piątek, 11 października 2024

GDY CZAS NAS UCZY POGODY

 

W dzieciństwie byłam zadeklarowaną psiarą. Kochałam wszystkie psiaki na zabój, a nasza domowa bokserka Kora, którą tata zakupił dla nas u kolegi z pracy, przyczyniła się do wzniesienia tej miłości na poziom omal ekstremalny. Kota natomiast w domu rodzinnym nie było nigdy. Zaś mojego pierwszego doświadczenia z zamieszkaniem z takim czworonogiem pod jednym dachem nie wspominam najlepiej.

Pręgowana ulubienica rodziny męża straciła matkę i rodzeństwo w bardzo wczesnym dzieciństwie i była chyba mało scocjalizowanym kotem. Zupełnie nie potrafiłam wyczuć jej potrzeb i nastrojów. Toteż zaczęłam podchodzić do kotów, które zawsze mi się wcześniej bardzo podobały, jednak z pewnym dystansem. Nie żebym się do nich całkiem zniechęciła - co to, to nie, ale uznałam je za gorszy materiał na przyjaciół niż psy. No ale chyba nikt nie ma ochoty na zacieśnianie kontaktów ze zwierzakiem kapryśnym, humorzastym, fochowatym, który gryzie i drapie z sobie tylko wiadomych powodów. Pewnie gdybym miała wówczas choć zielone pojęcie o zwierzęcym behawioryźmie, to bym teraz tak nie pisała. No ale to nie były jeszcze czasy, gdy ktokolwiek się tym zajmował..

Dopiero liczne pokolenia kotów, które trafiły do nas w dzieciństwie naszych synów, przekonały mnie, że potrafią one być miłe, kochające i wierne. No więc jestem teraz kocią fanką z całej mocy. Za mojego postarzałego Maćka dałabym się pokroić. Oczywiście Wafelek jest uroczy i słodki, ale tyle w tym szczeniaku energii, że trudno mi za nim nadążyć. A z Maćkiem jesteśmy na obecnym etapie życia bardzo podobni – lubimy spokój, ciszę, dom, odpoczynek i ciepły kocyk.

Myślę, że to podobieństwo sprawia, że koty są idealnymi towarzyszami dla osób w słusznym wieku. To właśnie dlatego na większości przedstawień starszych kobiet możemy je zobaczyć z kocimi atrybutami. Tak, ten stereotyp ma swoje źródło w rzeczywistości. Przynajmniej w moim przypadku:).

Bardzo mi dobrze być starszą kobietą z kotem przy boku. Lubię nasze ranki z mizianiem w roli głównej, przytulasy na kanapie w chłodne dni i mruczanki przed snem. Wiem, że dla Maćka jestem tak samo ważna, jak on dla mnie. To jeszcze jeden powód, dla którego lubię spędzać czas w naszym domu. Bez względu na to, co nam się przydarzyło, jest on wciąż pełen miłości.

Jesienią Maciek jest szczególnie przutulaśny. Powoli rezygnuje z penetrowania okolicy na rzecz wysiadywania foteli w salonie. Wycofuje się z aktywności na świeżym powietrzu i zaczyna obrastać tłuszczykiem. Naprawdę jesteśmy teraz do siebie coraz bardziej podobni:). Trudno mi sobie wyobrazić coś lepszego niż jesień z kotem na kolanach...

Co jeszcze lubię w jesiennych miesiącach? Ponieważ piszę o tym co roku, to skupię się tutaj tylko na tegorocznej jesieni (i na tym, o czym do tej pory nie wspominałam):

- Ptasie sejmiki, które zbierają się na drzewach w całej okolicy. W tym roku nasze obrośnięte winogronami i dzikim winem sosenki opanowały całe stada szpaków. Zrobiły totalne zamieszanie. Ptaki były tak podekscytowane i ruchliwe, że aż niepodobna było zrobić im jakiekolwiek zdjęcie. Wyglądało na to, że przed odlotem na Południe napełniają brzuchy na maksa owocami dzikiego wina. Hmm, nie wiem, jak one działają na szpacze zachowanie, ale być może to ptasie pobudzenie i oszołomienie nie było bez powodu;). Dla ludzi, jak wyczytałam, jagody dzikiego wina są trujące na surowo, ale można je przerabiać w przeróżny, zdrowy sposób. Dodam do tego, że jego liście  już zaczęły się przepięknie przebarwiać. Trochę im zaszkodził przymrozek, który był blisko dwa tygodnie temu, ale jeśli nie nadejdą następne, to jest szansa, że tej jesieni znów cały teren wokół mojego domu pokryje się czerwienią.

- Grzyby – w tym roku dochowaliśmy się pod sosenkami zbiorowiska cudownych czubajników. Niestety nie są to kanie, obiadu z nich nie zrobimy, ale oglądanie ich w kolejnych fazach wzrostu dostarczyło mi mnóstwa pozytywnych wrażeń. A w okolicznych lasach teraz podobno prawdziwy wysyp...

- Dynie - po raz pierwszy zakupiłam rodzaj Nelsona i zachwycam się jego szaroniebieskawym odcieniem. Oprócz tego dostaliśmy od babci Zuzi trzy jadalne sztuki prosto z grządki i one sobie teraz dojrzewają w ramach dekoracji na jadalnianym stole:).

- Wspomnę tu jeszcze o tegorocznym Dniu Nauczyciela (wszak zawodowo to dla mnie też jeden z jesiennych symboli). Bo choć właściwie nas go pozbawiono, zmieniając mu nazwę na Święto Edukacji Narodowej, to jednak my i tak uparcie usiłujemy z tej okazji świętować. Tak niewiele w oświacie jest miejsca na jakiekolwiek zawodowe promyczki blasku, że staramy się złapać, jak tonący brzytwy, wszystkiego, co jeszcze może w tym zawodzie rozświetlić mrok. I choć różnie z tym jest w różnych szkołach (głównie zgodnie z memem zamieszczonym przeze mnie w Akademii Rodzica – „Dzień Nauczyciela – dla nauczycieli święto, a dla uczniów wolne”), to jednak ze świątecznych obchodów nie chcemy rezygnować. Zwłaszcza, gdy na okazjonalnej akademii w nowszej szkole można usłyszeć wyśpiewane przez utalentowaną uczennicę z ósmej klasy słowa:

Wiele dni, wiele lat, czas nas uczy pogody
Zaplącze drogi, pomyli prawdy
Nim zboże oddzieli od trawy
Bronisz si
ę, siejesz wiatr, myślisz, "Jestem tak młody"
Czas nas uczy pogody
Tak od lat
Tak od lat!”

Grażyna ŁobaszewskaCzas nas uczy pogody”

No więc wszystkim (ale głównie z racji nauczycielskiego święta tym, którym na nauczycielstwie upływają lata) życzę prostowania zaplątanych dróg i odkrycia uniwersalnych prawd podczas kroczenia przez życie. Oddzielajmy zboża od trawy, nie siejąc przy tym wiatru i nie broniąc tego swoim młodym wiekiem i brakiem doświadczenia. A czas niech nas uczy pogody. Tak jak to zawsze bywało...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz