sobota, 20 czerwca 2026

TUŁACZKA MARZEŃ - Sri Lanka: Kandy - Ella - do poprawy

 

Pobyt w Kandy przypominał trochę wyścig z czasem. Mimo że miałyśmy w planie odwiedziny zaledwie jednej atrakcji turystycznej, to i tak obawiałyśmy się, że to się może nie udać przed odjazdem naszego pociągu do Elli. Na szczęście się udało.

Sprężyłyśmy się rano ze śniadaniem, a personel Ceylon Breeze pomógł nam z bagażami i wezwaniem tuktuka. I w ten oto sposób zakończyłyśmy etap określany jako podróż po królewsku na rzecz takiego, który można by nazwać podróżniczą tułaczką.

I razem z naszymi wielkimi walizami, które już same musiałyśmy wytargać z tuktuka, wylądowałyśmy przed najsłynniejszym zabytkiem miasta – Świątynią Zęba (Sri Dalada Maligawa). Na szczęście przyjęto je ( a okazało się to obligatoryjne i płatne) do świątynnej przechowalni bagażu. Uwolnione od niego mogłyśmy wreszcie skupić się na tym, po co przyjechałyśmy do miasta. Jeszcze tylko zakup biletów i kontrola wykrywaczem metalu i wraz z tłumem pielgrzymów mogłyśmy wreszcie ruszyć na obchód świątyni.

Jak podaje strona https://przedsiebiedlasiebie.pl/swiatynia-zeba/: „Sri Dalada Maligawa jest najważniejszym obiektem sakralnym Sri Lanki. Znajdują się tutaj relikwie, w tym bezcenna dla Lankijczyków relikwia – ząb Buddy. Obiekt został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1988 roku”.

Z kolei na stronie https://www.lkedzierski.com/sri-lanka/swiatynia-zeba-w-kandy/ można przeczytać:„Pisma podają, że święty ząb Buddy trafił na Sri Lankę w 313 roku dzięki sprytowi i przebiegłości Hemamali i jej męża księcia Dantha. Księżniczka opuszczając Indie, ukryła go w swoich włosach i tym sposobem znalazł się na wyspie. Historia pokazuje, że relikwia wielokrotnie była przenoszona pomiędzy stolicami, jednak ostatecznie została złożona (…) w Kandy”.

Ochrona zęba (lewy kieł) należała do króla, który zabierał go ze sobą, gdy zmieniał swoją siedzibę. Obecną świątynię, chroniącą relikwię, wybudowano w XVII wieku (1687–1707), lecz pracowano nad nią później jeszcze w XVIII (1747–1782).

Ten, kto jednak spodziewałby się zobaczyć zabrany ze stosu pogrzebowego ząb Buddy w Świątyni Zęba, srodze się rozczaruje. Ani przygodni turyści, ani nawet gorliwi wierni nie są godni, by tego doświadczyć ot tak, na zawołanie. Co prawda, jak pisze autor podlinkowanej powyżej strony:

Codziennie odbywają się tutaj rytuały (puja), podczas których otwierane jest główne pomieszczenie, gdzie znajduje się specjalna wieloczęściowa, wykonana ze złota konstrukcja, która przechowuje bezcenną relikwię” (dokładnie chodzi o stupę z sześcioma bogato zdobionymi szkatułami), ale „Podobno tylko wysocy dostojnicy, duchowni i specjalni goście kilka razy w roku, podczas ważnych uroczystości, dostępują zaszczytu zobaczenia samej relikwii”. Trzeba jeszcze dodać, że, zgodnie z relacjami internautów, „kapliczka” (nie szkatuła!) z zębem jest otwierana jedynie na parę minut.

Tak więc my z Anią nie oczekiwałyśmy na żaden łut szczęścia w tym względzie. Miałyśmy za to nadzieję na jakieś przeżycie duchowe podczas rytuałów. Wydawało nam się, że w Świątyni Zęba zastaniemy mistyczną atmosferę, którą pięknie opisał przywołany tu bloger:

„Dookoła pomieszczenia na podłodze siedzą wierni, którzy modlą się, przeżywają ceremonię odsłonięcia. W powietrzu (...) słychać rytmiczne uderzenia w bęben wymieszane z dymem i wonią kadzideł. Całości dopełniają pomieszane zapachy przyniesionych darów: kwiatów i jedzenia. Delikatne szepty modlitw, przesuwane palce po buddyjskiej mali”.

Ale niestety podczas naszego pobytu tak magicznie w kandyjskiej świątyni nie było. Jak się później okazało, trafiłyśmy z Anią na jakieś buddyjskie święto, więc wszędzie panował tłok i ścisk. Rzeka ludzi płynęła z parteru na piętro, by złożyć ofiarne dary dla Buddy. Z kwiatów ponoć mnisi robią tu mandale, co się dzieje z jedzeniem, tego nie wiem. Niemniej i my z Anią popłynęłyśmy tą rzeką, przepływając przez pomieszczenie, w którym w kapliczce złożone są relikwie. Nie wolno się tam zatrzymywać, zresztą i tak nie byłoby możliwe oprzeć się napierającej fali pielgrzymów, która w końcu nas wyniosła z głównego nurtu do mniej obleganych rejonów świątyni.

No więc tak, były i bębny, i kadzidła, i kwiaty… Tylko, że jakby w tle naszego pobytu w świątyni - bez chwili na dłuższe zatrzymanie, chłonięcie atmosfery i możliwość spokojnej refleksji.

Ale przyznać trzeba, że Sri Dalada Maligawa ma więcej do zaoferowania niż tylko rytuały ku czci zęba. W świątyni znajdują się piękne i bogate ozdoby (szczególnie duże wrażenie sprawiają kły słoni), a cały kompleks jest położony malowniczo nad jeziorem.

Na rozglądanie się po nim jednak też nie miałyśmy zbyt wiele czasu, bo moment odjazdu pociągu do Elli zaczął się ryzykownie przybliżać.

Zaległości w „kandyjskich opowieściach” trzeba było więc nadrobić po powrocie do domu.

I wówczas to doczytałam ciekawostkę, dotyczącą „poważnego naruszenia bezpieczeństwa” w Świątyni Sri Dalada Maligawa, jakie wydarzyło się niecałe trzy miesiące przed naszą wizytą:

Policja na Sri Lance wszczęła dochodzenie w sprawie zdjęcia, które ma przedstawiać ząb Buddy - relikwię, której fotografowanie jest surowo zabronione. Zdjęcie, które obiegło media społecznościowe, miało zostać zrobione podczas ceremonii w Kandy, gdzie pokazano relikwię wiernym po raz pierwszy od 16 lat’ (https://tvn24.pl/swiat/sri-lanka-wycieklo-zdjecie-zeba-buddy-policja-wszczela-sledztwo-st8421731#google_vignette).

Najwyraźniej jednak do czasu, gdy przybyłyśmy na Sri Lankę śledztwo nie przyniosło żadnego wyjaśnienia, bo internet milczy w tej sprawie. Również podczas naszej podróży nikt nawet słowem nie nawiązał do tego zdarzenia.

Myślę więc, że ząb Buddy pozostaje bezpieczny w kandyjskiej świątyni i również w tym wpisie można go pozostawić w spokoju. Pora, by skupić się na dalszej części naszej objazdówki. Bo przecież już nam trudno było doczekać się wyciszenia i relaksu wśród herbacianych pól okolic Elli.

Wizyta w Kandy kończyła najbardziej intensywny etap naszej podróży. Trochę już miałyśmy dosyć zwiedzania świątyń, pałaców oraz wszelkich zabytkowych ruin. Wystarczyło nam parzenia stóp na rozgrzanych kamiennych placach. Upałów podczas przemierzania zabytkowych, rozległych kompleksów. Potrzebowałyśmy na spokojnie poukładać sobie w głowach tę ogromną porcję historycznej wiedzy, którą już wchłonęłyśmy. Potrzebowałyśmy też miejsca, w którym można odetchnąć od lejącego się z nieba żaru.

„Serio, nie śmiejcie się. Gdzieś czytałam o tym wcześniej i też tego doświadczyłam na własnej skórze. W Elli byłam wielokrotnie i nie raz zdarzało się, że w nocy było tak chłodno, iż spałam w długich spodniach i polarze albo pod dwoma kocami. Naprawdę, tam w nocy temperatura potrafi spaść do 15 stopni (...). Poza tym jest to bardzo deszczowe miejsce”- napisała Hania z bloga „Plecak i walizka” (https://plecakiwalizka.com/ella-maly-raj-posrod-dzungli-sri-lanki/). I to nas właśnie pociągało, gdy myślałyśmy o następnym przystanku w podróży.

Z Kandy pożegnałyśmy się beż żalu. Bardziej nas zmęczyło niż urzekło. Z ulgą więc odetchnęłyśmy na kandyjskim dworcu kolejowym, oczekując na wyjazd.

Przejazd pociągiem z Kandy do Elli to jedna z głównych atrakcji Sri Lanki. Do wyboru pozostaje kurs z Kolombo o 9.00 i 11.10, co nam akurat nie dawało żadnego wyboru. Na dodatek z powodu buddyjskiego święta, o którym już pisałam wcześniej, nie udało nam się kupić biletu w przedsprzedaży. Na szczęście w kasie biletowej nie było z tym problemu, choć już bez rezerwacji miejsc siedzących. Ale przecież pogodziłyśmy się wcześniej z tym, że reszta naszej podróży będzie miała tułaczy charakter:).

„Trasa kolejowa z Kandy do Elli wijąca się między górami pokrytymi plantacjami herbaty zaliczana jest do 10 najpiękniejszych tras kolejowych na świecie. Przejażdżka tym pociągiem to coś co po prostu trzeba zrobić! Po drodze widzimy wzgórza w całości pokryte plantacjami herbaty, wiejskie życie, wspaniałe wodospady. Jednak nie tylko krajobrazy, ale też sama specyfika jazdy pociągiem na Sri Lance ma swój urok. Tego po prostu trzeba spróbować!” - to znów wspomniana wcześniej Hania, która była dla mnie omal guru w naszej podróży (https://plecakiwalizka.com/sri-lanka-co-warto-zobaczyc-zrobic-nie-polecam/). Czy więc mogłyśmy zrezygnować z tego punktu programu? Nawet jeśli to rzeczywiście w naszym przypadku była raczej tułaczka niż przygoda?

No bo pociąg z Kolombo przyjechał już zatłoczony. Walizki ledwo udało nam się upchnąć. O miejscu siedzącym można było jedynie pomarzyć. To znaczy tak, mogłyśmy usiąść na schodach jadącego pociągu, ale nam, Europejkom, wychowanym od najmłodszych lat na przepisach BHP, to się po prostu w głowach nie mieściło. Miejsce na schodach zajęli więc młodzi ludzie ze Sri Lanki. A nam pozostało żałować niewykorzystanej okazji przez trzy pierwsze godziny podróży. Upchane jak śledzie zaczęłyśmy się zastanawiać, jak w takich warunkach w ogóle dojedziemy do celu? Zwłaszcza że autorka kolejnego bloga uprzedzała, że pociągi na wybranej przez nas trasie często są spóźnione i jazda może trwać nawet 10 godzin („Podróż na etacie”). Toteż gdy po trzech godzinach stania w korytarzu zobaczyłyśmy, że młodzi ludzie wysiadają z pociągu, to już nie powtórzyłyśmy swojego poprzedniego błędu.

I wtedy nasza podróż naprawdę nabrała nowej jakości. I wiatru we włosach. I zachwytu, w którym już nie przeszkadzały ani bolące nogi, ani inni turyści zasłaniający widok. Nawet jeśli to dalej była tułaczka, to stała się ona dla mnie na tym odcinku trasy tułaczką marzeń. Tak mi było dobrze na tych schodach, że z prawdziwym żalem je opuściłam, gdy w wagonie wreszcie zrobiły się wolne miejsca.

Choć podróżowanie z lankijskimi rodzinami też miało swój urok. Szczególnie ciekawa była dla mnie obserwacja jak mój starszy sąsiad z siedzenia obok przygotowuje sobie posiłek, siekając na przykrytej szmatką dłoni jakieś liście i korzenie za pomocą wielkiego noża. I to centralnie nad głową małego lankijskiego chłopczyka, który wcisnął się pomiędzy nas, korzystając ze skrawka wolnego miejsca. Wszystko to oczywiście na oczach jego rodziców, którzy nie dali nawet mrugnięciem powieki znaku, że ich to mogło zaniepokoić. Cóż, jak już wcześniej pisałam, Lankijczycy raczej nie są za pan brat z jakimikolwiek przepisami BHP.

Ale nawet najciekawsze obserwacje zarówno pejzaży za oknem, jak i towarzyszy podróży, nie spowodowały, że była ona mniej męcząca. Tak na serio, to w pełni przychylam się do opinii wspomnianej powyżej blogerki: „Ta trasa jest niezaprzeczalnie piękna, ale według mnie po 2 godzinach jazdy mózg jest wystarczająco nasycony widokami” (https://podroznaetacie.pl/pociag-na-sri-lance/). Tak, mnie by tyle w zupełności wystarczyło. A co do widoków, to oczywiście, że mnie zachwyciły, ale może zachwyciły by mnie jeszcze bardziej, gdybym wcześniej nie odbyła podróży do tureckiej krainy herbaty, którą już opisałam na tym blogu (https://draft.blogger.com/blog/post/edit/8963971271231758486/1184712107684072999). Możliwe, że dlatego właśnie opowiadam się teraz za skróceniem kolejowych atrakcji. I rekomenduję ją w takim wymiarze, jaki wybrała autorka „Podróży na etacie”. Ona cieszyła się, jazdą w okolicach Elli jedynie przez trzy i pół godziny. Ja niestety pożałowałam, że wybrałam wariant, w wyniku którego dotarłyśmy do celu po siedmiu i pół. Byłam naprawdę zmęczona (głównie tym staniem na początku podróży), a co się z tym u mnie nieodłącznie wiąże, również marudna. Nie smakowało mi jedzenie, mimo że było pięknie podane, nie kupiłam również pamiątek, choć zwróciły moją uwagę takie, których nie widziałam nigdzie indziej w podobnych cenach.

Trochę szkoda, bo Ella warta jest dobrego nastawienia i dobrego humoru. To naprawdę ładne miasteczko. I choć moja guru Hania we wspomnianym już tu wpisie trochę się żżyma, że przemysł turystyczny zrobił z centrum takie ichniejsze Krupówki, to ja jednak jestem z tych, co Krupówki lubią. Tak że do Elli chętnie bym jeszcze w przyszłości powróciła, choć może podczas mniej tułaczej podróży.

Bo trochę mało mi było Krupówkowych klimatów, którymi nie zdążyłam się nacieszyć, zanim właściciel naszego następnego pensjonatu wywiózł nas na nocleg poza krytykowane przez ulubioną blogerkę turystyczne centrum. I nie, nie narzekam z tego powodu, bo to było dobre miejsce do wypoczynku po męczącym dniu.

Ale wspominając dziś Ellę, zwyczajnie za nią zatęskniłam. I teraz widzę, że potraktowałam to miasteczko bardzo po macoszemu, nadając mu podczas planowania zaledwie status miejsca zakończenia głównej lankijskiej atrakcji. Wybacz mi Ella. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś nadrobimy tę znajomość, której podczas naszej podróży niestety nie zdążyłyśmy nawiązać...

poniedziałek, 1 czerwca 2026

WIATR WE WŁOSACH - do poprawy

 

W Dzień Dziecka facebook przypomniał mi post Agnieszki Kozak, który zamieściłam na swoim koncie dokładnie rok wcześniej. Autorka z bliskimi była wówczas w trakcie pielgrzymki do Santiago de Compostela i w związku z moim zainteresowaniem tym szlakiem odczuwałam jakąś potrzebę obserwacji jej poczynań.

Jak wiele osób, wrzucających w internet relacje z kolejnych pielgrzymkowych dni, również pani Agnieszka dzieliła się codziennymi przemyśleniami z wirtualnymi obserwatorami. W pierwszy dzień czerwca na jej koncie ukazał się filmik zatytułowany: „Nie zgubmy człowieka, realizując swoje cele” (https://www.facebook.com/reel/1271870654363266). Treść obserwowanej wypowiedzi brzmiała:

„Kiedy moja Marysia była mała, chodziłyśmy po plaży. Ja szłam przodem i co jakiś czas wracałam. I któregoś dnia Maria powiedziała: „Wiesz, znacznie mi łatwiej iść, kiedy po mnie wracasz”. Dokładnie mam takie doświadczenie dzisiaj. Kiedy już ledwo żyję i ledwo idę, to za każdym razem Marek zatrzymuje się i czeka na mnie aż dojdę. I myślę sobie o tym, że to jest bardzo ważne, kiedy idziemy razem, żeby ten drugi się zatrzymał i pozwolił dojść, spotkać się z tą drugą osobą i wtedy jest łatwiej iść razem i złapać tempo. I być może dlatego czasami odpadamy z relacji, że ktoś nie chce się zatrzymać, bo postanawia iść ze sobą, dla siebie, nie patrząc na to, że gubi człowieka. Więc tak sobie myślę dzisiaj, że chciałabym wam powiedzieć o tym, żebyśmy nie gubili człowieka, żebyśmy chcieli czasami zrezygnować ze swojego tempa na rzecz tego, że idziemy razem.”

I teraz dumam nad sytuacjami, w których wypadałam z relacji. Kiedy gubiłam się, bo w moim życiu działo się coś, co nie pozwalało mi przyspieszyć. Kiedy nie tylko że zwalniałam, ale nawet stawałam w miejscu. I smutno mi, że działo się to za każdym razem, gdy los mnie doświadczał.

Tak, udawałam wtedy silną, choć być może nieudolnie. Bo nauczyłam się, że gdy nie udawałam, to narażałam się na oskarżanie o psucie miłej atmosfery. O ”pokazywanie humorów”. O to, że trudno ze mną wytrzymać. Na dodatek to były komentarze rzucane gdzieś za moimi plecami, czyli takie, które nie inicjowały rozmów i nie pozwalały niczego tłumaczyć.

Bardzo mnie to bolało i boli nawet po latach, że można w taki sposób oceniać zachowanie osób po traumach i wszelkich życiowych dramatach. Że oczekuje się od nich, żeby spełniały oczekiwania otoczenia, dotyczące zakładania układnych masek i uśmiechów, przykrywających ból.

I dopiero teraz, gdy po raz drugi wysłuchałam tekstu Agnieszki Kozak, dotarło do mnie, jak bardzo wciąż mam to nieprzepracowane. Z jakim żalem wspominam te wszystkie sytuacje, kiedy nie dość, że życie mi dokopało, to jeszcze sypały mi się relacje.

Myślę o śmierci syna, gdy po krótkim okresie żałoby oczekiwano, że wrócę do stanu sprzed tego zdarzenia i będę taka sama jak przed nim. O okresie niepełnosprawności męża, kiedy wszystko, włącznie ze stanem depresyjnym drugiego dziecka, dźwigałam samotnie na swoich barkach. O własnej chorobie - nie tylko o depresji, ale i onkologicznej, z którą borykałam się „po cichu”, bez skarg i próśb o pomoc.

Bo przecież nie chodziło mi o to, by ktoś się nade mną użalał. Żeby ktoś się zaopiekował moimi słabościami. Wystarczyłoby je tylko po prostu dostrzec. Tylko potowarzyszyć mi w moich trudnościach.

Tymczasem czułam się coraz bardziej wyobcowana. I właściwie, to nie umiałam nawet wyartykułować, czemu mi tak źle wśród osób, które uważałam wówczas za najbliższe. Bo przeciez przede wszystkim od nich spodziewałabym się wsparcia.

A teraz, właśnie dzięki Agnieszce Kozak, uświadomiłam sobie, że największą trudność stanowiło wtedy to, że poza epizodycznymi wyjątkami, nie było wśród nich ludzi, którzy by na mnie po prostu zaczekali.

Jakoś najbardziej to odczułam po powrocie do szkoły z urlopu zdrowotnego. Miał mi pomóc zebrać siły, by próbować dogonić peleton. Zamiast tego przyniósł pandemię covid-19 z niesamowitym strachem, że powrót do szkoły przyczyni się do sprowadzenia zarazy i śmierci na ciężko chorego męża.

Trudno było pracować z takim nastawieniem i w warunkach, które zupełnie się zmieniły podczas mojej nieobecności. Nie odnalazłam się już w nich. Mówiłam o tym głośno. Ale z perspektywy czasu dostrzegam, że jakby nikt tego nie słyszał.

A ja nie chciałam nikogo prosić o zrezygnowanie z jego tempa na rzecz tego, że idziemy razem. Miałam świadomość, że jeśli ktoś postanawia iść naprzód ze sobą, dla siebie, to obecność spowalniacza będzie mu przeszkadzała. Nie chciałam przeszkadzać. Uważałam, że nikt nie ma obowiązku zatrzymać się, by mnie podholować do przodu.

Nadal tak uważam. Ale już przynajmniej nie biorę na siebie winy za to, że nie idziemy dalej razem. Odpadłam od peletonu, choć tak bardzo starałam się go dogonić. Ale to dzięki Tobie Agnieszko, spojrzałam na tych ludzi z przodu i zrozumiałam, że to oni mnie zgubili, realizując swoje cele. Że to był ich wybór.

Pognali przed siebie, nie oglądając się na mnie. Straciłam ich z oczu. Skończyło się podążanie za nimi.

I dobrze, bo to zmusiło mnie do szukania własnej drogi. Nie było łatwo, ale się udało. Odnalazłam się. Podoba mi się kierunek, w którym teraz podążam. Idę we własnym tempie. Przyspieszam. I czuję wiatr we włosach...

środa, 27 maja 2026

MAJ W TRYBIE PRZETRWANIA - do poprawy

 

„Upływa maj, upływają skowronki. Czas nie zatrzymuje się w miejscu tylko płynie” - taki post wrzuciła przedwczoraj Maja Kowalewska na konto „Chaos i inne piętra”. A ja pożyczyłam sobie to poetyckie sformułowanie dla potrzeb Akademii Rodzica.

Tak naprawdę, to nie wiem, kiedy ten maj upłynął. Albo raczej zupełnie odwrotnie – wiem i to bardzo dobrze. To było wtedy, gdy spędzałam całe dnie w pracy lub desperacko próbowałam po niej wypocząć, by przygotować się do kolejnego dnia, spędzanego w pracy. Bez czasu poświęcanego na zachwyty nad światem, zanurzonym w obfitość zieleni w iście barokowy sposób. Bez wystarczającej dawki wąchania bzów i konwalii, słuchania ptasich trelów, wystawiania twarzy do słonka. Bez spacerów po lesie, pikników na trawie, wypadów za miasto…

„Maj przepływa przez serca, przez oczy i palce” – napisała w swoim poście Kaja. I tak szybko przechodzimy z tym zdaniem z czasu teraźniejszego w przeszły. Już prawie po maju...

Tak, spędziłam ten miesiąc w trybie przetrwania. Wciąż odliczam dni i tygodnie do zakończenia obecnego roku szkolnego. Ale na szczęście także podejmuję działania, żeby w następnym mieć więcej czasu na cieszenie się życiem.

Dziś jest ten dzień, gdy pierwszy raz w życiu zwolnię się z pracy – napisałam rankiem do Madzi, dołączając fotografię swojego wypowiedzenia.

Jak zapowiedziałam, tak zrobiłam. To jest właśnie mój pierwszy krok w celu zapewnienia sobie większego komfortu w przyszłości. Taki był plan. I wszystko zgodnie z nim idzie. Już nawet pani dyrektor pokazała mi podanie o zatrudnienie mojej następczyni. Dyrekcję interesowała moja opinia na temat wykształcenia nowej psycholożki. Wydałam jej pełną rekomendację, ukończyła tę samą uczelnię co ja. Cieszę się bardzo, że Małgosia będzie miała profesjonalną współpracowniczkę, a moi kochani uczniowie opiekę na najwyższym poziomie.

Drugi krok wygląda zupełnie podobnie do pierwszego tylko dotyczy Centrum Wsparcia i Rozwoju Kraina Możliwości. Już końcem kwietnia zapowiedziałam tam Beacie, że kończę u nich pracę z ostatnim dniem roku szkolnego i informuję o tym dwa miesiące wcześniej, by właścicielki znalazły za mnie zastępstwo na wakacje. Znalazły, z czego bardzo się cieszę. Postanowiłam więc ustąpić pola nowej psycholożce na stałe i nie wracać do Krainy Możliwości od września. No i to się niestety nie do końca udało. Bo po pierwsze nie wszystkie procesy terapeutyczne zdążę dokończyć w czerwcu. Po drugie opór Beaty jest spory. A do tego naprawdę lubię tę pracę i dużo się w niej uczę. Gdyby nie obecne przemęczenie, to bym się pewnie dalej jej trzymała. To naprawdę dobra odskocznia od szkoły.

Ale niestety mój organizm się buntuje po całości przeciwko wieczornym powrotom z Oświęcimia. I muszę coś z tym zrobić. Być może jakimś kompromisem byłoby, gdybym w przyszłym roku szkolnym pracowała w Centrum tylko w jedno popołudnie w tygodniu. Czas pokaże. Ta sprawa jest jeszcze otwarta.

Szczerze mówiąc, jeszcze niedawno miałam huraoptymistyczną nadzieję, że od września będę psychologiem już w swoim własnym centrum. Marzyłam o tym od dawna, lecz za każdym razem, gdy na poważnie przygotowywałam się do tego przedsięwzięcia, to życie zaskakiwało mnie jakimś kolejnym zakrętem. No i jak miałam iść w nowe, gdy waliły mi się tyły po całości? Gdy trzeba było skupić się na tym, by w ogóle przetrwać?

Ale Beatę lojalnie uprzedziłam, że temat założenia własnego centrum jest wciąż otwarty. Od pierwszej rozmowy w sprawie zatrudnienia w Krainie Możliwości znała moje plany. Teraz też nie ukrywam przed nią, że stawiam kolejne kroki, przybliżające mnie do spełnienia tego zawodowego marzenia. Jestem na etapie rozmów biznesowych na temat zakupu nieruchomości pod swoje centrum.

To mój krok trzeci – bardzo konkretny, poważny i pewnie ryzykowny. Niemniej podjęłam już decyzję i choć się boję konsekwencji, to prę do przodu. Miło stać się na powrót człowiekiem decyzyjnym.

Zdaje mi się, że to pragnienie podróży nauczyło mnie na powrót decydowania. Zaczęło się od szalonego pomysłu na wyprawę na Malediwy i Sri Lankę w zeszłe wakacje, potem były ferie w Gambii i Senegalu, a teraz…, teraz też jestem w trakcie przygotowań do pięknej wakacyjnej podróży. I choć za każdym razem podejmowanie tych podróżniczych decyzji, to ogromne wyzwanie, stres i obawy, to jednak uczę się, że mimo wszystko warto realizować marzenia. I doskonalę umiejętności w zakresie decydowania, które później przekładają się na inne dziedziny mojego życia.

Tak więc to dzięki potrzebom podróżowania na powrót wraca w nie sprawczość. Jestem za to podróżom bezgranicznie wdzięczna. I sobie, gdy wbrew całemu światu za tymi potrzebami podążam. Już niewiele mi zostało do następnej podróży. Muszę tylko jeszcze przetrwać w pracy równo miesiąc.

„Za tydzień zaczyna się czerwiec. Czekają nas trzy miesiące ciepłych wieczorów, tuptania bosymi stopami po nagrzanej ziemi. Lody, truskawki, kawa na tarasie o poranku. Zapach deszczu na ciepłym asfalcie. Kwiaty, pełno kwiatów. Będzie pięknie” (Kinga Arciszewska) – to z kolejnego przedwczorajszego postu, który też zamieściłam na koncie Akademii Rodzica. I to nie tak, że jakoś chcę wyróżnić specjalnie i promować te blogerki czy pisarki, które tutaj cytuję, bo nawet specjalnie nie znam ich twórczości. Ot, wpadam na facebooka i z tego, co mi się wyświetli, wybieram coś, co do mnie w danej chwili trafia, przekazuję dalej i… wypadam.

W taki sposób na razie prowadzę swoją Akademię Rodzica, bo na nic innego czasu nie mam. No trudno, jak wiele innych spraw w moim życiu tak i ona teraz musi poczekać. Tak jak tuptanie bosymi stopami po nagrzanej ziemi. Jak kawa na tarasie o poranku.

Czy nie przegapię czerwcowych truskawek i lodów, to tego też jeszcze nie wiem. Ale mam nadzieję, że poczuję chociaż zapach deszczu, który nadejdzie po upalnych ostatnio dniach. Ciepło wieczorów. Zachwyt nad letnimi kwiatami. Nad pełnią kwiatów…

Oby...

piątek, 8 maja 2026

MAJÓWKA WSZECH CZASÓW;) - Do poprawy

 

Widziałaś tytuł rolki? - pytam dziś Anię, nawiązując do przesłanych jej wspomnień turystki z Tulipanowej Polanki, którą my też odwiedziłyśmy w długi majowy weekend.

https://www.facebook.com/reel/844445818704948

Mała Holandia - hahaha

Naprawdę bawią mnie takie deczko napuszone porównania. Choć oczywiście to w niczym nie umniejsza zachwytu nad miejscem pełnym kolorów, zapachów i tulipanowej różnorodności w pełni swego zakwitu.

Aby spacerować wśród łanów tulipanów, wcale nie trzeba jechać do Holandii 🌷🥰 Pole tulipanów można znaleźć także i w Polsce! A dokładnie w położonej nieopodal Zatora wsi Polanka Wielka” – reklamuje autorka rolki.

No tak, do Holandii więc nie pojechałyśmy - na długi weekend Ania zjechała do mnie, a tulipanami zachwycałyśmy się podczas wycieczki niedaleko od domu. Tulipanowa Polanka znajduje się dokładnie dziesięć minut jazdy od Oświęcimia.

Do tego polskie Malediwy i zrobił nam się (...) weekend międzynarodowy – kontynuuję korespondencję z Anią.

Tak, takie miejsce też znajduje się niedaleko naszego domu. Mieści się na terenie Parku Gródek w Jaworznie. Kiedyś we wczesnej młodości naszych synów odwiedziliśmy go, bo w tamtejszej bazie nurkowej Koparki chłopaki rozpoczynali kurs nurkowania, ale nie jest to niestety wspomnienie pozytywnego doświadczenia (więcej w aneksie).

Szkolenie miało się skończyć wystawieniem profesjonalnego certyfikatu, za co z góry zapłaciłam, a nie było to mało (pełny kurs nurkowy plus certyfikat ukończenia dla dwóch osób). No cóż, nurkowanie z Centrum Nurkowym Dekompresja Łódź skończyło się na tym jednym razie – organizator  już się więcej w tym miejscu nie pojawił (a jeśli sie pojawił, to nas o tym nie zawiadomił), a Fast Deal, gdzie je wykupiłam, też się na mnie wypiął, bo przecież zawarłam umowę podobno nie z nim, lecz bezpośrednio z nurkami. W tamtym czasie (a może i w tym – tego nie wiem) zakupy grupowe kierowały się prostą zasadą, wyrażoną na stronie jednej z ich platform: „Sprzedawca ponosi wyłączną odpowiedzialność wobec nabywców za opiekę i jakość reklamowanych produktów i usług”. Niniejszym pośrednik umywa ręce. Nie wiem zresztą, czy Fast Deal jeszcze w ogóle istnieje, po wpisaniu tego hasła w internet, wyskakuje mi teraz komunikat: „ta witryna jest nieosiągalna”.

Nic więc chyba w tym dziwnego, że w związku z niewykonaniem usługi przez Dekompresję czułam się oszukana, co niestety przełożyło się na niechęć do powtórnego odwiedzania miejsca, które o tym oszustwie mi przypominało.

Ale dla Ani jestem w stanie zrobić wszystko, nawet doznać chwilowej amnezji minionych złych doświadczeń. Wszystko tylko po to, by ona wyjechała ode mnie z doświadczeniami jak najbardziej pozytywnymi. A Malediwy w zasadzie to gwarantują:).

Podczas wycieczki w polskie miejsce o tej nazwie chciałam nawiązać do cudownych malediwskich wspomnień z naszych ostatnich wakacji. Nawiązałam. I o dziwo, była to przyjemność również dla mnie. Okazało się, że wspomnienia nurkowe już dawno wyblakły, a miejsce zmieniło się na tyle, że nawet chwilami trudno je było przypasować do wydarzeń, które rozpoczęły się piętnaście lat temu. Poza tym najbardziej atrakcyjne miejsce Parku Gródek to wcale nie zbiornik Orka, gdzie znajduje się baza nurkowa Koparki. Trzeba nam było przejść wzdłuż jego brzegu trochę dalej - pięknym, pachnącym czeremchami lasem z rozkwitłymi pierwiosnkami i poziomkami.

„Park Gródek to „unikatowy teren rekreacyjny powstały na dnie dawnego kamieniołomu dolomitu Cementowni „Szczakowa”. Obiekt zyskał ogólnopolską sławę dzięki zbiornikowi „Wydra”, charakteryzującemu się turkusową wodą i systemem drewnianych pomostów, które przy wysokim stanie wód bywają malowniczo zatopione. Park oferuje liczne punkty widokowe na wysokich, wapiennych klifach oraz ścieżki edukacyjne zarządzane przez ośrodek GEOsfera” (https://dziennikzachodni.pl/gdzie-na-weekend-w-60-minut-od-katowic-30-pieknych-miejsc-w-wojewodztwie-slaskim-idealnych-na-jednodniowa-wycieczke/gh/c7p2-28925409).

I trzeba przyznać, że miejsce to w długi majowy weekend miało już istotnie wakacyjną atmosferę, której się od Malediwów oczekuje. Pierwszy krótki rękawek w tym roku, lody z owczego mleka i lemoniada w różnych smakach zrobiły swoje. I nawet nie przeszkadzało to, że stan wody był tak niski, iż po jednej stronie pomostu prawie jej nie było. Znaczyło to tylko tyle, że jeszcze trzeba tam wrócić, gdy będzie jej więcej.

Ania przyjechała do nas ostatniego dnia kwietnia. Akurat po nocy z takim przymrozkiem, który zbrązowił kwiaty magnolii i zwarzył młode listki róż na wierzchołkach pędów. Nie wyglądało to dobrze ani pod kątem aury, ani pod kątem mojego samopoczucia. Ryłam nosem po podłodze ze zmęczenia, pracując intensywnie od rana do wieczora przez poprzednie dni tygodnia. Bałam się, że w ogóle nie uda mi się ogarnąć niczego w mieszkaniu tak, żeby choć można było w miarę normalnie w nim funkcjonować. Dodatkowo obawiałam się, że w tym stanie wykończenia będę dla Ani żadnym towarzystwem. Że zwyczajnie, jak w każdy weekend ostatnio, po prostu padnę zmęczona do wyra i mimo najlepszych chęci nie podniosę się z niego aż do rozpoczęcia dniówki w następnym tygodniu pracy.

Ale niepotrzebnie się martwiłam. Wizyta Ani zmobilizowała mnie do przeżycia długiego weekendu w najpiękniejszy możliwy sposób. I nie było to okupione jakimś wysiłkiem ponad siły. Wraz z przyjazdem Ani poczułam, jakbym znalazła odpowiedzi na swoje od dawna zaniedbywane potrzeby. A wraz z nimi przypływ energii na ich zaspokajanie. I to jednocześnie mnie zaskakiwało i cieszyło. 

To była ta sama przemiana, którą czuję wraz z początkiem omal każdej wakacyjnej wyprawy, nawet jeśli się rozpoczyna tego samego dnia, w którym kończę cały, zazwyczaj bardzo wyczerpujący rok szkolny. Jakby wraz z rozpoczęciem trybu pod tytułem "wakacje w podróży" nagle następowała mobilizacja wszystkich sił do przeżycia pełni nadchodzącego czasu. Jakby w jakiś cudowny sposób znów podłączano mnie do prądu, żebym mogła jednocześnie i tryskać energią, i ładować akumulatory.

I tak właśnie ładowałam je przez cały pobyt Ani w naszym domu. Podczas wspólnych posiadówek przy kawie i herbacie, rozmów przy winie i cydrze, seansów w „domowym kinie”, eksperymentów z maseczkami i kadzidełkami, spacerków nad rzeką z Wafelkiem i Maksiem, pichcenia w kuchni z wypróbowywaniem starych i nowych przepisów, testowania jedzenia w znanych nam i nieznanych lokalach oraz, o czym już pisałam powyżej, w trakcie wyjazdów na wycieczki. Fajne też było to, że sama mogłam wówczas skorzystać z okazji zobaczenia takich miejsc w okolicy, do których nigdy wcześniej nie dotarłam. To nie było więc obwożenie gościa po znanych mi okolicznych atrakcjach tylko zapewnienie również sobie świeżej porcji wrażeń.

Tylko wycieczka do Krakowa odbiegała od tych kryteriów. Ale to z kolei było zaspokojeniem pragnienia, które od dawna żywiłam. Wiosenny Kraków – tak bardzo chciałam w nim pobyć, tylko że jak dotąd, brakowało sił, by zrealizować ten zamysł. I tak odkładałam wyjazd z tygodnia na tydzień, aż w końcu na Wawelskim Wzgórzu przekwitły magnolie, które tak bardzo chciałam zobaczyć od momentu, kiedy Madzia przesłała mi fotkę zamku na tle ich rozkwitłych kwiatów.

Gdy w końcu wybrałyśmy się do Krakowa z Anią, to wiedziałam, że już za późno na ich podziwianie. Ale i tak pognało mnie, by sprawdzić, jak wygląda Wawel podczas majówki. A ja pognałam Anię. I wprawdzie na magnolii udało nam się wówczas wypatrzeć zaledwie kilka ostatnich, pozostałych po pełni sezonu kwiatów, ale i tak pobyt w ogrodach zamkowych dostarczył nam przepięknych wrażeń. Bo znad naszego stolika z dwoma szklaneczkami piwa mogłyśmy oglądać świat niczym z bajki - cieszyłyśmy oczy różnokolorowymi tulipanami, które akurat rozkwitły na Wawelskim Wzgórzu.

Tulipomania! Aż trudno uwierzyć, że w pierwszej połowie XVII wieku cebulki osiągały bajońskie sumy – skomentowała Madzia, gdy przesłałam jej zdjęcia.

Ale o „tulipanowej gorączce” pisałam już zeszłej wiosny. A tym razem w Krakowie zachwycałam się również morzem innych kwiatów – pod Wawelem kwitły także łany skalniaków, na Plantach pierwsze w tym roku pachnące bzy, a na Placu Wszystkich Świętych zaspokoiłyśmy wreszcie apetyt na kwitnące magnolie i to w dodatku żółte.

- Jaki to piękny city break – wychwalała co rusz Ania.

Tak, było wspaniale, a do wawelskich wrażeń dodałyśmy jeszcze tego dnia relaks w Thai Bali Spa na Floriańskiej, a także coś dla ducha, czyli muzyczne uniesienia z Trio fortepianowym Chopin & Friends.

Uległyśmy reklamie: „Daj się oczarować piękną muzyką (...) w niezwykłym wnętrzu [z XVII wieku - przyp.aut.] o fenomenalnej akustyce. Ten wyjątkowy wieczór będzie pełen magicznej atmosfery, którą stworzy blask świec odbijający się w złoceniach i marmurze”. 

No i od razu poszłyśmy na całość i wykupiłyśmy bilety na koncert VIP z winem:).

Tu jeszcze trochę reklamy:

„Ciesz się koncertem muzyki klasycznej w wyjątkowej barokowej sali z akustyką u stóp najważniejszej rezydencji w Polsce, Zamku Królewskiego na Wawelu. Posłuchaj najsłynniejszych kompozycji wszech czasów, w tym najpopularniejszych utworów Chopina, w wyjątkowych aranżacjach na fortepian, skrzypce i wiolonczelę.
Usłysz różnorodną muzykę, od Mozarta po Gerschwina, od muzyki filmowej po "hity" muzyki klasycznej. Przenieś się do magicznego świata muzyki, słuchając kulminacji różnych stylów muzycznych, w tym muzyki klezmerskiej i fragmentów muzyki operowej. Posłuchaj Chopin Chamber Trio, zespołu z Krakowa, złożonego z wybitnych polskich artystów młodego pokolenia” (https://www.getyourguide.com/pl-pl/krakow-l40/krakow-koncert-piano-trio-chopin-friends-vip-z-winem-t960197/?ranking_uuid=43bb6062-876c-4510-87b0-cae299ee52a9).

Reklama nie była czczą obietnicą. Koncert w Klasztorze Ojców Bernardynów nam się podobał, a prosecco zaszumiało w głowie. Dawno nie czułam się taka szczęśliwa, wracając z Krakowa do domu.

To była majówka wszech czasów – napisała Madzia po moich fotorelacjach. I trudno byłoby się z tym nie zgodzić:). Dziękuję Ci Aniu:)


Aneks

Postanowiłam tutaj rozliczyć się ze wspomnieniami, aby już nigdy nie psuły mi pobytu w miejscu, do którego chciałabym jeszcze w spokoju powrócić. I nie chodzi tu o oskarżanie po latach, lecz o zamknięcie przykrej sprawy w przeszłości.

Kurs nurkowy dla chłopaków wykupiłam 15 lat temu, ale niestety wszystko poszło nie tak jak trzeba i po pierwszym spotkaniu i wpłaceniu organizatorom pieniędzy ze stron firmy Dekompresja Łódź zapadło złowrogie milczenie. Ale ja nieustannie grzecznie prosiłam. Zamieszczam tu fragmenty niektórych maili z datami przesłania: 

(07.07.2012):

Przypominam się z dokończeniem kursu moich chłopaków. Może Panowie podacie nam, jaki macie harmonogram w tym roku, a my spróbujemy się gdzieś wstrzelić. Też chcemy już zaplanować własne wakacje.

Niestety moje prośby nic nie dały. Po licznych próbach kontaktu napisałam więc w tej sprawie następującego maila: 

(01.09.2012):

Proszę o zwrot naszych wpłaconych Państwu pieniędzy w kwocie 1800 zł, tzn, zwrot za 2 kupony po 100 zł i dopłatę w kwocie 1600 za kurs wraz z certyfikatami, którą wpłaciłam Państwu w dn. 23.07.2011r. w bazie przy akwenie Koparki w Jaworznie - Szczakowej. Za te pieniądze spodziewaliśmy się nabyć umiejętności i uprawnienia zgodne z ofertą zawartą w kuponie. Niestety po tym dniu wpłacenia pieniędzy nie spotkaliście się Państwo więcej z moimi synami, którzy mieli być uczestnikami Waszego kursu. Od sierpnia 2011r. pisałam i próbowałam dzwonić do Państwa w tej sprawie, niestety bezskutecznie.

Reakcją była… cisza. Napisałam więc bezpośrednio do osoby, która odezwała się do mnie w przeciągu tego czasu 1 (słownie jeden) raz – udało mi się zdobyć jej adres mailowy:

(13.09.2012):

Za wszystko to oczywiście zażądaliscie Państwo opłaty z góry i skasowaliście mnie na 1800 zł już ponad rok temu.Dlatego ponawiam żadanie zwrotu tej kwoty, które wysłałam w dn. 01.09.(...)

Jeszcze raz podejmuję próbę kontaktu z Państwem - pisałam już niezliczoną ilość razy na adres dekompresja-lodz@tlen.pl, a także przesłałam 7 prywatnych wiadomości, logując się na Państwa stronie. Do tej pory w całej tej historii korespondencji i nieodebranych telefonów, dostałam odpowiedź tylko raz w dniu 13.12[2011], pod którą Pan był podpisany.

To zmobilizowało Pana do odpisania. Nie była to miła odpowiedź, przytaczam znów skrót -  tej spokojniejszej części: 

(16.09.2012):

Strona i mail na który Pani podobno pisała jest nieaktualny i nie mam do niego dostępu. Powstała nowa strona a mail został zablokowany. (...) Prosze napisać jaką ma Pani propozycje rozwiązania tej sytuacji. Tylko tym razem prosze pisać już na tego maila, gdyż powtórzę tamten jest nieaktualny.”

Zagotowało się we mnie. Niemiły ton oraz lekceważenie i poddawanie w wątpliwość korespondencji, na którą miałam fizyczne dowody w postaci wysłanych maili podziałało na mnie jak płachta na byka. Napisałam takie wyjaśnienie, po którym Pan od razu spuścił z tonu: 

(01.10.2012)

Przepraszam za długą zwłokę w odpisaniu na Pani maila. Może dokładnie opiszę sytuację. W zeszłym roku firma, C.N. Dekompresja łódź należała do drugiej osoby, którą poznała Pani w Jaworznie. Ja byłem tylko i wyłącznie instruktorem szkolącym w niej. Jednakże szczerze czuje się w pewien sposób zobowiązany do kursów. Sprawa wygląda tak: zwrócić kosztów niestety nie mogę, gdyż to nie ja nimi dysponowałem, a także kurs został w pewnym stopniu wykonany.”

Obietnicę dokończenia kursu wówczas otrzymałam. Niestety tylko obietnicę. A czas sobie płynął dalej. Kolejną wiadomość otrzymałam dopiero w kolejnym roku: 

(14.10.2013)

Z mojej strony sądzę, że jest wszystko w porządku, gdyż chce być fair co do klientów, którzy zaczęli coś w firmie Przemysława Lesiaka, u której byłem TYLKO instruktorem. Zaproponowałem, że mogę dokończyć ten kurs, mimo że kurs nie został dokończony w firmie, która nie istnieje, a tylko tam szkoliłem. Z mojej strony uważam, że robię więcej niż mogę.

Proszę o podanie maila kontaktowego do syna, abym mógł z nim ustalić termin wyjazdu na nurkowisko.

pozdrawiam

Adam Pszczyński”

Po czym nadawca przestał robić więcej niż mógł, a nawet cokolwiek robić i kontakt się urwał. To znaczy ja próbowałam to ciągnąć dalej (i to jeszcze długo): 

(30.03.2015)

Już nie wiem, co mam do Pana napisać - mija rok za rokiem, a ja wciąż nie mogę się doczekać na wykonanie usługi. I to już jest naprawdę ostatni sezon, kiedy o to proszę. Piszę już teraz, bo właśnie zaczynamy już sobie układać wakacje na przełomie lipca i sierpnia i nie chciałabym, aby terminy się potem nałożyły.

Czekam na jakiś kontakt, wszystkie namiary na mnie Pan ma.

Aż w końcu kilka miesięcy później Bartek umarł. I wszystko przestało być ważne – wszelkie plany, marzenia, a także ta kasa, którą bezapelacyjnie straciłam – a to nawet przecież teraz po piętnastu latach duża kwota. Sprawa stała się nieaktualna. Choć i tak już wcześniej była beznadziejna.

I tylko to mnie zaskoczyło, że gdy w momencie pisania tego aneksu wygooglałam hasło „Dekompresja Łódź”, to okazało się, że firma nadal istnieje i ma się nawet całkiem dobrze. A na stronie podany jest kontakt i namiar na tę osobę, z którą ja korespondowałam (choć to chyba nieadekwatne określenie, więc nazwijmy to; „do której ja pisałam” i to przez lata).

Pozostawiam sprawę bez dalszego komentarza. I cóż, nie widzę innego wyjścia jak tylko o niej zapomnieć. Bo na cokolwiek innego i tak już brakuje mi sił.



środa, 29 kwietnia 2026

Chęć naprawiania świata - do poprawy

 

Miało być o czymś zupełnie innym. Ale niepodobna odciąć się od tego, co się wydarzyło w Polsce w ostatnich dniach. Jeszcze we mnie tyle emocji, tyle refleksji, które wciąż napędzają serce i głowę, zmuszając do przypatrywania się sprawom, w których stronę dawno już nie spoglądałam.

Gdy przeglądam dziś internet, to mam wrażenie, że o akcji Łatwoganga napisano już wszystko, co można było napisać i nie ma sensu tego powielać. Lecz to, co z nią związane wciąż we mnie żyje – rezonuje i odtwarza się na nowo.

Że byliśmy wczoraj świadkami historycznego wydarzenia, to fakt. Że pobito rekord Guinessa jeśli chodzi o wysokość zebranych pieniędzy podczas internetowego streamu charytatywnego, to zupełnie nieoczekiwane osiągnięcie. Że koleś działający jako influenser wespół w zespół z raperem zrobili dla dzieci chorych na raka znacznie więcej niż wszystkie czołowe sławy, politycy, czy celebryci razem wzięci, to po prostu niewiarygodna sytuacja. Bez rządowego wsparcia. Bez pieniędzy z państwowej kasy. Bez finansowego zaplecza jakiejkolwiek organizacji.

To jest to wszystko, o czym donosi internet. Ale we mnie dzieje się chyba jeszcze więcej.

Uruchomiły mi się takie obszary myślenia i zachowania, o których istnieniu w sobie nawet chyba nie wiedziałam. Już skala otwartości na nowe zaskoczyła mnie na maksa. To ona spowodowała, że wczorajszy dzień przesiedziałam prawie w całości przed komputerem, po raz pierwszy w życiu obserwując i wkręcając się w coś takiego jak internetowy stream, na dodatek prowadzony przez kogoś, kto na dobrą sprawę przy przychylnym układzie czasowym mógłby być moim wnukiem. I w tym czasie odkryłam, ile tak naprawdę łączy nasze pokolenia. Mimo różnic w języku, wyglądzie, sposobie bycia nagle w młodych ludziach zobaczyłam coś, co cechowało moją młodość – chęć naprawiania świata. Obdarowania dobrem tych, którzy ze względu na swoją życiową sytuację, nie mogą sami po nie sięgnąć.

I patrząc na świat przez pryzmat takiego celu nagle okazało się, że różnice w kwestii języka, wyglądu czy też sposobu bycia są zupełnie nieistotne. To tylko zewnętrzna otoczka dla tego, co w człowieku najważniejsze i co zawsze stanowiło jego istotę. I mimo swojego wieku, doświadczenia, funkcjonowania w zupełnie innych realiach, zaczęłam się nagle utożsamiać z tym, co głosi influenser (choć do tej pory nie miałam zbyt wysokiego mniemania o ludziach, którzy się tym parają), raper (tu z kolei zawsze żywiłam niechęć do wykrzykiwanych przez takich typów tekstów, naszpikowanych często przekleństwami czy też wulgaryzmami), gość wytatuowany w najprzeróżniejszych miejscach (to zaś przejaw mojego negatywnego stosunku do każdej z form okaleczania ciała). Bo mimo wszystko okazało się, że więcej nas łączy niż dzieli.

Czuje przecież te same emocje, co ludzie prowadzący streama – niepewność, radość, ekscytację… To połączenie na emocjonalnym poziomie, nie racjonalnym, bo absolutnie nie roszczę sobie prawa do tego, by od razu stwierdzić, że rozumiem świat młodych. Ale to mi nie przeszkadza. Najważniejsze wartości są wspólne i to w ich obronie dziś wystąpiliśmy ramię w ramię – cała społeczność po dwóch stronach ekranu, starzy z młodymi, znane osobistości z szaraczkami, takimi jak ja. Wzajemnie się wspierając.

I na tym polu przeżyłam największe zaskoczenie dla samej siebie. Bo czy mogłam się kiedyś spodziewać, że dla dobra sprawy, będę godzinami warować przy kompie, obserwując program, gdzie z punktu widzenia pokolenia wychowanego na kinie szybkiej akcji, nic się tak naprawdę nie dzieje? Że będę w internecie wyszukiwać informacje na tematy hip hopu i kultury tego zjawiska, poczynając od nowego dla mnie słowa „diss”? Że będę lajkowała wyświetlające mi się reklamy każdego studia tatuażu, które włączyło się w akcję Łatwoganga, „ozdabiając” skórę klientów kultowym już chyba wizerunkiem pary tłukącej maczugami raka (a właściwie kraba, bo to ten biedak niestety widnieje na tatuażowym wzorze)? Wygląda to nawet trochę tak, jakbym popierała przemoc wobec zwierząt w najczystszej postaci. Zwłaszcza w kontekście trudnej dla mnie do przyjęcia narracji walki.

Nie czułam się do tej pory komfortowo, gdy docierały do mnie historie o tym, że ktoś wygrał lub przegrał z chorobą nowotworową. Bo miałam wrażenie, że dodatkowo obarcza się chorego człowieka odpowiedzialnością za coś, na co przy raku raczej nie ma się żadnego wpływu. Choroba onkologiczna najczęściej rządzi się swoimi prawami i nie do końca potrafią je zmienić ludzkie działania. To czasem wygląda tak, jakby przypisać jednostce porażkę lub zwycięstwo w walce z tsunami czy też trąbą powietrzną. Burzyłam się na takie podsumowania, które gdzieś, jak dla mnie zahaczały o ocenę – czy to ludzkiej waleczności, czy to obranej strategii wojennej, czy może odporności na przeciwności życiowe.

Ale nigdy nie myślałam o tym w kontekście dzieci, chorujących na nowotwory. I dopiero akcja Łatwoganga mnie do takich przemyśleń zmusiła. Bo przecież dzieci nie kierują się takimi rozkminami jak my dorośli. One potrzebują w swoim życiu wiary w dobrze kończące się baśnie. I w magiczne możliwości bohaterów, którzy w imię dobrych zakończeń podejmują walkę ze złem. Bez względu na to, jakie będzie miało oblicze. Bohaterów, którzy dla obrony ich życia wezmą do ręki maczugę, kij bejsbolowy czy jakąkolwiek inną broń i będą walić nią w każdego zagrażającego stwora – niezależnie od tego, czy to krab, czy też rak stają się wizerunkiem choroby.

I zdaje mi się, że to dobrze, że dziecięcy bohaterowie mają dziś wygląd wielkich, łysych zakapiorów, wytatuowanych na każdym skrawku ciała. Takie typy są zwykle postrachem dla świata, budzą z jednej strony obawy, z drugiej respekt. Nawet w raku. Dają dzieciom nadzieję na ochronę przed każdym niewyobrażalnym złem. Na zwycięstwo w walce podjętej w ich imieniu. W czasie, gdy są najbardziej słabe i bezbronne.

Panowie, dobrze że jesteście. Chapeau bas Chłopaki. Z całego serca dziękuję. Nie tylko za to, co zrobiliście dla dzieciaków. Ale także za to, że dzięki Wam znów zakiełkowała we mnie potrzeba zmieniania świata. Niech sobie wzrasta. I staje się częścią Dobra, które właśnie zapoczątkowaliście.

środa, 22 kwietnia 2026

KOCI PSYCHOLOG - do poprawy

 

Dziesięć tygodni. Podczas weekendu obliczyłam, że tyle czasu muszę przetrwać, radząc sobie ze zintensyfikowanym wysiłkiem. No i cóż, mamy środek pierwszego (z tych dziesięciu), a ja już powoli wymiękam. 

Jestem bardzo zmęczona fizycznie, ale chyba jeszcze bardziej psychicznie. To tydzień podejmowania nie tylko nowych wyzwań, ale także decyzji, które powodują dużo zamętu emocjonalnego i generują wizję nowych rozstań.

A przecież jeszcze nie zdążyłam odpłakać rozstania się z Elą. Mimo że już w najbliższy weekend przypadnie miesięcznica jej śmierci. A to nie wszystkie utraty, które przyniósł ostatni miesiąc. Całkiem niedawno, dowiedziałam się, że zmarł Tito, a także uczeń klasy integracyjnej, której byłam wychowawczynią. A do tego na wieczny spoczynek odeszła nauczycielka szkoły masowej, w której dwa lata temu pracowałam na zastępstwie. Zresztą znałam ją już dużo wcześniej, lata temu spotkałyśmy się podczas prowadzenia zajęć w College’u.

Madzia, która uczestniczyła w jej pogrzebie, opowiadała mi potem o poruszających momentach w trakcie ceremonii. Największe wrażenie zrobił na mnie syn Zmarłej, który, nawiązując do ulubionego czworonoga mamy, odczytał nad jej trumną wiersz Wisławy Szymborskiej pod tytułem „Kot w pustym mieszkaniu”. Przypomniałam sobie o tym, gdy pierwszy raz po rehabilitacji stawiłam się do pracy w katolickiej szkole. I pomyślałam wówczas, że gdyby w tytule wiersza Szymborskiej słowo kot zamienić na psycholog, a mieszkanie na gabinet, to słowa poetki oddawałyby w pełni to, co teraz czuję. Tak jakby były właśnie dla mnie napisane.

„Umrzeć - tego nie robi się kotu.

Bo co ma począć kot

w pustym mieszkaniu.

Wdrapywać się na ściany.

Ocierać między meblami.

Nic niby tu nie zmienione,

a jednak pozamieniane.

Niby nie przesunięte,

a jednak porozsuwane.

I wieczorami lampa już nie świeci.”

A choć może wieczorową porą tych naszych wspólnych z Elą zajęć nie było zbyt wiele, to przecież przyjdzie taki moment na pewno, że przy następnych z nich boleśnie odczuję brak tego światła, o którym wspomina poetka. I będę wyrażać tęsknotę jej słowami:

„Coś się tu nie zaczyna

w swojej zwykłej porze.

Coś się tu nie odbywa

jak powinno.

Ktoś tutaj był i był,

a potem nagle zniknął

i uporczywie go nie ma.”

Ale może nawet nie ta pustka jest dla mnie najgorsza. Trudno przeżyć żałobę w miejscu, gdzie człowiek, który nagle odchodzi, natychmiast zostaje zastąpiony innym.

„Słychać kroki na schodach,

ale to nie te.

Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,

także nie ta, co kładła.”

Miejsce Eli zajęła Agnieszka. W żaden sposób nie jest winna temu, co się wydarzyło.

- Nie możemy o tym myśleć w taki sposób, że Agnieszka jest z nami zamiast Elusi. To nowa koleżanka, która zaczyna pracę w naszym zespole – Krysia stara się jak zwykle jakoś ogarniać sytuację.

Tak, takie myślenie jest teraz najlepsze. Nowemu pracownikowi się pomaga, opiekuje się nim. Przynajmniej ja tak mam. A dodatkowo, ze względu na brak doświadczenia Agnieszki, zostałam o to poproszona przez dyrekcję. Trzeba wdrożyć nowego pedagoga do pracy w naszej szkole.

Tak więc znów przybyło mi obowiązków. A to zapoczątkowało proces zmian.

Nowe obowiązki są związane z przydzieleniem mi godzin nadliczbowych. W tym momencie to dla mnie kolejne obciążenie. Już teraz ledwie zipię ze zmęczenia.

Ale w przyszłym roku te godziny wejdą mi w etat w szkole katolickiej i go dopełnią. To będzie dla mnie istotna zmiana.

Na razie więc wszystkiego jest za dużo, ale jakoś postaram się wytrwać w tym przez te dziesięć tygodni do zakończenia obecnego roku szkolnego. Natomiast w przyszłym kontynuować tego niepodobna.

Musiałam podjąć trudne decyzje. I uznałam, że jeden etat w jednej placówce będzie dla mnie w zupełności wystarczający.

W następnym roku nie podejmę więc już pracy w drugiej szkole. Uprzedziłam dziś panią dyrektor, że złożę wypowiedzenie. Muszę odejść, choć to będzie oznaczało rozstanie z miejscem, które szczerze polubiłam.

Nade wszystko zaś tak trudno mi się żegnać z Małgosią. Kot znów zostanie pozbawiony towarzystwa kogoś, kto stał mu się bardzo bliski. Wszystko to dzieje się tak szybko, za szybko. Ale przecież ja, jak każdy kot, muszę dalej iść swoimi ścieżkami. Taki to koci los, nieprawdaż Pani Wisławo?


niedziela, 12 kwietnia 2026

ZAKOŃCZENIE REHABILITACJI

 

Powrót do szkoły zbliża się wielkimi krokami. Jutro lub pojutrze – ta różnica wynika z przyczyn ode mnie niezależnych, zasiądę znowu za naszym, nie tak dawno jeszcze wspólnym z Elą, biurkiem. I niestety bardzo się tego boję.

Nie chodzi w tym lęku tylko o Eliną nieobecność. Oprócz niej muszę się przygotować na obecność kogoś nowego. A jeszcze kompletnie nie czuję się na to gotowa.

No ale życie toczy się dalej i aby katolicka szkoła mogła w dalszym ciągu istnieć, to musi mieć zatrudnionego pedagoga. Oczywiście, że to rozumiem. Ale wyobrazić sobie tego na razie nie potrafię.

Bożenko, to na pewno będzie dla Ciebie trudny czas… Może się okaże, że nowy pedagog jest do wytrzymania – napisała dzisiaj Małgosia.

Myślę, że to miła osoba, po prostu okoliczności są niewyobrażalne – dzielę się swoimi odczuciami.

Przytulam Cię z całych sił – wspiera mnie Małgosia. Naprawdę mam szczęście do współpracowników.

I nie pozostaje mi nic innego, jak tylko na to liczyć w dalszym ciągu, przygotowując się do spotkania z następczynią Eli. Albo też, próbując o nim jak najdłużej nie myśleć. W końcu jakoś to będzie, bo być musi. Zrobiłam już w tej sprawie, co tylko mogłam.

Starałam się pomóc szczęściu do współpracowników na tyle, na ile się dało. Jestem wdzięczna pani dyrektor szkoły, że zaprosiła mnie do przeglądu podań o pracę naszych potencjalnych pedagogów. Wybrałyśmy najlepszą z ofert. Decyzja w sprawie nowego pedagoga zapadła. Choć dużo bym dała, żeby to jeszcze można było odwlec w czasie.

To znaczy jutro jeszcze niby mam (...) ostatnią rehabilitacje (tu [Ośrodek rehabilitacji leczniczej dziennej – przyp. aut] jest solidnie, więc odrabiamy Wielkanocny Poniedziałek), ale zobowiązałam się, że jeśli nowej pani pedagog uda się już zrobić badania [profilaktyczne – przyp. aut], to po zabiegach przyjdę, by ją wprowadzić w pracę – napisałam rankiem do Ani. Ale przecież profilaktyka czasami może potrwać dłużej. I to nie są złe życzenia dla nowej pani pedagog – nic się przecież nie stanie, jeśli zacznie pracować dzień później.

Jeszcze się trochę łudzę, że może jej się nie uda wyrobić z badaniami do jutra.

Nie mam co do niego wielkich oczekiwań. Marzę jedynie o tym, żeby jutrzejszy dzień, kończący rehabilitację, był jeszcze w miarę spokojny. Żebym mogła iść na luzie na rozluźniający kręgosłup masaż do pani Asi o cudownych dłoniach, na inne zabiegi, których efekty podobno uwidocznią się później (pole magnetyczne, prądy interferencyjne, krioterapię i ugul, zwany tu podwieszkami lub po prostu sznurkami), a po nich na świeże jagodzianki do piekarni po drodze do domu i na spacerek nad rzekę z Wafelkiem. Żebym po tym wszystkim nie musiała się z niczym mierzyć i niczemu stawiać czoła. Jeden dodatkowy dzień ze świętym spokojem – czy oczekuję za wiele?

Naprawdę nie wiem, kiedy upłynęły mi te wyczekiwane trzy tygodnie zwolnienia na rehabilitację. Ale w ciągu tego czasu tyle się wydarzyło, że właściwie nie było szans na obiecywane sobie odpoczynek i naładowanie akumulatorów. Choroba Eli, jej śmierć i pogrzeb zupełnie wytrąciły mnie z równowagi. Nawet Wielkanoc po tym wszystkim trudno mi było przeżyć w świątecznym nastroju.

Mam wrażenie, że wraz z Kacprem trochę podeszliśmy do niej z marszu. Bez przygotowań, większych starań i nakładów pracy. Za to z sernikiem i babką od Madzi, sałatkami, w których obecność jarzyn została zapewniona przez pęczek włoszczyzny i dekoracją wyjętą z kilku pudełek, będących aktualnie pod ręką. Czyli po linii najmniejszego oporu.

Ale żadnych braków nie odczuliśmy. Nie mieliśmy też specjalnych potrzeb. A nasze nakrycie stołu, uwiecznione na kilku fotkach i tak się spodobało.

Bożenko, ponownie oglądam Wasze świąteczne dekoracje. Oglądam i się zachwycam. Fotografie jak z najlepszych magazynów wnętrzarskich – chwali mnie Madzia.

Masz oko do aranżacji.

Dziękuję Ci bardzo, choć prawda jest taka, że czas, gdy miałam do tego serce i chęci już przeminął. Teraz wszystko jest takie trochę, aby było – odpowiadam ze szczerością.

Nasze obecne podejście do tradycji podsumował trafnie Kacper, który aż się zawstydził nieco, gdy przez wielkanocnym śniadaniem wypalił trochę bez przemyślenia:

- Nie wykładaj tyle jedzenia. Odwalimy to szybko…

No cóż, w ten sposób właśnie „odwaliliśmy” tegoroczną Wielkanoc.

A zwieńczenia tej wielkanocnej porażki dokonał Maciek, który wywlekł spomiędzy dekoracji na stole świątecznego baranka z ciasta i wyżarł mu cztery litery. Podsumowując, nie popisaliśmy się rodzinnie w sztuce świętowania.

Wielki to stanowi rozdźwięk z hasłami Beaty Pawlikowskiej, które przesłałam moim najbliższym po przebudzeniu w Święto Zmartwychwstania:

„Poranki są znów pełne najpiękniejszej muzyki świata, czyli śpiewu ptaków, brzozy ubrały się w zielone sukienki, rozkwitły magiczne magnolie. Znów wszystko jest możliwe! W te święta będę celebrować wszelką obfitość, jaka pojawiła się w moim życiu. Znajdę i podziękuję za wszystkie drobne i wielkie cuda, jakie się wydarzyły. Napełniam się wiosenną wdzięcznością, nadzieją i miłością. Świętuję nowy początek, nowe życie i nieznane szczęście, które zmierza w moją stronę”.

No cóż, może jeszcze te słowa będą miały okazję się ziścić, choć już po Wielkanocy. W końcu jest w nich świąteczna moc. Może jeszcze afirmacje pani Beaty zdołają zadziałać tej wiosny. Może spełnią się wywołane oczekiwania, pragnienia i marzenia. A do tego wszystkiego może nawet jeszcze pojawi się to wspomniane „nieznane szczęście, które zmierza w moją stronę”… No kto to wie?