. Kasia z katolickiej szkoły ofiarowała nam swoje koronkowo ozdabiane pierniki, a Madzia upiekła dla nas cały keks, sernik i maślane ciasteczka! Uznałam, że po dokupieniu lidlowskich wypieków z serii delux (niestety był tylko piernik i piernikowa krajanka, bo makowca zabrakło), nie muszę już o nic więcej zabiegać. Nie doceniłam tylko w tym wszystkim mojej wspaniałej bratowej, a ona o nas nie zapomniała – w wigilijny ranek brat niespodziewanie zapewnił nam dostawę jej przepysznych ciast. Gdy do tego dołożyłam jeszcze własnoręcznie przygotowaną sałatkę jarzynową, to poczułam, że mamy prawdziwy świąteczny przepych.

Mało tego – wszystko mi bardzo smakowało. W grudniu byłam już wcześniej na trzech wigilijkach zakładowych oraz na jednej klasowej i jadłam dokładnie te same dania, ale przyznać muszę, że dopiero w domu potrafiłam docenić ich smak. Kacper, który dzielnie sobie radził w kuchni, gdy ja kończyłam nakrywać do stołu, też był zadowolony. I nawet Roger nie narzekał na jedzenie, tak odmienne przecież od libańskiego:).

To był miło spędzony, świąteczny czas. Bez presji, że coś musimy, ale jednak udało nam się zachować to, co w tradycji Bożego Narodzenia uważałam za ważne. Posprzątaliśmy na cmentarzu, zrobiliśmy rozsądne zakupy, zapewniając sobie świąteczny dostatek, zdobyliśmy choinki. Bardzo oryginalne zresztą w tym roku. Choinki z odzysku, które ktoś wyciął z pobocza drogi nad rzeką i zostawił je w jej dolinie. Nie są idealne, to prawda. Ale u nas robią teraz za naturalny, świąteczny las. A wiadomo, że w naturze ideałów nie ma.

Wciąż jestem zachwycona tym, że [nasze] choinki mają tak różne rodzaje zieleni – piszę do Ani w poświąteczny ranek.

Nie przestaje mnie to zadziwiać, gdy przyglądam się dekoracji wokół naszego świątecznego stołu. I to nie tak, że jakoś szczególnie mi się udała w tym roku. Wprost przeciwnie. Próba przełożenia koncepcji świątecznego kredensu na konkretne instalacje w rzeczywistości daleko odbiega od tego, co sobie wyobrażałam. Ale też się tym kompletnie nie przejmuję. Nie miałam żadnych oczekiwań co do tegorocznych Świąt, więc mogę sobie pozwolić na komfort bezstresowego przyjmowania wszystkiego takim, jakim jest.

Zresztą moją kredensową porażkę równoważy bardziej surowa reszta. Bardzo jestem zadowolona, że udało nam się tchnąć w wyrzucone iglaki nowe życie. Zero waste. Naturalność i prostotę przełamują tylko akcenty z porcelany. No i dodać do tego muszę dekoracyjne, bajkowe lampiony, które są prezentem od Eli i jej mamy. To dla mnie kolejne osoby, pełniące teraz rolę bożonarodzeniowych darów. Czuję głęboką wdzięczność za wszystko, co nasi dobroczyńcy wnieśli nam w te Święta. Dziękuję za każdy podarek, którym je umilili.

Ja też jakoś w tym roku ogarnęłam w miarę bezboleśnie prezenty dla dobroczyńców i przyjaciół. Tylko z Kacprem coś mi się nie za bardzo udało. Ale pocieszam się, że on i tak woli teraz kasę – ostatni pobyt w Warszawie był dosyć kosztowny, a w planach mojego syna jest jeszcze wyjazd sylwestrowy do Nysy. Ale takie spotkania z kolegami dobrze Kacprowi robią, więc bardzo się cieszę, że się pojawiły w jego życiu. Mam nadzieję, że następny rok dodatkowo przyniesie mu wszystko, czego potrzebuje. Tego z całego serca życzę jemu i sobie.

Na koniec dołączam tu jeszcze jedne życzenia, tym razem autorstwa Ali z Brzeska:

„życzmy sobie, żebyśmy mogli być dla kogoś cząstką nieba. Życzmy sobie aby moc Bożego Narodzenia wypełniła nasz świat po brzegi. Niech Nowy Rok przyniesie odrobinę nadziei i wiary w dobroć człowieka”.

No i właśnie sobie jeszcze tego dziś życzymy...

niedziela, 21 grudnia 2025

ZWYCIĘSTWO ŚWIATŁA NAD CIEMNOŚCIĄ

 

Z nadejściem adwentu dni w katolickiej szkole rozpoczynają modlitwy przy zapalonej latarence, a początek i koniec lekcji rozbrzmiewają słowami pieśni „Marana tha”. Czas ewidentnie przyspiesza. Próby do szkolnych jasełek stają się coraz bardziej intensywne, a śpiew kolęd dobiega omal z każdej sali lekcyjnej. Szybko przybywa w nich świątecznych dekoracji i wkrótce w szkole jest tyle podświetlonych elementów, że zaczynają się rodzić obawy co do wytrzymałości budżetu w kwestii dostawy prądu.

Z czasem piosenki na rozpoczęcie i zakończenie lekcji stają się bardziej urozmaicone. Skaldowie, wzorem poprzednich lat, zaczynają podśpiewywać nam swój słynny przebój „Z kopyta kulig mknie”, mimo że po śniegu już dawno pozostało jedynie wspomnienie, a Czerwone Gitary wkraczają w szkolne mury już ze swoim utworem wigilijnym:

„Niebo - ziemi, niebu - ziemia,
Wszyscy - wszystkim ślą życzenia,
Drzewa - ptakom, ptaki - drzewom,
Tchnienie wiatru - płatkom śniegu.”

(„Jest taki dzień”)

Abstrahując od kolęd, jak dla mnie jest to piosenka najlepiej oddająca klimat Wigilii. Bardzo ją lubię. W tym roku miałam okazję wysłuchać jej również na żywo podczas koncertu „Czerwonych Gitar” w poprzedni weekend. Pomysłodawczyniami spędzenia wspólnie czasu w taki sposób były moje koleżanki z katolickiej szkoły.

Nie chciałam się wyłamywać i zgodziłam się [pół roku wcześniej!], a potem skutecznie zapomniałam – piszę do Madzi.

Ale nieoczekiwanie bardzo dla mnie, dobrze się bawiłam, a śpiewanie starych przebojów typu: „Głupia miłość”, „Tak bardzo się starałem”, „10 w skali Beauforta” sprawiło mi prawdziwą frajdę. Taki trochę powrót w czasy dziecięcych kolonii.

To kolejna nauka o tym, że w każdej sytuacji trzeba sobie dać szansę, by się dobrze bawić… Nawet jeśli bardzo nam się nie chce z niej skorzystać, bo wolelibyśmy zostać w domu i odpoczywać.

Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie napisać o swoim wielkim zmęczeniu – w weekend poprzedzający koncert złapałam jelitówkę. Oj, było ostro, nie pamiętam kiedy ostatnio tak mnie dojechało. No i pojawiło się także osłabienie, które zresztą odczuwam do tej pory.

W związku z tym nie dość, że ciężko mi było zebrać się na koncert, to jeszcze teraz w ogóle mi nie idą przedświąteczne porządki. Ale znalazłam w internecie tekst, dzięki któremu udało mi się pogodzić z tą sytuacją. Na stronie „Teściowa śpiewa” influencerka geriatryczna (pani sama tak siebie nazywa:) odpowiada na nurtujące mnie obecnie pytania.

„Jak poczuć magię Świąt niskobudżetowo, a jednocześnie pozbyć się poczucia winy, że nie ogarniamy może do końca (...) przedświątecznego chaosu? Bo już wszyscy mają może ubrane choinki, czuć zapach cynamonu, kupują prezenty, dekorują domy… A u ciebie odwrotnie? Nie przejmuj się. To jest tylko to, że ty głębiej odczuwasz magię Świąt, dlatego że rekonstruujesz fakty historyczne. Pan Jezus urodził się w stajence. Tak że jeżeli u Ciebie rzeczywistość przypomina stajenkę, to jest tylko plus. I tego się trzymajmy.”

Cóż, wcale nie trzeba mnie do tego namawiać. Zważywszy na to, że podnosząc wczoraj torbę z zakupami, dołożyłam jeszcze do osłabienia jakiś uraz kręgosłupa, który nagle eksplodował bólem w odcinku lędźwiowym, mam jak w banku rekonstrukcję faktów historycznych. Tak że głęboka magia Świąt jest u mnie w zasadzie gwarantowana.

Choć tak naprawdę upatrywałabym jej gdzieś indziej. Rysunek udostępniony przeze mnie na stronie Akademii Rodzica przedstawia dwoje ludzi, którzy się relaksują – jedno na kanapie, drugie na fotelu. Za to w ich domu wszędzie krzątają się krasnoludki – czyszczą okna, myją podłogi, odkurzają, wynoszą worki ze śmieciami, gotują. Podpis głosi: „magia Świąt jakiej potrzebujemy” (https://www.facebook.com/photo/?fbid=1424425892380977&set=a.248770443279867). Jak dla mnie w punkt. Jakże by mi się przydali tacy mali pomocnicy.

Zwłaszcza, że na pomoc Kacpra nie mogę póki co liczyć – mój syn pojechał na przedłużony weekend do Warszawy, by spotkać się z kolegami. Ale to akurat mnie cieszy, myślę, że dość już czasu spędził w domu, próbując się pozbierać po wyprowadzce osoby, która była mu najbliższa przez ostatnie lata. Dobrze, że wraca do świata i do ludzi.

Ja zaś z przyjemnością w tym czasie przystałam na pozostawanie w domowych pieleszach i zwierzęce towarzystwo. Mam teraz pod opieką trzy kotki i Wafelka, a dodatkowo jeszcze podczas spaceru dwa pieski sąsiadów. Nie czuję się samotna, choć oczywiście trochę brakuje mi obecności Kacpra. Jego bliskość i dostępność mocno wpływa na moje poczucie bezpieczeństwa i stabilności.

Dzisiaj więc czekamy ze zwierzaczkami na jego powrót. A także na najdłuższą noc w roku. „Choć dziś mówimy innymi słowami, świętujemy tę samą chwilę, którą celebrowali nasi przodkowie tysiące lat temu – zwycięstwo światła nad ciemnością. Coraz więcej osób odkrywa przesilenie zimowe na nowo: jako czas zatrzymania, refleksji, domknięcia starego cyklu i otwarcia się na nowy” – czytam w poście pod adresem https://www.ekologia.pl/.../przesilenie-zimowe-tajemnica.../.

Jednocześnie to początek astronomicznej zimy, jutro rozpocznie się kalendarzowa. Pojutrze zaś Wigilia wprowadzi nas w czas Bożego Narodzenia. Usiądziemy do uroczystej wieczerzy. Połamiemy się opłatkiem. Złożymy sobie życzenia. Posłuchamy kolęd. I może nawet jeszcze zaśpiewają dla nas wówczas „Czerwone gitary”...

„Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy,
Dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory.
Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich,
Dzień, który już każdy z nas zna od kołyski”.

sobota, 13 grudnia 2025

CZAS POŻEGNANIA - "Time to say goodbay"

 

Końcem listopada dla Ani przyszedł czas pożegnania. Nieoczekiwanie dla mnie samej, też zaczynam to dosyć mocno przeżywać. Jakieś dwa tygodnie wcześniej piszę więc do niej:

Aniu, dociera do mnie, że chciałabym się pożegnać z centrum Łodzi i tym mieszkaniem, które opuszczasz i w którym spędziłam z Tobą takie miłe chwile. Czy bardzo bym Ci pokrzyżowała plany, gdybym przyjechała w ostatni weekend listopada? Nie wiem, czy pomogę w przeprowadzce, ale obiecuje nie przeszkadzać. Wystarczy mi jakaś mata i kocyk, które po nocce włożę do torby. Oczywiście zrozumiem, jeśli masz inne plany.

Ale odpowiedź od Ani jest bardzo zachęcająca:

Kochana zapraszam❤❤

Łóżka na pewno będą w mieszkaniu☺

Kocyk się ogarnie damy radę

Więc jeszcze dojaśniam:

Kochana, nie obawiaj się, że trzeba mi poświęcać jakiś czas i się mną zajmować, dam radę sama, poplątam się po centrum, chyba tego mi trzeba.

Czego jeszcze? Pewnie wykorzystania potencjału miejsca, w którym mieszka do tej pory Ania. Policzyłam – cztery kamienice dalej mieści się budynek Filharmonii Łódzkiej, który tyle razy mijałam, każdorazowo obiecując sobie, że następnym razem… Kolejne trzy dzielą nas od tajsko – balijskiego salonu masaży, gdzie też jeszcze nie byłyśmy. Odwiedzałyśmy takie miejsca w różnych częściach Łodzi, ale właśnie to najbliższe zawsze jakoś omijałyśmy. A myślę, że to byłoby bez sensu, wracać do niego potem z daleka, gdy teraz mamy je pod samym nosem.

Chcę jeszcze zrobić możliwie najlepszy użytek z lokalizacji dotychczasowego mieszkania Ani. Plany rodzą się same.

Już się cieszę.

I rzeczywiście noszę w sobie tę radość omal przez kolejne dwa tygodnie, dzielące mnie od wyjazdu do Łodzi. W międzyczasie dni skracają się coraz bardziej. Spada sporo śniegu i sceneria przez jakiś czas staje się iście bajkowa. U Ani w nowym mieszkanku na Teofilowie zaczyna się remont i dzięki pomocy przyjaciół robota idzie pełną parą. Codziennie dostaję fotorelacje i nie mogę się już doczekać, aż zobaczę efekty na własne oczy.

Nadchodzą moje urodziny… i przechodzą – bardzo spokojnie, choć w średnim nastroju. Parę dni wcześniej żegnam się z Zuzią, która przyjeżdża oddać samochód. Już się pewnie więcej nie zobaczymy. Lecz nie chcę rozdrapywać ran. Time to say goodbye…

Oddany samochód niestety jest uszkodzony. Znów czeka mnie utarczka z ubezpieczycielami. Ale staram się na razie o tym nie myśleć, wolę się skupić na przygotowaniach do wyjazdu.

Codziennie sprawdzam stronę łódzkiej filharmonii, niestety okazuje się, że bilety na weekendowy koncert filharmoników są już wyprzedane. Dopiero w przeddzień wyjazdu kilka z nich znów wraca do sprzedażowej puli. Nie waham się – kupuję od razu, w końcu trzeba spełniać marzenia. Ania niestety nie będzie mi towarzyszyła podczas koncertu – tego dnia ma zaplanowane przewożenie swoich rzeczy do wyremontowanego mieszkanka. Ale, przynajmniej tak jak obiecałam, zajmę się sobą sama.

Nazajutrz jedziemy z Małgosią na szkolenie do Katowic. Stamtąd mam pociąg do Łodzi, więc po konferencji już nie wracam z nią do domu. Po drodze na katowicki dworzec wpadam na moment na świąteczny jarmark w centrum. Mam wrażenie, że nic się tu nie zmieniło od naszej zeszłorocznej wizyty z Elą. Do kupienia nie znajduję niczego. Dobrze, że w Mikołajowe prezenty zaopatrzyłam się już wcześniej, upychając je przed podróżą na siłę w małej podręcznej walizce.

Spotkania z Anią są radością niezależnie od okoliczności. Ale staram się nie zabierać jej zbyt dużo czasu i szybko wychodzę z mieszkania na niezwykle relaksujący masaż balijski, a później stamtąd do Filharmonii Łódzkiej im. Artura Rubinsteina, reklamującej się na swojej stronie internetowej hasłem: "Wypełniamy Łódź muzyką od 110 lat". Koncert ma tytuł "Beethovenowska doskonałość", co oznacza VII Synfonię, z której kompozytor podobno był na tyle zadowolony, że nigdy jej nie poprawiał.

Słuchaczom i krytykom sama li tylko doskonałość formy i treści muzycznej najwyraźniej nie wystarczała, powstały bowiem różne określenia tego utworu. Popularne stało się miano apoteozy tańca, którym ponoć ochrzcił dzieło sam Wagner. Przyjaciółka Beethovena, Bettina von Arnim, miała zaś proponować skojarzenia muzyki z winem upajającym ducha słuchaczy. Gdzie indziej także odnajdziemy odniesienia do dytyrambów ku czci Dionizosa. (…) Wraz z mistrzowską formą i charakterystycznym dla Beethovena nieuchwytnym napięciem emocjonalnym ta symfonia może przynieść upojenie nawet bez pomocy szlachetnych trunków…”, jak możemy przeczytać w opisie koncertu.

Dodatkowo został on wzbogacony łódzkim akcentem w postaci Uwertury Grażyny Bacewicz oraz (tu już z niewiadomych dla mnie względów) Duetem-concertino na klarnet i fagot TrV 293 Richarda Straussa. „Koncert poprowadzi dyrygent holenderski Conrad van Alphen, założyciel, główny dyrygent i dyrektor artystyczny orkiestry Sinfonia Rotterdam” – to znów strona filharmonii.

Jestem tak urzeczona atrakcjami tego wieczoru, że postanawiam je powtórzyć następnego dnia – zarówno w części masażowo – relaksacyjnej, jak i artystyczno – filharmonicznej.

I powtarzam. Z tym, że tym razem na masażu balijskim towarzyszy mi Ania (bardzo jej to było potrzebne po intensywnym wysiłku fizycznym związanym z przeprowadzką), zaś na wieczornej imprezie w filharmonii, zorganizowanej przez podmiot zewnętrzny (co oznacza droższe, lecz bardziej dostępne bilety) nie ma w ogóle problemu z wolnymi miejscami.

A nie jest to byle jaki koncert, bo tym razem królewski – od Mozarta po Straussa – znowu ten kompozytor, ale przecież już grudzień za pasem, a bez słynnego Marsza Radetzky'ego trudno sobie wyobrazić pożegnanie starego roku i wejście w nowy. Niedługo w tym względzie czeka nas „Time to say goodbay”, choć tenor Krzysztof Knapczyk i sopranistka Marta Śpionek” już wyśpiewują na scenie ten piękny utwór, wykonany po raz pierwszy przez Andreę Bocelliego i Sarah Brightman w 1995 roku.

Było też trochę arii operowych, przywołało czasy, gdy nasz dom był pełen opery, bo Andrzej ją kochał namiętnie. A gdy usłyszałam "Nessun Dorma", to serce mi się ścisnęło z żalu, bo Turandot była ulubioną przez męża – napisałam do Madzi.

Przy „Nessun Dorma” mam zawsze ciary – dostaję odpowiedź. I piękny cytat z Anny Kamieńskiej:

„Bo śmierć to zbyt mały powód, aby przestać kochać”.

Po weekendzie widzę zaś wpis na facebooku Marty Śpionek:

"Ostatnio usłyszałam zarzut, że w ogóle nie wstawiam nagrań, więc się poprawiam 🙈Małe wspomnienie z sobotniego koncertu w Filharmonii Łódzkiej🥰Było bosko! Dziękuję za tak ciepłe przyjęcie, nie spodziewałam się imiennego wywołania do bisów z widowni 🙈 Ale było mi naprawdę bardzo miło”.

(https://www.facebook.com/reel/1398802281953340)

„Na nagraniu [polecam!] piękny czardasz z Księżniczki Czardasza, a towarzyszy mi wyjątkowy BognaBand”. 

Tak naprawdę tego wieczoru na potrzeby koncertu zespół nazywał się Royal Symphony Ensemble. Jego liderem jest doktor Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi Bogna Dulińska. Na stronie zespołu również, tak jak wcześniej w przypadku VII Symfonii Beethowena, są alkoholowe;) porównania. Zaczynają się od słów Roberta Frippa: "Muzyka jest winem, które wypełnia puchar ciszy" i, również w winiarskim duchu, kończą się na cytacie: " Nie zawsze wiesz co jest dobre, ale wiesz co lubisz" Justina Meyera. 

Tak, ja na pewno wiem, co lubię. W przerwie koncertu zamawiam kieliszek wytrawnego gruzińskiego wina i deser panna cota. Jeszcze nigdy w Łodzi nie było mi tak dobrze.

Co jeszcze dobrego mnie tam spotkało tym razem?

1. Przede wszystkim były to spacery w świątecznej scenerii po Piotrkowskiej i pod Manufakturą. Oglądałam niezwykłe dekoracje, związane w tym roku z baśnią „Dziadek do orzechów”, odwiedziłam bożonarodzeniowy jarmark na Placu Wolności, spędziłam sporo czasu na świeżym powietrzu, rozgrzewając się na wszystkie możliwe sposoby. Było naprawdę chłodno, więc zaczęłam od gorącej czekolady w Wedlu, poprawiłam grzańcem z czerwonego wina w Białym:) Nalewie i jeszcze na dokładkę, dzięki zaproszeniu Ani, podgrzaną wiśniówką w „Pijanej Wiśni”. Brakło nam tylko czasu, by iść na zapalenie świateł na miejskiej choince.

No i okazało się, że dzięki temu go nie straciłyśmy:). Końcem weekendu Ania przysłała mi internetową relację z tego wydarzenia: „staliśmy 30 minut, żeby zapalili choinkę, po 8 próbach zapalenia powiedzieli, że dzisiaj się nie zapali, każdy przestał nagrywać, więc postanowili ją zapalić, pozdrowienia z Łodzi”:).

2. Miałam przyjemność obejrzeć nowe mieszkanko Ani. I rzeczywiście zrobiło na mnie jak najlepsze wrażenie. Bardzo się cieszę Aniną radością. W sobotni ranek pojechałyśmy jeszcze do marketu budowlanego, bo Ania chciała kupić wykładzinę PCV do położenia w miejscu, gdzie od tej pory będzie stał króliczkowy kojec. Ja natomiast uparłam się już na zakup gwiazdy betlejemskiej. Chciałam, by pierwsze święta w nowym mieszkanku miały jakiś element ode mnie.

3. Mimo, że tym razem nie miałyśmy zbyt dużo czasu dla siebie, to w porach obiadowych udało nam się wspólnie wybrać na jedzonko do wyśmienitych restauracji – ormiańskiej i afrykańskiej. Było oryginalnie i przepysznie. Niestety, zjedzonego wspólnie „amerykańskiego” śniadania w lokalu, gdzie w nazwie znajdował się New York, już pochwalić sie nie da. Ale zawsze można je przynajmniej obśmiać.

I to już chyba wszystko na temat tego wyjazdu. Choć skończył się mało przyjemnie, bo stłuczką spowodowaną przez jakiegoś zbyt szybkiego, narwanego młokosa, to jednak nie zepsuło nam to miłych wspomnień. Tym samym jednak listopad wpisał na swoją niechlubną listę wszystkie nasze obtłuczone auta. No ale będziemy się tym martwić już w grudniu. Listopad żegnamy słowami: „Time to say goodbye’.

Na zakończenie tego wpisu wspomnę jeszcze tylko o jednym pożegnaniu. Nazajutrz po powrocie z Łodzi wybrałam się do Krakowa, gdzie w Poradni Medycyny Zakaźnej usłyszałam od pani doktor, że na razie kończymy leczenie. Co prawda poziom przeciwciał mam nadal wysoki (a nawet ciut wyższy niż ostatnio), ale pozostałe parametry nie wskazują jednoznacznie, bym wciąż była chora.

Aktualnie brak wskazań do kolejnej antybiotykoterapii oraz potrzeby dalszej kontroli stałej, rewizyta w razie potrzeby” – napisała na moim wypisie pani doktor. „Dodatnie przeciwciała mogą utrzymywać się całe życie, nie świadczą o chorobie”. No i tego się będę trzymać. „Time to say goodbye”...

Wracając do domu, zaglądam jeszcze na trzeci w ten przedłużony weekend świąteczny jarmark. No cóż, ten krakowski, rozłożony na Głównym i Małym Rynku, może jest i najbardziej elegancki spośród odwiedzonych, ale zakupów tu również nie mogłabym zrobić. To jak dla mnie raczej tylko spacerowe miejsce. Świątecznych prezentów dla najbliższych muszę poszukać gdzie indziej.

Rozpoczął się grudzień – czas domykania różnych spraw i pożegnań z tym, co już zbędne. „Jeśli widzisz kogoś poruszającego się nieco wolniej w tym okresie, bądź delikatny. Żal w grudniu staje się bardziej dotkliwy” – przeklejam na swoje facebookowe konto wpis ze strony Pracownia Psychologiczno -Terapeutyczna Agnieszka Stąpor. I sama dla siebie staram się być delikatna.

Grudniu proszę, bądź miesiącem, który uleczy więcej, niż zranił cały rok. Bądź dobrym końcem i jeszcze lepszym początkiem” – powtarzam sobie i znajomym słowa zaczerpnięte z konta Eweliny Mierzejewskiej (nominacja do tytułu Nauczyciela Roku w ramach Plebiscytu Edukacyjnego 2025). I z nadzieją, że ta prośba zostanie spełniona, wkraczam w ostatnie dni roku. Powoli, ale do przodu… Time to say goodbye...