niedziela, 29 marca 2026

JEDEN Z NAJTRUDNIEJSZYCH WPISÓW

 

Cud się nie zdarzył. Albo może się zdarzył, tylko że zupełnie inny od takiego, jakiego oczekiwałam.

Krysia, która zadzwoniła do mnie z wiadomością, że Ela nie żyje, zwróciła mi uwagę na błogosławieństwa podarowane przez tę śmierć, jakkolwiek by to nie brzmiało. Zauważyła, że oszczędziła ona naszej przyjaciółce bólu i cierpień, związanych zazwyczaj z ostatnią fazą choroby nowotworowej. A przecież Ela najbardziej tego chciała uniknąć.

Wskazała też na stan jej 81-letniej mamy.

- Ona już by dłużej nie wytrzymała w tym szpitalu przy Eli – podsumowała. I to jest prawda – pamiętam swoje dwa tygodnie spędzone przy umierającym Andrzeju. Powiedzieć, że byłam wyczerpana, to jakby nic nie powiedzieć. A przecież jestem prawie trzydzieści lat młodsza od mamy Eli. Na dodatek ja nie miałam wówczas żadnych przesłanek do myślenia o chorobie męża w kategoriach terminalności. Sądzę więc, że było mi łatwiej psychicznie.

Ale Krysia widzi to inaczej.

- Przez te dwa tygodnie Elusia pozwoliła mamie pożegnać się przed odejściem.

I być może tak było, co ja tam wiem o śmierci.

Mama Eli zadzwoniła do szkoły ze straszną wieścią o śmierci córki w dzień, gdy sama miała stawić się na konsylium lekarskim z powodu wykrycia u niej nowego guza. Już w grudniu robiła badania przed czekającą ją w styczniu operacją wycięcia narosłej zmiany. Ale została ona odłożona na marzec.

Ela nie mogła się pogodzić z zagrożeniem zdrowia mamy. Starsza pani już wcześniej przeszła walkę z chorobą nowotworową i wraz z córką, przy dobrych wynikach badań, żyły w przekonaniu, że najgorsze jest za nimi.

Nowa diagnoza mamy kompletnie załamała Elę. Widać było, jak stres obezwładniał ją kawałek po kawałeczku. Odbierał jej siły do dalszej walki.

Nikt sobie nigdy nie wyobrażał scenariusza, że to matka pochowa córkę. I to zaledwie po dwóch tygodniach od postawienia diagnozy o nowym ognisku choroby także u Eli. Nie mam pojęcia, co teraz będzie z jej mamą. Oczywiście chęć pomocy płynie z każdej strony. Ale bólu niestety nikt nie jest w stanie nikomu ująć.

W dzień śmierci Eli, gdy szłam na zabiegi, przeprowadziłam z nią w głowie przedziwną rozmowę. Wiedziałam, że brak wiadomości o poprawie zdrowia to zła wiadomość. Czułam, że moja przyjaciółka trzyma się życia ostatkiem sił. I kiedy przechodziłam przez rozległy trawnik po drodze do poradni z oddziałem rehabilitacyjnym, w głowie nagle pojawiła się nieoczekiwana myśl, że być może kiedyś przyjdzie ta chwila, gdy trzeba będzie pozwolić Eli odejść. Tak jak to miało miejsce w przypadku Andrzeja.

I nagle byłam już w środku swojej głowy, choć nogi dalej deptały świeżo wykiełkowane źdźbła trawy. Prowadziłam z Elą rozmowę i słyszałam od niej, że ta chwila właśnie przyszła. Przyjaciółka tłumaczyła mi, że już chce umrzeć. Pytała, czy nie mam nic przeciwko temu. I ja, dla której była jedną z najbliższych osób w życiu, pozwoliłam jej wybrać to, czego ona chce, nie ja. Zapytałam tylko, czy jest pewna, że to dla niej najlepsze wyjście. I usłyszałam „tak” w swojej głowie.

Półtorej godziny później, już na zabiegach, poczułam taką niemoc podczas gimnastyki, że myślałam, że jej nie ukończę. Ciało odmawiało posłuszeństwa, jakby musiało się mierzyć z czymś znacznie trudniejszym niż podnoszenie nóg do góry. Jakby już wiedziało.

- Jesteśmy ze sobą powiązani na tylu poziomach, że kto tam wie, jak to działa – podsumuje Krysia. Ta telefoniczna rozmowa z nią była bardzo kojąca. Ela bardzo doceniała Krysię.

Dzięki niej mam też plan, w jaki sposób mogę wrócić bez rozdzierającego poczucia straty do wspólnego z Elą gabinetu.

- Może zamiast myśleć o tym, że jej tam nie ma, trzeba raczej pomyśleć, że tam jest. Że nadal pomaga w pracy. Że opiekuje się nami wszystkimi.

Tak, to taki rodzaj myślenia, który mi na pewno pomoże. Przerobiłam to już po śmierci męża. Gdy wchodziłam do jego pokoju, to patrzyłam w stronę łóżka, w którym spędził ostatnie miesiące, uśmiechałam się i witałam go jak zwykle: cześć Andrzej.

Czułam wtedy jego obecność. Czułam, że odwzajemnia mi się uśmiechem. Jesteśmy ze sobą powiązani na tylu poziomach, że kto tam wie, jak to działa... To zresztą jest bardzo pokrzepiające.

Więc gdy wrócę po rehabilitacji do pracy, to też będę ją rozpoczynać słowami: cześć Elusiu, rzucanymi w kierunku miodowego fotela, w którym moja przyjaciółka spędzała najwięcej czasu w ostatnich tygodniach.

I taki jest plan na przyszłość, żeby jakoś ogarnąć to, co się stało. Żeby po raz kolejny pozbierać się po tym, co przybiło.

Kochany pamiętniczku, dobrze, że jesteś. Dobrze, że od wielu lat mogę sobie tu przerabiać wszystko, co najcięższe, zostawiając to za sobą w wirtualnej przestrzeni. Zrzucając to z przygniecionych barków. Próbując ułożyć to w swojej głowie. Wpis po wpisie.. A ten dzisiejszy, przyznaję, był jednym z najtrudniejszych i najbardziej osobistych w całym moim blogu...

niedziela, 22 marca 2026

WIARA W CUDA

 

Ela zachorowała. W czasie ferii zimowych przeszła przez covid. To znaczy, ona tak uważała, bo u żadnego lekarza z tym nie była. Wydawała się wyleczona, gdy końcem ferii spędziłyśmy bardzo miły dzień z seansem w kinie i wizytą w kawiarni. Ale gdy po ich zakończeniu wróciła do pracy zmarnowana, to uznałam, że jednak ktoś powinien ją przebadać. Trzy tygodnie mi zajęło, żeby namówić ją do tego, aby jakiś specjalista ją choćby osłuchał. Broniła się, jak tylko mogła. Wskazywała na to, że właściwie nie ma lekarza rodzinnego. Ukrainka, która przyjmuje w jej przychodni podobno nawet nie rozumie polskiego.

Ela mówiła też o tym, że zwykłemu lekarzowi rodzinnemu trudno będzie dopasować bieżące leczenie do stanu po przebytej chorobie nowotworowej. Że właściwie nie ma siły wprowadzać nikogo nowego w skomplikowane historie tego, co już przeszła, a termin do opiekującej się nią onkolożki jest bardzo odległy. Bo przecież ostatnie badania onkologiczne z wakacji wykazały już pełnię zdrowia i nie było potrzeby umawiać się wcześniej.

Rozumiałam ją. Wiem, że była zmęczona latami walki o zdrowie. Wiem, że się bała.

Ten strach, który nosi się w głowie po przebytej chorobie nowotworowej, to chyba jej najgorsze następstwo. Ela radziła sobie z nim, jak mogła. Mechanizmy obronne jednak w takich sytuacjach raczej nie bronią. W sprawie kontaktu z lekarzem nie ustępowałam więc mimo jej oporu. Zwłaszcza, że stan Eli się pogarszał.

Ale w międzyczasie pracowałyśmy prawie normalnie – przyjmowałyśmy uczniów w naszym gabinecie, rozwiązywałyśmy problemy, robiłyśmy plany na przyszłość. Lekarze powiedzą później, że to niemożliwe, żeby mogła to robić w takim stanie, ale jednak tak było. Po prostu nie znają jej uporu i zdecydowania. Ela jest taka dzielna.

Ostatniego dnia, gdy się widziałyśmy, obiecała wreszcie, że początkiem weekendu zadzwoni do znajomego lekarza i umówi się na wizytę. Dotrzymała obietnicy. Ucieszyłam się, że w końcu jej zdrowie będzie pod kontrolą.

Rankiem po weekendzie napisała mi, że pewnie długo jej nie będzie. Od lekarza trafiła od razu do szpitala. Gdy nie dała znać, jakie są wyniki badań, wiedziałam, że to źle wróży. Ale nie dociekałam, nie dobijałam się do niej z zapytaniami, nie zamęczałam rozmowami o sytuacji zdrowotnej – wiedziałam, że tego nie znosi. Posyłałam tylko dobrą energię, optymistyczne motywatory i krótkie wiadomości o tym, że myślę o niej przez cały czas. Aż do następnego weekendu, gdy przyszło zalecenie, żeby tego nie robić, bo i to dla Eli zbyt trudne. Jej stan był już tak poważny, że właściwie całkiem opadła z sił.

Najbliższa przyjaciółka Eli po kontakcie z jej mamą przekazała nam wieści, które mnie zdruzgotały. Nowe ognisko choroby – ile razy można toczyć walkę na śmierć i życie z hydrą, której wciąż odrastają głowy? Rozumiem, że można mieć tego dosyć.

Ale mimo to, gdy nocą spoglądam przez okno mojego salonu na światełko na dachu szpitala, które widzę ponad drzewami, to kieruję w tamtą stronę do Eli prośby, by się nie poddawała. Wierzę w jej upór i dzielność.

Ostatni weekend Ela spędziła już na oddziale paliatywnym. Nie mam nowych wieści, oprócz tego, że nie chce żadnych odwiedzin. Znam ją na tyle, że nawet nie potrzebowałam tego usłyszeć. Wiem, że najlepiej jej tam z mamą, choć serce mi pęka na myśl o tym, co ta starsza, cudowna kobieta musi teraz przeżywać. Staram się wierzyć w cuda.

W pracy bez Eli przez dwa ostatnie tygodnie trudno mi było znaleźć sobie miejsce. Patrzę na miodowy fotelik, który najczęściej zajmowała w ostatnim czasie i od razu czuję przypływ takich uczuć, z którymi nie mam ochoty się mierzyć. Najchętniej bym wtedy wyszła z gabinetu, ale to przecież moje miejsce pracy, więc rzadko to jest możliwe. Tak bardzo się martwię o Elę. Tak się o nią boję. Nawet, gdy w nią wierzę z całych moich sił. Nie poddawaj się Elu, proszę.

Na szczęście problem z przebywaniem we wspólnym gabinecie tymczasowo sam się rozwiązuje. Od jutra, zamiast do pracy, będę uczęszczać do pobliskiej przychodni na rehabilitację w ramach oddziału dziennego. Po blisko dwóch latach doczekałam się wreszcie na termin.

Okazało się, że to rozwiązało jeszcze jeden mój problem. Na razie właściwie nie miałabym nawet czym dojeżdżać do pracy. I znów sama jestem temu winna – dojeździłam nasz samochód rodzinny. Wiedziałam, że, jak to przy dieslu, nie powinnam używać go tylko na krótkie trasy. Ale co miałam zrobić, gdy benzyniak jest ciągle w naprawie od czasu bliskiego spotkania z betonowym słupem na początku listopada? Musiałam używać diesla, by przemieszczać się sprawnie między moimi trzema już pracami. A dalszych planów wyjazdowych po prostu w międzyczasie nie miałam. Jeżdżenie bez sensu po autostradzie, by w wyniku dużej prędkości filtr DPF sam się oczyścił, nie wchodziło w grę przy mojej niechęci do pełnienia roli kierowcy. No więc filtr się sam nie oczyścił. Gdy wracałam z pracy na weekend wyświetlił mi się komunikat, że jest zapchany. I było już po jeździe. Teraz czekają mnie tylko wysokie koszty regeneracji. Wiem coś o tym, bo po śmierci Andrzeja też tak miałam. Tyle, że wtedy nie wiedziałam, co to filtr DPF. Teraz powinnam była bardziej na to uważać, bo już wiem. No ale…

Tak czy owak mój drugi samochód też został zholowany do kolejnego mechanika. Ale ponieważ to znajomy, to może naprawa nie będzie tak długo trwała jak ta w autoryzowanym warsztacie PZU. Zresztą i tam właściciel obiecuje, że mi wyda mojego benzyniaka lada dzień. Mam nadzieję, że teraz dotrzyma słowa. Inaczej będę miała poważny kłopot.

Ale cóż to takie trudności w obliczu tego, z czym zmagają się inni ludzie. Dam radę. Ty Elu też dasz. Wierzę w Ciebie i wierzę w cuda...

środa, 18 marca 2026

PODRÓŻNICZA ELITA:)

 

Kilka dni przed wyjazdem do Afryki zadzwoniła Madzia, by dodać mi otuchy. Roztaczała piękne wizje tego, co czeka mnie na mojej pierwszej, zorganizowanej przez biuro podróży, objazdowej wycieczce. Oczywiście w rozmowie odniosła się też do tego, że wyjeżdżam bez żadnego towarzysza/towarzyszki. Ale, zdaniem Madzi, to nie problem na tego typu wyjazdach.

- Zobaczysz, jakie tam spotkasz towarzystwo. Na takie wycieczki wyjeżdżają zupełnie inni ludzie niż gdzie indziej. Zobaczysz, kogo tam poznasz. To towarzystwo na zupełnie innym poziomie.

Była to dobra wiadomość. Z optymizmem oczekiwałam więc spotkania z gronem elitarnych, pełnych kultury i obytych w świecie podróżników.

I z takim oczekiwaniem ustawiłam się na lotnisku w kolejce do stanowiska odprawy Rainbow. Oczywiście nie spodziewałam się spełnienia Madzinej zapowiedzi tak od razu. Byłam w drodze od czwartej rano, by na czas zdążyć do Warszawy i tak naprawdę to myślałam tylko o spaniu a nie o nawiązywaniu nowych kontaktów towarzyskich. Kleiły mi się oczy, w opadającej ze zmęczenia głowie nie było miejsca nawet na small talki.

No ale jak to powiedzieć dziadziusiowi, który stanął przede mną w kolejce i rozpoczął nawijanie historia po historii? Zwłaszcza, że naczytałam się o tym, jak to starsi ludzie często bywają samotni, tęskniąc za rozmowami z innymi i snuciem opowieści o własnym życiu. Ich początek był zresztą bardzo interesujący. Trochę wspomnień z dzieciństwa i młodości, rozważania o swojej dwujęzyczności, wrażenia z różnych ciekawych miejsc na świecie. Potem starszy pan przedstawił kilka teorii na temat funkcjonowania mózgu i raportów z badań nad biologicznymi aspektami starzenia. Mimo swoich, jak twierdził, dziewięćdziesięciu dwóch lat, umysł miał ostry, myślenie jasne, bogate słownictwo. Sprawiał wrażenie emerytowanego naukowca, który wciąż śledzi nowości ze swojej dziedziny. Tak, pomyślałam, oto już spotkałam pierwszego turystę z rodzaju takich, o których mówiła Madzia. Pan rzeczywiście wydawał się potwierdzać te domysły każdym słowem. Mówił o tym, że jedzie do Gambii po raz trzydziesty trzeci, a suma jego kilometrów spędzonych w podróży przewyższyła odległość z Ziemi do księżyca. Wow!, no pełen szacun. Byłam oczarowana.

Czar prysł jak bańka mydlana, w momencie, gdy „dziadzio” wyjął telefon. Tylko po to, by pokazać mi zdjęcia jego kolejnych gambijskich „narzeczonych”. Czy muszę dodawać, jak bardzo były młode? Seks turystyka do biedniejszych krajów na świecie to temat często pojawiający się w internecie, ale nigdy nie spotkałam się z nim w tak osobisty sposób.

Kontakt z panem natychmiast mi się urwał. Ale i tak właściwie nadeszła nasza kolej na oddanie bagażu, więc mogłam czym prędzej rozstać się z tą nową znajomością. Dostałam bilet na miejsce przy oknie i zasiadłam w lotniskowej kawiarni nad piernikową latte, błogosławiąc chwile, gdy mogę pobyć trochę w samotności bez poznawania żadnego nowego, nawet najbardziej interesującego towarzystwa, co do którego właśnie nabrałam delikatnych podejrzeń.

Niestety potwierdziły się one na całej linii podczas lotu. Podsumuję to słowami niejakiego Kamila, który dokładnie rok wcześniej dodał opinię na stronie organizatora jego i mojej podróży, choć ja akurat daleka jestem od tego, by winić Rainbow za sytuacje na pokładzie samolotu:

„Biuro wysyła ludzi w czarterze. Już nad Krakowem część pasażerów jest pijana w sztok. Załoga samolotu nic z tym nie robi. 7h leci się z pijakami, którzy drą japy, są wulgarni i nieznośni do samego lądowania na Goa". No cóż, jeśli by zamienić miejsce odlotu na Warszawę, a przylotu na Banjul, to niestety mój lot przez długi czas wyglądał tak samo. Ale może to niewyspanie sprawiło, że było to dla mnie tak niekomfortowe.

W każdym razie jakoś próbowałam jednak sobie tłumaczyć to wszystko, by nie zniechęcić się do elity turystyki masowej. Przynajmniej tak było, dopóki nie stanęłam w kolejce pod drzwiami toalety. Ale gdy po dłuższej chwili przecisnęli się przez jej drzwi pani z panem, to się poddałam. No nie, nie jestem purytanką, ale do tej chwili myślałam, że takie rzeczy dzieją się jedynie w filmie „Emmanuelle”. A już na pewno nie w toalecie samolotu czarterowego, której odwiedzenie podczas długiego lotu samo w sobie bywa czasem dość ekstremalnym doświadczeniem.

Madziu wiem, że Twoje słowa były podyktowane chęcią wsparcia na duchu, ale w tamtej chwili zwątpiłam w ich prawdziwość. Tyle, że nie miałam wówczas ani czasu, ani siły, żeby się tym załamywać. Na szczęście. Bo na miejscu okazało się, że moja grupa była naprawdę na poziomie i spędziłam z nią mnóstwo miłych chwil podczas całej wycieczki. Poznałam ciekawych, fajnych ludzi. A jedna z osób była wręcz absolutnie wyjątkowa. Nasza przewodniczka po prostu mnie urzekła. Ale Małgosia zasługuje na zupełnie odrębny wpis na tym ( czy innym) blogu...


niedziela, 8 marca 2026

"WIOSNA, ACH TO TY"

 

Wiosna przyszła zupełnie nagle – donoszę początkiem tygodnia Ani, która poleciała na kilka dni do swoich przyjaciół w Anglii.

I nawet jeśli rankiem i tak najczęściej są przymrozki, to w późniejszych godzinach słońce wynagradza całe długie miesiące, gdy go nie było. Ach, jak to cieszy.

Właśnie taki marzec lubię. Jestem niezmiennie oczarowana możliwościami błyskawicznego przystosowania się przyrody do zmiennych warunków pogodowych. Ledwo stopniał śnieg i puściły srogie mrozy, a już pojawiły się pierwsze kwiaty, ptaki koncertują na całe ptasie gardziołki, zwierzęta (w tym nawet wykastrowany Maciuś) poczuły zew natury.

Z okien salonu widzę wiewiórki, które raźno krzątają się po okolicy, nad rzekę przywędrował majestatyczny jeleń z pięknym porożem, wieczorami trzeba przeganiać z posesji dziki… Takie to wiosenne atrakcje. Jedne cieszą, inne, jak te z udziałem dzikich świń, sprawiają coraz więcej kłopotu. Już nie tylko teren przy naszym domu jest niemiłosiernie zryty, tak samo wygląda teraz wiele miejsc nad rzeką. Nie wiem, co na nich wyrośnie, ale próby ich ogarniania zdają się coraz bardziej beznadziejne.

W moim ogródeczku na razie tylko kilka żółtych krokusów ocalało z tego urządzonego stadnie przez dziki armagedonu, ale dobre i to, bo w marcu każdy rozchylający płatki kwiatek, jak dla mnie, robi za cudo. Dziś wsadziłam jeszcze w dwie duże donice cebulki irysów holenderskich – kupiłam je jesienią, ale w końcu nie włożyłam do ziemi - żal mi było poświęcić takie skarby dla grasującego po wszystkich moich grządkach dzikowiska. Przynajmniej dzięki tej decyzji będę mogła się cieszyć wiosną w swojej jadalni. Do tego postawiłam tam na stole wzniosłe pierwiosnki, a także pachnące hiacynty i bardzo jestem zadowolona z takiego wiosennego anturażu.

„Nie ma na świecie takiego Chanel’a, który pachnie lepiej niż polskie przedwiośnie” – przesyłam następnego dnia hasło umieszczone w internecie przez Panią od rysunku. Tak, zapach nadchodzącej wiosny działa na mnie lepiej niż wszystkie inne antydepresanty.

Choć na te dotychczasowe też nie narzekam. Stałe przyjmowanie od wakacji zrobiło swoje. Czuje się stabilniejsza i (po odważnym wyjeździe do Afryki) bardziej gotowa na realizację swoich dalszych planów życiowych. Bo okazało się, że jednak niektóre z nich przetrwały wszystkie moje życiowe zakręty i coraz śmielej o sobie przypominają.

Może już wreszcie przyszła pora, żeby przestać pracować u kogoś i zająć się własnym centrum psychoterapii? Zawsze o tym marzyłam. Brałam pod uwagę różne możliwości – wynajem gabinetu na godziny, przyjmowanie pacjentów w domu, a nawet wybudowanie specjalnego lokalu. Szukaliśmy z mężem już bardzo konkretnych rozwiązań, dopóki jego choroba nie zaostrzyła się do tego stopnia, że przestałam myśleć o czymkolwiek innym.

Z kolei niecałe pół roku po ukończeniu kursu psychoterapii umarł Bartek. Czy mogłabym zaczynać wówczas nową pracę, skoro nawet wizja przeżycia kolejnego dnia przerażała? Jednym słowem, do tej pory realizacja planu na własny gabinet nie była mi dana.

Ale wizja pozostała. Rozmawiałam o niej ostatnio z Madzią podczas naszych spotkań. Nieśmiało rodzi się nowy plan… I znów zaczynam wierzyć, że wszystko może się zmienić.

Zresztą w marcu rozpoczął się też proces innych zmian. Kacper znalazł nową pracę. Bardzo byłam jej przeciwna, gdy poznałam szczegóły. Oferta dotyczyła produkcji i to tylko w weekendy, a na dodatek na nocnej zmianie. Ale był to jedyny przypadek, gdy ktoś odpowiedział na Kacprowe CV. Toteż mój syn postanowił spróbować (na razie ma umowę miesięczną). I nieoczekiwanie wrócił po pierwszej nocce miło rozczarowany. Oczywiście będzie szukał jeszcze czegoś lepszego, ale w jego ocenie w nowym miejscu pracy jest całkiem spoko.

Mnie na razie jeszcze trochę stresują nocki, spędzane tylko ze zwierzakami, choć Kacper zadbał o nasz komfort i postanowił powierzyć nasze bezpieczeństwo kamerze. Ale nie tylko o to chodzi. Ciężko mi się wyspać, bo to mało wygodne, gdy Wafelek wtarabania się do mojego łóżka i przepycha z Maćkiem, walcząc o jak najlepsze miejsce. Za to widzę, że piesek przywiązuje się do mnie coraz bardziej. I ja do niego też.

Jakie to szczęście mieć pieska – napisałam dzisiaj do Ani. Tak naprawdę nikt inny i nic innego by mnie nie zmobilizowało, żeby swoje wolne dni rozpoczynać wczesnymi spacerami nad rzeką. Albo tak je kończyć. A przecież czuję, że to mnie naprawdę wzmacnia. Dodaje energii i raz po raz przypomina o zachwycie nad światem. I za to wszystko Ci dziękuję mój mały, ukochany Wafelku…

P.s. do wysłuchania:

"Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało wiosna, ach to ty" (Marek Grechuta)