 |
| Stary Dom Zdrojowy |
Kiedy w piątkowy
wieczór Wysowa pogrąża się w mroku burzowych chmur, to ogarnia mnie lekki
niepokój, że niestety wraz z nimi nadciąga weekend zamknięcia w czterech
ścianach. Szkoda mi bardzo, bo dopiero co świat był przepełniony cudnym
wrześniowym latem, na ławeczkach przed moim sanatorium opalali się kuracjusze,
a w parku przed Starym Domem Zdrojowym gotował na świeżym powietrzu Makłowicz.  |
A tu potem odnalazłam ten odcinek: https://player.pl/programy-online/maklowicz-w-polsce-odcinki,14060/odcinek-7,S01E07,115566
|
A potem znajduję sobie powód do radości - zaczynam się cieszyć, że moja rodzina
odwołała przyjazd na ten weekend. Bo niby co w taką pogodę mielibyśmy robić w
zarezerwowanym dla nich (po wygórowanej zresztą cenie) drewnianym domku
nieopodal Instytutu Zdrowia Człowieka? Park Wodny, na który tak liczyłam, z
niewiadomych przyczyn jest zamknięty do odwołania. A innych atrakcji to tak
niestety nie za wiele... Wprawdzie w sobotę mają się odbyć koncerty i w parku,
i na Górze Jawor, ale ponieważ obydwa zaplanowano jako imprezy plenerowe, nie wiadomo jeszcze, jak bardzo to okaże się atrakcyjne. Przemoknięcie i
załapanie przeziębienia od razu na wstępie turnusu nie bardzo mi się uśmiecha. Tym
bardziej, ze sobotni ranek wita nas deszczem.
Ale widać dobry Bóg
czuwa i nad moim zdrowiem, i samopoczuciem, bo w końcu na wieczór deszczowe
chmury się rozwiewają. Jestem za to wdzięczna nie tylko jako kuracjusz, który może wreszcie wyjść z czterech
ścian niewielkiej jedynki, ale także w imieniu Heleny i jej przyjaciół. To oni
właśnie są organizatorami koncertu galowego „Na skrzyżowaniu kultur. Muzyka
polska, węgierska, łemkowska, żydowska i rosyjska”. Zaplanowano go jako jeden z elementów III Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego „U źródeł”. Helena ma tego
wieczoru recytować tam swoje wiersze pomiędzy utworami na skrzypce, klawisze oraz występami
sopranistki. Zaproszenie dostałam na długo przed wyjazdem do sanatorium. Cieszę się, że mogę z niego skorzystać.
- Ile ty masz jeszcze
talentów Ola? - zachwyca się po
koncercie wójt Gminy Uście Gorlickie, dziękując mojej przyjaciółce za
odczytanie poruszających wierszy.
- Ja zazwyczaj działam
w przestrzeni dyskursywnej – wyjaśnia kolejnemu zachwyconemu widzowi autorka poetyckich utworów, znana w naszym kręgu pod imieniem Helena. Rzeczywiście jej
wystąpienie po łemkowsku i polsku robi wrażenie. Muzyka jej znajomego Mariusza
Mończaka również. Tak bardzo chciałabym jej wysłuchać jeszcze w scenerii cerkwi
greckokatolickiej pw. Opieki Matki Bożej na Górze Jawor. Tą część festiwalu
zatytułowano „Muzyczna modlitwa przy blasku świec”. Czy można, będąc tutaj,
przegapić coś takiego?
Góra Jawor to miejsce
szczególne dla tutejszej kultury. Jest nazywane, choć chyba trochę na wyrost,
„łemkowskim Lourdes” z uwagi na związane z nim objawienie i uzdrawiające
właściwości wody z przycerkiewnej studni. Helena zabiera mnie tam swoim
samochodem, parkując właśnie pod tym uświęconym wodopojem. Jestem jej
niepomiernie wdzięczna, bo tym razem nie doszłabym pod cerkiew żadną miarą
– w Beskidzie Niskim zapadła już noc, wszędzie ciemno, choć oko wykol, a do
tego w moim kolanie czuję zaostrzenie zamiast ustępowania dolegliwości.
 |
| Cerkiew na Górze Jawor |
W podzięce za przybycie
Góra Jawor natychmiast szczelnie otula mnie rozmodloną magią. Najpierw we
wnętrzu cerkwi modlę się na śpiewanym nabożeństwie wraz z Heleną i grupą
pielgrzymów ze Słowacji, potem już na zewnątrz, robię to przy dźwiękach muzyki
Bacha, Cacciniego, Vivaldiego... Nawet noc cichnie, by nie zagłuszać skrzypków
i przysiada się do publiczności na drewnianą ławkę. Ze środka świątyni spogląda
na nas w swojej łagodności Pankrator, zastygnąwszy w zasłuchaniu z pełną
błogosławieństw ręką. Płomyki świec roztańczone na knotach, podkreślają każdy
dźwięk drżącymi ruchami. Wydobywają blaski i cienie drewnianej cerkwi oraz wszystkich zgromadzonych - blaski i cienie każdego człowieka z osobna. Tego wieczoru kładę się do snu z modlitwą, która
wciąż płynie we mnie skrzypcową muzyką. I zanim dopuszczę do siebie jakiekolwiek
nocne nuty smutku, już ranek budzi mnie, ozłacając promieniami słońca.
 |
| Ala i Stefan po drodze do Wysowej urządzili grzybobranie:) |
Wiem, że to będzie
piękny dzień. A on ze wszystkich sił stara się spełnić moje oczekiwania. Z
Brzeska w odwiedziny przyjeżdża do mnie wraz z mężem przyjaciółka ze studiów Ala, a z
Uścia Gorlickiego przyjaciółka ze studiów Helena. Na wspólną posiadówkę
wybieramy knajpę w Wysowej, którą podobno zarządza przyjaciel ze studiów Wojtek. Wprawdzie nie
zastajemy go na miejscu, ale rozczarowania nie przeżywamy - trudno było
oczekiwać, że będzie się nas tam spodziewał. Spotkanie w czwórkę to i tak
wielka, tym większa, że nie do końca spodziewana, przyjemność. A potem
zostajemy już tylko we dwie z Heleną, bo Ala i Stefan podążają za własnym
planem na popołudnie.
 |
| Gościnna Chata - miejsce spotkania z Przyjaciółmi |
Nasz z kolei jest
związany z butelką chilijskiego wytrawnego wina. I na jego kanwie snują się kolejne
magiczne chwile. Zapada zmierzch, potem pachnący drewnem dom Heleny pogrąża się
w nocy, rozsiewającej na niebie niezliczoną ilość gwiazd. Księżyc między nowiem
a pełnią spowija góry srebrną, pełną
tajemnic poświatą. To królestwo jeleni, które o tej porze roku mają swój okres
godowy. Ich ryczenie sprawia, że powstaje we mnie niesamowite poczucie
obcowania z naturą w tak bliskim, że omal intymnym związku.
 |
| Przed domem Heleny już po zachodzie słońca |
Byłam już kiedyś z
moimi bliskimi w Uściu podczas jeleniego rykowiska. Kilka lat temu gościliśmy w
domku Heleny przez jeden z wrześniowych weekendów, gdy wybraliśmy się zbierać
owoce dzikiej róży na mężowe nalewki. Całą rodziną, w cztery osoby, w jakimś
innym życiu. Teraz, po jego przełamaniu śmiercią dziecka na dwoje, próbuję
posklejać znowu wszystko do kupy. Ale już zawsze będzie istniała szczęśliwa
epoka przed i ta po, z którą zmagam się każdego dnia. To z góry przegrana
walka, ale i tak nie ma innego wyjścia, jak tylko próbować nieść ciężar tego, co się stało z sobą - naprzód, krok po kroku, by móc dalej żyć. I retuszować nowymi wspomnieniami te
przeszłe, które wciąż powodują ból nie do opisania.
 |
| Na ścieżce do Instytutu Zdrowia Człowieka |
Czas postanowił mnie w tym wesprzeć, ale i on ma swoje ograniczenia. Piękny dzień z przyjaciółmi upłynął
tak szybko. Zabieram od Heleny moje nowe, magiczne wspomnienia i wsiadam w
ostatni autobus do Wysowej. Na drodze do rzeczywistości stoją trzy zwabione
rykiem jeleni łanie i żegnają się ze mną porozumiewawczymi spojrzeniami, gdy
wymijamy je slalomem w Hańczowej.
Instytut Zdrowia
Człowieka zastaję zupełnie odarty z magii. Już na przystanku dociera do mnie
hałas kolejnego „wieczorku przy muzyce mechanicznej”. Podchodzę bliżej i
słyszę, jak rozbawieni kuracjusze wyśpiewują na całe gardła wraz z Mariuszem
Kalagą: „Jedną z gwiazd, co twoje imię ma, tej nocy oddam ci, ona nam wieczną
miłość daaa...” Dyskotekowa lampa rzuca lustrzane refleksy na roztańczone pary.
Półki baru uginają się pod ciężarem różnego rodzaju alkoholu.
Cóż, każdy próbuje
wycisnąć z tego wyjazdu, co się tylko da. Za niespełna trzy tygodnie wyjadę i
będę nieść swoje pełne dziegciu życie
gdzieś dalej. Naprawdę doceniam Boże, że próbowałeś je w ten weekend osłodzić
łyżeczką miodu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz