sobota, 26 lutego 2022

WARA OD NASZYCH SYNÓW

Nie wierzyłam, że to może się kiedykolwiek wydarzyć. Słuchałam ostrzeżeń, pogróżek, prognoz i wciąż nie docierało do mnie, że to prawdopodobne scenariusze.

Przedwczoraj nad ranem za naszą wschodnią granicą rozpoczęła się wojna. Ukraina stara się odpierać ataki rosyjskich najeźdźców. W dwudziestym pierwszym wieku, w Europie, która, jak się wydawało, odrobiła bolesną lekcję sprzed ponad osiemdziesięciu lat, ludzie znów są zabijani. Jest to tak straszne i nieprawdopodobne, że wciąż trudno zmierzyć się z myślą, że to się dzieje naprawdę.

Nie jestem w stanie przestać myśleć o zagrożonych w sąsiednim kraju miejscach, z którymi wiąże mnie tyle wspomnień - nasz ostatni pobyt w Kijowie w wakacje poprzedzające założenie bloga, krótki wypad do Odessy podczas urlopu zdrowotnego, rodzinne wczasy nad Morzem Czarnym w bardziej już odległej historii.

Ale przede wszystkim martwię się okrutnie o moje ukraińskie dzieci ze szkoły. Tata L. został na Ukrainie podczas gdy dziewczynka przyjechała do Polski z mamą. Tak samo jest u M. Tyle razy rozmawialiśmy z nią o jej ojcu, który jest zawodowym żołnierzem i od lat walczy na froncie wschodnim. Jak teraz musi się czuć to dziecko? Tym bardziej, że pochodzi z miasta, położonego niezbyt daleko od obecnych pól bitwy. Zostały w nim jej siostra z mężem i dwójką malutkich dzieci, babcia w rodzinnym domu, koleżanki i koledzy z poprzedniej szkoły.

- Ta wojna ma dla mnie ludzką twarz - tłumaczę mężowi swoją niezwykle emocjonalną reakcję na wszelkie doniesienia o kolejnych działaniach wojennych. - Twarz każdego z moich ukraińskich dzieci. Nawet nie wiem, jak mogłabym to wszystko skomentować.

Nie mam pojęcia, jak można ochronić uczniów z Ukrainy przed tymi okrucieństwami wojny, które do nich na pewno docierają teraz ze wszelkiego rodzaju mediów. Myślę i myślę o tym, jakie są w szkole możliwości pomocy i nic poza wsparciem i towarzyszeniem im w całej tej sytuacji nie przychodzi mi do głowy. Właściwie to potrzeba upewnienia się, że jakoś sobie radzą jest dla mnie teraz główną motywacją, by powrócić po weekendzie do pracy.

Wiem też, że wkrótce tych ukraińskich dzieciaków może się pojawić u nas znacznie więcej. I to na dodatek takich, które mogły mieć bezpośredni kontakt z okropieństwami wojny. Polską granicę na wschodzie przekraczają tłumy uchodźców. W tej chwili to praktycznie same kobiety z dziećmi, bo od wczoraj na Ukrainie obowiązuje powszechna mobilizacja mężczyzn w wieku 18 - 60 lat. Jeszcze rok temu oznaczałoby to dla mnie, że wojna rozdzieliłaby mnie z mężem i synem, gdyby podobna sytuacja zdarzyła się w naszym kraju. Czy mogłabym teraz nie współczuć innym matkom i żonom? Zresztą dotyczy to kobiet po obydwu stronach konfliktu. 

Tego po prostu nie da się pojąć - jak to jest, że jeden oszołom lub być może psychopata, popychany przez swoje żądze władzy, pychę i arogancję, siedząc w zaciszu bezpiecznych gabinetów ma prawo wysyłać młodych chłopaków w środek wojennego piekła? Czy sam wystawia się w jakikolwiek fizyczny sposób na niebezpieczeństwo śmierci, ciężkiego kalectwa, frontowej katorgi? Czy naraża na to swoją rodzinę? Według internetu oficjalnie rosyjski przywódca ma dwie córki i pilnie strzeże rodzinnej prywatności, by chronić przed wszelkimi zagrożeniami najbliższe mu osoby. A ochrona innych najwyraźniej go tyle obchodzi co zeszłoroczny śnieg. Jedną swoją decyzją “skazuje ludzi na cierpienie związane z wojną, rozdziela rodziny, dzieci pozbawia rodziców, domów i poczucia bezpieczeństwa”, jak można przeczytać w artykule na temat życia rodzinnego prezydenta Rosji. (https://www.edziecko.pl/rodzice/7,79361,28154652,dzieci-putina-oficjalnie-prezydent-rosji-ma-dwie-corki-jego.html)

Do kiedy świat będzie się godził na odbieranie matkom synów, żonom mężów po to tylko, by ich użyć do urzeczywistniania chorych celów i mrzonek psychopatycznych przywódców? Osób, które najwyraźniej mają podwójne standardy w kwestii bezpieczeństwa - swojego (i swoich najbliższych) oraz wszystkich pozostałych ludzi. Jak długo my kobiety będziemy rodzić i wychuchiwać nasze dzieci po to tylko, by za pomocą jednego rozkazu ktoś mógł je wysyłać na śmierć? Ile cierpienia musi się jeszcze przelać, żeby ludzie wreszcie się opamiętali?

Zadaję sobie te pytania raz po raz i nie wierzę w to, że muszą zostać bez odpowiedzi. Nie godzę się na  to, że jako ludzie nie jesteśmy w stanie wymyślić lepszego świata, w którym nikt nie będzie miał nad nami takiej władzy, by mógł nas skrzywdzić w dowolnej chwili jedną destrukcyjną decyzją.

I do tego perfidnie oszukać. "Pojechaliśmy na manewry, trafiliśmy tutaj" – sztab ukraińskiej armii publikuje zeznania schwytanych rosyjskich żołnierzy, którzy mówią, jak trafili na Ukrainę. Niektórzy twierdzą, że "nie wiedzieli", że jadą na wojnę, inni, że przyjechali z terytorium Białorusi. (”https://wiadomosci.dziennik.pl/swiat/artykuly/8366934,manewry-rosyjski-zolnierz-wojna-ukraina.html)

Patrzę na filmik w sieci, gdzie młodziutki (ile może mieć lat - czy na pewno jest chociaż pełnoletni?) żołnierz armii rosyjskiej udziela takich wyjaśnień. Serce mi się kraje, gdy widzę, że dzieciak ledwo panuje nad tym, by nie wybuchnąć płaczem. Całe swoje zawodowe życie pracowałam z młodymi ludźmi, w tym z nastolatkami. Czy na stare lata zaczęła mnie zawodzić intuicja, gdy czuję, że chłopak nie kłamie? A co teraz muszą przeżywać jego matka i ojciec? A przecież życie przygotowało jeszcze nie najgorszy scenariusz dla ich syna. Żyje, a to prawdziwy łut szczęścia w porównaniu do tych, którzy już leżą w kostnicach.

Każda śmierć jest zazwyczaj tragedią dla najbliższych, ale bezsensowna śmierć tych młodziutkich chłopaków (bez względu na to, czy to po ukraińskiej, czy po rosyjskiej stronie), przed którymi życie dopiero się otwiera, jest do tego wszystkiego kompletnie niezrozumiała, wręcz nie do ogarnięcia ludzkim rozumem.

Ale w tej sytuacji nie musimy podejmować żadnych prób zrozumienia tego bezsensu. Możemy się po prostu temu bezwzględnie sprzeciwić. Dać wszelkim imperialnym decydentom świata jasny i bezdyskusyjny przekaz:

NIE WYCHOWUJEMY SWOICH CHŁOPCÓW NA WASZYCH ŻOŁNIERZY - 

WARA OD NASZYCH SYNÓW!

środa, 23 lutego 2022

WCZASY W POBLIŻU SIDE PO SEZONIE - "OKOLICE DUCHÓW" I WYCIECZKA DO MANAVGAT

Nasz hotel Oz Side Premium miał z zewnątrz wygląd omal pałacu. To jeden z tych obiektów, które jeszcze kilka lat temu, gdy pojechaliśmy do Turcji z Anią, wydawały się zupełnie niedostępne dla takich niskobudżetowych turystów jak my. Szczególnie ładnie wyglądał wieczorem, kiedy kolorowymi lampkami podświetlano jego kopuły  

W środku też był niczego sobie - zwłaszcza przestronne lobby z marmurowymi posadzkami, kryształowymi żyrandolami oraz meblami w ostrych kolorach i w złotych ramach robiło wrażenie. Przed wyjazdem obejrzałam nagrania kilku vlogerów, u których przeważała opinia, że jego styl jest kiczem i w trakcie pobytu zastanawiałam się czasem, jakim trzeba być rodzajem turysty (czy też może raczej snoba?), by krytykować to, co jednak stanowi wyraz  harmonijnego luksusu, choć może i w swoistym, bardziej egzotycznym niż nasz guście. Pytałam sama siebie (bo nie mogłam o to spytać autorów obejrzanych vlogów), jakie obiekty turystyczne są w stanie zadowolić i o których z nich pozytywnie się wyrażają tego typu osoby? I czułam niezmierną ulgę, że nie mam tak wyrafinowanych estetycznych upodobań, jak ci krytycy. Dzięki temu mogłam w pełni doceniać walory naszego hotelu  i nie szukać dziur w całym, które potem rzucałyby się cieniem na radość przebywania w takiej miejscówce.


Jego nazwa, w której umieszczono miejscowość Side stanowiła jednak pewnego rodzaju zmyłkę. “Hotel przy plaży w mieście Manavgat” - tak zaczyna się opis naszego obiektu na popularnym portalu rezerwacyjnym Hotels.com. I to też wymaga uściślenia. Manavgat to duże miasto (według Wikipedii 250 tys. mieszkańców) z licznymi przysiółkami. Są nimi zarówno Side, jak i Evrenseki, w którym mieścił się nasz hotel. Przynajmniej tak twierdził przewodnik jedynej wycieczki fakultatywnej, na którą pojechałam podczas tegorocznych tureckich wczasów. Ale istnieje też taka możliwość, że jego język polski niestety nie był na tyle dobry, by uchwycić rozróżnienie między przysiółkami, a samodzielnymi miejscowościami, które przynależą do manavgatskiego dystryktu.

Tym tłumaczę sobie fakt, że Wikipedia nazywa Side miastem. Inne wzmianki o nim w internecie koncentrują się głównie na opisie jego atrakcyjności jako kurortu. Kładzie się w nich zwłaszcza nacisk na turystyczne walory zabytkowego kompleksu z czasów starożytnych. Na stronie polskiego biura podróży w Turcji (Metin Tour) możemy przeczytać, że miejscowość “słynie z zabytków takich jak: Świątynia Apollona i Ateny, teatr rzymski, ulica kolumnowa, nimfeum czy centrum przepowiedni gdzie pod wpływem zapachów ziół i olejków wróżbici wprowadzali się w trans.” 

Ale antyczne Side to również kawałek trudnej historii: “ruiny znajdują się na przepięknym cyplu, gdzie niegdyś znajdowało się miasto słynące z piractwa i handlu niewolnikami" (https://metintour.pl/turcja-co-zwiedzi%C4%87/side)

Cóż, bez względu na to, jaki status i jakie historyczne dziedzictwo ma Side, powinno ono być raczej punktem obowiązkowym podczas zwiedzania tureckiego wybrzeża. Nie tylko zresztą z powodu zachowanych tu antycznych zabytków.

- Po sezonie Side to miasto duchów - to znów przewodnik naszej wycieczki. Rzeczywiście tłoku nie ma, ale z mojej perspektywy to raczej plus. Nie uważam też, że  miejsce sprawia wrażenie wymarłego - oprócz turystów, których jak dla mnie jest w sam raz, dodatkowo panuje spory ruch wśród miejscowych. Podczas naszego pobytu wszędzie praca aż wre - przygotowania miasteczka do sezonu turystycznego  idą pełna parą, trudno byłoby nie zwrócić uwagi na dobiegające zewsząd odgłosy robót budowlanych oraz mniejszych i większych remontów.

Atutem Side (...) są klimatyczne zaułki, kameralne knajpki i restauracje” - tym razem to strona polsko - tureckiego biura podróży (https://alanyaonline.pl/wycieczki/side). Podczas naszej zorganizowanej wycieczki nie bardzo jest czas, by w pełni wykorzystać takie uroki kurortu (to chyba najbezpieczniejsze określenie Side:). Ale przynajmniej oczy zdążymy nacieszyć - wszystkie wymienione wcześniej elementy, tworzące niepowtarzalny klimat miasteczka, mieszczą się w pięknej, harmonijnej zabudowie w dość jednolitym stylu  - przynajmniej tak było w centrum przez które przechodziliśmy. Do tego trzeba dodać część nadmorską z widokiem na zatokę oraz góry - naprawdę można znaleźć całą masę powodów, by odwiedzić Side. Polecam.

Nasza zorganizowana wycieczka obejmowała jeszcze zwiedzanie miasta Manavgat (według przewodnika jego nazwa oznacza “warzywniak’, ale może lepiej sprawdzić i tę informację:). W każdym razie odbywają się w nim rzeczywiście targi i to dwa razy w tygodniu (poniedziałek, czwartek). Zrobiłam tam wcześniej rekoneans z kilkoma turystami z naszego hotelu (korzystając z tego, że tuż przy nim znajduje się przystanek busów) - ogólnie szału nie było, ale w części owocowo - warzywnej naprawdę  jest w czym przebierać. 

Natomiast podczas wycieczki fakultatywnej odwiedziliśmy w Manavgat meczet - nowy, ładny, wzorowany na najsłynniejszej budowli tego typu w Stambule (można polecić tym, którzy nie widzieli pierwowzoru:) oraz wodospad - hmm, miłośnicy takich miejsc mogą czuć się jednak trochę zawiedzeni jego rozmiarami, choć to istotnie miejsce przyjemne dla oczu. Na zakończenie popłynęliśmy statkiem z przystani w centrum - aż prawie do ujścia rzeki (zarówno ona, jak i wodospady również noszą nazwę Manavgat:). Był to leniwy rejs po okolicach budzących się po zimie do życia, ale które jeszcze raczej nie doczekały się wiosennych porządków. No cóż, przymknęłam oko w niektórych miejscach na te zaniedbania i zrelaksowałam się, chłonąc widoki zazielenionych pól na tle wciąż ośnieżonych gór Taurus - nawet mi się nie bardzo chciało wysiadać (ale oczywiście to zrobiłam) na łasze piachu między rzeką a morzem, gdzie mieliśmy krótki przystanek. I za ten relaks bardzo dziękuję L. To ona mi przekazała bilet swojej koleżanki, bym mogła skorzystać z wycieczki. I mimo że normalnie takie zorganizowane formy zwiedzania mnie mało interesują, to tym razem była ona miłą odmianą od mojego samotnego przedreptywania okolicy na butach. Choć i to oczywiście sprawiało mi ogromną frajdę.

Pieszo przemierzyłam tereny aż do serca Çolakli  - i to one właśnie okazały się - może nie miastem, ale prawdziwą “okolicą duchów”. Przepiękny, zielony obszar wdłuż plaży zajmowały przepiękne i... zamknięte na głucho pięciogwiazdkowe hotele. Dla mnie ta okolica stanowiła idealną trasę spacerową. Trudno mi jednak sobie wyobrazić, jakie oblicze przybiera ona podczas szczytu sezonu. I szczerze mówiąc, nawet nie wiem, czy chciałabym to zobaczyć. Wolę zachować w pamięci to miejsce jako oazę spokoju i pełne harmonii zespolenie nadbrzeżnej natury z morzem. To tam właśnie znalazłam najprawdziwszą wiosnę - łąkę anemonów - w odróżnieniu od izraelskich miały kolor bladoliliowy (ale i jeden czerwony się znalazł:). Zresztą w tym zielonym krajobrazie kwitły też inne rośliny, choć przede wszystkim te hodowane przy hotelach. A główna droga w naszym Evrenseki była obsadzona pięknie owocującymi mandarynkami.

Oczywiście nią też krążyłam wte i wewte, a nogi zawiodły mnie ostatniego dnia aż do Kumköy. Ale to już była miejska przechadzka, zakończona zresztą w centrum handlowym, więc raczej ten temat można od razu zamknąć.

Ten zaś, którym chciałabym się  zająć w jednym z następnych postów, stanowi nawiązanie do artykułu ze strony przywołanego wcześniej polsko - tureckiego biura podróży. Alanya czy Side? Gdzie warto jechać na wakacje w Turcji?” - zastanawiają się tam autorzy wpisu. Oczywiście nie ma na to prostej odpowiedzi, wszystko zależy od preferencji podróżnego. Ale zawsze warto mu dostarczyć, tyle informacji, ile tylko się da, by mógł dokonać jak najlepszego dla siebie wyboru. Tutaj napisałam o tym, jak znalazłam tereny wokół Side. Pora więc następnym razem dla porównania powspominać pobyt w okolicach Alanyi. Zwłaszcza, że taki post czeka na to, by go opublikować już od kilku lat...

poniedziałek, 14 lutego 2022

WALENTYNKOWY PREZENT

Ciepła woda na Walentynki? Tak!!! Z mojego punktu widzenia to najlepszy prezent, jaki może dać kobiecie jej facet:) Nawet pod przymusem nie wybrałabym teraz w zamian biżuterii, kosmetyków czy ciuchów:)

I choć ciągle to mały komfort, bo łazienka niedogrzana, a woda, no właśnie ciepła, zamiast gorącej, to jednak świadomość, że odtąd  mogę się myć przez cały czas od rana do wieczora, zrobiła mi dzień...

Mąż się spisał - wprawdzie piec jest naprawiony prowizorycznie, ale grzeje (choć wciąż jeszcze słabo) nawet podłogówkę. Oczywiście tuż po zakończeniu izolacji byliśmy umówieniu z prawdziwym fachowcem na prawdziwą naprawę pieca, ale skończyło się jak zawsze z tego typu “fachowcami” - pies z kulawą nogą do nas do tej pory nie zawitał. Dobrze, że mąż poczuł się chwilowo na tyle dobrze, że mógł pojechać do sklepu dla majsterkowiczów i jakoś ogarnąć przeciekającą rurkę.

“Chwilowo” - tak, to jest to słowo, które teraz najlepiej oddaje nasze samopoczucie. Bo każdy taki raz, gdy już nam się wydaje, że oto uporaliśmy się z chorobą i idzie ku lepszemu, okazuje się być jedynie ciszą przed burzą. Nie wiem, jak to jest, że jeden koronawirus może powodować aż tak szerokie spektrum najprzeróżniejszych dolegliwości w jednym ciele. Przeszliśmy mam wrażenie już wszystko - od gorączki, bóli mięśni, kości, głowy, zatok, oczu, stawów, po nieżyt żołądka, biegunki, wymioty, oczywiście kaszel, katar, ekstremalne osłabienie, a nawet brak smaku - głównie słonego. Najgroźniejszy jednak okazał się spadek saturacji - u męża stale towarzyszący jego schorzeniom, u mnie dość nieoczekiwany, bo nawet nie związany z poczuciem duszności. Pan doktor (oczywiście tylko teleporada) zagroził skierowaniem na oddział covidowy, ale się nie dałam. Mam głębokie przekonanie, że w takim miejscu, jeśli nawet nie pokonałby mnie koronawirus, to na pewno zabiłaby mnie depresja. W internecie pełno jest relacji o stanie psychiki podczas przebywania wśród pracujących tam “kosmitów w kombinezonach”, których zwyczajnie jest zbyt mało, by zapewnić jakikolwiek poziom sensownej opieki i zadowalającej pomocy. Dla mnie to zwyczajnie umieralnie i to z daleka od najbliższych. Dlatego próbuję sama o siebie zadbać - mąż podzielił się ze mną swoimi lekami na oskrzela, saturacja wzrosła. Jutro wybieram się na osłuchanie, choć zdążyłam już przeczytać - i to w wypowiedziach lekarzy, że tu raczej przydałaby się tomografia komputerowa, a przynajmniej zdjęcie rentgenowskie płuc. Ale myślę, że przy obecnym stanie medycyny w Polsce to się takich badań nigdy nie doczekam. 

Jest to teraz taki temat, że już nawet słów szkoda na narzekanie. Oto przykład z ostatnich dni: zakwalifikowaliśmy się z racji zarażenia i wieku do programu Domowej Opieki Medycznej. I otrzymaliśmy pocztą pulsoksymetr, aby za pomocą aplikacji przesyłać wyniki saturacji do analizy. Byliśmy bardzo zadowoleni i pozytywnie zaskoczeni takim rozwiązaniem..., do czasu, gdy okazało się, że urządzenie służy tylko i jedynie do poprawy nastroju i wzbudzenia nieuzasadnionego optymizmu u chorych. Przysłany pulsoksymetr wskazywał bowiem pomiary o kilka punktów wyższe niż nasze sprawdzone od dawna domowe narzędzie tego typu. Tym sposobem wszyscy mieli być usatysfakcjonowani wynikami - i pacjent, i system. Tak zwana satysfakcja gwarantowana. Rozbawiło nas to szczerze, choć tak naprawdę to wcale śmieszne nie jest i po prostu zagraża bezpieczeństwu chorych, którzy mają saturację na granicy akceptowalności. Aha, dodam jeszcze, że po zakończeniu choroby przesłane pulsoksymetry mamy odesłać na adres Ministerstwa Zdrowia... To tak, żeby mogły wprowadzać w błąd następnych pacjentów (drugie urządzenie wskazuje pomiary pośrednie pomiędzy tym naszym, a tym "optymistycznym").

Cóż, od dawna nie mamy złudzeń, że jeśli sami sobie nie pomożemy, to na pewno nie pomoże nam państwo. Robimy więc, co potrafimy i co na "zdrowy chłopski rozum" powinno na nas dobrze zadziałać. Mamy już za sobą pierwsze pocovidowe wyjście z domu. Dotlenienie sporą dawką świeżego powietrza bardzo pozytywnie przyczyniło się do zwiększenia saturacji, a ulubione miejsce nad stawami do poprawy nastroju. Cieszę się, że udało się skorzystać z pogody, która wreszcie początkiem weekendu rozbłysła słońcem. Wiosny jeszcze nie widać - choć w moim ogródeczku zauważyłam pierwsze pąki żółtych krokusów, to jednak nocne przymrozki wciąż nie pozwalają im rozchylić płatków. Za to na jadalnianym oknie kwitnie cały “zagonik” drobniutkich żonkili i to one są teraz odpowiedzią na wszelkie wiosenne tęsknoty. Jednocześnie to jedyne moje walentynkowe kwiaty - kupiony na tę okazję miniaturowy  aloes niestety po przemrożeniu w transporcie stracił swój jedyny pąk. No ale co tam, skoro mam na Walentynki ciepłą wodę:).

- Bardzo to romantyczne - będzie się z nas natrząsał Kacper, gdy do niego zadzwonię z zapytaniem, jak spędza dzień zakochanych.

Ale właściwie to mogłabym nie pytać, bo przecież i tak wiedziałam, że pojedzie się spotkać z Z. Nasz syn przed Świętami Bożego Narodzenia poznał dziewczynę, nomen omen z Łodzi i ta znajomość, z tego co wiemy, rozwija się bardzo obiecująco. To ostatnio moja wielka radość, bo oczywiście taka sytuacja przekłada się na Kacprowy nastrój. Bez względu na to, jak dalej potoczą się sprawy, to każdy okres wytchnienia w nękającej go co rusz depresji jest bezcenny. Na tym polu wciąż trwa walka, w której mogę być tylko ewentualnie stroną podtrzymującą na duchu.

Robię więc, co mogę, żeby przynajmniej odciążyć syna od nadmiaru stresu, który zawsze kieruje jego samopoczucie w dół. W tym roku akademickim na przykład dużo rozmawialiśmy na temat wybranych przez niego megatrudnych studiów. Bardzo mi zależało, żeby Kacper nie traktował ich zerojedynkowo w kategoriach sukces - porażka, żeby nic nie próbował za ich pomocą nikomu udowadniać, żeby dał sobie prawo do błędów i pomyłek. Niech to po prostu będzie nowe doświadczenie, próba odpowiedzi na pytanie, czy to dobry pomysł na życie, szukanie siebie w tym trudnym czasie. Czy mi się cokolwiek udało w  tym temacie, to się okaże, gdy już będą wyniki właśnie zakończonej sesji. Pewnie wkrótce zobaczymy, jaka reakcja Kacpra będzie im towarzyszyła. Teraz mogę mu tylko raz po raz powtarzać, że jeśli nawet wszystko pójdzie nie tak, to zawsze możliwa jest powtórka. Dopóki żyjemy, to mamy szansę stanąć ponownie na początku drogi, jeśli tylko uznamy, że obraliśmy odpowiedni dla nas kurs.

Chcę, aby mój syn rozumiał, że  będziemy go wspierali, cokolwiek by postanowił. Bardzo za nim tęsknimy. Mam nadzieję, że się zobaczymy, gdy tylko powróci z Łodzi. Walentynki to dla mnie Święto Miłości również w relacji z synem.

A póki co, ja zamierzam je dziś spędzić głównie w łazience:). Choć mieliśmy pewne plany na wyjście z domu, to jednak musimy teraz słuchać przede wszystkim naszych ciał. A one są na razie bardzo wymęczone chorobą. Odkładamy świętowanie na jutro. Może wtedy poczujemy się lepiej, chociażby “chwilowo”. Takie chwile teraz bardziej cieszą niż poprzednio całe lata doskonałego zdrowia:)

Wszystkim życzę dziś takich prezentów, jakie sobie wymarzyli. I takiej radości z ich otrzymania, jaką ja teraz przeżywam. Z romantyczności chyba już wyrosłam, ale wraz z latami coraz bardziej staram się celebrować miłość we wszystkich jej nawet najdrobniejszych przejawach. Przesyłam więc życzenia radosnych Walentynek dla tych, którzy po prostu kochają:).


niedziela, 6 lutego 2022

POWRÓT Z FERII


Wróciliśmy już tydzień temu, niestety nie sami - z koronawirusem - relacjonuję Monice nasz ostatni weekend ferii.

Nie było za ciekawie, ale chyba już najgorsze za nami.

No i tak w skrócie wygląda przegląd ostatniego tygodnia.

Ale kwarantanny jeszcze nie skończyliśmy:(

Mąż zostanie uwolniony z  przymusowego  dziesięciodniowego pobytu w domu pojutrze, ja kilka dni później. Cóż napisać więcej - przeżyliśmy, a to niewątpliwy sukces w obliczu faktu, że choroba zabrała wcześniej  tak wielu młodszych, zdrowszych i pełnych sił ludzi:(. Nie mamy prawa narzekać.

Bożenko, może to dobrze? Będziecie mieli już za sobą - napisała Beata. No jakoś pocieszać się trzeba. Niemniej prawdą jest, iż  ostatnio czułam, że nie uda nam się wywinąć, że musimy tak jak wszyscy wokoło przechorować tę zarazę, żeby przestać się bać codziennego życia, kontaktów z innymi, przyszłości...

Może to więc rzeczywiście był najlepszy moment, by się zmierzyć ze swoimi demonami (lub może raczej powinnam napisać, że z demonami, które opanowały teraz cały świat)?

Mąż akurat dorobił się (przynajmniej taka jest wersja obowiązująca) odporności po drugim szczepieniu i choć bardzo ciężko je przeżył, to jednak dzięki niej zyskaliśmy w chorobie jakiś rodzaj poczucia bezpieczeństwa. A ja? Też czułam, że sobie teraz poradzę. Dopiero co przecież nabrałam sił dzięki pobytowi na wczasach w drugim tygodniu ferii.

Miałam zamiar wrócić do pracy w szkole w świetnej formie. Spacerowałam więc podczas pobytu w tureckim Side ile tylko się dało (i to nie byle gdzie, bo to nadmorska, pełna zieleni osada), łapałam pierwsze w tym roku, ale chwilami ostro już grzejące promienie słońca, odżywiałam się nieźle (a to oznacza, że dzięki warzywom, owocom i ziołom również zdrowo) w wygodnej formule all - inclusive. Poza tym pływałam w podgrzewanym basenie, wygrzewałam się w hammamie, pociłam w saunie. Cieszyłam się niezmiernie tak solidną porcją wypoczynku i aktywności na tym nieoczekiwanym wyjeździe, którego oferta trafiła do nas jako chyba najostatniejsze z możliwych last minute. Po raz kolejny udało się nam załapać na bardzo tanie wczasy i to tam, gdzie nas jeszcze nigdy nie było - w pięciogwiazdkowym hotelu:). Tak, będzie także relacja.

Gdy odlatywaliśmy z Polski, to miałam wrażenie, że uciekamy przed epicentrum pandemii - statystyki wskazywały tego dnia 40 876 zakażonych w naszym kraju. Nie spodziewałam się podzielić losu tych ludzi, przebywając w miejscu, gdzie poza sezonem w ogóle prawie nie było turystów.




Również Side Premium Hotel dokładał starań, by nie narażać zdrowia swoich klientów. Nie rozumiem więc, jak to się stało, że zachorowaliśmy. No chyba, że odpowiedź niosą podchwycone strzępki opowieści naszych współtowarzyszy podróży. Na przykład M. zdradził, że 2 dni przed wyjazdem czuł się tak źle, że miał zamiar się przetestować (niestety nie musiał, bo jako zaszczepiony miał paszport covidowy). Powstrzymała go myśl, że w przypadku wyniku pozytywnego uniemożliwi wyjazd także swojej żonie, która trafi wraz z nim na kwarantannę. Zdecydował się więc skorzystać z pobytu w Turcji, a zanim zdradził powyższe szczegóły, to zdążyliśmy już wspólnie spędzić sporo czasu. To nie tak, żebym chciała kogokolwiek o cokolwiek oskarżyć - po prostu relacjonuję, jakie powody stoją za konkretnymi zachowaniami konkretnych ludzi. Inne osoby również zaczęły w  trakcie pobytu przyznawać się do swoich problemów ze zdrowiem przed wczasami.

Prawda jest taka, że mąż, który zachorował jako pierwszy, zaraził się na pewno od kogoś z naszej wycieczki, bo spędzał czas tylko w hotelu i nawet raz nie wyszedł poza jego mury (a i z obsługą też raczej nie miał bliskiego kontaktu). Bardzo szybko zaczął odczuwać osłabienie. Na początku myśleliśmy, że to tylko jakieś przewianie, przeziębienie, mało znacząca infekcja. Mąż często źle się czuje, a ja już przywykłam do tego, że podczas wyjazdów sama zagospodarowuję sobie czas.

Nie czuliśmy niepokoju związanego z ewentualnym ryzykiem zarażenia, bo mieliśmy wykupione dodatkowe ubezpieczenie na wypadek zachorowania na Covid-19. Przed wylotem z Turcji planowaliśmy też zrobić testy, które były w cenie wycieczki. No niestety, zaniedbanie rezydenta sprawiło, że się na nie mimo zapisu nie załapaliśmy. O tym, że mąż jest pozytywny dowiedzieliśmy się więc na lotnisku w Katowicach. W międzyczasie już w samolocie ja poczułam atak choroby. Wprawdzie testy po przylocie jej jeszcze nie wyłapały, ale już trzy dni później również miałam wynik pozytywny.

Poskarżyłam się w biurze podróży na rezydenta - przez uniemożliwienie nam przetestowania się jeszcze w Turcji naraził nasze zdrowie i zdrowie naszych współtowarzyszy podróży. Na razie oczywiście nie mam żadnej odpowiedzi, poza taką, że mój email przekazano do działu reklamacji. No nie wiem, co teraz ona nam i tym, którzy mogli się od nas zarazić, pomoże.

Powrót z lotniska był dla nas koszmarem -  myśl o 51 tys. 695 zakażonych w kraju ojczystym nie generowała optymizmu, a kilka metrów pokonanych w czasie zawiei śnieżnej, w którą trafiliśmy po opuszczeniu hali przylotów, odczuwaliśmy prawie jak przeprawę przez biegun. Niestety zima tylko udawała, że od Nowego Roku jest w odwrocie.

Również w domu było lodowato - podczas naszego tureckiego urlopu wysiadł piec do centralnego ogrzewania. Powitał nas deczko zmarznięty i bardzo stęskniony Maciuś. Na stole w jadalni sromotnie sterczały pozbawione ciepła pozostałości po kwiatach białego i czerwonego amarylisa, które pożegnaliśmy jeszcze w pełni rozkwitu.

Nie mieliśmy nawet siły, by się umyć po podróży. Nagrzaliśmy dmuchawą jedno pomieszczenie, w którym do dzisiaj chronimy się przed przemarznięciem. Codziennie dzwoni do nas policjant, kontrolując, czy przestrzegamy kwarantanny. A niby dokąd mielibyśmy pójść, gdy po pokonaniu paru schodów do salonu czuję się czasem, jakbym przemierzyła szlak po większości szczytów w Polsce i na świecie?

Staramy się nie roztrząsać zanadto tego, co się stało, by się dodatkowo nie dołować. Pogodziliśmy się z tym, że choć zadbaliśmy o siebie (jak tylko potrafiliśmy najlepiej), to niestety efekt okazał się być zgoła odmienny od zaplanowanego. Staramy się patrzeć w przód. Na nowo doceniać utracone codzienne ułatwienia, do których przez lata już przywykliśmy - ogrzany pokój, ciepła woda, możliwość zakupów praktycznie w każdej dowolnej chwili... I wolność, przede wszystkim wolność, której nie mamy podczas przymusowej izolacji. Okazuje się, iż nawet wtedy, gdy fizycznie nie bylibyśmy jeszcze w stanie korzystać z tego przywileju, to świadomość jego braku powoduje prawdziwe cierpienie. 

Dużo zdrowia i wolności dla Wszystkich!