Cud się nie zdarzył. Albo może się zdarzył, tylko że zupełnie inny od takiego, jakiego oczekiwałam.
Krysia, która zadzwoniła do mnie z wiadomością, że Ela nie żyje, zwróciła mi uwagę na błogosławieństwa podarowane przez tę śmierć, jakkolwiek by to nie brzmiało. Zauważyła, że oszczędziła ona naszej przyjaciółce bólu i cierpień, związanych zazwyczaj z ostatnią fazą choroby nowotworowej. A przecież Ela najbardziej tego chciała uniknąć.
Wskazała też na stan jej 81-letniej mamy.
- Ona już by dłużej nie wytrzymała w tym szpitalu przy Eli – podsumowała. I to jest prawda – pamiętam swoje dwa tygodnie spędzone przy umierającym Andrzeju. Powiedzieć, że byłam wyczerpana, to jakby nic nie powiedzieć. A przecież jestem prawie trzydzieści lat młodsza od mamy Eli. Na dodatek ja nie miałam wówczas żadnych przesłanek do myślenia o chorobie męża w kategoriach terminalności. Sądzę więc, że było mi łatwiej psychicznie.
Ale Krysia widzi to inaczej.
- Przez te dwa tygodnie Elusia pozwoliła mamie pożegnać się przed odejściem.
I być może tak było, co ja tam wiem o śmierci.
Mama Eli zadzwoniła do szkoły ze straszną wieścią o śmierci córki w dzień, gdy sama miała stawić się na konsylium lekarskim z powodu wykrycia u niej nowego guza. Już w grudniu robiła badania przed czekającą ją w styczniu operacją wycięcia narosłej zmiany. Ale została ona odłożona na marzec.
Ela nie mogła się pogodzić z zagrożeniem zdrowia mamy. Starsza pani już wcześniej przeszła walkę z chorobą nowotworową i wraz z córką, przy dobrych wynikach badań, żyły w przekonaniu, że najgorsze jest za nimi.
Nowa diagnoza mamy kompletnie załamała Elę. Widać było, jak stres obezwładniał ją kawałek po kawałeczku. Odbierał jej siły do dalszej walki.
Nikt sobie nigdy nie wyobrażał scenariusza, że to matka pochowa córkę. I to zaledwie po dwóch tygodniach od postawienia diagnozy o nowym ognisku choroby także u Eli. Nie mam pojęcia, co teraz będzie z jej mamą. Oczywiście chęć pomocy płynie z każdej strony. Ale bólu niestety nikt nie jest w stanie nikomu ująć.
W dzień śmierci Eli, gdy szłam na zabiegi, przeprowadziłam z nią w głowie przedziwną rozmowę. Wiedziałam, że brak wiadomości o poprawie zdrowia to zła wiadomość. Czułam, że moja przyjaciółka trzyma się życia ostatkiem sił. I kiedy przechodziłam przez rozległy trawnik po drodze do poradni z oddziałem rehabilitacyjnym, w głowie nagle pojawiła się nieoczekiwana myśl, że być może kiedyś przyjdzie ta chwila, gdy trzeba będzie pozwolić Eli odejść. Tak jak to miało miejsce w przypadku Andrzeja.
I nagle byłam już w środku swojej głowy, choć nogi dalej deptały świeżo wykiełkowane źdźbła trawy. Prowadziłam z Elą rozmowę i słyszałam od niej, że ta chwila właśnie przyszła. Przyjaciółka tłumaczyła mi, że już chce umrzeć. Pytała, czy nie mam nic przeciwko temu. I ja, dla której była jedną z najbliższych osób w życiu, pozwoliłam jej wybrać to, czego ona chce, nie ja. Zapytałam tylko, czy jest pewna, że to dla niej najlepsze wyjście. I usłyszałam „tak” w swojej głowie.
Półtorej godziny później, już na zabiegach, poczułam taką niemoc podczas gimnastyki, że myślałam, że jej nie ukończę. Ciało odmawiało posłuszeństwa, jakby musiało się mierzyć z czymś znacznie trudniejszym niż podnoszenie nóg do góry. Jakby już wiedziało.
- Jesteśmy ze sobą powiązani na tylu poziomach, że kto tam wie, jak to działa – podsumuje Krysia. Ta telefoniczna rozmowa z nią była bardzo kojąca. Ela bardzo doceniała Krysię.
Dzięki niej mam też plan, w jaki sposób mogę wrócić bez rozdzierającego poczucia straty do wspólnego z Elą gabinetu.
- Może zamiast myśleć o tym, że jej tam nie ma, trzeba raczej pomyśleć, że tam jest. Że nadal pomaga w pracy. Że opiekuje się nami wszystkimi.
Tak, to taki rodzaj myślenia, który mi na pewno pomoże. Przerobiłam to już po śmierci męża. Gdy wchodziłam do jego pokoju, to patrzyłam w stronę łóżka, w którym spędził ostatnie miesiące, uśmiechałam się i witałam go jak zwykle: cześć Andrzej.
Czułam wtedy jego obecność. Czułam, że odwzajemnia mi się uśmiechem. Jesteśmy ze sobą powiązani na tylu poziomach, że kto tam wie, jak to działa... To zresztą jest bardzo pokrzepiające.
Więc gdy wrócę po rehabilitacji do pracy, to też będę ją rozpoczynać słowami: cześć Elusiu, rzucanymi w kierunku miodowego fotela, w którym moja przyjaciółka spędzała najwięcej czasu w ostatnich tygodniach.
I taki jest plan na przyszłość, żeby jakoś ogarnąć to, co się stało. Żeby po raz kolejny pozbierać się po tym, co przybiło.
Kochany pamiętniczku, dobrze, że jesteś. Dobrze, że od wielu lat mogę sobie tu przerabiać wszystko, co najcięższe, zostawiając to za sobą w wirtualnej przestrzeni. Zrzucając to z przygniecionych barków. Próbując ułożyć to w swojej głowie. Wpis po wpisie.. A ten dzisiejszy, przyznaję, był jednym z najtrudniejszych i najbardziej osobistych w całym moim blogu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz