Ciepła woda na Walentynki? Tak!!! Z mojego punktu widzenia to najlepszy prezent, jaki może dać kobiecie jej facet:) Nawet pod przymusem nie wybrałabym teraz w zamian biżuterii, kosmetyków czy ciuchów:)
I choć ciągle to mały komfort, bo łazienka niedogrzana, a woda, no właśnie ciepła, zamiast gorącej, to jednak świadomość, że odtąd mogę się myć przez cały czas od rana do wieczora, zrobiła mi dzień...
Mąż się spisał - wprawdzie piec jest naprawiony prowizorycznie, ale grzeje (choć wciąż jeszcze słabo) nawet podłogówkę. Oczywiście tuż po zakończeniu izolacji byliśmy umówieniu z prawdziwym fachowcem na prawdziwą naprawę pieca, ale skończyło się jak zawsze z tego typu “fachowcami” - pies z kulawą nogą do nas do tej pory nie zawitał. Dobrze, że mąż poczuł się chwilowo na tyle dobrze, że mógł pojechać do sklepu dla majsterkowiczów i jakoś ogarnąć przeciekającą rurkę.
“Chwilowo” - tak, to jest to słowo, które teraz najlepiej oddaje nasze samopoczucie. Bo każdy taki raz, gdy już nam się wydaje, że oto uporaliśmy się z chorobą i idzie ku lepszemu, okazuje się być jedynie ciszą przed burzą. Nie wiem, jak to jest, że jeden koronawirus może powodować aż tak szerokie spektrum najprzeróżniejszych dolegliwości w jednym ciele. Przeszliśmy mam wrażenie już wszystko - od gorączki, bóli mięśni, kości, głowy, zatok, oczu, stawów, po nieżyt żołądka, biegunki, wymioty, oczywiście kaszel, katar, ekstremalne osłabienie, a nawet brak smaku - głównie słonego. Najgroźniejszy jednak okazał się spadek saturacji - u męża stale towarzyszący jego schorzeniom, u mnie dość nieoczekiwany, bo nawet nie związany z poczuciem duszności. Pan doktor (oczywiście tylko teleporada) zagroził skierowaniem na oddział covidowy, ale się nie dałam. Mam głębokie przekonanie, że w takim miejscu, jeśli nawet nie pokonałby mnie koronawirus, to na pewno zabiłaby mnie depresja. W internecie pełno jest relacji o stanie psychiki podczas przebywania wśród pracujących tam “kosmitów w kombinezonach”, których zwyczajnie jest zbyt mało, by zapewnić jakikolwiek poziom sensownej opieki i zadowalającej pomocy. Dla mnie to zwyczajnie umieralnie i to z daleka od najbliższych. Dlatego próbuję sama o siebie zadbać - mąż podzielił się ze mną swoimi lekami na oskrzela, saturacja wzrosła. Jutro wybieram się na osłuchanie, choć zdążyłam już przeczytać - i to w wypowiedziach lekarzy, że tu raczej przydałaby się tomografia komputerowa, a przynajmniej zdjęcie rentgenowskie płuc. Ale myślę, że przy obecnym stanie medycyny w Polsce to się takich badań nigdy nie doczekam.
Jest to teraz taki temat, że już nawet słów szkoda na narzekanie. Oto przykład z ostatnich dni: zakwalifikowaliśmy się z racji zarażenia i wieku do programu Domowej Opieki Medycznej. I otrzymaliśmy pocztą pulsoksymetr, aby za pomocą aplikacji przesyłać wyniki saturacji do analizy. Byliśmy bardzo zadowoleni i pozytywnie zaskoczeni takim rozwiązaniem..., do czasu, gdy okazało się, że urządzenie służy tylko i jedynie do poprawy nastroju i wzbudzenia nieuzasadnionego optymizmu u chorych. Przysłany pulsoksymetr wskazywał bowiem pomiary o kilka punktów wyższe niż nasze sprawdzone od dawna domowe narzędzie tego typu. Tym sposobem wszyscy mieli być usatysfakcjonowani wynikami - i pacjent, i system. Tak zwana satysfakcja gwarantowana. Rozbawiło nas to szczerze, choć tak naprawdę to wcale śmieszne nie jest i po prostu zagraża bezpieczeństwu chorych, którzy mają saturację na granicy akceptowalności. Aha, dodam jeszcze, że po zakończeniu choroby przesłane pulsoksymetry mamy odesłać na adres Ministerstwa Zdrowia... To tak, żeby mogły wprowadzać w błąd następnych pacjentów (drugie urządzenie wskazuje pomiary pośrednie pomiędzy tym naszym, a tym "optymistycznym").
Cóż, od dawna nie mamy złudzeń, że jeśli sami sobie nie pomożemy, to na pewno nie pomoże nam państwo. Robimy więc, co potrafimy i co na "zdrowy chłopski rozum" powinno na nas dobrze zadziałać. Mamy już za sobą pierwsze pocovidowe wyjście z domu. Dotlenienie sporą dawką świeżego powietrza bardzo pozytywnie przyczyniło się do zwiększenia saturacji, a ulubione miejsce nad stawami do poprawy nastroju. Cieszę się, że udało się skorzystać z pogody, która wreszcie początkiem weekendu rozbłysła słońcem. Wiosny jeszcze nie widać - choć w moim ogródeczku zauważyłam pierwsze pąki żółtych krokusów, to jednak nocne przymrozki wciąż nie pozwalają im rozchylić płatków. Za to na jadalnianym oknie kwitnie cały “zagonik” drobniutkich żonkili i to one są teraz odpowiedzią na wszelkie wiosenne tęsknoty. Jednocześnie to jedyne moje walentynkowe kwiaty - kupiony na tę okazję miniaturowy aloes niestety po przemrożeniu w transporcie stracił swój jedyny pąk. No ale co tam, skoro mam na Walentynki ciepłą wodę:).
- Bardzo to romantyczne - będzie się z nas natrząsał Kacper, gdy do niego zadzwonię z zapytaniem, jak spędza dzień zakochanych.
Ale właściwie to mogłabym nie pytać, bo przecież i tak wiedziałam, że pojedzie się spotkać z Z. Nasz syn przed Świętami Bożego Narodzenia poznał dziewczynę, nomen omen z Łodzi i ta znajomość, z tego co wiemy, rozwija się bardzo obiecująco. To ostatnio moja wielka radość, bo oczywiście taka sytuacja przekłada się na Kacprowy nastrój. Bez względu na to, jak dalej potoczą się sprawy, to każdy okres wytchnienia w nękającej go co rusz depresji jest bezcenny. Na tym polu wciąż trwa walka, w której mogę być tylko ewentualnie stroną podtrzymującą na duchu.
Robię więc, co mogę, żeby przynajmniej odciążyć syna od nadmiaru stresu, który zawsze kieruje jego samopoczucie w dół. W tym roku akademickim na przykład dużo rozmawialiśmy na temat wybranych przez niego megatrudnych studiów. Bardzo mi zależało, żeby Kacper nie traktował ich zerojedynkowo w kategoriach sukces - porażka, żeby nic nie próbował za ich pomocą nikomu udowadniać, żeby dał sobie prawo do błędów i pomyłek. Niech to po prostu będzie nowe doświadczenie, próba odpowiedzi na pytanie, czy to dobry pomysł na życie, szukanie siebie w tym trudnym czasie. Czy mi się cokolwiek udało w tym temacie, to się okaże, gdy już będą wyniki właśnie zakończonej sesji. Pewnie wkrótce zobaczymy, jaka reakcja Kacpra będzie im towarzyszyła. Teraz mogę mu tylko raz po raz powtarzać, że jeśli nawet wszystko pójdzie nie tak, to zawsze możliwa jest powtórka. Dopóki żyjemy, to mamy szansę stanąć ponownie na początku drogi, jeśli tylko uznamy, że obraliśmy odpowiedni dla nas kurs.
Chcę, aby mój syn rozumiał, że będziemy go wspierali, cokolwiek by postanowił. Bardzo za nim tęsknimy. Mam nadzieję, że się zobaczymy, gdy tylko powróci z Łodzi. Walentynki to dla mnie Święto Miłości również w relacji z synem.
A póki co, ja zamierzam je dziś spędzić głównie w łazience:). Choć mieliśmy pewne plany na wyjście z domu, to jednak musimy teraz słuchać przede wszystkim naszych ciał. A one są na razie bardzo wymęczone chorobą. Odkładamy świętowanie na jutro. Może wtedy poczujemy się lepiej, chociażby “chwilowo”. Takie chwile teraz bardziej cieszą niż poprzednio całe lata doskonałego zdrowia:)
Wszystkim życzę dziś takich prezentów, jakie sobie wymarzyli. I takiej radości z ich otrzymania, jaką ja teraz przeżywam. Z romantyczności chyba już wyrosłam, ale wraz z latami coraz bardziej staram się celebrować miłość we wszystkich jej nawet najdrobniejszych przejawach. Przesyłam więc życzenia radosnych Walentynek dla tych, którzy po prostu kochają:).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz