Gdy przygotowuje się wpis na bloga podczas najkrótszego dnia w roku, to przynajmniej można popatrzeć w przyszłość z nadzieją. Od jutra powinno wreszcie ubywać tej ciemności, której już mam szczerze dosyć. Zwłaszcza, że jest ona ostatnio nieprzerwanie połączona z szarością tych niewielu dziennych godzin, jakie nam jeszcze pozostały. Świat, dopiero co taki piękny, stał się obecnie miejscem wyjątkowo niekolorowym.
Właściwie to nie chciałam na to narzekać, bo nawet lubię jesienne wieczory, gdy podpala się ogień w kominku i napełnia czajniczki gorącą herbata. Adwent kojarzy mi się ze smakiem pierniczków i grzanego wina. I w taki sposób próbuję celebrować ten czas.
Tyle, że brak światła i słońca dotkliwie odbija się na moim samopoczuciu. A bardzo mi zależy, by w tym roku obronić się przed ostrym rzutem świątecznej depresji. Chciałabym, żeby to był dobry czas - plany spędzenia go w rodzinnym gronie zasługują na miłą, pełną ciepła oprawę. Bez marudzenia. Bez dołowania siebie i innych.
Mam zamiar zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby się to udało. Już dawno przestałam wierzyć w to, że Święta to taki magiczny czas, który odmieni mi życie. W tym roku podeszłam do sprawy inaczej. To ja mogę odmienić swoje Święta i sprawić, że zyskają choć trochę magicznego uroku:)
No to do dzieła...
Choinki czekają już w przedsionku, by wejść na pokoje. W tym roku będzie to świerk kłujący i serbski oraz jodła kaukaska (drugą wyprawiłam do brata, który nas zaprosił na Wigilię). Wszystko przytargałam sama do domu, choć chwilami miałam wrażenie, że te ciężkie donice wbiją mnie w samo jądro ziemi.
Pierniczki upieczone (pierwszy raz od dawna takie najprawdziwsze z dużą ilością miodu). Prezenty przygotowane do pakowania (choć niektóre się gdzieś zawieruszyły po drodze od nadawcy do paczkomatu i nie wiadomo, czy w ogóle je kiedykolwiek zobaczę na oczy). Amarylisy w pełni rozkwitu i mam nadzieję, że dotrwają w niezmienionym stanie do Wigilii, (dodatkowo grudniki szaleją na kolorowo na parapetach). Dekoracja obmyślona, ale jako że nie wszystkie potrzebne elementy udało mi się zgromadzić, będę miała okazję rozwijać szlachetną sztukę improwizacji.
Jutro ostatnie zdalne lekcje i świąteczne spotkanie online z koleżankami i kolegami ze szkoły (20 minut między zajęciami, dla mnie nawet 15, bo mi się trochę zazębia jedno z drugim). Co niby można zrobić w takim czasie? Wysłuchać orędzia dyrektora na Boże Narodzenie?
Natomiast wczoraj miałam ostatni zjazd na psychologii ze studentami z mojego (czwartego) roku. Czeka nas jeszcze tylko wspólna sesja, choć nie wiem, czy mogę tak powiedzieć, jeśli na egzaminie każdy łączy się online z wykładowczynią w innym czasie, zgodnie z listą. I koniec. Ale nie skupiam się teraz jeszcze na pożegnaniach. Nie czas na jakieś smęty przed Świętami. W tym roku przecież je odmieniam.
Niech mi odtąd przybywa radości, jak dnia - codziennie więcej i więcej. Zaczynam już rozumieć, że to samo nie przyjdzie. Trzeba do tego podejść tak samo jak do Świąt. Życie nie przyniesie nagle magicznej odmiany, choćbym nie wiem, jak bardzo chciała w to wierzyć. Ale ja mogę wnieść do niego magiczną atmosferę, kreując sytuacje, rodzące radość. Bez względu na to, jak bardzo dookoła szaro, ciemno i zimno.
To mój świąteczny (i poświąteczny) plan. Niech zatem Święta będą pełne światła i kolorów. Niech w moim domu wraz z Dzieciakami i ich pupilami zagości radość.
Wesołych Świąt dla Wszystkich!
Przepis na prawdziwe pierniczki z miodem zaczerpnęłam z blogu "Dom z kamienia": http://kuchniawkamiennymdomu.blogspot.com/2015/12/pierniczki.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz