czwartek, 3 grudnia 2020

ALBANIA - KIERUNEK PÓŁNOC - z Mesopotam, Blue eye, Gjirokastrą i Tepeleną po drodze

Poprzednia część relacji znajduje się pod linkiem: ALBANIA Z WIDOKIEM NA KORFU - GRECKIE KLIMATY SARANDY

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/12/07-09.html

💟

Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek dziewiętnasty - ALBANIA

Dzień podróży: 19  - 09.08

“Manager” nie był zachwycony naszą decyzją zamówienia noclegów przez pośrednika. No ale jakby nie miał wyboru, gdy już tak się stało - musiał na to przystać. Zapłaciliśmy i uczciwie wypisałam po wykwaterowaniu prawdziwą laurkę dla Nicos - Relax Apartaments na stronie pośrednika. Same superlatywy, na które hotel w pełni zasłużył. Pierwsza opinia obiektu i pełna rekomendacja. Ponieważ byliśmy jedynymi gośćmi, a miejsce wyglądało na zupełną nówkę, to jakoś mnie to nie zdziwiło, że nikt przed nami nic o nim nie napisał. Zdziwienie nadeszło kilka dni później, gdy na naszym koncie na Booking.com przy rezerwacji apartamentu pojawił się status CANCELED!

Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania, co do sposobu funkcjonowania turystyki w Albanii? 

No cóż, w końcu nie udało nam się wykorzystać zniżki Energizera w tym kraju. Sytuacja zrobiła się trochę kuriozalna - wyglądało na to, że zrecenzowałam pobyt, którego wcale nie było. Na szczęście tym razem Booking.com nie domagał się żadnych wyjaśnień. Mało tego, jak teraz widzę, miejscówka w ogóle zniknęła z jego oferty. Wraz z moją opinią i rekomendacją. Trochę szkoda...

*

Kończymy już bezapelacyjnie naszą przygodę z Sarandą. Opuszczamy ją z ulgą choć znów nie bez trudu. Zapchanie miasta pojazdami i brak miejsc do ich zaparkowania ma tu nieciekawe następstwa. Wszyscy i tak zatrzymują się tam, gdzie im się żywnie podoba, udając, że właśnie ich samochody się zepsuły. Wystarczy włączyć światła awaryjne i już można wyjść na zakupy, na spotkanie przy kawie czy na obiad, zostawiając samochód choćby na pasach. Pozostali w ruchu kierowcy pokornie starają się omijać porzucone pojazdy, przeciskając się czasem na centymetry ze złożonymi lusterkami  przez ulice i bez tego trudne do przejechania.

Efekt? W Sarandzie masz wrażenie, ze nieustannie stoisz w korku, a jeżeli nawet się poruszasz to z prędkością bliską zeru.

Najgorzej jest wtedy, gdy te samochody psują się całymi stadami. Mam na myśli na przykład omijanie przy dużym ruchu z naprzeciwka trzech olbrzymich gabarytowo, “zepsutych” suwów, stojących jeden za drugim. Są to przy tym bardzo często najnowsze modele porządnych europejskich marek --> patrz Mercedesy, które nota bene wyglądają, jakby dopiero co wyjechały z salonu sprzedaży. Te ich awaryjne światła chyba nie są najlepszą reklamą dla firmy:)

Na początku ten sposób poruszania się po mieście to był dla nas w ogóle szok kulturowy. Ale z czasem nauczyliśmy się radzić sobie na ulicach Sarandy. Gdy okazało się, że z poprzedniego apartamentu nie zabrałam kabla i ładowarki do telefonu, to przed sklepem z tymi akcesoriami poprosiłam męża:

- Zepsuj się tutaj!

Innego wyjścia po prostu nie mieliśmy. Zaparkowanie w centrum byłoby cudem.

Czuję ulgę na myśl, że już stąd wyjeżdżamy. Aż strach pomyśleć, czego jeszcze moglibyśmy się nauczyć w tym mieście.

Na pożegnanie podzielę się informacją na jego temat, którą znalazłam dużo później na stronie KierunekAlbania.pl: “nazwa miasta nie pochodzi od molochów, a od monasteru czterdziestu męczenników z Sebasty (dawniej - w Armenii; obecnie – w Turcji). „Saranda” w języku greckim oznacza „czterdzieści”, stąd zarówno grecka, jak i włoska nazwa „Quranta” oznacza czterdziestu męczenników” (https://kierunekalbania.pl/tour/201-saranda-albanski-kurort-i-okolica-atrakcje-klimat-informacje)

Tak, to od nich zaczął się nasz pobyt w tym mieście i niech się na nich zakończy:)

*

Tego dnia chcemy dojechać do Wlory, która będzie naszym ostatnim miejscem noclegowym w Albanii. Opracowując przed wyjazdem plan pobytu w tym kraju, miałam pomysł, żeby po drodze z Sarandy na północ rzucić okiem, tak celem rekonesansu, na inne miejscowości i plaże Riwiery Albańskiej. Ale w praktyce zaczęliśmy działania rekonesansowe już wcześniej - niedługo po przybyciu na południe Albanii. Dokładnie wtedy, gdy pierwsze wrażenie Sarandy uświadomiło nam, że może nie ma się co przy niej tak upierać:)

Próbowaliśmy wówczas znależć jakieś przyjazne dla turystów miejsce po północnej stronie “najsłynniejszego kurortu Albanii”. Niestety nasze poszukiwania skończyły się na przysłowiowej tarczy, a pierwsza porażka w tej sprawie zniechęciła nas do dalszej eksploracji Riwiery. Mieliśmy po prostu pecha, że dotarliśmy wówczas do Zatoki i plaży Kakomes.

To właśnie to miejsce pod hasłem: “tylko dla wybranych” opisuje na swoim blogu autorka zabranego w naszą podróż przewodnika “Bałkany”. Oto cytat z jej wpisu: Kilka kilometrów za Nivicë należy odbić w prawo, w dość wąską, asfaltową drogę, która wije się po niewielkim zboczu. Po chwili odsłania się widok na zatokę oraz na zamkniętą bramę, która blokuje możliwość dojechania do samej plaży. Na przylegającym do bramy ogrodzeniu widnieje spory napis Kakomes Resort oraz private. Całości pilnuje strażnik (...) bez problemu na teren wpuszcza Albańczyków, natomiast Greków, którzy pojawili się w tych okolicach zaraz po nas, przegania.” (https://balkanyrudej.pl/sarandzie-ksamilu-modnie-bywac/)

No my na przegnanie nie czekaliśmy - gdy zobaczyliśmy bramę zagradzającą możliwość dalszej jazdy, to po prostu (jak wiele samochodów przed nami i za nami) zawróciliśmy. Tym samym nie mieliśmy szansy dowiedzieć się, że “obcokrajowcy muszą uiścić opłatę w wysokości 1000 leków (ponad 30 zł!), by dotrzeć do samej zatoki”, co udało się ustalić autorce cytowanego powyżej bloga ("Bałkany według Rudej").

No i niestety to był koniec naszego rekonesansu w zakresie Riwiery Albańskiej. Bo jednak wyjeżdżając z Sarandy, zdecydowaliśmy się obrać inną trasę na północ. Uznaliśmy, że zamiast ryzykownego kolekcjonowania  doświadczeń w stylu Zatoki i plaży Kakomes wolimy prawdziwego pewniaka - zwiedzanie polecanej przez wszystkich znawców Albanii Gjirokastry.

Tym razem zacytuję Wikipedię: “Miasto jest jednym z dwóch albańskich (oprócz Beratu) miast-muzeów. Zawdzięcza to między innymi kamiennym domkom starówki, które są pokryte szarymi łupkami. Liczne uliczki są bardzo strome, dlatego też Gjirokastёr zwana jest "Miastem Tysiąca Schodów". W 2005 roku miasto zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. (...) Za czasów panowania bizantyjskiego, w XIII w. miasto nosiło nazwę Argyropolis („Srebrne Miasto”) lub Argyrokastron („Srebrna Twierdza”).” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Gjirokast%D1%91r)

Wszystko to jest powodem , dla którego Gjirokastra rzeczywiście powinna być takim “must see” dla każdego turysty. Warto przyjrzeć się jej z bliska. My... no, cóż, zrobimy to pewnie przy następnej wizycie w Albanii. Bo tym razem się nie do końca udało.

Powodów było wiele. Najbardziej niepokojącym z nich był kryzys zdrowotny u męża. Po prostu zabrakło mu sił na Gjirokastrę. Ale może, gdybym wcześniej przeczytała opis z Wikipedii, to wiedziałbym, że szanse są niewielkie. Słowa klucze brzmią tutaj: tysiąc schodów, bardzo strome uliczki. A mąż był wówczas w takiej formie, że ledwie udało mu się pokonać w Gjirokastrze drogę z parkingu do restauracji, przy którym się znajdowała. Fakt, że żar wówczas po prostu lał się z nieba, nie pozostaje tu oczywiście bez znaczenia.

Tak więc obejrzeliśmy to Srebrne Miasto spod parasola restauracyjnego ogródka. Znad talerzy z musaką przekładaną ziemniakami (a myślałam, że już pożegnaliśmy się z greckimi klimatami:) oraz z jakąś mieszanką mięsa i groszku. Widzieliśmy nawet fragment srebrnej twierdzy ponad dachami samochodów (parkujących na placyku z pierwszym odnalezionym w Albanii punktem informacji turystycznej i z płatnym planem miasta - ot taka tutejsza specyfika). Dojechać się tam nie dało, bo akurat ulica prowadząca w głąb miasteczka była całkiem rozkopana. Podczas pełni sezonu turystycznego remont jednej z głównych dróg w Gjirokastrze trwał w najlepsze. 

Oczywiście mogłam tam dojść piechotą, moje nogi są przecież, dzięki Bogu, całkiem sprawne, ale nie chciałam zostawiać osłabionego męża samego i postanowiłam solidarnie z nim poprzestać tego dnia na rekonesansie. On też był ogromnie wartościowy. Teraz wiem, że musimy kiedyś, gdy mąż będzie w lepszej kondycji, przyjechać do Gjirokastry raz jeszcze. 

Być może fakt, że siły odmówiły tam mężowi posłuszeństwa był spowodowany tym, że wyczerpał je po drodze, zwiedzając atrakcje w pobliżu Sarandy. Ale przecież nie mogliśmy odpuścić miejsc polecanych przez Sindi. Odwiedziliśmy więc:

1. Monastyr Świętego Mikołaja w Mesopotam. Według pana sprzedającego bilety w miejscu tym osiedlili się mezopotamscy imigranci. Ich potomkowie ozdobili później powstałą świątynię płaskorzeźbami, których wzory przetrwały w pamięci międzypokoleniowej  osadników. Choć to zapewne miejska legenda, to rzeczywiście zastosowane ozdoby są niespotykane na tych ziemiach i robią duże wrażenie. Miejsce w ogóle jest bardzo klimatyczne.

2. Blue eye (Syri i Kalter) - naturalne źródło rzeki Bystrzycy. Wypływające wprost z ziemi - z wywierzyska o głębokosci 50 metrów! Woda jest w tym miejscu bardzo niebieska i bardzo zimna (10 stopni Celsjusza). Mimo to, gdy tam byliśmy, to co rusz rozmaici śmiałkowie (a ruch turystyczny był naprawdę spory) wskakiwali do tej zimnicy z platformy widokowej. Mnie wystarczyło pobrodzenie w niewielkim rozlewisku, które powstaje przy źródle. I tak nogi zdążyły mi skostnieć, zanim mąż pstryknął pamiątkową fotkę:)

A zanim dojechaliśmy do Wlory, to zatrzymaliśmy się jeszcze w jednym miejscu.

Okolice Tepeleny to kolejny punkt na liście zwiedzania tego dnia. To jednocześnie takie miejsce do wytchnienia po drodze. Zeszłam nad wodę przy budowanym dopiero hotelu Uji i Ftohte. Miło było cieszyć oczy i spływającym wartko strumykiem, i spokojnie płynącą w dolinie rzeką. Później jeszcze mieliśmy okazję zobaczyć z drogi, jakie ciekawe wzory tworzy swymi rozszczepieniami w rozłożystym korycie. Miejsce warte uwagi, choć trafione zupełnym przypadkiem. W Tepelenie znajdują się także pozostałości twierdzy, które widzę później na zdjęciach w internecie, ale na ich podstawie trudno stwierdzić, czy to jakieś wyjątkowe, albańskie "must see".

Tak oto dojechaliśmy do Wlory. Ale to już całkiem inna historia...


*O czterdziestu męczennikach z Sebasty można poczytać pod linkiem: https://deon.pl/wiara/zamrozone-blyskawice--meczennicy-z-sebasty,1916522, mnie szczególnie poruszyła historia o matce jednego z nich...


Następna część relacji: WLORA - WAKACJE Z PREZYDENTEM ALBANII

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/12/do-przeniesienia-sie-do-wlory-bylismy.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz