poniedziałek, 31 grudnia 2018

OKRES ŚWIĄTECZNY


Apogeum zmęczenia chorobami dało mi się we znaki w tegorocznym okresie świątecznym.  I to wcale nie chodzi o moje dolegliwości. Trudno byłoby mi bowiem traktować zwyrodnienia kolan jako tak groźne dla zdrowia przypadłości, jak wieloletnia niewydolność płuc, czy też spowodowane nią uszkodzenia serca, zdiagnozowane u męża w tym roku szkolnym. To są stany prawdziwego zagrożenia dla życia, co od kilku miesięcy sprawia, że funkcjonuję w permanentnym stresie. Oprócz obciążenia psychicznego mam też na koncie spore zmęczenie fizyczne, spowodowane koniecznością opieki nad bardzo słabo radzącym sobie ze wszystkimi ograniczeniami w tym okresie mężem.
Ostatni przedświąteczny tydzień, łączący pracę z uczniami i pobyty na sali szpitalnej, dołożył swoje. Szczęściem, zakończył się pomyślnie powrotem męża do domu. Po raz kolejny udaje się więc spędzić Święta Bożego Narodzenia w komplecie, bez szpitalnej rozłąki. To prawdziwy powód do świętowania.
Pisząc o „komplecie” mam też na myśli młode pokolenie naszej rodziny. W grudniu Kacper ze swoją dziewczyną decydują się na kolejną zmianę w swoim życiu. Postanawiają porzucić kosztowne Bażantowo, które nie spełniło ich młodzieńczych oczekiwań i przeprowadzić się... do nas. Nie, to nie znaczy, że teraz będziemy mieszkali pod wspólnym dachem. Usamodzielnienie nie zostaje przerwane, tylko obecnie będzie rozgrywać się po prostu bliżej.
Na naszej działce stoi garaż, nad którym mieści się studio, przystosowane do zamieszkania. Zajmowaliśmy je całą rodziną przez ponad dwa lata, w czasie, gdy ekipa budowlana wykończała wnętrza obecnie użytkowanego przez nas domu. Po raz ostatni nad garażem mieszkało czterech tajlandzkich księży. Gościliśmy tych pielgrzymów dwa i pół roku temu podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Teraz pomieszczenie, z którym mam związanych tyle ciepłych wspomnień, znów ożyje. I to sprawia radość. Nie tylko nam.

 - Będziemy mieć swój własny domek! – oznajmia radośnie Wiktorii Kacper. I w weekend poprzedzający Wigilię rozpoczyna wraz ze swoją dziewczyną zasadniczy rozdział przeprowadzki.
 - Jestem z nich dumna – słyszę w rozmowie telefonicznej od Ani.  – Potrafią podejmować decyzje i nie boją się ich wprowadzać w życie. Nie trwają przy starych planach tylko po to, by udowodnić coś sobie, czy komuś innemu. Umieją je zmieniać.
To prawda. Dzieciaki witajcie z powrotem! Mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi w swoim własnym domku nad garażem. Wierzę, że to początek dobrych zmian w naszym rodzinnym życiu.




* * * * * * * * * * *


„A nadzieja znów wstąpi w nas,
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie”.
                                  Szymon Mucha






Tak długo unikałam „Kolędy dla Nieobecnych” i  jakoś mi się to udawało. Ale tym razem w wigilijny wieczór, kiedy jedziemy do mojego brata, nagle i niespodziewanie przy zjeździe na autostradę zaczyna śpiewać Beata Rybotycka. Kończy idealnie, gdy zajeżdżamy pod bramę bratowego domu. Czujemy się rozwaleni w drobny mak. Gdyby nie to, że już jesteśmy spóźnieni, to pewnie byśmy siedzieli i dochodzili do siebie w samochodzie przez pół wieczoru. Ale jakoś się pospiesznie zbieramy, by potem nie robić zamieszania w połowie wigilijnej wieczerzy. No i udaje nam się zrobić je na początku całej imprezy. Ale wszyscy są dla nas tak  wyrozumiali i mili, że od razu zaczynamy czuć się swobodnie w ich towarzystwie.  Szybko udziela nam się radosna, świąteczna atmosfera.


U brata jesteśmy na Wigilii po raz pierwszy. Dotychczas spędzaliśmy ten dzień z rodziną siostry. A w tym roku ze względu na stan zdrowia męża, to w ogóle postanowiliśmy zostać tego wieczoru w domu. Plan był taki, że poczekamy na dzieci, które najpierw zasiądą w Katowicach do wigilijnego stołu z rodzicami Wiktorii, a po przyjeździe do własnego domku nad garażem, z nami. Nawet organizacyjnie byliśmy jako tako do tego przygotowani.  Ulubiona ciotka przesłała przez ulubionego kuzyna żurek i kapustę, a barszcz z uszkami i śledzie na kwaśno przywiozłam z Wigilii w mojej szkole. Po pierogi (niestety już mrożonki) mąż pojechał ze swoim przyjacielem w sprawdzone miejsce aż pod Kraków. No cóż, może i ubogo w tym roku, ale jakoś ostatnio nie przywiązywaliśmy zbytniej wagi do jedzenia, mając znacznie poważniejsze sprawy na głowie. Uznaliśmy więc, że to, co udało nam się przygotować przez zaledwie weekend po wyjściu męża ze szpitala, zupełnie wystarczy. Na więcej i tak nie mieliśmy już sił.

No i co z tego wszystkiego – organizacyjna gotowość okazała się niewystarczająca. Nie byliśmy bowiem przygotowani psychicznie na wigilijne oczekiwanie Bożego Narodzenia w pustym domu. Stół, przy którym siedzieliśmy wieczorem jedynie we dwoje z mężem nie zachęcał w ogóle do tego, by go czymś zastawić. Czas zaczął się dłużyć. A tymczasem brat z bratową wciąż wydzwaniali, ponawiając zaproszenie. No i podjęliśmy wreszcie decyzję, którą już dawno należało podjąć. Samotność po prostu wywiała nas z domu. I choć dla męża taka wyprawa okazała się sporym wyzwaniem, to cieszyliśmy  się, że pomimo tego, mogliśmy przeżyć Wigilię w większym gronie.
Podczas odpakowywania prezentów dojechali do nas jeszcze Kacper z Wiktorią. Duża rodzina, pełne życia gwarne zamieszanie, atmosfera utkana nitkami ciepłych międzyludzkich relacji, to dla mnie istota wigilijnego wieczoru. Wybacz mi Panie, ale chyba nie umiem czekać Twojego przyjścia na świat w ciszy, zamyśleniu i samotnie...



* * * * * * * * * *


Cały tegoroczny okres świąteczny charakteryzuje szaro – bura pogoda, która w połączeniu z permanentnym zmęczeniem sprawia, ze właściwie to mi się niczego nie chce robić. Nawet gdy w Boże Narodzenie świat pokrył się cienką warstwą białego puchu, to i tak nie zrobiło się przez to na świecie ani jaśniej, ani bardziej optymistycznie. Zresztą następnego dnia po bożonarodzeniowym śniegu nie było już ani śladu.



Tak więc nie zrobiłam w tym roku prawie żadnych świątecznych dekoracji, mój stół zdobią w głównej mierze zakupione ostatnio gwiazdy betlejemskie i zimozielone rośliny. Nie przyszykowałam specjalnych potraw, nawet z zakupami miałam pewien problem, bo nic mi się nie wydawało konieczne do zakupienia. 
Z tego co mamy, mąż kroi dwie sałatki, których i tak nie udaje nam się zjeść w czasie Świąt. Od bratowej dostajemy po Wigilii ciasto na wynos i  to nam wystarcza na cały świąteczny czas. Po przygotowanych dwa tygodnie wcześniej pierniczkach (zresztą również „last minute" w tym roku) nie ma już wtedy nawet śladu. Swoje dwa sztandarowe, lecz mało wykwintne placki – murzynek i szarlotkę - piekę dopiero przed Nowym Rokiem. Nie mamy potrzeby zasmakowania w tym czasie ani świątecznej obfitości, ani uroczystego rozmachu. Nawet opłatka, o zgrozo, zapominam nabyć w tym roku - dobrze, że w którejś z zapomnianych dawno szuflad udaje się odnaleźć resztki z poprzedniego. Może jest w tym jakiś świąteczny sabotaż? Przecież u nas, jakby nie było,

„przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu” („Kolęda dla Nieobecnych”)

Zmęczyło mnie szukanie sobie powodów do radości na Boże Narodzenie. Jeśli  Święta stały się dla nas czasem naznaczonym łzami, to po co udawać, że jest inaczej? Na razie nawet sam Bóg nie jest w stanie zastąpić Bartka, zajmując puste miejsce przy wigilijnym stole. Rachunkowi strat daleko do wyrównania.



I tylko świąteczna radość naszych dzieci jest promyczkiem światła w tym okresie. To dzięki nim w ogóle mamy w tym roku choinkę – choć trudno w to uwierzyć, to my przed tegorocznymi Świętami nawet o tym nie pomyśleliśmy! Dobrze, że Kacper z Wiktorią podarowali nam swoje, przywiezione z Bazantowa drzewko (już przystrojone zresztą). Miło jest układać pod nim prezenty (w tym roku zapakowałam ich aż 27!) i wyobrażać sobie, jak bardzo dzieci będą się nimi cieszyły. Ich szczęście jest jak tratwa ratunkowa w oceanie beznadziejności – pomaga przetrwać Święta.

I tak oto powoli dryfujemy aż do Nowego Roku. Tym razem nie będziemy go witać w jakiś szczególny sposób. Zdrowie męża wciąż nie pozwala nam na dłuższe wojaże, a krótsze są dla nas poza zasięgiem finansowym – pobyt sylwestrowy w przyzwoitym standardzie w Polsce dla czteroosobowej rodziny to murowane bankructwo (chyba w wielu ościennych krajach można by to załatwić taniej). Może tym razem Wiktoria będzie miała okazję zobaczyć w naszym mieście pokaz sztucznych ogni – w końcu o czymś takim marzyła w zeszłym roku podczas hiszpańskiego Sylwestra.

Od śmierci Bartka w każdą sylwestrową noc życzyliśmy sobie jedynie, żeby następny rok był lepszy. Trudno byłoby powiedzieć, ze życzenia się nie spełniały. Każdy rok i tak wydaje się lepszy od tego, w którym umiera ci dziecko. Bez względu na to, jak bardzo przepełniony jest chorobami, smutkiem czy przeciwnościami losu. A teraz nie chcę już by kolejny rok był lepszy. Nie życzę sobie już tych wszystkich lepszych lat. Chcę, by następny rok był po prostu dobry. I takie życzenia w tegorocznego Sylwestra składam sobie i moim najbliższym.


"Daj nam wiarę, że to ma sens,
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.
I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze,
Że odeszli po to by żyć.
I tym razem będą żyć wiecznie."

("Kolęda dla Nieobecnych")

wtorek, 25 grudnia 2018

POCHYŁE DRZEWO



Nie, to nie  jest blog o wszystkich chorobach świata. I właśnie dlatego – żeby nie poruszać znowu tego tematu – przestałam ostatnio pisać. Postanowiłam sobie, ze dopóki nie skończy mi się kolejne zwolnienie lekarskie, którego już tak bardzo nie chciałam brać, to nie skrobnę tu ani słowa.
Miałam więc długą przerwę w pisaniu. W jej trakcie poddałam się trzytygodniowej rehabilitacji kolana – płatnej, a jakże, ponieważ  ta, którą zafundował mi ZUS w sanatorium okazała się do niczego. Niestety nic nie dała w temacie poprawy sprawności narządu ruchu, choć na to była nakierowana. Zamrożony poprzez krioterapię ból kolan i ich stan zapalny, po rozmrożeniu odezwał się ze zdwojoną siłą. I to zbyt szybko, bym mogła doczekać nieodpłatnej wizyty u ortopedy.

Prywatne leczenie pociągnęło za sobą naprawdę wysokie opłaty. I wielką złość na organizację systemu ochrony zdrowia, który pokrywa koszty nic nie dających zabiegów w sanatorium, zamiast spożytkować te pieniądze na rzeczywiste leczenie moich dolegliwości. A przecież w takim samym okresie czasu, jaki spędziłam na turnusie w Wysowej, dało się osiągnąć znaczną poprawę mojego zdrowia i funkcjonowania. 
Bo właśnie tego doświadczyłam w kontakcie z prywatną służbą zdrowia. Moja messengerowa korespondencja z Heleną pełna jest zachwytów nad jej osiągnięciami:




wreszcie wiem, na czym polega prawdziwa rehabilitacja
Teraz jestem pod opieką osobistego fizjoterapeuty
 i tej dziewczynie autentycznie zależy, 
żeby moje kolano przywrócić do zdrowia
mam z nią terapię manualna, 
ona mnie po prostu tam torturuje! 
Ale z każdym zabiegiem jest lepiej
Oprócz tego mam terapię na rozmaitych urządzeniach 
i ona pilnuje, żeby było co do minuty
A zabiegi po pół godziny jeden
Po terapii manualnej jesteśmy obie mokre - 
ja z bólu, ona z wysiłku



Może to są zalety nie tylko płatnej rehabilitacji. Może inni doświadczają czegoś takiego u terapeutów, opłacanych przez państwo. Ale mnie to się niestety nie przydarzyło.
Wreszcie po tym prywatnym leczeniu stanęłam z powrotem na nogi. Oczywiście daleko temu jeszcze do ideału. Ale przy znacznie zwężonej szparze kolanowej najprawdopodobniej już nigdy nie będzie on dla mnie do osiągnięcia. Ważne, że znów się poruszam, nawet jeśli chwilami wciąż czuję przy tym trochę bólu. Mam nadzieję, że z czasem będzie tylko lepiej i nareszcie doświadczę odroczonych skutków terapii. Zwłaszcza że zmobilizowałam się do wykonywania zadania domowego po rehabilitacji, czyli ćwiczeń, które mają pomóc zlikwidować przykurcz kolan. Nawet nie wiedziałam, że mam coś takiego, dopóki lekarz tego tak nie nazwał!

Skarżę się na moje kolana pani, która wykonuje mi zdjęcie rentgenowskie (oczywiście też prywatnie):
 - Gdyby dawały mi jakieś sygnały ostrzegawcze, że z nimi tak niewesoło, to bym na pewno wcześniej o nie zadbała.
- A dużo by tam pani zadbała – słyszę w odpowiedzi. – Przecież to zmiany zwyrodnieniowe L
Hmmm, powoli do mnie dociera – moja niewydolność w kolanach nie pojawiła się nagle z początkiem roku szkolnego – wtedy tylko objawiła się bólem. Na stan swoich stawów pracowałam przez lata! I nigdy nie przyszło mi nawet do głowy, że poruszanie się jest darem niekoniecznie danym nam raz na zawsze.

Do pracy wracam w ostatnim tygodniu przed Świętami Bożego Narodzenia. Chciałabym zapomnieć raz na zawsze o wszelkich chorobach, ale niepodobna to zrobić, odwiedzając codziennie szpital, do którego kolejny raz trafił mój mąż. Znów muszę zbierać siły, by to wszystko przetrwać. I w ostatni dzień przedświątecznych zajęć szkolnych, na zakładowej Wigilii przedstawiam przyjaciołom moje  hasło na najbliższy rok:
---------------------------------❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️--------------------------------
Jeśli na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą, to bez względu na wszystko, najwyższy czas się wyprostować.                              
----------------------------------❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️--------------------------------
Innego sposobu po prostu nie ma. Dłużej pochyłym drzewem już nie będę. Bo nie chcę dalej tak żyć.

wtorek, 6 listopada 2018

ZNOWU MARRAKESZ - relacja z wizyty w Hotelu Papuga Park w Bielsku



W pierwsze trzy dni po powrocie do pracy jeżdżę  z dziećmi starszych klas do Muzeum Historycznego. Ma to związek ze stuleciem odzyskania przez Polskę niepodległości. W ramach zajęć muzealnych robię z uczniami twarzowe czapki maciejówki. Z wychowawcami nawiązuję nieformalne, pozaszkolne relacje.
I wówczas jeden z nich proponuje mi wzięcie udziału w wycieczce pracowniczej z funduszu socjalnego. Wprawdzie zależy mi na zorganizowaniu sobie jak największej ilości  wypoczynku, lecz nie jestem pewna, czy taka forma wyjazdu jest dla mnie odpowiednia. Byłam już parę razy na tego typu imprezie i atmosfera okazała się średnio porywająca. Waham się. I wtedy Piotrek pokazuje mi na swojej komórce hotel, do którego mielibyśmy pojechać. Decyzję podejmuję w ciągu najbliższych 2 sekund.
Papuga Park Hotel w Bielsku Białej to obiekt, który już dawno wpadł mi w oko podczas przeglądania różnych ofert turystycznych. Uwagę przykuwają zwłaszcza fotografie basenu i innych pomieszczeń Spa. Potrzebuję pobytu w takim miejscu. Mój mąż wciąż czuje się fatalnie, muszę więc na wszelkie możliwe sposoby zbierać siły, by obdzielić energią do życia nas dwoje. To jedna z nielicznych okazji, by wziąć głęboki oddech.
W hotelu jestem zaledwie chwilę - jedno piątkowe popołudnie po pracy. Nazajutrz tuż po śniadaniu wczesnym rankiem koleżanka ze studiów zabierze mnie na zajęcia w Katowicach. Czasem jednak krótko, ale dobrze (bardzo dobrze!) wystarczy.



















Piotrek zarezerwował mi standardową jedynkę, co w zupełności zapewnia wystarczający komfort, choć w hotelu widziałam pokoje zdecydowanie nowocześniejsze i obszerniejsze. Nie potrzebuję ich jednak do szczęścia, jeśli mogę spędzić czas w najpiękniejszym Spa, jakie do tej pory miałam okazję odwiedzić. O ile pseudoklasycystyczny styl strefy basenowej może się podobać lub nie (mnie się podobał), to dalsza część Wellness, utrzymana w orientalnym stylu jest po prostu imponująca. Największe wrażenie robi na mnie ... ogrom przestrzeni. Na 2400 m2 (info z facebooka hotelu:) gustownie rozmieszczony jest labirynt pomieszczeń z saunami, łaźnią turecką, tepidarium, jaskinią solną, miejscami do odpoczynku, gabinetami zabiegowymi, nawet na kawiarnię znalazło się miejsce. Przyodziani w hotelowe szlafroki i kapcie goście, rozchodzący się po wszystkich zakamarkach Spa, nie generują zatłoczenia. No i te zapachy Orientu... Po prostu odlot.



















Jestem w siódmym niebie. Z centrum Wellness wychodzę dopiero wraz z wybiciem godziny zamknięcia (22.00:). W sam raz, by po obejrzeniu jakiegoś dennego filmu, ułożyć się do snu. Reszta mojej pracowniczej wycieczki w większości udaje się do klubu nocnego na tańce. Niech się bawią tak, jak lubią, ja wszystko, czego potrzebuję (dotyczy to także snu) mam na miejscu w hotelu. Szkoda tylko, że cena pobytu dla mnie dosyć zaporowa - bez funduszu socjalnego relaks raczej będzie trudny do powtórzenia.




















A na ten moment chciałabym wrócić do hotelu Papuga Park z powodu jego wspaniałego centrum Wellness nazwanego Marrakesz, zdecydowanie bardziej niż do Afryki, czyli źródła inspiracji jego właścicieli. Niestety, podczas mojego pobytu w Maroku ani nie widziałam nic tak uroczego, ani też się nie zrelaksowałam w taki sposób, jak w Bielsku.

Po powrocie do pracy idę podziękować Piotrkowi za to, że mnie zachęcił do wyjazdu. I wtedy dowiaduję się, że być może, zresztą  na wniosek całej grupy, wyjazd do Papuga Park będzie powtórzony! Hurrra! Hip, hip, hurrra! No i cóż mogę powiedzieć w kierunku afrykańskiego Marrakeszu? 
Hmm, może to:
- Mam wrażenie, że w strefie Spa & Wellness hotelu Papuga Park doświadczyłam Twojego klimatu w bardziej intensywny sposób niż przebywając w Twoich murach. I nie było dla mnie ważne, czy odtworzono Twoją atmosferę zgodnie z prawdą, czy raczej z romantycznym wyobrażeniem o Tobie. Tu podoba mi się bardziej niż tam w Maroku. Wybieram Bielsko...


*O naszej wizycie w afrykańskim Marrakeszu można przeczytać pod linkiem:

środa, 31 października 2018

ZAPAS NADZIEI


Największym jesiennym wydarzeniem w Wysowej jest Święto Rydza. Mówią o tym dosłownie wszyscy i wszędzie, a pani sprzedająca mi codzienną porcję buncu z żurawiną zdradza, że w weekend, kiedy odbywa się ta impreza, nie uświadczy się wolnego miejsca noclegowego w całej okolicy. Chcąc, nie chcąc, zaczynam się szykować na to wydarzenie, ale niestety okazuje się, że robię to zbyt późno! Kiedy w Wysowej pojawiają się plakaty, oznajmujące zbliżanie się  Święta Rydza, to jednak z zaskoczeniem zauważam, że poza wyprawą na grzyby, właściwie nic zaplanowanego przez organizatorów mnie nie zainteresowało. Sprawdzam stronę internetową, reklamującą świętowanie hasłem: "Pakuj koszyk i nie przegap najbardziej rudego wydarzenia w Polsce". Hmm... niby są tam zapisy na jakieś warsztaty, lecz te, które ewentualnie mogłyby mnie choć co nieco zainspirować, mają już pełną obsadę.
No ale w końcu trzeba jakoś zagospodarować ten weekend. Wybieram więc na niedzielę zajęcia warsztatowe pod nazwą "Doświadczanie przyrody", które de facto mają być godzinnym spacerem po łące i lesie. No cóż, potrafię to zrobić sama, ale z braku laku....

Żeby zaś wybrać się na sobotnie grzybobranie, to, jak głoszą reklamy, muszę zapisać się do udziału w sztandarowym konkursie Święta Rydza. Oczywiście, gdy próbuję to zrobić, okazuje się, że nie ma już wolnych miejsc. Jakoś udaje mi się przekonać jednak organizatorów, by ujęli moje nazwisko (i tak, tak, pseudonim!) na liście rezerwowej. To oczywiście nie gwarantuje mi udziału, ale także nie przekreśla szans. Jestem bardzo zadowolona ze swej operatywności... do chwili dokładniejszego przestudiowania regulaminu konkursu. Opłata, którą mają wnieść jego uczestnicy (przepadająca w wypadku rezygnacji) wydaje się dość wysoka, lecz to jeszcze nie problem. Zwłaszcza, że w cenie jest  dojazd zaprzężonymi w koniki huculskie wozami na miejsce zbiorów.
Zaczynam sobie jednak zdawać sprawę, że w sytuacji, gdy mają one trwać jedynie półtorej godziny, to z moim obolałym kolanem nie mam szans nawet dotrzymać kroku grupie, nie mówiąc już o zebraniu jakiegokolwiek grzyba, w obliczu faktu, że będę dreptać po śladach jej licznych uczestników. Oczywiście jestem zupełnie pozbawiona zakusów na wygraną w konkursie, ale też nie chciałabym wrócić z zupełnie pustym koszykiem (jednak po powrocie będą one komisyjnie sprawdzane). A jest to całkiem realna wizja, gdyż, co w Wysowej nie jest zresztą żadną tajemnicą, mimo wielkiego szumu wokół Święta Rydza, tegoroczna jesień nie zaobfitowała jeszcze w te grzyby - w tutejszych lasach jest ich może jak na lekarstwo. Z tego powodu osiągają też znaczną cenę na tutejszym rynku. Jednakże koszt udziału w konkursie pozwoliłby mi zakupić dwa kilogramy takiego towaru od lokalnych zbieraczy. I pozbawił obaw, że z powodu wolniejszego tempa poruszania się nie stawię się na czas na miejscu zbiórki i pozostanę w lesie (wozy z konikami huculskimi podobno nie czekają na spóżnialskich ani minuty). Albo, że się w nim zgubię, bo nie zaopatrzyłam się w żadną mapę (gdyż ich w zasadzie nie czytam), a wszyscy obznajmieni z terenem zostawią mnie daleko w tyle. No i jest jeszcze sprawa koszyka - jakoś nie mam sumienia przeganiać Heleny do Wysowej, by mi go dostarczyła (choć oczywiście zadeklarowała, że to zrobi, jeśli zechcę) tak wcześnie weeendowym rankiem. Wzbudza się we mnie więc mnóstwo watpliwości, z którymi biję się w myślach przez cały wieczór poprzedzający Święto Rydza. Bo przecież tak lubię zbierać grzyby.
Tyle że nie w dzień, gdy niebo, pokryte ołowianymi chmurami, obiecuje lada chwila ulewę jak z cebra, a wiatr, wiejąc chyba prosto z bieguna, grozi przemarznięciem do szpiku kości. Taka pogoda nie pozostawia żadnych złudzeń pozbawionemu przeciwdeszczowej i zimowej  odzieży kuracjuszowi co do przyjemności przemierzania leśnych duktów.

Cóż, koniki huculskie będą musiały poczekać na inną wycieczkę ze mną - Helena wyczytała na facebooku, że uczelniany kolega Wojtek zarządza także ośrodkiem, z którego między innymi wypożycza się je w Święto Rydza.
Szaro-burym jesiennym porankiem wysyłam więc co prędzej do organizatorów imprezy maila z rezygnacją z rezerwacji na liście rezerwowej. Zaraz potem piszę drugiego, bo Helena przekonuje mnie, że spacer po okolicznej łące czy lesie w dniu następnym to też nie żadna atrakcja, na którą trzeba tu jakoś specjalnie wyczekiwać. W zamian proponuje mi wycieczkę do słowackich zamków. Nie zastanawiam się ani chwili. To już ostatnie dni, które mogę spędzić z Heleną w Beskidzie Niskim. Zbliża się początek roku akademickiego, co oznacza jej wyjazd do pracy na uczelni w Krakowie. A i mój pobyt w Wysowej powoli zmierza do końca. Cieszę się z tego, bo bardzo już tęsknię za swoimi najbliższymi.

W dniu wyjazdu idę jeszcze do pobliskiego lasu, gdzie udaje mi sie na osłodę zebrać parę rydzów. Będę miała w domu wraz z mężem prywatne najbardziej rude święto w Polsce. W Wysowej zaś podobno jest szansa, że wkrótce będzie ich zatrzęsienie.
Żegnam sie z panią z mojego stoliczka, z którą w końcu udało mi się nawiązać jakąś znajomość. Młody człowiek, stołujący się z nami, niestety końca turnusu nie doczekał - został wydalony z Instytutu Zdrowia Człowieka za złamanie regulaminu.
Ostatnie chwile w Wysowej są zachwycające - słoneczne i pełne jesiennych barw. Góry na powrót wypełnia cisza - jelenie, które końcem lata było słychać wręcz na progu mojego sanatorium, zamilkły, rykowisko się skończyło. Wysowa kusi - nie wyjeżdżaj jeszcze...

W myślach robię krótkie podsumowanie pobytu sanatoryjnego - przeszłam tu przez 129 zabiegów (tak, tak, na ostatni dzień otrzymałam jeszcze przydział  dodatkowo na jedną wirówkę kończyn dolnych i lędźwi - to kolejne jakuzzi, tyle że na siedząco) i, jak się tego mogłam spodziewać, trudno byłoby powiedzieć, że czuję się z tego powodu zdrowiej niż przed rehabilitacją. Ale niewątpliwie słońce, mikroklimat, czystość powietrza i wody zrobiły swoje (nie mówiąc już o terapii widokami) - czuję, że przybyło mi sił. I to jest prawdziwy dar dla mnie od Beskidu Niskiego. Tak bardzo potrzebny w perspektywie tego, co czeka na mnie w domu w związku z chorobą męża.



Na zakończenie turnusu jedna ze stałych bywalczyń sanatoryjnych mówi mi z miną znawczyni tematu: (tak na pocieszenie):
 - Zobaczysz, jak świetnie się poczujesz za jakieś dwa tygodnie.
Oprócz zapasu sił zabieram więc do domu jeszcze nadzieję. Do zobaczenia Wysowo, choć raczej już nie w sanatorium.
Po dwóch tygodniach w domu opadam i z sił, i z zapasu nadziei. Końcem miesiąca zaś mam takie zaostrzenie kłopotów z kolanem, że ledwie się poruszam. To oczywiście nie jest tak, żebym winiła za to sanatorium. Dostałam tam zalecenie konsultacji u ortopedy i to on zdiagnozuje, co się dzieje. A także ustali plan leczenia. Kolejna rehabilitacja przedrentowa? Nie, ja już za to raczej dziękuję.





P.s. Relację z wycieczki do słowackich zamków napiszę w wolnej chwili.

piątek, 19 października 2018

KU JESIENI

Nadejście ostatniego tygodnia lata odmieniło moje sanatoryjne życie. Począwszy od subiektywnych zmian w samopoczuciu, gdy już przystosowałam się do nowych warunków, poprzez ich modyfikacje, które znacząco wpłynęły na sytuacje obiektywne, doprowadzając finalnie do poprawy funkcjonowania w Instytucie Zdrowia Człowieka. Zaczęło się jednak nieciekawie. Na poniedziałkowej edukacji zdrowotnej pani doktor przywitała nas słowami:
- Państwo wiecie, że te zabiegi, które Wam tu serwujemy, to one Was nie leczą? Najpierw pomyślałam, że się przesłyszałam, potem zobaczyłam, że, jak w komiksie, nad każdą z głów zebranych kuracjuszy zawisł w tym momencie wielki, olbrzymi, gigantyczny wręcz znak zapytania.
- My tylko pobudzamy tymi zabiegami Wasz organizm do podjęcia wysiłku w celu regeneracji, co czasem wiąże się z odbudową połączeń czy też wytworzeniem nowych komórek – kontynuowała swój wywód pani doktor.
Aha, rozumiem.
– Oczywiście taki proces mógłby okazać się również niekorzystny i zadziałać na zasadzie na przykład pobudzenia nowotworów, dlatego też na wstępie pytamy zawsze Państwa, czy nie macie takiego problemu.
Poczułam, jak spadam z krzesełka. Rzeczywiście na pierwszej wizycie padło pytanie, zahaczające o ten temat, ale dotyczyło tylko i wyłącznie wpisanego w moją kartę zdrowia, a wykluczonego na ten moment chłoniaka! A co z innymi nowotworami, które pani hematolog musi dopiero skreślić z mojego życia po okresie dłuższej obserwacji?
No więc po spotkaniu ogólnym biegnę czym prędzej z tym pytaniem do sanatoryjnej lekarki. I od ręki dostaję zmianę zabiegów prądowo – laserowych na krioterapię. Jestem zachwycona. Z czasem wymieniam na nią również ultradźwięki, po których, jak mi się wydaje, opuchlizna na kolanie zaczyna coraz częściej niepokojąco pulsować. Teraz moje zabiegi (z wyjątkiem gimnastyki oczywiście) trwają maksimum trzy minuty i praktycznie każda fizjoterapeutka jest mi w stanie poświęcić je poza kolejką – między jednym pacjentem a drugim. Wreszcie więc mogę zorganizować swoje sanatoryjne dni w taki sposób, by pojawił się w nich czas wolny na realizację własnych pomysłów. A mam ich bez liku – cały kompleksowy plan służący poprawie swojego zdrowia. W tym celu staram się spędzić codziennie czas na dłuższym spacerze oraz otwartym wreszcie basenie, zamawiam sobie zawiesinę borowinową do kąpieli perełkowej, a także dodatkowe masaże, korzystając z faktu, że w moim sanatorium pojawił się specjalista z tej dziedziny, pracujący wcześniej z polską kadrą kanadyjkarzy. Tylko z kuracją pitną jakoś mi słabo wychodzi – strasznie mnie odrzuca od tutejszych wód mineralnych, choć się bardzo staram. Wszystko to już oczywiście płatne, za wyjątkiem wypożyczenia kijów do nording walking – nieoceniona Helena podrzuciła mi swoje. No cóż, trzeba dofinansować ten bezpłatny turnus od ZUS – u, żeby jakoś zoptymalizować potencjalne korzyści. Już samo ich wyobrażenie sprawia, ze czuję się zdrowiej. Napisałabym, że widzę świat w różowych kolorach, ale nie, chyba w złocie i pomarańczach, które przybrał, jest mu bardziej do twarzy.  Zachwycam się wraz z innymi kuracjuszami, że w tak pięknym okresie przyszło nam ogladać Beskid Niski, ale tutejszy terapeuta uświadamia nam, że końcem października i na początku listopada jest tu jeszcze bardziej kolorowo. Aż trudno to sobie wyobrazić.
Kiedy przyjechałam do Wysowej z zaskoczeniem stwierdziłam, ze tutejsze górskie lasy mają zupełnie takie same kolory jak te w Karkonoszach miesiąc wcześniej. A potem nagle na biegu wszystko zaczęło żółknąć i rudzieć. Dosłownie każdego dnia widać było kolejne kroki w kierunku jesieni. Obserwowałam je w coraz głębszym oczarowaniu i cieszyłam się tymi zmianami jak dziecko. Tak naprawdę nie potrzeba mi wiele, by poczuć się lepiej.


*
Jakże wielką przyjemnością jest oglądanie tego barwnego świata na wędrówkach po okolicy. Kije do nording walking, które rekomendowała na edukacji zdrowotnej pani doktor, pozwalają rzeczywiście przejść nawet dłuższy dystans bez dokuczliwych bóli kolan i lędźwi. Z takim wyposażeniem mogłam się udać z Heleną na grzyby w góry powyżej jej drewnianego domku, a także samodzielnie przejść kilka pobliskich, interesujących mnie tras. 


Najbardziej zrelaksowała mnie wycieczka do Hutoru Grzegorza. W jego klimatycznych pomieszczeniach miałam  okazję zetknąć się z przemiłymi gospodarzami, hodującymi w sali restauracyjnej z kominkiem słodkiego króliczka Paszteta, którego imię podobno nie jest jego przeznaczeniem. Właściciele zwierzaczka są ludźmi z pasją i pomysłem na życie, dlatego atmosfera, jaką tworzą w odremontowanych wnętrzach swojego gospodarstwa tak urzeka. Prawdziwą przyjemnością było wypicie w takim lokalu grzanego piwa, podanego z zakąską  w postaci pity i gęstych sosów warzywnych. Innych specjałów serwowanej tam kuchni gruzińskiej(!) i kaukaskiej(!) nie miałam okazji popróbować. Spieszyłam się bardzo na swoje sanatoryjne danie, czekające w porze kolacji na kuracjuszy Instytutu Zdrowia Człowieka☺️






















Pozostałe wycieczki po okolicy nastroiły mnie bardziej refleksyjnie. Zarówno przemierzanie Doliny Łopacińskiego w kierunku ośrodka Zacisze, jak i droga pod cerkiew w Blechnarce, obudziły wspomnienia. Właściwie to nawet nie tak, bo zgodnie z prawdą przyznać muszę, że w istocie nigdy nie udało mi się ich uśpić, co być może przekładałoby się na mój wewnętrzny spokój. Ja tylko próbowałam je utrzymać w ryzach, oplatając, zupełnie nieproporcjonalną do ich siły, pajęczyną świadomości spraw i wydarzeń, które dzieją się na bieżąco. Niekiedy udawało mi się w nich zatopić na chwilę jakąś część wspomnień, choć nigdy głęboko. One zawsze są tuż pod powierzchnią i co rusz wyrywają się stamtąd, czasem ledwie dochodząc do głosu, a czasem zagłuszając wszystko inne.





















W Wysowej właśnie ta druga sytuacja przytrafiała mi się najczęściej. Właściwie spodziewałam się tego, przemierzając okolice, które w przeszłości – najpierw w okresie dzieciństwa Bartusia, a potem w czasach jego młodości, były ulubionymi miejscami przebywania naszej rodziny. Po jego śmierci opracowałam teoretycznie metodę, która miała pozwolić mi na nowo odzyskać rzeczywisty świat w jego najdroższych memu sercu rejonach, utracony także wraz z dzieckiem. Polegała ona na wprowadzaniu nowych wspomnień w każde z miejsc, pieczołowicie przechowujących pamięć o naszym szczęśliwym życiu w pełnym rodzinnym składzie.
Moją metodę w ramach eksperymentu zastosowałam na swojej rodzinie. Wiedziałam, że z początku odczujemy to jak posypywanie świeżych ran solą, ale tak, czy owak, byliśmy wówczas przepełnieni bólem do tego stopnia, że już bardziej chyba cierpieć się nie dało. Wydawało mi się, że z czasem może być tylko lepiej – nowe wspomnienia miały się mieszać ze starymi, by w końcu zacząć wypierać  je z najodleglejszych nawet zakamarków pamięci.

Z niektórymi miejscami poszło w miarę dobrze – gdy dziś na przykład myślę o mojej ukochanej Bośni, do której nie zawitaliśmy w te wakacje z powodu stanu zdrowia męża, to mam w głowie obrazy związane nie tylko z podróżami w towarzystwie Bartka, ale także te z pielgrzymki z dziewczynami z naszej grupy religijnej oraz wycieczki objazdowej w większym gronie kilku rodzin.
Niestety nadal są przestrzenie, z którymi zupełnie sobie nie radzę. No bo ile razy w Wysowej trzeba przejść drogę z cerkwi do parku, żeby czas w tym miejscu zaniechał cofanie mnie do okresu dzieciństwa mojego zmarłego Synka? Żeby przestać tam słyszeć rozdzwoniony głosik i rozradowany śmiech malucha, biegającego za stadami czerwcowych świetlików? Żeby nie czuć w swojej ręce jego malutkiej dłoni i nie widzieć rozwartych szeroko oczu, nienasyconych jeszcze cudami otaczającego świata? Wierna swojej metodzie chodzę tą drogą tam i z powrotem - z kijami, bez kijów, po wodę mineralną i na zakupy w przycerkiewnym sklepiku, a i tak wspomnienia chwil spędzanych z moim Dzieciaczkiem zawsze tam na mnie czekają.




















W innych miejscach, tak mocno związanych z naszą historią, nie jest dużo lepiej. W Wysowej doświadczam takiego zakrzywienia czasoprzestrzeni, że mogłabym być żywym przykładem prawdziwości teorii względności Einsteina. Teraźniejszość miesza mi się nieustannie z przeszłością. Na spacerach co rusz wyglądam blond czuprynki mojego pierworodnego Synka, gdy przemierzam parkowe aleje. Widzę go, jak zadziera główkę, wypatrując w koronach drzew rudych wiewiórczych kitek i jak pochyla się nad kolorową salamandrą, w pośpiechu porzuciwszy rowerek na żwirowej dróżce.
Gdy Helena proponuje mi spędzenie czasu w Uściu nad rzeką na przeciwko jej domu, to nawet nie podchodzę do tematu - wiem, że na ten moment nie jestem go w stanie oswoić w żaden sposób. Czasem trzeba zrobić odstępstwo od własnej metody i zaczekać aż przyjdzie lepsza pora, by podjąć takie działanie. 




















I tak z nadejściem kolejnego weekendu, który okazuje się już zimny, pochmurny i mokry, pogrążam się coraz bardziej w przeszłości. Do tego wszystkiego dopadają mnie przywiane z domu troski, związane ze stanem zdrowia męża, któremu jakoś wcale nie jest lepiej po wyjściu ze szpitala. Świat traci kolory i staje się szaro - bury. Nadchodzi jesień...

Chutor (gwarfutorros. Хутoрukr. Хутір)[1] – odosobniony, najczęściej niewielki punkt osadniczy; znaczenie tego słowa zmieniało się w różnych okresach historycznych. W XVI–XVII wieku mianem chutoru określana była jednozagrodowa osadnicza posiadłość wiejska na słabo zaludnionych obszarach Ukrainy i Rosji, położona pośród pól i stepów, złożona z jednego lub kilku zabudowań i stanowiących jedno gospodarstwo.