Apogeum zmęczenia chorobami dało
mi się we znaki w tegorocznym okresie świątecznym. I to wcale nie chodzi o moje dolegliwości.
Trudno byłoby mi bowiem traktować zwyrodnienia kolan jako tak groźne dla zdrowia przypadłości, jak wieloletnia
niewydolność płuc, czy też spowodowane nią uszkodzenia serca, zdiagnozowane u
męża w tym roku szkolnym. To są stany prawdziwego zagrożenia dla życia, co od
kilku miesięcy sprawia, że funkcjonuję w permanentnym stresie. Oprócz
obciążenia psychicznego mam też na koncie spore zmęczenie fizyczne, spowodowane
koniecznością opieki nad bardzo słabo radzącym sobie ze wszystkimi
ograniczeniami w tym okresie mężem.
Ostatni przedświąteczny tydzień,
łączący pracę z uczniami i pobyty na sali szpitalnej, dołożył swoje.
Szczęściem, zakończył się pomyślnie powrotem męża do domu. Po raz kolejny udaje
się więc spędzić Święta Bożego Narodzenia w komplecie, bez szpitalnej rozłąki.
To prawdziwy powód do świętowania.
Pisząc o „komplecie” mam też na
myśli młode pokolenie naszej rodziny. W grudniu Kacper ze swoją dziewczyną
decydują się na kolejną zmianę w swoim życiu. Postanawiają porzucić kosztowne
Bażantowo, które nie spełniło ich młodzieńczych oczekiwań i przeprowadzić
się... do nas. Nie, to nie znaczy, że teraz będziemy mieszkali pod wspólnym
dachem. Usamodzielnienie nie zostaje przerwane, tylko obecnie będzie rozgrywać
się po prostu bliżej.
Na naszej działce stoi garaż, nad
którym mieści się studio, przystosowane do zamieszkania. Zajmowaliśmy je całą
rodziną przez ponad dwa lata, w czasie, gdy ekipa budowlana wykończała wnętrza
obecnie użytkowanego przez nas domu. Po raz ostatni nad garażem mieszkało
czterech tajlandzkich księży. Gościliśmy tych pielgrzymów dwa i pół roku temu podczas Światowych
Dni Młodzieży w Krakowie. Teraz pomieszczenie, z którym mam związanych tyle ciepłych wspomnień, znów ożyje. I to sprawia radość. Nie tylko nam.
- Będziemy mieć swój własny domek! – oznajmia
radośnie Wiktorii Kacper. I w weekend poprzedzający Wigilię rozpoczyna wraz ze
swoją dziewczyną zasadniczy rozdział przeprowadzki.
- Jestem z nich dumna – słyszę w rozmowie telefonicznej od Ani. – Potrafią
podejmować decyzje i nie boją się ich wprowadzać w życie. Nie trwają przy
starych planach tylko po to, by udowodnić coś sobie, czy komuś innemu. Umieją
je zmieniać.
To prawda. Dzieciaki witajcie z powrotem!
Mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi w swoim własnym domku nad garażem.
Wierzę, że to początek dobrych zmian w naszym rodzinnym życiu.
* * * * * * * * * * *

„A nadzieja znów wstąpi w nas,
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie”.
Szymon Mucha
Tak długo unikałam „Kolędy dla Nieobecnych”
i jakoś mi się to udawało. Ale tym razem
w wigilijny wieczór, kiedy jedziemy do mojego brata, nagle i niespodziewanie
przy zjeździe na autostradę zaczyna śpiewać Beata Rybotycka. Kończy idealnie,
gdy zajeżdżamy pod bramę bratowego domu. Czujemy się rozwaleni w drobny mak.
Gdyby nie to, że już jesteśmy spóźnieni, to pewnie byśmy siedzieli i dochodzili
do siebie w samochodzie przez pół wieczoru. Ale jakoś się pospiesznie zbieramy,
by potem nie robić zamieszania w połowie wigilijnej wieczerzy. No i udaje nam się
zrobić je na początku całej imprezy. Ale wszyscy są dla nas tak wyrozumiali i mili, że od razu zaczynamy czuć
się swobodnie w ich towarzystwie. Szybko
udziela nam się radosna, świąteczna atmosfera.
U brata jesteśmy na Wigilii po raz
pierwszy. Dotychczas spędzaliśmy ten dzień z rodziną siostry. A w tym roku ze
względu na stan zdrowia męża, to w ogóle postanowiliśmy zostać tego wieczoru w
domu. Plan był taki, że poczekamy na dzieci, które najpierw zasiądą w Katowicach do
wigilijnego stołu z rodzicami Wiktorii, a po przyjeździe do własnego domku nad
garażem, z nami. Nawet organizacyjnie byliśmy jako tako do tego przygotowani. Ulubiona ciotka przesłała przez ulubionego
kuzyna żurek i kapustę, a barszcz z uszkami i śledzie na kwaśno przywiozłam z Wigilii
w mojej szkole. Po pierogi (niestety już mrożonki) mąż pojechał ze swoim
przyjacielem w sprawdzone miejsce aż pod Kraków. No cóż, może i ubogo w tym
roku, ale jakoś ostatnio nie przywiązywaliśmy zbytniej wagi do jedzenia, mając znacznie poważniejsze sprawy na głowie. Uznaliśmy więc, że to, co udało nam się przygotować przez zaledwie weekend po wyjściu męża ze szpitala, zupełnie wystarczy. Na więcej i tak nie mieliśmy już sił.
No i co z tego wszystkiego – organizacyjna gotowość okazała się niewystarczająca. Nie byliśmy bowiem przygotowani psychicznie na wigilijne oczekiwanie Bożego Narodzenia w pustym domu. Stół,
przy którym siedzieliśmy wieczorem jedynie we dwoje z mężem nie zachęcał w ogóle do tego,
by go czymś zastawić. Czas zaczął się dłużyć. A tymczasem brat z bratową wciąż
wydzwaniali, ponawiając zaproszenie. No i podjęliśmy wreszcie decyzję, którą
już dawno należało podjąć. Samotność po prostu wywiała nas z domu. I choć dla
męża taka wyprawa okazała się sporym wyzwaniem, to cieszyliśmy się, że pomimo tego, mogliśmy przeżyć Wigilię w większym gronie.
Podczas odpakowywania prezentów dojechali do
nas jeszcze Kacper z Wiktorią. Duża rodzina, pełne życia gwarne zamieszanie, atmosfera utkana nitkami ciepłych międzyludzkich relacji, to dla
mnie istota wigilijnego wieczoru. Wybacz mi Panie, ale chyba nie umiem czekać
Twojego przyjścia na świat w ciszy, zamyśleniu i samotnie...
* * * * * * * * * *
Cały tegoroczny okres świąteczny charakteryzuje szaro – bura pogoda, która w połączeniu z permanentnym zmęczeniem sprawia, ze właściwie to mi się niczego nie chce robić. Nawet gdy w Boże Narodzenie świat pokrył się cienką warstwą białego puchu, to i tak nie zrobiło się przez to na świecie ani jaśniej, ani bardziej optymistycznie. Zresztą następnego dnia po bożonarodzeniowym śniegu nie było już ani śladu.
Tak więc nie zrobiłam w tym roku prawie żadnych
świątecznych dekoracji, mój stół zdobią w głównej mierze zakupione ostatnio gwiazdy
betlejemskie i zimozielone rośliny. Nie przyszykowałam specjalnych potraw, nawet z
zakupami miałam pewien problem, bo nic mi się nie wydawało konieczne do zakupienia.
Z tego co mamy, mąż kroi dwie sałatki, których i tak nie udaje nam się zjeść w czasie Świąt. Od bratowej dostajemy po Wigilii ciasto na wynos i to nam wystarcza na cały świąteczny czas. Po przygotowanych dwa tygodnie wcześniej pierniczkach (zresztą również „last minute" w tym roku) nie ma już wtedy nawet śladu. Swoje dwa sztandarowe, lecz mało wykwintne placki – murzynek i szarlotkę - piekę dopiero przed Nowym Rokiem. Nie mamy potrzeby zasmakowania w tym czasie ani świątecznej obfitości, ani uroczystego rozmachu. Nawet opłatka, o zgrozo, zapominam nabyć w tym roku - dobrze, że w którejś z zapomnianych dawno szuflad udaje się odnaleźć resztki z poprzedniego. Może jest w tym jakiś świąteczny sabotaż? Przecież u nas, jakby nie było,

Z tego co mamy, mąż kroi dwie sałatki, których i tak nie udaje nam się zjeść w czasie Świąt. Od bratowej dostajemy po Wigilii ciasto na wynos i to nam wystarcza na cały świąteczny czas. Po przygotowanych dwa tygodnie wcześniej pierniczkach (zresztą również „last minute" w tym roku) nie ma już wtedy nawet śladu. Swoje dwa sztandarowe, lecz mało wykwintne placki – murzynek i szarlotkę - piekę dopiero przed Nowym Rokiem. Nie mamy potrzeby zasmakowania w tym czasie ani świątecznej obfitości, ani uroczystego rozmachu. Nawet opłatka, o zgrozo, zapominam nabyć w tym roku - dobrze, że w którejś z zapomnianych dawno szuflad udaje się odnaleźć resztki z poprzedniego. Może jest w tym jakiś świąteczny sabotaż? Przecież u nas, jakby nie było,

„przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu” („Kolęda dla Nieobecnych”)
Zmęczyło mnie szukanie sobie powodów do
radości na Boże Narodzenie. Jeśli Święta
stały się dla nas czasem naznaczonym łzami, to po co udawać, że jest inaczej? Na razie nawet sam Bóg nie jest w stanie zastąpić Bartka, zajmując puste
miejsce przy wigilijnym stole. Rachunkowi strat daleko do wyrównania.
I tylko świąteczna radość naszych dzieci
jest promyczkiem światła w tym okresie. To dzięki nim w ogóle mamy w tym roku
choinkę – choć trudno w to uwierzyć, to my przed tegorocznymi Świętami nawet o
tym nie pomyśleliśmy! Dobrze, że Kacper z Wiktorią podarowali nam swoje, przywiezione z Bazantowa drzewko (już przystrojone zresztą). Miło jest układać pod nim prezenty (w tym roku
zapakowałam ich aż 27!) i wyobrażać sobie, jak bardzo dzieci będą się nimi cieszyły.
Ich szczęście jest jak tratwa ratunkowa w oceanie beznadziejności – pomaga przetrwać
Święta.
I tak oto powoli dryfujemy aż do Nowego Roku. Tym razem nie będziemy go witać w jakiś szczególny sposób. Zdrowie męża wciąż nie pozwala nam na dłuższe wojaże, a krótsze są dla nas poza zasięgiem finansowym – pobyt sylwestrowy w przyzwoitym standardzie w Polsce dla czteroosobowej rodziny to murowane bankructwo (chyba w wielu ościennych krajach można by to załatwić taniej). Może tym razem Wiktoria będzie miała okazję zobaczyć w naszym mieście pokaz sztucznych ogni – w końcu o czymś takim marzyła w zeszłym roku podczas hiszpańskiego Sylwestra.
Od śmierci Bartka w każdą sylwestrową noc życzyliśmy
sobie jedynie, żeby następny rok był lepszy. Trudno byłoby powiedzieć, ze
życzenia się nie spełniały. Każdy rok i tak wydaje się lepszy od tego, w którym
umiera ci dziecko. Bez względu na to, jak bardzo przepełniony jest chorobami,
smutkiem czy przeciwnościami losu. A teraz nie chcę już by kolejny rok był
lepszy. Nie życzę sobie już tych wszystkich lepszych lat. Chcę, by następny rok był po
prostu dobry. I takie życzenia w tegorocznego Sylwestra składam sobie i moim najbliższym.
"Daj nam wiarę, że to ma sens,
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.
I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze,
Że odeszli po to by żyć.
I tym razem będą żyć wiecznie."
("Kolęda dla Nieobecnych")
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.
I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze,
Że odeszli po to by żyć.
I tym razem będą żyć wiecznie."
("Kolęda dla Nieobecnych")










