Poprzednia część relacji znajduje się pod linkiem: ALBANIA - KIERUNEK PÓŁNOC - z Mesopotam, Blue eye, Gjirokastrą i Tepeleną po drodze
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/12/09.html
💟
Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek dwudziesty - ALBANIA
Dzień podróży: 19- 22 - 09- 12.08
Do przeniesienia się do Wlory byliśmy przygotowani, jak do niczego innego podczas tej podróży. Tym bardziej, że znów trafiliśmy na adres jedynie z nazwą ulicy (oczywiście długiej) - klasycznie, bez numeru. Oglądamy jednak bardzo dokładnie mapę, mąż zapisuje ją nawet offline. Mało tego, wirtualnie podjeżdża jej ulicami pod samo wejście do naszego apartamentowca.
No i cóż nam to pomogło, kiedy okazało się, że na Rezydencji David nie ma nawet śladu oznaczenia, że to ona. Wiedzieliśmy, że miała być po przeciwnej stronie ulicy, prowadzącej wzdłuż białego muru, tyle że on niestety ciągnął się i ciągnął. Wszystkie rezydencje przy niej wyglądały omal tak samo. No i znów błądziliśmy podobnie jak w Sarandzie, nawet wtedy, gdy, jak się okazało, osiągnęliśmy już prawie próg naszej nowej miejscówki. Ulica była jednokierunkowa, zrobiliśmy więc parę kółek po mieście, zanim zdecydowaliśmy się na rozwiązanie, które już wcześniej zadziałało w takiej sytuacji. Nogi - moje sprawne, dzięki Bogu, nogi...
Znów więc zaczynam procesję od człowieka do człowieka w poszukiwaniu kogoś, kto zrozumie mój problem i mi pomoże. Całe szczęście, że Albańczycy są tacy życzliwi i uczynni dla turystów. Przygoda kończy się więc tym samym, co w Sarandzie - pan z pobliskiego parkingu dzwoni do naszego przyszłego miejsca zakwaterowania. Gdyby nie to, znów bariera komunikacyjna w postaci szczątkowego angielskiego byłaby nie lada zaporą. A porozumieć się po włosku, którym oprócz albańskiego operują właściciele naszego apartamentowca, też nie miałabym najmniejszych szans.
Nie tylko my się uskarżamy na trudności w znalezieniu Rezydencji. W swojej opinii na Booking.com Hertwig z Austrii napisał:
“Adres podany przy rezerwacji był bardzo nieprecyzyjny (nazwa 8-kilometrowej drogi, brak numeru domu). Co bardziej problematyczne, podane współrzędne GPS są błędne (wskazują bezpośrednio na centrum miasta, oddalone o około 3 km). Kiedy przyjechaliśmy, było już ciemno i nie mogliśmy znaleźć domu w dużym ruchu.”(tłumacz google)
- Jak oni chcą tu prowadzić turystyczny biznes? - zastanawia się mój mąż. - Przecież bez oznakowania hotelu, bez numerów budynków i apartamentów, bez pełnego adresu nie da się rozwijać w tej branży.
Mam nadzieję, że Albańczycy na to wpadną - wcześniej niż później, bo póki co, trudno byłoby rekomendować komuś rezerwowanie przez internet miejsca noclegowego w tym kraju. To jakby skazywanie go na późniejsze godziny poszukiwań i nerwów. Zmień się albańska turystyko, bo twój kraj tak bardzo na to zasługuje.
*
Jestem już umordowana tymi ciągłymi perypetiami przy szukaniu miejsc noclegowych. Nawet pisanie o jednym i tym samym problemie na okrągło, zaczęło mnie męczyć. A w końcu nie po to człowiek podczas wakacji jedzie w nowe miejsce, żeby się stresować już na samym początku tego przedsięwzięcia.
Na szczęście potem już było tylko lepiej. Nasz gospodarz wyjechał przed nas na drogę i powiódł (nawet chwilowo pod prąd:) do swojej rezydencji, którą oczywiście kilkakrotnie wcześniej mijaliśmy. Zarówno on, jak i jego żona okazali się przemiłymi ludźmi. Widząc w jakim stanie jest mój mąż (bo jednak kryzys z Gjirokastry nie minął do końca podróży), proponują zamieszkanie na niższym piętrze.
Niestety nie ma tam klimatyzacji - musimy więc się wdrapać na kolejny poziom - do zarezerwowanego pokoju deluxe. Mąż po tym wyczynie wygląda tak, że gospodarz zostawia mi numer telefonu - chce pomóc, gdyby w nocy trzeba było korzystać z usług lekarza lub szpitala. Bogu dzięki nie trzeba było. Solidna porcja odpoczynku jest dobra na wszystko. Uff, udało nam się jakoś opanować kryzys zdrowotny, choć jego skutki mąż będzie odczuwał jeszcze bardzo długo.
*
Rezydencja David jest jedynym z czterech naszych miejsc noclegowych w Albanii, które utrzymało się do tej pory na Booking.com. Ma też świetne oceny klientów.
“Mieszkanie było zupełnie nowe. Byliśmy pierwsi w tym pokoju” (tłumacz google) napisał Nász z Niemiec zaledwie dzień przed naszym przyjazdem.
Pokój, który my zajęliśmy, też lśni nowością i czystością. Jest przestronny i gustowny. Szczególnie podoba mi się balkon, z którego możemy oglądać naprawdę spektakularne w kolorach zachody słońca nad morzem. Oraz tajemniczą rezydencję z prywatną plażą na ogromnej posesji za długim białym murem. Cytowany już Hertwig z Austrii rzuca nieco światła na sprawę naszych wakacyjnych sąsiadów:
“Możesz spojrzeć na willę prezydenta z pokoi (przynajmniej powiedziano nam, że sąsiadująca (...) silnie strzeżona posiadłość to miejsce, w którym prezydent spędza wakacje)” (tłumacz google)
Sądząc po ruchu, jaki mogliśmy obserwować za białym ogrodzeniem przez te trzy sierpniowe dni pobytu w Rezydencji David, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że nasze wakacje zbiegły się z tymi, które spędzał we Wlorze przywódca Albańczyków.
Nic w tym dziwnego, że upodobał sobie to miasto. Ja też jestem nim bardzo pozytywnie zaskoczona. Piszę do bliskich:
Vlora okazała się miejscem bardzo światowym. To miasto, którego nie powstydziłaby się żadna europejska Riwiera - cudne, szerokie plaże, przestronny nadmorski bulwar, promenada. Zabudowa wprawdzie dość wysoka, ale wszystkie hotele w pierwszej linii brzegowej bardzo eleganckie.
Jestem zaskoczona czystością i zadbaniem na każdym kroku. Nie spodziewałabym się takiej Albanii po tym, co widzieliśmy na Południu. Myślę, że Wam by się też podobało - pełno tu luksusowych sklepów, zieleni, a atmosfera prawdziwie wakacyjnego kurortu
Ja co prawda myślałam, że będę odpoczywać w czymś w rodzaju malej rybackiej wioski,😃 ale po pierwszym zaskoczeniu już się przyzwyczaiłam
No i wreszcie zaczynamy prawdziwie kurortowe życie: wieczór na promenadzie, kolacja w restauracji z widokiem na morze, lodowy deser - są dwie lodziarnie tuż obok siebie? - nic nie szkodzi, możemy popróbować lodów i w jednej, i w drugiej:)
Fajnie tak zwolnić tempo. Wyjeżdżać z hotelu tylko do centrum miasta. Nie spieszyć się nigdzie i nie planować żadnego zwiedzania.
Jedynym miejscem poza centrum Wlory, które odwiedzamy przez te dni, jest pobliskie Orikum. Nasza Rezydencja mieści się tuż przy drodze wyjazdowej do tego miasteczka (dość ruchliwej - dobrze, że jednak nie zamieszkaliśmy tuż nad nią na parterze), stwierdzamy więc, że szkoda byłoby tego nie wykorzystać.
Orikum wydaje się dobrą i przyjemną alternatywą dla tych, którzy nie chcą spędzać wakacji w tak dużym mieście jak Wlora. Albo jeśli ktoś wówczas chciałby fotografować ptaki (to sugestia naszych gospodarzy), ponieważ podobno nad przybrzeżnym jeziorkiem żyją rozmaite gatunki. Chociaż przy wjeździe do Wlory również widzieliśmy zbiorniki wodne. Już tyle razy słyszałam podczas tych wakacji o obserwacji ptaków, że nawet się tym trochę zainteresowałam :)
*
Jeszcze tylko wypad na plażę i będę w pełni usatysfakcjonowana pobytem we Wlorze. I tu cudowna wiadomość - mamy do niej ledwie kilka kroków. Całkiem tu miło, choć nie jest to duży obszar. Część plaży jest wyłączona z publicznego użytku i zarezerwowana na wyłączność mieszkańców willi za murem.
Oczywiście można by się też wybrać na spacer do centrum, gdzie ciągną się kilometry piasku, ale z opinii turystów na Booking.com wynika, że pierwszą część drogi trzeba by było w zasadzie pokonać, idąc po jezdni. Wydaje się więc, że lepiej skorzystać w takim celu z samochodu.
Po drodze z plaży wpadam na kawę, korzystając z zaproszenia naszej gospodyni. Próbujemy z Mariją porozmawiać, korzystając z zasobu słów we wszystkich językach, jakie znamy i jakich nie znamy:). Najgorzej spisuje się niestety tłumacz google, który wypisuje jakieś kosmiczne bzdury, tłumacząc polski na albański i odwrotnie.
No więc za pomocą mieszanki włosko - angielskiej ze sporą dawką pantomimy dowiaduję się, że David to wnuk Mariji, że jej córka studiuje w Bolonii, a rezydencja jest w trakcie rozbudowy - właściciele planują otwarcie restauracji na parterze. Najbardziej rozczula mnie, gdy nasza gospodyni prosi na pożegnanie... o numer mojej komórki. No nie wiem, jakbyśmy miały dogadać się przez telefon, gdy odpada mowa ciała i język gestów. Ale oczywiście próbować nie zaszkodzi:)
*
Nasz dziewięciodniowy pobyt w Albanii dobiegł końca. Na podsumowania jeszcze nie pora - teraz już za progiem czeka następny etap naszej podróży. Po części też w kolejnym mieście na naszej trasie będziemy mieli kontynuację obecnych klimatów - przemieszczamy się do Ulcinja, czyli najbardziej albańskiego miasteczka w całej Czarnogórze.
Ale po drodze czeka nas jeszcze jedna niesamowita atrakcja - zwiedzanie Beratu, który jest drugim miastem - muzeum Albanii. Nie znajduję właściwych słów, żeby napisać tutaj, jakie to piękne miejsce i jak wielkie zrobiło na nas wrażenie. Na wzór Gjirokastry ukuto też dla Beratu bardziej baśniową nazwę, określając go jako miasto tysiąca okien. Oczywiście miejsce to ma również wpis na listę Unesco. Unikalny, bezcenny skarb, widok znad rzeki na starówkę w osmańskim stylu po prostu oczarowuje. A jednocześnie jest bezpretensjonalnie i romantycznie.
Mimo strasznego upału mobilizuję się tym razem do gruntownego zwiedzania. Pomaga mi w tym obecność polskiej wycieczki na starówce, z którą przechodzę brukowanymi, wąskimi uliczkami od twierdzy aż do (zamkniętej) Cerkwi Świętego Michała Archanioła. Nadziwić się nie mogę, że wciąż żyją tu swoim życiem zwyczajni ludzie, zabytkowe miasto nie zmieniło się w martwy skansen.
Gdy wracam pod mury twierdzy czeka mnie niespodzianka - mężowi pozwolono wjechać na dziedziniec samochodem.😁 Tym samym wymknął się spod opieki samozwańczych parkingowych (ale to już mężowa opowieść - mam nadzieję, że i on w jakiś sposób utrwali swoje wspomnienia:). Zadowolony, wyczekuje mnie w cieniu restauracyjnych parasoli. I ja się cieszę, że miał możliwość, choć w takim skromnym zakresie, posmakować atmosfery starówki. Mam nadzieję, że kiedyś, w okresie lepszej dyspozycji, będzie mógł zwiedzić na przykład Muzeum Ikon Onufrego. Na pewno by go to zainteresowało.
Wtedy też może uda nam się jeszcze spędzić trochę czasu, w dwóch miastach, przez które jedynie przejechaliśmy w drodze do Czarnogóry. Ale wydaje się, że na uwagę zasługują:
- Tirana ze swoją zabudową zaskakującą turystę za każdym rogiem;
- Szkodra - z imponującą twierdzą na wzgórzu nad jeziorem.
Tym razem nie uwzględniamy ich jednak w planie podróży. Zbliżamy się do granicy, a wraz ze zmniejszającą się odległością od Czarnogóry, zwiększa się ilość śmieci rozrzuconych po okolicy. To nas całkowicie szokuje. Nie znaliśmy dotąd takiej Albanii. Jak byśmy ją postrzegali podczas naszego pobytu, gdybyśmy wjechali do tego kraju od strony czarnogórskiej granicy? Poznana później w Ulcinju węgierska para tak właśnie zrobiła i skutecznie straciła ochotę na dalszą eksplorację Albanii. Nie uwierzyli nam, że gdzieś w jej głębi są miejsca piękne i czyste.
No cóż, nie wyjechaliśmy na Bałkany z misją, by obalać mity o tym kraju. Nowy rozdział w naszej podróży właśnie się przed nami otwiera. Już widać góry, których ojczyzną jest Czarnogóra. Wyjeżdżamy z Kraju Orłów, zabierając ze sobą jedno jedyne słowo, jakiego się tam nauczyliśmy w bardzo obco dla nas brzmiącym języku:
Faleminderit shumë Albanio!
*Jeśli chodzi o orły - albański symbol narodowy: ''około czterystu nadal mieszkało na terytorium Albanii w latach 90., ale od tego czasu ich populacja zmniejszyła się o połowę." (do przeczytania w: https://swiatrolnika.info/niedzwiedzie-albania)
**Faleminderit shumë to po albańsku dziękuję bardzo
Następna część relacji: CZARNOGÓRA - SKREŚLENIE Z CZARNEJ LISTY - Tydzień w Ulcjinju
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/01/czarnogora-to-od-niej-zacza-sie-nasz.html