Powrót do szkoły zbliża się wielkimi krokami. Jutro lub pojutrze – ta różnica wynika z przyczyn ode mnie niezależnych, zasiądę znowu za naszym, nie tak dawno jeszcze wspólnym z Elą, biurkiem. I niestety bardzo się tego boję.
Nie chodzi w tym lęku tylko o Eliną nieobecność. Oprócz niej muszę się przygotować na obecność kogoś nowego. A jeszcze kompletnie nie czuję się na to gotowa.
No ale życie toczy się dalej i aby katolicka szkoła mogła w dalszym ciągu istnieć, to musi mieć zatrudnionego pedagoga. Oczywiście, że to rozumiem. Ale wyobrazić sobie tego na razie nie potrafię.
Bożenko, to na pewno będzie dla Ciebie trudny czas… Może się okaże, że nowy pedagog jest do wytrzymania – napisała dzisiaj Małgosia.
Myślę, że to miła osoba, po prostu okoliczności są niewyobrażalne – dzielę się swoimi odczuciami.
Przytulam Cię z całych sił – wspiera mnie Małgosia. Naprawdę mam szczęście do współpracowników.
I nie pozostaje mi nic innego, jak tylko na to liczyć w dalszym ciągu, przygotowując się do spotkania z następczynią Eli. Albo też, próbując o nim jak najdłużej nie myśleć. W końcu jakoś to będzie, bo być musi. Zrobiłam już w tej sprawie, co tylko mogłam.
Starałam się pomóc szczęściu do współpracowników na tyle, na ile się dało. Jestem wdzięczna pani dyrektor szkoły, że zaprosiła mnie do przeglądu podań o pracę naszych potencjalnych pedagogów. Wybrałyśmy najlepszą z ofert. Decyzja w sprawie nowego pedagoga zapadła. Choć dużo bym dała, żeby to jeszcze można było odwlec w czasie.
To znaczy jutro jeszcze niby mam (...) ostatnią rehabilitacje (tu [Ośrodek rehabilitacji leczniczej dziennej – przyp. aut] jest solidnie, więc odrabiamy Wielkanocny Poniedziałek), ale zobowiązałam się, że jeśli nowej pani pedagog uda się już zrobić badania [profilaktyczne – przyp. aut], to po zabiegach przyjdę, by ją wprowadzić w pracę – napisałam rankiem do Ani. Ale przecież profilaktyka czasami może potrwać dłużej. I to nie są złe życzenia dla nowej pani pedagog – nic się przecież nie stanie, jeśli zacznie pracować dzień później.
Jeszcze się trochę łudzę, że może jej się nie uda wyrobić z badaniami do jutra.
Nie mam co do niego wielkich oczekiwań. Marzę jedynie o tym, żeby jutrzejszy dzień, kończący rehabilitację, był jeszcze w miarę spokojny. Żebym mogła iść na luzie na rozluźniający kręgosłup masaż do pani Asi o cudownych dłoniach, na inne zabiegi, których efekty podobno uwidocznią się później (pole magnetyczne, prądy interferencyjne, krioterapię i ugul, zwany tu podwieszkami lub po prostu sznurkami), a po nich na świeże jagodzianki do piekarni po drodze do domu i na spacerek nad rzekę z Wafelkiem. Żebym po tym wszystkim nie musiała się z niczym mierzyć i niczemu stawiać czoła. Jeden dodatkowy dzień ze świętym spokojem – czy oczekuję za wiele?
Naprawdę nie wiem, kiedy upłynęły mi te wyczekiwane trzy tygodnie zwolnienia na rehabilitację. Ale w ciągu tego czasu tyle się wydarzyło, że właściwie nie było szans na obiecywane sobie odpoczynek i naładowanie akumulatorów. Choroba Eli, jej śmierć i pogrzeb zupełnie wytrąciły mnie z równowagi. Nawet Wielkanoc po tym wszystkim trudno mi było przeżyć w świątecznym nastroju.
Mam wrażenie, że wraz z Kacprem trochę podeszliśmy do niej z marszu. Bez przygotowań, większych starań i nakładów pracy. Za to z sernikiem i babką od Madzi, sałatkami, w których obecność jarzyn została zapewniona przez pęczek włoszczyzny i dekoracją wyjętą z kilku pudełek, będących aktualnie pod ręką. Czyli po linii najmniejszego oporu.
Ale żadnych braków nie odczuliśmy. Nie mieliśmy też specjalnych potrzeb. A nasze nakrycie stołu, uwiecznione na kilku fotkach i tak się spodobało.
Bożenko, ponownie oglądam Wasze świąteczne dekoracje. Oglądam i się zachwycam. Fotografie jak z najlepszych magazynów wnętrzarskich – chwali mnie Madzia.
Masz oko do aranżacji.
Dziękuję Ci bardzo, choć prawda jest taka, że czas, gdy miałam do tego serce i chęci już przeminął. Teraz wszystko jest takie trochę, aby było – odpowiadam ze szczerością.
Nasze obecne podejście do tradycji podsumował trafnie Kacper, który aż się zawstydził nieco, gdy przez wielkanocnym śniadaniem wypalił trochę bez przemyślenia:
- Nie wykładaj tyle jedzenia. Odwalimy to szybko…
No cóż, w ten sposób właśnie „odwaliliśmy” tegoroczną Wielkanoc.
A zwieńczenia tej wielkanocnej porażki dokonał Maciek, który wywlekł spomiędzy dekoracji na stole świątecznego baranka z ciasta i wyżarł mu cztery litery. Podsumowując, nie popisaliśmy się rodzinnie w sztuce świętowania.
Wielki to stanowi rozdźwięk z hasłami Beaty Pawlikowskiej, które przesłałam moim najbliższym po przebudzeniu w Święto Zmartwychwstania:
„Poranki są znów pełne najpiękniejszej muzyki świata, czyli śpiewu ptaków, brzozy ubrały się w zielone sukienki, rozkwitły magiczne magnolie. Znów wszystko jest możliwe! W te święta będę celebrować wszelką obfitość, jaka pojawiła się w moim życiu. Znajdę i podziękuję za wszystkie drobne i wielkie cuda, jakie się wydarzyły. Napełniam się wiosenną wdzięcznością, nadzieją i miłością. Świętuję nowy początek, nowe życie i nieznane szczęście, które zmierza w moją stronę”.
No cóż, może jeszcze te słowa będą miały okazję się ziścić, choć już po Wielkanocy. W końcu jest w nich świąteczna moc. Może jeszcze afirmacje pani Beaty zdołają zadziałać tej wiosny. Może spełnią się wywołane oczekiwania, pragnienia i marzenia. A do tego wszystkiego może nawet jeszcze pojawi się to wspomniane „nieznane szczęście, które zmierza w moją stronę”… No kto to wie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz