poniedziałek, 31 grudnia 2018

OKRES ŚWIĄTECZNY


Apogeum zmęczenia chorobami dało mi się we znaki w tegorocznym okresie świątecznym.  I to wcale nie chodzi o moje dolegliwości. Trudno byłoby mi bowiem traktować zwyrodnienia kolan jako tak groźne dla zdrowia przypadłości, jak wieloletnia niewydolność płuc, czy też spowodowane nią uszkodzenia serca, zdiagnozowane u męża w tym roku szkolnym. To są stany prawdziwego zagrożenia dla życia, co od kilku miesięcy sprawia, że funkcjonuję w permanentnym stresie. Oprócz obciążenia psychicznego mam też na koncie spore zmęczenie fizyczne, spowodowane koniecznością opieki nad bardzo słabo radzącym sobie ze wszystkimi ograniczeniami w tym okresie mężem.
Ostatni przedświąteczny tydzień, łączący pracę z uczniami i pobyty na sali szpitalnej, dołożył swoje. Szczęściem, zakończył się pomyślnie powrotem męża do domu. Po raz kolejny udaje się więc spędzić Święta Bożego Narodzenia w komplecie, bez szpitalnej rozłąki. To prawdziwy powód do świętowania.
Pisząc o „komplecie” mam też na myśli młode pokolenie naszej rodziny. W grudniu Kacper ze swoją dziewczyną decydują się na kolejną zmianę w swoim życiu. Postanawiają porzucić kosztowne Bażantowo, które nie spełniło ich młodzieńczych oczekiwań i przeprowadzić się... do nas. Nie, to nie znaczy, że teraz będziemy mieszkali pod wspólnym dachem. Usamodzielnienie nie zostaje przerwane, tylko obecnie będzie rozgrywać się po prostu bliżej.
Na naszej działce stoi garaż, nad którym mieści się studio, przystosowane do zamieszkania. Zajmowaliśmy je całą rodziną przez ponad dwa lata, w czasie, gdy ekipa budowlana wykończała wnętrza obecnie użytkowanego przez nas domu. Po raz ostatni nad garażem mieszkało czterech tajlandzkich księży. Gościliśmy tych pielgrzymów dwa i pół roku temu podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Teraz pomieszczenie, z którym mam związanych tyle ciepłych wspomnień, znów ożyje. I to sprawia radość. Nie tylko nam.

 - Będziemy mieć swój własny domek! – oznajmia radośnie Wiktorii Kacper. I w weekend poprzedzający Wigilię rozpoczyna wraz ze swoją dziewczyną zasadniczy rozdział przeprowadzki.
 - Jestem z nich dumna – słyszę w rozmowie telefonicznej od Ani.  – Potrafią podejmować decyzje i nie boją się ich wprowadzać w życie. Nie trwają przy starych planach tylko po to, by udowodnić coś sobie, czy komuś innemu. Umieją je zmieniać.
To prawda. Dzieciaki witajcie z powrotem! Mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi w swoim własnym domku nad garażem. Wierzę, że to początek dobrych zmian w naszym rodzinnym życiu.




* * * * * * * * * * *


„A nadzieja znów wstąpi w nas,
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie”.
                                  Szymon Mucha






Tak długo unikałam „Kolędy dla Nieobecnych” i  jakoś mi się to udawało. Ale tym razem w wigilijny wieczór, kiedy jedziemy do mojego brata, nagle i niespodziewanie przy zjeździe na autostradę zaczyna śpiewać Beata Rybotycka. Kończy idealnie, gdy zajeżdżamy pod bramę bratowego domu. Czujemy się rozwaleni w drobny mak. Gdyby nie to, że już jesteśmy spóźnieni, to pewnie byśmy siedzieli i dochodzili do siebie w samochodzie przez pół wieczoru. Ale jakoś się pospiesznie zbieramy, by potem nie robić zamieszania w połowie wigilijnej wieczerzy. No i udaje nam się zrobić je na początku całej imprezy. Ale wszyscy są dla nas tak  wyrozumiali i mili, że od razu zaczynamy czuć się swobodnie w ich towarzystwie.  Szybko udziela nam się radosna, świąteczna atmosfera.


U brata jesteśmy na Wigilii po raz pierwszy. Dotychczas spędzaliśmy ten dzień z rodziną siostry. A w tym roku ze względu na stan zdrowia męża, to w ogóle postanowiliśmy zostać tego wieczoru w domu. Plan był taki, że poczekamy na dzieci, które najpierw zasiądą w Katowicach do wigilijnego stołu z rodzicami Wiktorii, a po przyjeździe do własnego domku nad garażem, z nami. Nawet organizacyjnie byliśmy jako tako do tego przygotowani.  Ulubiona ciotka przesłała przez ulubionego kuzyna żurek i kapustę, a barszcz z uszkami i śledzie na kwaśno przywiozłam z Wigilii w mojej szkole. Po pierogi (niestety już mrożonki) mąż pojechał ze swoim przyjacielem w sprawdzone miejsce aż pod Kraków. No cóż, może i ubogo w tym roku, ale jakoś ostatnio nie przywiązywaliśmy zbytniej wagi do jedzenia, mając znacznie poważniejsze sprawy na głowie. Uznaliśmy więc, że to, co udało nam się przygotować przez zaledwie weekend po wyjściu męża ze szpitala, zupełnie wystarczy. Na więcej i tak nie mieliśmy już sił.

No i co z tego wszystkiego – organizacyjna gotowość okazała się niewystarczająca. Nie byliśmy bowiem przygotowani psychicznie na wigilijne oczekiwanie Bożego Narodzenia w pustym domu. Stół, przy którym siedzieliśmy wieczorem jedynie we dwoje z mężem nie zachęcał w ogóle do tego, by go czymś zastawić. Czas zaczął się dłużyć. A tymczasem brat z bratową wciąż wydzwaniali, ponawiając zaproszenie. No i podjęliśmy wreszcie decyzję, którą już dawno należało podjąć. Samotność po prostu wywiała nas z domu. I choć dla męża taka wyprawa okazała się sporym wyzwaniem, to cieszyliśmy  się, że pomimo tego, mogliśmy przeżyć Wigilię w większym gronie.
Podczas odpakowywania prezentów dojechali do nas jeszcze Kacper z Wiktorią. Duża rodzina, pełne życia gwarne zamieszanie, atmosfera utkana nitkami ciepłych międzyludzkich relacji, to dla mnie istota wigilijnego wieczoru. Wybacz mi Panie, ale chyba nie umiem czekać Twojego przyjścia na świat w ciszy, zamyśleniu i samotnie...



* * * * * * * * * *


Cały tegoroczny okres świąteczny charakteryzuje szaro – bura pogoda, która w połączeniu z permanentnym zmęczeniem sprawia, ze właściwie to mi się niczego nie chce robić. Nawet gdy w Boże Narodzenie świat pokrył się cienką warstwą białego puchu, to i tak nie zrobiło się przez to na świecie ani jaśniej, ani bardziej optymistycznie. Zresztą następnego dnia po bożonarodzeniowym śniegu nie było już ani śladu.



Tak więc nie zrobiłam w tym roku prawie żadnych świątecznych dekoracji, mój stół zdobią w głównej mierze zakupione ostatnio gwiazdy betlejemskie i zimozielone rośliny. Nie przyszykowałam specjalnych potraw, nawet z zakupami miałam pewien problem, bo nic mi się nie wydawało konieczne do zakupienia. 
Z tego co mamy, mąż kroi dwie sałatki, których i tak nie udaje nam się zjeść w czasie Świąt. Od bratowej dostajemy po Wigilii ciasto na wynos i  to nam wystarcza na cały świąteczny czas. Po przygotowanych dwa tygodnie wcześniej pierniczkach (zresztą również „last minute" w tym roku) nie ma już wtedy nawet śladu. Swoje dwa sztandarowe, lecz mało wykwintne placki – murzynek i szarlotkę - piekę dopiero przed Nowym Rokiem. Nie mamy potrzeby zasmakowania w tym czasie ani świątecznej obfitości, ani uroczystego rozmachu. Nawet opłatka, o zgrozo, zapominam nabyć w tym roku - dobrze, że w którejś z zapomnianych dawno szuflad udaje się odnaleźć resztki z poprzedniego. Może jest w tym jakiś świąteczny sabotaż? Przecież u nas, jakby nie było,

„przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu” („Kolęda dla Nieobecnych”)

Zmęczyło mnie szukanie sobie powodów do radości na Boże Narodzenie. Jeśli  Święta stały się dla nas czasem naznaczonym łzami, to po co udawać, że jest inaczej? Na razie nawet sam Bóg nie jest w stanie zastąpić Bartka, zajmując puste miejsce przy wigilijnym stole. Rachunkowi strat daleko do wyrównania.



I tylko świąteczna radość naszych dzieci jest promyczkiem światła w tym okresie. To dzięki nim w ogóle mamy w tym roku choinkę – choć trudno w to uwierzyć, to my przed tegorocznymi Świętami nawet o tym nie pomyśleliśmy! Dobrze, że Kacper z Wiktorią podarowali nam swoje, przywiezione z Bazantowa drzewko (już przystrojone zresztą). Miło jest układać pod nim prezenty (w tym roku zapakowałam ich aż 27!) i wyobrażać sobie, jak bardzo dzieci będą się nimi cieszyły. Ich szczęście jest jak tratwa ratunkowa w oceanie beznadziejności – pomaga przetrwać Święta.

I tak oto powoli dryfujemy aż do Nowego Roku. Tym razem nie będziemy go witać w jakiś szczególny sposób. Zdrowie męża wciąż nie pozwala nam na dłuższe wojaże, a krótsze są dla nas poza zasięgiem finansowym – pobyt sylwestrowy w przyzwoitym standardzie w Polsce dla czteroosobowej rodziny to murowane bankructwo (chyba w wielu ościennych krajach można by to załatwić taniej). Może tym razem Wiktoria będzie miała okazję zobaczyć w naszym mieście pokaz sztucznych ogni – w końcu o czymś takim marzyła w zeszłym roku podczas hiszpańskiego Sylwestra.

Od śmierci Bartka w każdą sylwestrową noc życzyliśmy sobie jedynie, żeby następny rok był lepszy. Trudno byłoby powiedzieć, ze życzenia się nie spełniały. Każdy rok i tak wydaje się lepszy od tego, w którym umiera ci dziecko. Bez względu na to, jak bardzo przepełniony jest chorobami, smutkiem czy przeciwnościami losu. A teraz nie chcę już by kolejny rok był lepszy. Nie życzę sobie już tych wszystkich lepszych lat. Chcę, by następny rok był po prostu dobry. I takie życzenia w tegorocznego Sylwestra składam sobie i moim najbliższym.


"Daj nam wiarę, że to ma sens,
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.
I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze,
Że odeszli po to by żyć.
I tym razem będą żyć wiecznie."

("Kolęda dla Nieobecnych")

wtorek, 25 grudnia 2018

POCHYŁE DRZEWO



Nie, to nie  jest blog o wszystkich chorobach świata. I właśnie dlatego – żeby nie poruszać znowu tego tematu – przestałam ostatnio pisać. Postanowiłam sobie, ze dopóki nie skończy mi się kolejne zwolnienie lekarskie, którego już tak bardzo nie chciałam brać, to nie skrobnę tu ani słowa.
Miałam więc długą przerwę w pisaniu. W jej trakcie poddałam się trzytygodniowej rehabilitacji kolana – płatnej, a jakże, ponieważ  ta, którą zafundował mi ZUS w sanatorium okazała się do niczego. Niestety nic nie dała w temacie poprawy sprawności narządu ruchu, choć na to była nakierowana. Zamrożony poprzez krioterapię ból kolan i ich stan zapalny, po rozmrożeniu odezwał się ze zdwojoną siłą. I to zbyt szybko, bym mogła doczekać nieodpłatnej wizyty u ortopedy.

Prywatne leczenie pociągnęło za sobą naprawdę wysokie opłaty. I wielką złość na organizację systemu ochrony zdrowia, który pokrywa koszty nic nie dających zabiegów w sanatorium, zamiast spożytkować te pieniądze na rzeczywiste leczenie moich dolegliwości. A przecież w takim samym okresie czasu, jaki spędziłam na turnusie w Wysowej, dało się osiągnąć znaczną poprawę mojego zdrowia i funkcjonowania. 
Bo właśnie tego doświadczyłam w kontakcie z prywatną służbą zdrowia. Moja messengerowa korespondencja z Heleną pełna jest zachwytów nad jej osiągnięciami:




wreszcie wiem, na czym polega prawdziwa rehabilitacja
Teraz jestem pod opieką osobistego fizjoterapeuty
 i tej dziewczynie autentycznie zależy, 
żeby moje kolano przywrócić do zdrowia
mam z nią terapię manualna, 
ona mnie po prostu tam torturuje! 
Ale z każdym zabiegiem jest lepiej
Oprócz tego mam terapię na rozmaitych urządzeniach 
i ona pilnuje, żeby było co do minuty
A zabiegi po pół godziny jeden
Po terapii manualnej jesteśmy obie mokre - 
ja z bólu, ona z wysiłku



Może to są zalety nie tylko płatnej rehabilitacji. Może inni doświadczają czegoś takiego u terapeutów, opłacanych przez państwo. Ale mnie to się niestety nie przydarzyło.
Wreszcie po tym prywatnym leczeniu stanęłam z powrotem na nogi. Oczywiście daleko temu jeszcze do ideału. Ale przy znacznie zwężonej szparze kolanowej najprawdopodobniej już nigdy nie będzie on dla mnie do osiągnięcia. Ważne, że znów się poruszam, nawet jeśli chwilami wciąż czuję przy tym trochę bólu. Mam nadzieję, że z czasem będzie tylko lepiej i nareszcie doświadczę odroczonych skutków terapii. Zwłaszcza że zmobilizowałam się do wykonywania zadania domowego po rehabilitacji, czyli ćwiczeń, które mają pomóc zlikwidować przykurcz kolan. Nawet nie wiedziałam, że mam coś takiego, dopóki lekarz tego tak nie nazwał!

Skarżę się na moje kolana pani, która wykonuje mi zdjęcie rentgenowskie (oczywiście też prywatnie):
 - Gdyby dawały mi jakieś sygnały ostrzegawcze, że z nimi tak niewesoło, to bym na pewno wcześniej o nie zadbała.
- A dużo by tam pani zadbała – słyszę w odpowiedzi. – Przecież to zmiany zwyrodnieniowe L
Hmmm, powoli do mnie dociera – moja niewydolność w kolanach nie pojawiła się nagle z początkiem roku szkolnego – wtedy tylko objawiła się bólem. Na stan swoich stawów pracowałam przez lata! I nigdy nie przyszło mi nawet do głowy, że poruszanie się jest darem niekoniecznie danym nam raz na zawsze.

Do pracy wracam w ostatnim tygodniu przed Świętami Bożego Narodzenia. Chciałabym zapomnieć raz na zawsze o wszelkich chorobach, ale niepodobna to zrobić, odwiedzając codziennie szpital, do którego kolejny raz trafił mój mąż. Znów muszę zbierać siły, by to wszystko przetrwać. I w ostatni dzień przedświątecznych zajęć szkolnych, na zakładowej Wigilii przedstawiam przyjaciołom moje  hasło na najbliższy rok:
---------------------------------❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️--------------------------------
Jeśli na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą, to bez względu na wszystko, najwyższy czas się wyprostować.                              
----------------------------------❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️--------------------------------
Innego sposobu po prostu nie ma. Dłużej pochyłym drzewem już nie będę. Bo nie chcę dalej tak żyć.