poniedziałek, 17 września 2018

ŁYŻECZKA MIODU

Stary Dom Zdrojowy

Kiedy w piątkowy wieczór Wysowa pogrąża się w mroku burzowych chmur, to ogarnia mnie lekki niepokój, że niestety wraz z nimi nadciąga weekend zamknięcia w czterech ścianach. Szkoda mi bardzo, bo dopiero co świat był przepełniony cudnym wrześniowym latem, na ławeczkach przed moim sanatorium opalali się kuracjusze, a w parku przed Starym Domem Zdrojowym gotował na świeżym powietrzu Makłowicz. 
A tu potem odnalazłam ten odcinek:
https://player.pl/programy-online/maklowicz-w-polsce-odcinki,14060/odcinek-7,S01E07,115566

A potem znajduję sobie powód do radości - zaczynam się cieszyć, że moja rodzina odwołała przyjazd na ten weekend. Bo niby co w taką pogodę mielibyśmy robić w zarezerwowanym dla nich (po wygórowanej zresztą cenie) drewnianym domku nieopodal Instytutu Zdrowia Człowieka? Park Wodny, na który tak liczyłam, z niewiadomych przyczyn jest zamknięty do odwołania. A innych atrakcji to tak niestety nie za wiele... Wprawdzie w sobotę mają się odbyć koncerty i w parku, i na Górze Jawor, ale ponieważ obydwa zaplanowano jako imprezy plenerowe, nie wiadomo jeszcze, jak bardzo to okaże się atrakcyjne. Przemoknięcie i załapanie przeziębienia od razu na wstępie turnusu nie bardzo mi się uśmiecha. Tym bardziej, ze sobotni ranek wita nas deszczem.
Ale widać dobry Bóg czuwa i nad moim zdrowiem, i samopoczuciem, bo w końcu na wieczór deszczowe chmury się rozwiewają. Jestem za to wdzięczna nie tylko jako kuracjusz, który może wreszcie wyjść z czterech ścian niewielkiej jedynki, ale także w imieniu Heleny i jej przyjaciół. To oni właśnie są organizatorami koncertu galowego „Na skrzyżowaniu kultur. Muzyka polska, węgierska, łemkowska, żydowska i rosyjska”. Zaplanowano go jako jeden z elementów III Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego „U źródeł”. Helena ma tego wieczoru recytować tam swoje wiersze pomiędzy utworami na skrzypce, klawisze oraz występami sopranistki. Zaproszenie dostałam na długo przed wyjazdem do sanatorium. Cieszę się, że mogę z niego skorzystać.
- Ile ty masz jeszcze talentów Ola? -  zachwyca się po koncercie wójt Gminy Uście Gorlickie, dziękując mojej przyjaciółce za odczytanie poruszających wierszy.
- Ja zazwyczaj działam w przestrzeni dyskursywnej – wyjaśnia kolejnemu zachwyconemu widzowi autorka poetyckich utworów, znana w naszym kręgu pod imieniem Helena. Rzeczywiście jej wystąpienie po łemkowsku i polsku robi wrażenie. Muzyka jej znajomego Mariusza Mończaka również. Tak bardzo chciałabym jej wysłuchać jeszcze w scenerii cerkwi greckokatolickiej pw. Opieki Matki Bożej na Górze Jawor. Tą część festiwalu zatytułowano „Muzyczna modlitwa przy blasku świec”. Czy można, będąc tutaj, przegapić coś takiego?
Góra Jawor to miejsce szczególne dla tutejszej kultury. Jest nazywane, choć chyba trochę na wyrost, „łemkowskim Lourdes” z uwagi na związane z nim objawienie i uzdrawiające właściwości wody z przycerkiewnej studni. Helena zabiera mnie tam swoim samochodem, parkując właśnie pod tym uświęconym wodopojem. Jestem jej niepomiernie wdzięczna, bo tym razem nie doszłabym pod cerkiew żadną miarą – w Beskidzie Niskim zapadła już noc, wszędzie ciemno, choć oko wykol, a do tego w moim kolanie czuję zaostrzenie zamiast ustępowania dolegliwości.
Cerkiew na Górze Jawor

W podzięce za przybycie Góra Jawor natychmiast szczelnie otula mnie rozmodloną magią. Najpierw we wnętrzu cerkwi modlę się na śpiewanym nabożeństwie wraz z Heleną i grupą pielgrzymów ze Słowacji, potem już na zewnątrz, robię to przy dźwiękach muzyki Bacha, Cacciniego, Vivaldiego... Nawet noc cichnie, by nie zagłuszać skrzypków i przysiada się do publiczności na drewnianą ławkę. Ze środka świątyni spogląda na nas w swojej łagodności Pankrator, zastygnąwszy w zasłuchaniu z pełną błogosławieństw ręką. Płomyki świec roztańczone na knotach, podkreślają każdy dźwięk drżącymi ruchami. Wydobywają blaski i cienie drewnianej cerkwi oraz wszystkich zgromadzonych - blaski i cienie każdego człowieka z osobna. Tego wieczoru kładę się do snu z modlitwą, która wciąż płynie we mnie skrzypcową muzyką. I zanim dopuszczę do siebie jakiekolwiek nocne nuty smutku, już ranek budzi mnie, ozłacając promieniami słońca.


Ala i Stefan po drodze do Wysowej urządzili grzybobranie:)

Wiem, że to będzie piękny dzień. A on ze wszystkich sił stara się spełnić moje oczekiwania. Z Brzeska w odwiedziny przyjeżdża do mnie wraz z mężem przyjaciółka ze studiów Ala, a z Uścia Gorlickiego przyjaciółka ze studiów Helena. Na wspólną posiadówkę wybieramy knajpę w Wysowej, którą podobno zarządza  przyjaciel ze studiów Wojtek. Wprawdzie nie zastajemy go na miejscu, ale rozczarowania nie przeżywamy - trudno było oczekiwać, że będzie się nas tam spodziewał. Spotkanie w czwórkę to i tak wielka, tym większa, że nie do końca spodziewana, przyjemność. A potem zostajemy już tylko we dwie z Heleną, bo Ala i Stefan podążają za własnym planem na popołudnie.
Gościnna Chata - miejsce spotkania z Przyjaciółmi

Nasz z kolei jest związany z butelką chilijskiego wytrawnego wina. I na jego kanwie snują się kolejne magiczne chwile. Zapada zmierzch, potem pachnący drewnem dom Heleny pogrąża się w nocy, rozsiewającej na niebie niezliczoną ilość gwiazd. Księżyc między nowiem a pełnią  spowija góry srebrną, pełną tajemnic poświatą. To królestwo jeleni, które o tej porze roku mają swój okres godowy. Ich ryczenie sprawia, że powstaje we mnie niesamowite poczucie obcowania z naturą w tak bliskim, że omal intymnym związku.
Przed domem Heleny już po zachodzie słońca

Byłam już kiedyś z moimi bliskimi w Uściu podczas jeleniego rykowiska. Kilka lat temu gościliśmy w domku Heleny przez jeden z wrześniowych weekendów, gdy wybraliśmy się zbierać owoce dzikiej róży na mężowe nalewki. Całą rodziną, w cztery osoby, w jakimś innym życiu. Teraz, po jego przełamaniu śmiercią dziecka na dwoje, próbuję posklejać znowu wszystko do kupy. Ale już zawsze będzie istniała szczęśliwa epoka przed i ta po, z którą zmagam się każdego dnia. To z góry przegrana walka, ale i tak nie ma innego wyjścia, jak tylko próbować nieść ciężar tego, co się stało z sobą -  naprzód, krok po kroku, by móc dalej żyć. I retuszować nowymi wspomnieniami te przeszłe, które wciąż powodują ból nie do opisania.
Na ścieżce do Instytutu Zdrowia Człowieka

Czas postanowił mnie w tym wesprzeć, ale i on ma swoje ograniczenia. Piękny dzień z przyjaciółmi upłynął tak szybko. Zabieram od Heleny moje nowe, magiczne wspomnienia i wsiadam w ostatni autobus do Wysowej. Na drodze do rzeczywistości stoją trzy zwabione rykiem jeleni łanie i żegnają się ze mną porozumiewawczymi spojrzeniami, gdy wymijamy je slalomem w Hańczowej.


Instytut Zdrowia Człowieka zastaję zupełnie odarty z magii. Już na przystanku dociera do mnie hałas kolejnego „wieczorku przy muzyce mechanicznej”. Podchodzę bliżej i słyszę, jak rozbawieni kuracjusze wyśpiewują na całe gardła wraz z Mariuszem Kalagą: „Jedną z gwiazd, co twoje imię ma, tej nocy oddam ci, ona nam wieczną miłość daaa...” Dyskotekowa lampa rzuca lustrzane refleksy na roztańczone pary. Półki baru uginają się pod ciężarem różnego rodzaju alkoholu.
Cóż, każdy próbuje wycisnąć z tego wyjazdu, co się tylko da. Za niespełna trzy tygodnie wyjadę i będę  nieść swoje pełne dziegciu życie gdzieś dalej. Naprawdę doceniam Boże, że próbowałeś je w ten weekend osłodzić łyżeczką miodu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz