Nadejście ostatniego tygodnia lata odmieniło moje sanatoryjne życie. Począwszy od subiektywnych zmian w samopoczuciu, gdy już przystosowałam się do
nowych warunków, poprzez ich modyfikacje, które znacząco wpłynęły na sytuacje
obiektywne, doprowadzając finalnie do poprawy funkcjonowania w Instytucie Zdrowia Człowieka. Zaczęło się jednak nieciekawie. Na poniedziałkowej edukacji zdrowotnej pani
doktor przywitała nas słowami:
- Państwo wiecie, że te zabiegi, które Wam tu
serwujemy, to one Was nie leczą? Najpierw pomyślałam, że się przesłyszałam,
potem zobaczyłam, że, jak w komiksie, nad każdą z głów zebranych kuracjuszy zawisł
w tym momencie wielki, olbrzymi, gigantyczny wręcz znak zapytania.
- My tylko pobudzamy tymi zabiegami Wasz organizm do
podjęcia wysiłku w celu regeneracji, co czasem wiąże się z odbudową połączeń
czy też wytworzeniem nowych komórek – kontynuowała swój wywód pani doktor.
Aha, rozumiem.
– Oczywiście taki proces mógłby okazać się również
niekorzystny i zadziałać na zasadzie na przykład pobudzenia nowotworów, dlatego
też na wstępie pytamy zawsze Państwa, czy nie macie takiego problemu.
Poczułam, jak spadam z krzesełka. Rzeczywiście na
pierwszej wizycie padło pytanie, zahaczające o ten temat, ale dotyczyło tylko i
wyłącznie wpisanego w moją kartę zdrowia, a wykluczonego na ten moment chłoniaka!
A co z innymi nowotworami, które pani hematolog musi dopiero skreślić z mojego
życia po okresie dłuższej obserwacji?
No więc po spotkaniu ogólnym biegnę czym prędzej z
tym pytaniem do sanatoryjnej lekarki. I od ręki dostaję zmianę zabiegów
prądowo – laserowych na krioterapię. Jestem zachwycona. Z czasem wymieniam na
nią również ultradźwięki, po których, jak mi się wydaje, opuchlizna na kolanie zaczyna coraz częściej niepokojąco pulsować. Teraz moje zabiegi (z wyjątkiem gimnastyki
oczywiście) trwają maksimum trzy minuty i praktycznie każda fizjoterapeutka
jest mi w stanie poświęcić je poza kolejką – między jednym pacjentem a drugim.
Wreszcie więc mogę zorganizować swoje sanatoryjne dni w taki sposób, by pojawił
się w nich czas wolny na realizację własnych pomysłów. A mam ich bez liku –
cały kompleksowy plan służący poprawie swojego zdrowia. W tym celu staram się
spędzić codziennie czas na dłuższym spacerze oraz otwartym wreszcie basenie,
zamawiam sobie zawiesinę borowinową do kąpieli perełkowej, a także dodatkowe
masaże, korzystając z faktu, że w moim sanatorium pojawił się specjalista z tej
dziedziny, pracujący wcześniej z polską kadrą kanadyjkarzy. Tylko z kuracją
pitną jakoś mi słabo wychodzi – strasznie mnie odrzuca od tutejszych wód
mineralnych, choć się bardzo staram. Wszystko to już oczywiście płatne, za
wyjątkiem wypożyczenia kijów do nording walking – nieoceniona Helena podrzuciła mi swoje. No cóż, trzeba dofinansować ten bezpłatny turnus od ZUS – u, żeby
jakoś zoptymalizować potencjalne korzyści. Już samo ich wyobrażenie sprawia, ze
czuję się zdrowiej. Napisałabym, że widzę świat w różowych kolorach, ale nie,
chyba w złocie i pomarańczach, które przybrał, jest mu bardziej do twarzy. Zachwycam się wraz z innymi kuracjuszami, że
w tak pięknym okresie przyszło nam ogladać Beskid Niski, ale tutejszy terapeuta
uświadamia nam, że końcem października i na początku listopada jest tu jeszcze
bardziej kolorowo. Aż trudno to sobie wyobrazić.
Kiedy przyjechałam do Wysowej z zaskoczeniem
stwierdziłam, ze tutejsze górskie lasy mają zupełnie takie same kolory jak te w
Karkonoszach miesiąc wcześniej. A potem nagle na biegu wszystko zaczęło żółknąć
i rudzieć. Dosłownie każdego dnia widać było kolejne kroki w kierunku jesieni. Obserwowałam
je w coraz głębszym oczarowaniu i cieszyłam się tymi zmianami jak dziecko. Tak
naprawdę nie potrzeba mi wiele, by poczuć się lepiej.
*
Jakże wielką przyjemnością jest oglądanie tego barwnego
świata na wędrówkach po okolicy. Kije do nording walking, które rekomendowała
na edukacji zdrowotnej pani doktor, pozwalają rzeczywiście przejść nawet
dłuższy dystans bez dokuczliwych bóli kolan i lędźwi. Z takim wyposażeniem
mogłam się udać z Heleną na grzyby w góry powyżej jej drewnianego domku, a
także samodzielnie przejść kilka pobliskich, interesujących mnie tras.
Najbardziej zrelaksowała mnie wycieczka do Hutoru Grzegorza. W jego klimatycznych
pomieszczeniach miałam okazję zetknąć
się z przemiłymi gospodarzami, hodującymi w sali restauracyjnej z kominkiem słodkiego
króliczka Paszteta, którego imię podobno nie jest jego przeznaczeniem.
Właściciele zwierzaczka są ludźmi z pasją i pomysłem na życie, dlatego
atmosfera, jaką tworzą w odremontowanych wnętrzach swojego gospodarstwa tak
urzeka. Prawdziwą przyjemnością było wypicie w takim lokalu grzanego piwa,
podanego z zakąską w postaci pity i gęstych
sosów warzywnych. Innych specjałów serwowanej tam kuchni gruzińskiej(!) i kaukaskiej(!) nie miałam okazji popróbować. Spieszyłam się bardzo na swoje sanatoryjne danie,
czekające w porze kolacji na kuracjuszy Instytutu Zdrowia Człowieka☺️

Pozostałe wycieczki po okolicy nastroiły mnie bardziej refleksyjnie. Zarówno przemierzanie Doliny Łopacińskiego w kierunku ośrodka Zacisze, jak i droga pod cerkiew w Blechnarce, obudziły wspomnienia. Właściwie to nawet nie tak, bo zgodnie z prawdą przyznać muszę, że w istocie nigdy nie udało mi się ich uśpić, co być może przekładałoby się na mój wewnętrzny spokój. Ja tylko próbowałam je utrzymać w ryzach, oplatając, zupełnie nieproporcjonalną do ich siły, pajęczyną świadomości spraw i wydarzeń, które dzieją się na bieżąco. Niekiedy udawało mi się w nich zatopić na chwilę jakąś część wspomnień, choć nigdy głęboko. One zawsze są tuż pod powierzchnią i co rusz wyrywają się stamtąd, czasem ledwie dochodząc do głosu, a czasem zagłuszając wszystko inne.

W Wysowej właśnie ta druga sytuacja przytrafiała mi się najczęściej. Właściwie spodziewałam się tego, przemierzając okolice, które w przeszłości – najpierw w okresie dzieciństwa Bartusia, a potem w czasach jego młodości, były ulubionymi miejscami przebywania naszej rodziny. Po jego śmierci opracowałam teoretycznie metodę, która miała pozwolić mi na nowo odzyskać rzeczywisty świat w jego najdroższych memu sercu rejonach, utracony także wraz z dzieckiem. Polegała ona na wprowadzaniu nowych wspomnień w każde z miejsc, pieczołowicie przechowujących pamięć o naszym szczęśliwym życiu w pełnym rodzinnym składzie.
Moją metodę w ramach eksperymentu zastosowałam na swojej rodzinie. Wiedziałam, że z początku odczujemy to jak posypywanie
świeżych ran solą, ale tak, czy owak, byliśmy wówczas przepełnieni bólem do tego stopnia, że już bardziej chyba cierpieć się nie dało. Wydawało mi się, że z czasem może być tylko
lepiej – nowe wspomnienia miały się mieszać ze starymi, by w końcu zacząć wypierać
je z najodleglejszych nawet zakamarków
pamięci.
Z niektórymi miejscami poszło w miarę dobrze – gdy dziś
na przykład myślę o mojej ukochanej Bośni, do której nie zawitaliśmy w te
wakacje z powodu stanu zdrowia męża, to mam w głowie obrazy związane nie tylko
z podróżami w towarzystwie Bartka, ale także te z pielgrzymki z dziewczynami z
naszej grupy religijnej oraz wycieczki objazdowej w większym gronie kilku
rodzin.
Niestety nadal są przestrzenie, z którymi zupełnie sobie nie radzę. No bo ile razy w Wysowej trzeba przejść drogę z cerkwi do parku, żeby czas w tym miejscu zaniechał cofanie mnie do okresu dzieciństwa mojego zmarłego Synka? Żeby przestać tam słyszeć rozdzwoniony głosik i rozradowany śmiech malucha, biegającego za stadami czerwcowych świetlików? Żeby nie czuć w swojej ręce jego malutkiej dłoni i nie widzieć rozwartych szeroko oczu, nienasyconych jeszcze cudami otaczającego świata? Wierna swojej metodzie chodzę tą drogą tam i z powrotem - z kijami, bez kijów, po wodę mineralną i na zakupy w przycerkiewnym sklepiku, a i tak wspomnienia chwil spędzanych z moim Dzieciaczkiem zawsze tam na mnie czekają.
W innych miejscach, tak mocno związanych z naszą historią, nie jest dużo lepiej. W Wysowej doświadczam takiego zakrzywienia czasoprzestrzeni, że mogłabym być żywym przykładem prawdziwości teorii względności Einsteina. Teraźniejszość miesza mi się nieustannie z przeszłością. Na spacerach co rusz wyglądam blond czuprynki mojego pierworodnego Synka, gdy przemierzam parkowe aleje. Widzę go, jak zadziera główkę, wypatrując w koronach drzew rudych wiewiórczych kitek i jak pochyla się nad kolorową salamandrą, w pośpiechu porzuciwszy rowerek na żwirowej dróżce.
Gdy Helena proponuje mi spędzenie czasu w Uściu nad rzeką na przeciwko jej domu, to nawet nie podchodzę do tematu - wiem, że na ten moment nie jestem go w stanie oswoić w żaden sposób. Czasem trzeba zrobić odstępstwo od własnej metody i zaczekać aż przyjdzie lepsza pora, by podjąć takie działanie.

I tak z nadejściem kolejnego weekendu, który okazuje się już zimny, pochmurny i mokry, pogrążam się coraz bardziej w przeszłości. Do tego wszystkiego dopadają mnie przywiane z domu troski, związane ze stanem zdrowia męża, któremu jakoś wcale nie jest lepiej po wyjściu ze szpitala. Świat traci kolory i staje się szaro - bury. Nadchodzi jesień...
Chutor (gwar. futor, ros. Хутoр, ukr. Хутір)[1] –
odosobniony, najczęściej niewielki punkt osadniczy; znaczenie tego słowa
zmieniało się w różnych okresach historycznych. W XVI–XVII wieku mianem chutoru
określana była jednozagrodowa osadnicza posiadłość wiejska na
słabo zaludnionych obszarach Ukrainy i Rosji, położona
pośród pól i stepów, złożona z jednego
lub kilku zabudowań i stanowiących jedno gospodarstwo.


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz