poniedziałek, 30 kwietnia 2018

SIŁA MIŁOŚCI


Początkiem zeszłego tygodnia wybraliśmy się z mężem na coroczny koncert „Siła Miłości”.
Tak się jakoś wzajemnie wspieramy, by nie odciąć się zupełnie od świata podczas przechodzenia przez różne życiowe doły. To z nas, które akurat jest w lepszej formie, wyciąga z domu to drugie. Czasami to działa.
Tym razem to mąż zabiega o wyjazd na koncert. Ja zaś mam mnóstwo obaw związanych z jego ładunkiem emocjonalnym. I choć uważam, że niesie on jedno z najważniejszych przesłań, które skrzętnie przechowuję w pamięci do następnego koncertu, to jednak w jego trakcie trzeba się mierzyć z tematami wagi życia i śmierci, co szczególnie w tym drugim przypadku przebiega ostatnio u mnie w sposób powodujący często reakcję wstrząsową.
Zgoda, taki wstrząs, bez względu na to, jak bardzo wybija z komfortu, jest potrzebny. Prawdy oczywiste wymagają nieustannego przypominania, by nie stały się prawdami pozbawionymi życia. By miały moc trwania.
Jedźmy więc!

„Siła Miłości” odbywa się  - uwaga! – w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie. Impreza jest poświęcona pamięci byłych więźniarek obozu Ravensbruck. Dwie z nich są uczestniczkami każdego z koncertów, na których byłam. I to jest prawdziwy bonus do tych wydarzeń, albo jak mówi Pani Półtawska „przywilej”, że możemy tam spotkać te niezwykłe postaci. Szczodry dar od losu w kontekście czasu, bo obie Panie zbliżają się w swym istnieniu do okrągłej rocznicy równej całemu wiekowi. Oprócz profesor Wandy Półtawskiej honorowym gościem koncertu jest Kamilla Kama Janowicz – Syczowa. Patrzę na dwie drobne, kruche, dziewięćdziesięcioparoletnie kobietki na scenie, których wola jest niezniszczalna, mimo że ciało już chwilami zdaje się odmawiać posłuszeństwa i PODZIWIAM. Słucham tego, co mówi Pani Półtawska i PODZIWIAM. A potem myślę o tym wszystkim i znów PODZIWIAM.

Muzykę i wiersze w dużej mierze pamiętam z poprzednich koncertów. Ale w wypowiedzi Pani Półtawskiej zawsze znajdę coś nowego, słowa dla których znowu warto było przyjechać na spotkanie z nią bez względu na wszelkie przeciwności. Kolejne wystąpienie niby wciąż o tym samym, a jednak jakbym za każdym razem dostrzegała w tym jakiś inny aspekt.

Tym razem Pani profesor mówi o tym, kiedy płakała w obozie. Było to zaledwie dwa razy (na cztery lata pobytu!)  i to z krańcowo różnych przyczyn. Pierwsza zaistniała wówczas, gdy załamała się jej wiara w istotę człowieczeństwa pod wpływem zaobserwowanej przypadkiem kradzieży. I wierzę, że to jest straszne, gdy człowiek, którego podziwiasz, z którego bierzesz wzór i w którego wierzysz, upada tak nisko, by drugiemu po kryjomu odbierać ledwie wystarczające do przeżycia porcje pożywienia. Dojrzała kobieta tak właśnie potraktowała ufające jej harcerki, kierujące się młodzieńczymi ideałami dziewczęta w wieku tuż po maturze (a nawet młodsze). A przecież „nie samym chlebem człowiek żyje”, co w czasie spotkania Pani Półtawska podkreśla raz po raz.  

Wszystkie więźniarki cierpiały głód i niedożywienie, a jednak większość z nich potrafiła przedłożyć inne wartości ponad przeżycie za wszelką cenę. I właśnie dowody takiej postawy wyzwoliły płacz po raz drugi. To już historia omal z  przedednia wyzwolenia obozu. Dziewczęta, na których wykonywano w nim doświadczenia medyczne miały zostać wówczas zgładzone, aby zatrzeć ślady tego nieludzkiego działania. W sytuacji tej spotkały się z taką solidarnością, bezinteresownością i poświęceniem, które daleko wykraczało poza spotykaną nawet w pozaobozowym życiu normę. Pozostałe więźniarki, będąc na skraju omal śmierci głodowej oddały im swoją zupę, chleb, a niektóre nawet chciały oddać znacznie więcej – własne życie! Choć w końcu okazało się, że nie ma takiej potrzeby, to starsze kobiety proponowały, że pójdą na śmierć do komory gazowej, aby te młodsze mogły przeżyć! Niezwykłe, niewiarygodne wprost świadectwo bohaterstwa! Cóż powiedzieć o takim człowieczeństwie? Chyba to, że wkracza już w boskość - bo na pewno daleko poza człowieka.




W drodze powrotnej do domu rozmawiamy o tym z Kacprem, którego odbieramy po zakupach z jednej z krakowskich galerii. Temat nie jest mu obcy. To właśnie w ramach tegorocznego programu z języka polskiego zapoznawał się z pokoleniem Kolumbów. Tyle, że przerabiane w szkole  utwory, dotyczące tego okresu, wytworzyły w nim zupełnie inny obraz postaw wojenno – obozowych niż ten ukazany na koncercie. To znów budzi we mnie pytanie o dobór lektur obowiązkowych dla młodzieży. Po przeczytaniu na przykład tekstów Tadeusza Borowskiego mojemu synowi wydawało się, że każdy więzień obozu to „człowiek zlagrowany”! Czego my właściwie uczymy nasze młode pokolenie?










Nie samym chlebem człowiek żyje....

Może dla przeciwwagi wymowy omawianych w szkole lektur każdy uczeń liceum powinien jednak usłyszeć to, co tego kwietniowego wieczoru w Mangghdze miała do powiedzenia Pani Półtawska?





Wiem, że jest to jej największe pragnienie. O pomoc w jego ziszczeniu prosi na zakończenie swego wystąpienia. Aby przesłanie o człowieczeństwie, możliwym do pielęgnowania w sobie mimo najstraszniejszych przeciwności losu, poszło w świat do młodych. Aby umocniło się w nich przekonanie, że są wartości, których nie wolno się zaprzeć nawet w obliczu stałego zagrożenia śmiercią. Aby wzbudzić w nowym pokoleniu odpowiedzialność za przekazywanie następnemu tych ponadczasowych prawd.

Właśnie te życzenia przywodzą tę niezwykłą staruszkę każdego roku do Mangghi. Być może nawet sprawiają one, że wciąż pozostaje w niej i życie, i pasja. Dzieło jeszcze nie ukończone. „Siłę miłości” trzeba podtrzymywać dla potomnych. Niech się nią zarażają.
Żeby człowieczeństwo przetrwało w człowieku aż po kres jego istnienia...








niedziela, 29 kwietnia 2018

CZEKAJĄC NA ZŁOŚĆ


Słabo sobie radzę z przesileniem wiosennym. Zwłaszcza gdy wiosna jest, tak jak obecnie, nazbyt gorąca.
Na trawniku przed moją uczelnią zakwitły żółte mlecze. Spoglądam na nie przez wielkie okna auli podczas dłużącego się wykładu z przedmiotu Emocje i motywacje. Pod wpływem wiatru wokół pełnych słońca kwiatków falują całkiem wysokie już źdźbła trawy. Wbrew przedmiotowi studiów wykład nie jest ani trochę emocjonujący. Nie motywuje też do tego, by myśli zostały wraz z ciałem w auli. Uciekają więc raz po raz w inne obszary obecne w mojej głowie. Choć tak się akurat zbiega, że koresponduje to z tematem wykładu. Myślę o tym, co się działo w mojej psychice przez ostatnie dwa lata. Zagłębiam się w sobie...
Emocje?
Żal, smutek,poczucie krzywdy...
Motywacje... hmmm..., no nie wiem - niby spełniam zadania, których wykonania się ode mnie oczekuje, lepiej lub gorzej sobie z tym radząc. Dzięki Bogu wciąż pozostaje we mnie wyuczone poczucie obowiązku. Ale jest to jakby proces przymuszania się do wszystkiego. To nie ma nic wspólnego z wewnętrznym napędem, który uruchamia się samoistnie wraz z nowymi zadaniami – za każdym razem muszę wykonać olbrzymią pracę nad sobą, by ten wewnętrzny napęd odpalić i uruchomić działanie.

Przydałby się zastrzyk energetycznej emocji, wprawiającej go w ruch bez tak wielkiego wysiłku z mojej strony.
Czekam więc na ZŁOŚĆ, która mnie omijała szerokim łukiem przez ostatnie dwa lata. Wszystko, co do mnie docierało było obrobione w żal, smutek, poczucie krzywdy... Zużyłam cała życiową energię na ich przeżywanie. Czułam się ofiarą życia. Ale już dłużej tak czuć się nie chcę.
W psychoterapii często dąży się do wyzwolenia w kliencie złości. Może to stanowić prawdziwy przełom w procesie terapeutycznym, zwłaszcza w przypadku osób z nastrojami depresyjnymi. Przez ostatnie lata nie byłam w stanie wzbudzić w sobie złości w żaden sposób i cokolwiek by się nie działo. Dopiero teraz podejmuję nieśmiałe próby, by to zrobić. I jeśli cokolwiek się uda, to pielęgnuję to w sobie i chronię, jak nowy zaczyn.



Przykład:
Klinika Hematologii, ostatnia wizyta jakieś dwa tygodnie temu; Diagnoza pani doktor: prawdopodobnie przebyta infekcja uszkodziła mi coś w organizmie w sposób nieodwracalny i moje wyniki badań w obszarze białych krwinek już się nie poprawią (rzeczywiście proces ich przyrostu został zahamowany);
Leczenie: żadne (bo nie da się chyba tego wyleczyć);
Propozycja dalszego działania: biopsja szpiku, którą na razie odsuwam w czasie, jednak jej nie odrzucając;
Słowa pani doktor na pożegnanie: „no to ja zapisuję ten trepan na raz następny”.
I coś mnie tknęło. Wracam do domu i sprawdzam w nieocenionym internecie, o co chodzi. No i co widzę? Że oprócz biopsji szpiku jest jeszcze trepanobiopsja, a to już zupełnie inny kaliber w sensie inwazyjności i poziomu bólu. No nie, na to się nie zgadzam! I zaczynam czuć złość, tak złość!, że ktoś mógłby wykorzystać moją nieświadomość oraz zagubienie w medycznej terminologii i zrobić mi znienacka coś takiego. Rozumiałabym to, gdyby mój stan zdrowia się pogorszył i wykonanie tego badania było konieczne, ale tak nie jest. A jeśli naprawdę nie da się mnie wyleczyć, to czemu ono ma służyć? Pytam więc, po co? A pani doktor już wielokrotnie wcześniej odpowiedziała mi na to: „z ciekawości”. Tyle, ze ja ciekawa tego wcale nie jestem. Zaspokajać zaś czyjejkolwiek ciekawości swoim bólem i stresem nie zamierzam. Więc choć lubię panią doktor, to złoszczę się, że ktoś może mnie narażać na niepotrzebne cierpienie z takiego powodu. I z tej złości postanawiam całkowicie dojść do takiego stanu zdrowia, jaki miałam przed infekcją. Będę o siebie dbała, zastosuję alternatywne metody leczenia, zmienię styl życia na bardziej zdrowy... Dam radę...




Przywołuję myśli z powrotem do auli i powracam na kolejne wykłady. Na trawniku za oknem powoli rozściela się cień. Mlecze kurczą swe słoneczne główki. Spoglądam na więlką reklamę, którą umieszczono między krzesłami a oknem. Jest na niej okładka kwartalnika Newsweek Psychologia. Na zdjęciu numer ze stycznia poprzedniego roku i tytuł „Silne lwice i grzeczne dziewczynki”. Potrzebuję złości, żeby nie czuć się ofiarą. Żeby mieć siłę do walki o siebie. Żeby zmieniać swoje życie.

Obudź się moja LWICO! Już czas!



P.s. "U dorosłych biopsję szpiku przeprowadza się tylko i wyłącznie się w znieczuleniu miejscowym, a sama aspiracja szpiku jest bolesna" ( https://hematoonkologia.pl/informacje-dla-chorych/aktualnosci/id/2565-biopsja-szpiku-u-dzieci-kiedy-i-jak-znieczulac-zeby-nie-bolalo).
A co dopiero trepanobiopsja!
Ale kto by się tam przejmował bólem i strachem pacjenta?

niedziela, 22 kwietnia 2018

POŻEGNANIE Z GUSTAWEM

❤️

W tym roku wiosna nadeszła w sposób nagły. Nie zostawiła czasu na przygotowanie się do niej ani na stopniowe zmiany dostosowawcze. Wszystko stało się natychmiastowo.
Natychmiast przeszliśmy od mrozów do temperatury, w której miało się poczucie ugotowania, natychmiast trzeba było zrzucać ciepłe ubrania i szukać po szafie tych z krótkim rękawem, natychmiast świat zmienił kolor z ziemistych brązów na zieleń, natychmiast zakwitły krzewy.
Po powrocie ze świątecznego wyjazdu poczułam się tym zupełnie zaskoczona. Potem przestałam nadążać. Poddałam się całkowicie wiosennemu przesileniu. Wszystko zaczęło się wydawać ponad siły.
❤️



❤️
Gdy ma się nawroty depresji, to wiosna w miejsce ukojenia, potrafi przynieść skutecznie pogłębiający się dół. To chyba przez to, że z każdym dniem czuje się mniejsze dostrojenie tego, co wewnątrz, do tego, co dzieje się na zewnątrz. Wiem, że podążając za otaczającym światem powinnam być coraz bardziej pogodna i słoneczna. A nie jestem. Powinnam mieć coraz więcej sił i energii. A nie mam. I to jeszcze dodatkowo dołuje.
Ogarniają mnie wspomnienia. Smutne. Myślę o tych, którzy już nie mogą się tą wiosną cieszyć. O wszystkich bliskich, którzy stali się nieobecni na Ziemi na zawsze. Jest ich tak wielu. Nie ma końca dla tego umierania.
❤️

Z odgłosem kroków nadchodzącej wiosny do Krainy Nieobecnych przeszedł także Gustaw. Mój ukochany, najpiękniejszy kotek jako typowy samiec alfa wraz ze zmianami w przyrodzie ruszył na podbój wszechświata. I nie wrócił. Co dzień czekałam na jego powrót, przywoływałam i łudziłam się. Aż do wczoraj, kiedy sąsiadka powiedziała mi, ze jej syn pochował niedawno jakiegoś czarnego kota. Co się z nim stało, tego nie wiadomo. Świat jest pełen niebezpieczeństw dla wypełnionych łagodnością, a zarazem ciekawych życia stworzeń. Tak mi przykro Gusteczku, że nie posmakujesz już uroków tej wiosny.  Podbiłeś Wszechświat, ale zostałeś przygarnięty do jego  nieobecnej dla nas części.

Dopiero co zostałeś znaleziony przez Kacpra, przeżyłeś wakacyjne rozstanie, wrosłeś w nową rodzinę, uznając Lunę za zastępczą mamę, a Maciusia za młodszego brata. Potem był trudny wrzesień, kiedy ciężko chorowałeś (prawdopodobnie po zjedzeniu gdzieś w okolicznym ogrodzie trutki na ślimaki), miesiąc prawie trwało leczenie i ledwo Cię odratowaliśmy, siedząc godzinami pod kroplówką u weterynarza. Wreszcie osiągnąłeś dorosłość w niespotykanych rozmiarach i niezwykłym pięknie. Wtedy zaczęły Cię przywoływać głosy ze świata. Byłeś odważny, zbyt odważny i to też mogło zdecydować o Twoim losie.





Nie zdążyłam się z Tobą pożegnać. Nie wiem kiedy umarłeś. Mowę pożegnalną mogę wygłosić tylko w swoim sercu. Przytulam Cię do niego najczulej jak potrafię mój przytulny, najmilszy, zawsze mruczący Przyjacielu. Dziękuję za wszystkie chwile pocieszeń, które dawałeś swą obecnością, gdy nie spuszczałeś mnie ze swoich cudownych, wielkich, roziskrzonych oczu.






Niestety, zawsze będzie taka wiosna, której ktoś nie doczeka...