piątek, 11 października 2024

GDY CZAS NAS UCZY POGODY

 

W dzieciństwie byłam zadeklarowaną psiarą. Kochałam wszystkie psiaki na zabój, a nasza domowa bokserka Kora, którą tata zakupił dla nas u kolegi z pracy, przyczyniła się do wzniesienia tej miłości na poziom omal ekstremalny. Kota natomiast w domu rodzinnym nie było nigdy. Zaś mojego pierwszego doświadczenia z zamieszkaniem z takim czworonogiem pod jednym dachem nie wspominam najlepiej.

Pręgowana ulubienica rodziny męża straciła matkę i rodzeństwo w bardzo wczesnym dzieciństwie i była chyba mało scocjalizowanym kotem. Zupełnie nie potrafiłam wyczuć jej potrzeb i nastrojów. Toteż zaczęłam podchodzić do kotów, które zawsze mi się wcześniej bardzo podobały, jednak z pewnym dystansem. Nie żebym się do nich całkiem zniechęciła - co to, to nie, ale uznałam je za gorszy materiał na przyjaciół niż psy. No ale chyba nikt nie ma ochoty na zacieśnianie kontaktów ze zwierzakiem kapryśnym, humorzastym, fochowatym, który gryzie i drapie z sobie tylko wiadomych powodów. Pewnie gdybym miała wówczas choć zielone pojęcie o zwierzęcym behawioryźmie, to bym teraz tak nie pisała. No ale to nie były jeszcze czasy, gdy ktokolwiek się tym zajmował..

Dopiero liczne pokolenia kotów, które trafiły do nas w dzieciństwie naszych synów, przekonały mnie, że potrafią one być miłe, kochające i wierne. No więc jestem teraz kocią fanką z całej mocy. Za mojego postarzałego Maćka dałabym się pokroić. Oczywiście Wafelek jest uroczy i słodki, ale tyle w tym szczeniaku energii, że trudno mi za nim nadążyć. A z Maćkiem jesteśmy na obecnym etapie życia bardzo podobni – lubimy spokój, ciszę, dom, odpoczynek i ciepły kocyk.

Myślę, że to podobieństwo sprawia, że koty są idealnymi towarzyszami dla osób w słusznym wieku. To właśnie dlatego na większości przedstawień starszych kobiet możemy je zobaczyć z kocimi atrybutami. Tak, ten stereotyp ma swoje źródło w rzeczywistości. Przynajmniej w moim przypadku:).

Bardzo mi dobrze być starszą kobietą z kotem przy boku. Lubię nasze ranki z mizianiem w roli głównej, przytulasy na kanapie w chłodne dni i mruczanki przed snem. Wiem, że dla Maćka jestem tak samo ważna, jak on dla mnie. To jeszcze jeden powód, dla którego lubię spędzać czas w naszym domu. Bez względu na to, co nam się przydarzyło, jest on wciąż pełen miłości.

Jesienią Maciek jest szczególnie przutulaśny. Powoli rezygnuje z penetrowania okolicy na rzecz wysiadywania foteli w salonie. Wycofuje się z aktywności na świeżym powietrzu i zaczyna obrastać tłuszczykiem. Naprawdę jesteśmy teraz do siebie coraz bardziej podobni:). Trudno mi sobie wyobrazić coś lepszego niż jesień z kotem na kolanach...

Co jeszcze lubię w jesiennych miesiącach? Ponieważ piszę o tym co roku, to skupię się tutaj tylko na tegorocznej jesieni (i na tym, o czym do tej pory nie wspominałam):

- Ptasie sejmiki, które zbierają się na drzewach w całej okolicy. W tym roku nasze obrośnięte winogronami i dzikim winem sosenki opanowały całe stada szpaków. Zrobiły totalne zamieszanie. Ptaki były tak podekscytowane i ruchliwe, że aż niepodobna było zrobić im jakiekolwiek zdjęcie. Wyglądało na to, że przed odlotem na Południe napełniają brzuchy na maksa owocami dzikiego wina. Hmm, nie wiem, jak one działają na szpacze zachowanie, ale być może to ptasie pobudzenie i oszołomienie nie było bez powodu;). Dla ludzi, jak wyczytałam, jagody dzikiego wina są trujące na surowo, ale można je przerabiać w przeróżny, zdrowy sposób. Dodam do tego, że jego liście  już zaczęły się przepięknie przebarwiać. Trochę im zaszkodził przymrozek, który był blisko dwa tygodnie temu, ale jeśli nie nadejdą następne, to jest szansa, że tej jesieni znów cały teren wokół mojego domu pokryje się czerwienią.

- Grzyby – w tym roku dochowaliśmy się pod sosenkami zbiorowiska cudownych czubajników. Niestety nie są to kanie, obiadu z nich nie zrobimy, ale oglądanie ich w kolejnych fazach wzrostu dostarczyło mi mnóstwa pozytywnych wrażeń. A w okolicznych lasach teraz podobno prawdziwy wysyp...

- Dynie - po raz pierwszy zakupiłam rodzaj Nelsona i zachwycam się jego szaroniebieskawym odcieniem. Oprócz tego dostaliśmy od babci Zuzi trzy jadalne sztuki prosto z grządki i one sobie teraz dojrzewają w ramach dekoracji na jadalnianym stole:).

- Wspomnę tu jeszcze o tegorocznym Dniu Nauczyciela (wszak zawodowo to dla mnie też jeden z jesiennych symboli). Bo choć właściwie nas go pozbawiono, zmieniając mu nazwę na Święto Edukacji Narodowej, to jednak my i tak uparcie usiłujemy z tej okazji świętować. Tak niewiele w oświacie jest miejsca na jakiekolwiek zawodowe promyczki blasku, że staramy się złapać, jak tonący brzytwy, wszystkiego, co jeszcze może w tym zawodzie rozświetlić mrok. I choć różnie z tym jest w różnych szkołach (głównie zgodnie z memem zamieszczonym przeze mnie w Akademii Rodzica – „Dzień Nauczyciela – dla nauczycieli święto, a dla uczniów wolne”), to jednak ze świątecznych obchodów nie chcemy rezygnować. Zwłaszcza, gdy na okazjonalnej akademii w nowszej szkole można usłyszeć wyśpiewane przez utalentowaną uczennicę z ósmej klasy słowa:

Wiele dni, wiele lat, czas nas uczy pogody
Zaplącze drogi, pomyli prawdy
Nim zboże oddzieli od trawy
Bronisz si
ę, siejesz wiatr, myślisz, "Jestem tak młody"
Czas nas uczy pogody
Tak od lat
Tak od lat!”

Grażyna ŁobaszewskaCzas nas uczy pogody”

No więc wszystkim (ale głównie z racji nauczycielskiego święta tym, którym na nauczycielstwie upływają lata) życzę prostowania zaplątanych dróg i odkrycia uniwersalnych prawd podczas kroczenia przez życie. Oddzielajmy zboża od trawy, nie siejąc przy tym wiatru i nie broniąc tego swoim młodym wiekiem i brakiem doświadczenia. A czas niech nas uczy pogody. Tak jak to zawsze bywało...

sobota, 5 października 2024

WSZYSTKIE MOJE SZKOŁY

 

Anioły są wśród nas
spotykasz je co dzień.
Znajomą mają twarz
mijają mnie, mijają cię.”

Po raz pierwszy mam okazję w tym roku uczestniczyć w szkole katolickiej w Dniu Anioła. W poprzednich latach, gdy pracowałam tam kolejno dwa, a potem trzy dni w tygodniu, to zwyczajnie rozmijałam się z tym świętem. A szkoda, bo to naprawdę cudny dzień, w którym szkoła zapełnia się właśnie anielskimi istotami. Miło jest obserwować wczesnym rankiem, jak schodzą się na lekcje, a potem rozchodzą po klasach. Kto nie ma wówczas na podorędziu profesjonalnych skrzydeł i aureoli nad głowę;), ten zakłada biały strój.

Tego dnia dzwonki w szkole wybrzmiewają zacytowanym powyżej tekstem piosenki Beaty Bednarz. Ela rozdaje zakładki z cytatami o aniołach. Wybieram taką z aniołem w granacie – pasuje do mnie kolorem – nie znając zwyczajów tego święta, niestety nie ubrałam się najlepiej i nie pasuję do białego anturażu.

W wolnych od lekcji chwilach przewidziane są sesje zdjęciowe. Robię sobie fotki z klasą piątą – profesjonalnie, w ramkach ozdobionych białymi piórami.

Ładny z Ciebie Bożenko Anioł, nawet włosy masz Anielskie - stara przyjaciółka pokrzepiająco komentuje przesłane jej zdjęcie. Na Iwonkę można liczyć zawsze.

Ale kiedy idę na zastępstwo do trzeciej klasy, to również Franek, stara się poprawić mi humor zwarzony nieodpowiednio granatowym strojem:

- Przecież ma pani coś białego Białe włosy!

No i jak tu nie kochać pracy z dziećmi:). I nie cieszyć się codziennym kontaktem z takimi aniołami? Jak dobrze jest w takiej zwykłej codzienności usłyszeć czasem tuż obok szum skrzydeł i zobaczyć spadające z nieba białe piórko...

Anioły są wśród nas
spotykasz je co dzień.
Znajoma maja twarz
rozejrzyj się rozpoznasz je”


Beata Bednarz „Anioły są wśród nas”

*

W katolickiej szkole rozpoczęłam trzeci rok pracy, tym razem na cztery dni w tygodniu. Ale po dwuletnich doświadczeniach z tak zwanego „doskoku”, to dla mnie wciąż szkoła nowa, gdzie cały czas jeszcze coś mnie zaskakuje. Ale jak zatem nazwać tę, w której dopiero rozpoczynam pracę? Przecież ona jest jeszcze nowsza od katolickiej. Teraz po prostu w moim życiu nie ma już szkoły starej:).

Mieć szkołę nową i nowszą to coś naprawdę ożywczegopiszę do koleżanki pedagożki ze szkoły hmm… macierzystej(?) - no w każdym razie tej, gdzie pracowałam przeszło trzydzieści lat. Ale gdy odwiedzam ją początkiem roku szkolnego, by odebrać dokument potrzebny w nowym miejscu zatrudnienia, to ze zdziwieniem odkrywam, że już nic mnie z tą długoletnią pracą nie wiąże. Jeszcze w zeszłym roku czułam tęsknotę, było mi też czasem przykro z powodu utraty, jaka spotkała mnie z chwilą przejścia na emeryturę. A teraz już nic we mnie z tych uczuć nie ma - wypaliły się. Brak więzi łączy się tylko z obojętnością.

Nie cieszę się z tego powodu. Ale też nad tym nie boleję. Ot, zauważam zmianę i ją odnotowuję. Całe moje obecne życie koncentruje się już na szkołach nowej i nowszej. Na ożywczych nutach, które z nich płyną. I gdzie, sama nie wiedząc kiedy, zastosowałam cały posiadany obecnie zasób pozytywnego myślenia.

*

- Czy pani występowała kiedyś w kreskówkach?

- Może podkładała głos do bajek?

Uczniowie klasy szóstej w nowszej szkole zaskakują mnie swymi pytaniami na pierwszej wspólnej lekcji.

- Bo my znamy pani głos. On jest taki miły…

No i już mnie kupili. Ale czy jest ktoś, kto by się takiemu powitaniu oparł?

Placówka wcale nie musi być katolicka, by spotkać w niej anielskie dzieci. W mojej nowszej szkole równieżprawdziwe anioły. Po doświadczeniach ostatnich lat już zaczynałam wątpić, że taka sytuacja jest możliwa w szkole masowej. Oczywiście mowa tu o statystyce i uogólnieniach prawem większości, a nie o konkretnych przypadkach. Jakby nie było, swoich ulubieńców w poprzednich szkołach masowych też miałam. I to nawet całkiem sporo.

Chodzi jednak o to, że w nowszej szkole, jak mi się zdaje, aniołów jest jakieś 100 procent. Właśnie tak, na razie cała społeczność uczniowska to moi ulubieńcy. Masowa szkoła, gdzie uczniowie mówią „dzień dobry” nauczycielom, którzy ich nie uczą, czyli podobnym do mnie - takie miejsce w tym roku wyhaczyłam.

A do tego jacy rodzice! Drugiego września w swojej opiekuńczości chcę przepuścić przez drzwi przed sobą małego chłopca, który zmierza do pierwszej klasy. W tym właśnie momencie włącza się w akcję ojciec pierwszaka. Robi mu szlaban ze swojej ręki. Zatrzymuje. I właśnie go nauczył, że kulturalnie jest zrobić przejście najpierw dla kobiety, starszej osoby, nauczyciela...

Jejku, skąd się tacy ludzie jeszcze biorą? Myślałam, że już wszyscy wyginęli. I to jest niestety efekt doświadczeń w szkołach masowych na wielkich osiedlach miejskich, gdzie poprzednio pracowałam. Mam wrażenie, że tam uczniowie wprost by po mnie w takiej sytuacji przeszli i to razem ze swoimi rodzicami. Bo to, że skoro nie prowadzę lekcji na oceny, to jestem nieważnym i niezauważanym nauczycielem, stało się jakąś normą. Więc o „dzień dobry” oczywiście nie było nawet co marzyć.

A tu proszę – w nowszej szkole mam uczniów dobrze wychowanych, kulturalnych i wyposażonych w wartości, które od wieków przekazuje się młodemu pokoleniu w rodzinnym domu. Takie dzieciaki to nadzieja na przetrwanie i zachowanie naszego kulturowego dziedzictwa. Napawają mnie dumą i optymizmem.

*

W moim byłym gabinecie w poprzedniej szkole masowej podczas wakacji, gdy jeszcze tam oficjalnie miałam zatrudnienie, odbyło się malowanie. Róż majtkowy na ścianach definitywnie zmienił się w spokojny popiel. Madzia przysłała fotki – wygląda to teraz naprawdę ładnie, wręcz elegancko i sprzyja relaksowi. Spodziewałam się, że zobaczę tę zmianę na własne oczy, odwiedzając byłą już współpracowniczkę w miejscu starej pracy, ale tak się nie stało. Madzia przebywa w tym roku na dłuższym zwolnieniu lekarskim i przygotowuje się do skorzystania z urlopu zdrowotnego. Nasz były gabinet stoi więc pustką…

W ostatnim dniu wakacji, gdy kończy mi się umowa o pracę w tym miejscu, piszę… podziękowania. To kolejna szkoła, z którą znowu nie udało mi się oficjalnie pożegnać końcem roku szkolnego. Wówczas nikt o mnie nie pomyślał, a później pani dyrektor zaproponowała pożegnalne spotkanie w drugiej połowie sierpnia. Czy to ze mną jest coś nie tak, że znowu dostaję propozycję, by przyjść w czasie wakacji w takim celu? A przecież mój letni urlop ma służyć wypoczynkowi i zapomnieniu o pracy. Toteż nie przystaję na proponowany termin. Zwłaszcza, że przypadł on na taki dzień wakacji, w którym przyjechała do mnie Ania.

Ale ponieważ po roku pracy nie chciałam też odejść bez słowa, to postanowiłam coś do swoich współpracowników napisać. I przesłałam ten tekst z osobistej poczty mejlowej, bo jak się okazało, od zawodowej zostałam już wówczas odłączona:

Szanowni Państwo,

w ostatni dzień mojego oficjalnego zatrudnienia w Szkole Podstawowej nr 8 chciałam się z Wami serdecznie i gorąco pożegnać.

Mimo że pracując na zastępstwie za innego psychologa, spodziewałam się, że chwila pożegnania w końcu nadejdzie, to nie myślałam, że będzie ono dla mnie tak dużym i niełatwym przeżyciem. Wszystko to dlatego, że w Państwa szkole znalazłam grono ludzi o ciepłym sercu i dużej wrażliwości, z którymi ciężko się rozstać.

Trafiłam do Waszej placówki w bardzo trudnym dla siebie momencie i zostałam przyjęta do pracy zaledwie kilka dni przed nagłą i niespodziewaną śmiercią męża. Nie miałam pewności, czy w ogóle w takiej sytuacji będę w stanie pozbierać siły i pracować w zupełnie nowym środowisku. To Państwa zrozumienie i wyrozumiałość sprawiły, że Wasza szkoła stała się dla mnie przyjaznym miejscem, gdzie doświadczyłam troski i wsparcia. Chciałam więc Wszystkim podziękować za całe dobro, które wydarzyło się w ciągu minionego roku, a nawet za to, co było trudne, bo to też mnie wiele nauczyło.

Szczególne podziękowania kieruję do Dyrekcji Szkoły oraz do osób, z którymi ściśle współpracowałam w ramach Zespołu Wychowawczego – do Pedagożek i przede wszystkim drugiej Psycholożki – Madziu, byłaś najlepszym Aniołem Stróżem, jakiego można mieć. Jestem także ogromnie wdzięczna tym z Państwa, z którymi połączyły mnie bliskie i nieformalne więzi – jestem pewna, że zmiana pracy im nie zaszkodzi:). Jeśli ktoś jeszcze miałby ochotę skontaktować się ze mną, to zapraszam na priv na stronie Akademia Rodzica, którą prowadzę na facebooku.

Życzę udanego nowego roku szkolnego i wszystkiego, co najlepsze w życiu. Na pewno miło mi będzie, jeśli kiedykolwiek jeszcze los skrzyżuje nasze ścieżki.

Z pozdrowieniami i wyrazami szacunku,

Wasza (już była) koleżanka z pracy

Gdy odbierałam w zeszłym tygodniu list polecony z tej szkoły, to myślałam, że będzie w nim choć jakiś ślad reakcji na mój tekst. Myliłam się. List zawierał świadectwo pracy i ani jednego dołączonego słowa ponad to.

Tym sposobem zakończyłam następną pracę pożegnaniem bez pożegnania. Trochę szkoda. Tak sobie myślę, że jeśli samo środowisko nauczycielskie nie będzie dbało o swoich członków, to na pewno nikt spoza niego o nas nie zadba. Dobrze chociaż, że pokłosiem odczytania mojego listu na posiedzeniu Rady Pedagogicznej był telefon od Beatki. Powiedziała, że miło jej było słuchać moich słów. Cieszę się bardzo, to dla takich ludzi jak ona warto było…

*

I to już prawie wszystkie moje ważne szkoły na przestrzeni całego życia zawodowego. Jest jeszcze taka, której już nie ma – pierwsza placówka, gdzie się zatrudniłam jako pedagog szkolny już dawno została zlikwidowana. Wówczas zdawało mi się, że zmiana instytucji oświatowych to droga do zdobycia wszechstronnego doświadczenia i pełni rozwoju zawodowego. Teraz wiem, że to również zburzenie poczucia bezpieczeństwa i trudne okresy adaptacji.

Myślę, że na ten moment w moim życiu wystarczy mi i pozytywów, i negatywów, związanych z zawodowymi zmianami. Od tego roku szkolnego ponownie pracuję w swoich placówkach w ramach umowy na czas nieokreślony. A to znów oznacza stabilizację zawodową i poczucie spokoju. I niech tak już zostanie. Aż do momentu, gdy ostatecznie pożegnam się z zawodem, pracą i wszystkimi moimi szkołami...

wtorek, 1 października 2024

ZAKLINANIE RZECZYWISTOŚCI - Łódź




Czasem zaklinam rzeczywistość, by wyglądała na piękniejszą niż jest. Ostatnio całkiem często mi się to zdarza.

Jestem jak bohater filmu „Wieloryb”, który jak raz postanowił, że będzie stosował pozytywną narrację, to się tego trzyma bez względu na wszelkie znaki na ziemi i niebie. Jeśli z całego serca chcesz widzieć świat w różowych barwach, to go takim ujrzysz, pomijając okoliczności zewnętrzne, które stoją w niezgodzie z przyjętym kierunkiem patrzenia. Czy to naiwne, jak zarzuciła Wielorybowi była żona? Pewnie tak. Ale czasem wybór takiej naiwnej opcji po prostu ratuje życie. Pozwala uwolnić się od jego mroku, ściągającego człowieka w dół. A ja zbyt długo już w nim byłam  i dłużej być tam nie chcę. Toteż jak mantry używam ostatnio swojego zaklęcia, by rzeczywistość wyglądała tak, jak chcę ją zobaczyć. I na razie to się udaje.

W mojej zaklętej rzeczywistości więcej teraz i siły, i radości. Wyłuskuję je każdego dnia jak kiedyś w dzieciństwie kolejne jesienne strąki z młodych ziaren fasoli i przeobrażam w pożywną strawę. Karmię się radościami, które być może obiektywnie zbyt radosne nie są, ale ja nadałam im tak pozytywne znaczenie.

Jedna z nich przytrafiła mi się w ostatni weekend. Pojechałam wtedy, no cóż, znowu do Łodzi, choć pewnie wolałabym gdzieś indziej. I to jako kierowca. Bo zdawało mi się, że tylko samochodem ogarniemy w miarę komfortowo daleką podróż po okolicach tego miasta – w dodatku z pieskiem i z wszystkimi jego bambetlami. Okazało się, że to było tylko moje wyobrażenie. I że nikt tego ani nie oczekiwał, ani nawet w ten sposób nie oceniał sytuacji. Mogłabym więc tu napisać, że zupełnie bez potrzeby zafundowałam sobie ogrom stresu, związanego z przygotowaniami do roli długodystansowego kierowcy już ponad tydzień wcześniej. I że najwyraźniej chciałam być bardziej potrzebna niż byłam. Ale skreślam niepotrzebną część zdania i trzymam się tego, że jednak potrzebna byłam. Nawet jeśli nikt tego, oprócz mnie nie zauważył

Zorganizowałam ten wyjazd najlepiej jak się dało. W Łodzi zarezerwowałam dla całej naszej rodziny hotel, bo Ania, mimo dobrych chęci, wyjeżdżała na wesele i nie mogła nas przyjąć u siebie. Szarpnęłam się finansowo. To nie była byle jaka rezerwacja, tylko wybór najlepszy z możliwych. Czemu? Bo jednocześnie chciałam spełnić marzenie pewnego chłopca, który dawno temu, gdy zobaczył hotel w Manufakturze, to wypowiedział życzenie (https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/03/ziemia-obiecana-zakupy-grupowe-gdybym.html).

- Kiedyś będę tam mieszkał – oznajmił młody Kacper swojej matce. Tyle, że to było wiele lat temu. Chłopiec zdążył całkowicie o życzeniu zapomnieć. I tylko w matce te słowa wciąż brzmiały i przetrwały. Pragnęła spełnić marzenie. I już, już zdawało jej się, że to się stało, gdy nagle dowiedziała się, że to nie tak. Marzenie chłopca już marzeniem mężczyzny nie było. Czas zmienił wszystko, a ona jego wpływu nie wzięła pod uwagę. No i wywaliła kupę forsy na nocleg na próżno. 

Lecz tu znów przyszła pora na wstawkę z pozytywną narracją i stwierdzeniem, że wprawdzie ten pobyt w Hotelu Vienna House Andel`s Łódź nie był spełnionym marzeniem Kacpra, ale moim już był. Tak postanowiłam i tego się będę trzymać. Koniec i kropka - nie ma odwołania. Jakby nie było, to przecież jest super hotel.

*

W Manufakturze budzi się dzień. Kontynuując moją pozytywną wersję opowieści, myślę o tym, iż wygrałam los na loterii, mogąc tu być i to oglądać. Oczywiście wcześniej wysłałam do hotelu zapytnie o możliwość cieszenia się ładnym widokiem. Przyszła odpowiedź: "Informujemy, iż prośba dotycząca lokalizacji pokoju została dopisana do rezerwacjiPokoje przydzielane są w dniu przyjazdu zgodnie z dostępnością przez recepcję, natomiast zawsze brane są pod uwagę życzenia Gości. I choć po takim tekście do końca nie wierzyłam, że się uda, to jednak czekało nas miłe rozczarowanie. Przy śniadaniu przyznaje to nawet słabo zainteresowana widokami Zuzia.

Cudowny to hotel spełniający życzenia specjalne i marzenia. Pyszne śniadanie, przepiękne pokoje, świetna obsługa. Mogłabym się tu nawet przychylić do opinii użytkowniczki Izabela, która stwierdziła na stronie Booking.com: „Hotel nie ma sobie równych, nie znam lepszego w PL!”.

No póki co, to rzeczywiście wymiata i dystansuje inne obiekty.

Bożenko, umiesz sobie pożyć. Tak trzymać – napisała Madzia o poranku

To taka rekompensata, reszta dnia zapowiada się bardzo stresująco, przyjechaliśmy wspierać Zuzię w załatwianiu i zamknięciu jej spraw

A co do umiejętności, to mam taką, że umiem w tych hotelach wyszukiwać najlepszą cenę Ever! Teraz też tak jest.

Toteż nie robię sobie większych nadziei, że taki pobyt się kiedyś powtórzy. Carpe diem...

Poranny rozruch: ja, woda i ta niesamowita Manufaktura za oknami w promieniach wrześniowego słońca - kontynuuję w takim duchu już po śniadaniu z panoramicznego basenu na dachu.

To już nie tylko pozytywna narracja, lecz głębokie poczucie wdzięczności, za to, co tu i teraz. Wchodzę do rozświetlonej blaskiem promieni wody, a gdy płynę na drugą stronę basenu, to rozchodzące się fale, odbijają się na jego szklanym dnie wszystkimi kolorami tęczy. Nie mogę oczu od tego oderwać. Zachwyt porywa mnie w objęcia tak mocno, że aż oczy zachodzą mgłą. Dziękuję Ci Boże – już myślałam, że nic tak pięknego nie czeka mnie w dalszym życiu.

A tęczowy blask zerka na mnie z Bożym uśmiechem. I w głębi serca słyszę, że to jeszcze nie koniec.

- Póki żyjesz, podążaj za mną – tam gdzie piękno, blask i tęcza kolorów. One będą Cię prowadzić dalej. Póki żyjesz…

Z takim przesłaniem opuszczam Hotel Vienna House Andel`s Łódź. Zabieram Wafelka na spacer, podczas gdy Młodzi robią obchód po Manufakturze. Krążymy po Parku Staromiejskim, w którym widać całkiem wyraźnie, że  jesień króluje już na dobre. Z sentymentem zerkam na Pałac Poznańskiego, który zwiedzałam poprzedniego dnia, czekając na zameldowanie w hotelu.

Wspaniała historia rodów fabrykanckich Łodzi - jak napisała Madzia.

I echo „Ziemi Obiecanej”, z którą przyjechałam tutaj ostatnio (https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/03/poprawy-jeszcze-jestem-podekscytowana.html).

Bardzo ta historia Łodzi mnie frapujedzielę się z Madzią swoją fascynacją.

To już ostatnie moje chwile w tym mieście. Czuję, jak wzrasta napięcie. To wstęp do solidnego stresu, związanego z dalszą drogą, z załatwianiem odłożonych spraw, ze spotkaniami, które długo na to czekały. Ale to już zupełnie inna historia. I to ktoś inny ma więcej praw do jej opowiadania...