O tym, że podczas tegorocznej Wigilii będę uczestniczyć tylko w jednej wieczerzy i to we własnym domu, zadecydowałam już rok temu. Poczułam wtedy, że coś trzeba zmienić, jeśli mój syn i jego dziewczyna nie mają zamiaru spędzać więcej tego szczególnego wieczoru w domu brata i bratowej. I to nie tak, że było im tam źle, po prostu mieli potrzebę przebywania w takim czasie w mniejszym i bardziej ścisłym gronie. Wspomnianego dnia poczułam, że chyba i dla mnie będzie to wystarczające. Gdy wracałam do domu na swoją drugą kolację wigilijną, zrozumiałam, że właśnie do tego dojrzewam.
Dojrzewałam jeszcze kolejne dwanaście miesięcy. Ale dojrzałam. I choć sytuacja u nas się w międzyczasie zmieniła, to pozostałam przy swojej decyzji.
Po wyprowadzce Zuzi z Krakowa w pierwszej połowie grudnia było jasne, że do wigilijnej wieczerzy usiądziemy z Kacprem tylko we dwoje. Ale wówczas niespodziewanie okazało się, że na planowaną przez nas Wigilię możemy zaprosić sobie wspaniałego towarzysza.
Otóż w internecie natrafiłam na info akcji Fundacji Dobra Fabryka. W internetowej rolce znalazłam tekst:
„Pusty talerz przy wigilijnym stole nie musi być pusty. Wypełnij go dobrem i zaproś jednego z podopiecznych Fundacji Dobra Fabryka. Ufunduj Wigilijny Talerz Dobra”.
Wiedziałam, że to coś dla nas. Zwłaszcza, że reklama akcji była zilustrowana fotką 61- letniego Rogera z Libanu.
Wygląda na miłego i doświadczonego życiem – oceniła Ania. Też tak uważałam. Miałam także okazję zapoznać się na stronie fundacji z historią Libańczyka:
„W wybuchu w bejruckim porcie stracił wszystko — żonę, córkę dom, bezpieczeństwo. Dziś walczy z nowotworem, ale walczy w samotności. Zapraszając Rogera do wigilijnego stołu, zapewniasz mu żywność, leki i dach nad głową, których tak bardzo potrzebuje, by przetrwać kolejny dzień”.
Tak, oczywiście zaproszenie jest wirtualne i chodzi w tej akcji o wpłatę pieniędzy na symboliczne napełnienie talerza. Ale można za parę dodatkowych złotych zamówić sobie jeszcze wizytówkę Rogera (lub innego, wybranego podopiecznego Fundacji). I wówczas, gdy położy się ją na świątecznym nakryciu, to ten gość z Libanu staje się jakby bardziej rzeczywisty i bardziej obecny na naszej wieczerzy. Nie waham się więc nawet przez moment. W tym roku, mimo wszystko, spędzimy Święta jednak we troje… Będzie dobrze. Damy radę…
I daliśmy. Z pomocą barszczu ze słoika, uszek z „Manufaktury pierożka”, pierogów i ryby z Lidla. I oczywiście najlepszych ludzi na świecie. Kasia z katolickiej szkoły ofiarowała nam swoje koronkowo ozdabiane pierniki, a Madzia upiekła dla nas cały keks, sernik i maślane ciasteczka! Uznałam, że po dokupieniu lidlowskich wypieków z serii delux (niestety był tylko piernik i piernikowa krajanka, bo makowca zabrakło), nie muszę już o nic więcej zabiegać. Nie doceniłam tylko w tym wszystkim mojej wspaniałej bratowej, a ona o nas nie zapomniała – w wigilijny ranek brat niespodziewanie zapewnił nam dostawę jej przepysznych ciast. Gdy do tego dołożyłam jeszcze własnoręcznie przygotowaną sałatkę jarzynową, to poczułam, że mamy prawdziwy świąteczny przepych.
Mało tego – wszystko mi bardzo smakowało. W grudniu byłam już wcześniej na trzech wigilijkach zakładowych oraz na jednej klasowej i jadłam dokładnie te same dania, ale przyznać muszę, że dopiero w domu potrafiłam docenić ich smak. Kacper, który dzielnie sobie radził w kuchni, gdy ja kończyłam nakrywać do stołu, też był zadowolony. I nawet Roger nie narzekał na jedzenie, tak odmienne przecież od libańskiego:).
To był miło spędzony, świąteczny czas. Bez presji, że coś musimy, ale jednak udało nam się zachować to, co w tradycji Bożego Narodzenia uważałam za ważne. Posprzątaliśmy na cmentarzu, zrobiliśmy rozsądne zakupy, zapewniając sobie świąteczny dostatek, zdobyliśmy choinki. Bardzo oryginalne zresztą w tym roku. Choinki z odzysku, które ktoś wyciął z pobocza drogi nad rzeką i zostawił je w jej dolinie. Nie są idealne, to prawda. Ale u nas robią teraz za naturalny, świąteczny las. A wiadomo, że w naturze ideałów nie ma.
Wciąż jestem zachwycona tym, że [nasze] choinki mają tak różne rodzaje zieleni – piszę do Ani w poświąteczny ranek.
Nie przestaje mnie to zadziwiać, gdy przyglądam się dekoracji wokół naszego świątecznego stołu. I to nie tak, że jakoś szczególnie mi się udała w tym roku. Wprost przeciwnie. Próba przełożenia koncepcji świątecznego kredensu na konkretne instalacje w rzeczywistości daleko odbiega od tego, co sobie wyobrażałam. Ale też się tym kompletnie nie przejmuję. Nie miałam żadnych oczekiwań co do tegorocznych Świąt, więc mogę sobie pozwolić na komfort bezstresowego przyjmowania wszystkiego takim, jakim jest.
Zresztą moją kredensową porażkę równoważy bardziej surowa reszta. Bardzo jestem zadowolona, że udało nam się tchnąć w wyrzucone iglaki nowe życie. Zero waste. Naturalność i prostotę przełamują tylko akcenty z porcelany. No i dodać do tego muszę dekoracyjne, bajkowe lampiony, które są prezentem od Eli i jej mamy. To dla mnie kolejne osoby, pełniące teraz rolę bożonarodzeniowych darów. Czuję głęboką wdzięczność za wszystko, co nasi dobroczyńcy wnieśli nam w te Święta. Dziękuję za każdy podarek, którym je umilili.
Ja też jakoś w tym roku ogarnęłam w miarę bezboleśnie prezenty dla dobroczyńców i przyjaciół. Tylko z Kacprem coś mi się nie za bardzo udało. Ale pocieszam się, że on i tak woli teraz kasę – ostatni pobyt w Warszawie był dosyć kosztowny, a w planach mojego syna jest jeszcze wyjazd sylwestrowy do Nysy. Ale takie spotkania z kolegami dobrze Kacprowi robią, więc bardzo się cieszę, że się pojawiły w jego życiu. Mam nadzieję, że następny rok dodatkowo przyniesie mu wszystko, czego potrzebuje. Tego z całego serca życzę jemu i sobie.
Na koniec dołączam tu jeszcze jedne życzenia, tym razem autorstwa Ali z Brzeska:
„życzmy sobie, żebyśmy mogli być dla kogoś cząstką nieba. Życzmy sobie aby moc Bożego Narodzenia wypełniła nasz świat po brzegi. Niech Nowy Rok przyniesie odrobinę nadziei i wiary w dobroć człowieka”.
No i właśnie sobie jeszcze tego dziś życzymy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz