środa, 1 kwietnia 2026

ROZWAŻANIA WIELKOPOSTNE

 

Trudno byłoby narzekać na wiosenną odsłonę tegorocznego marca. Pogoda zepsuła się dopiero nazajutrz po śmierci Eli. I taki stan trwa do dziś.

Najpierw nawet się ucieszyłam z dwudniowego deszczu. Ziemia wygrzana po zimie słonkiem była już bardzo sucha. I choć wiosenne kwiaty korzystały z niego na maksa, to dopiero pierwsze opady sprawiły, że wszystko wokół zaczęło się zielenić na biegu. Z kolei niskie temperatury, które nadeszły po deszczu, spowodowały, że okres wegetacyjny znacznie przyhamował. Zrobiło się naprawdę zimno.

Czy więc jest coś dziwnego w tym, że nie udało mi się uchronić przed przeziębieniem? W dzień pogrzebu Eli przewiało mnie na wylot. Ale na zupełnie innym cmentarzu niż ten, na którym została pochowana moja przyjaciółka.

Poranny udział w Drodze Krzyżowej na terenie obozu Auschwitz-Birkenau zaproponowała mi nieoceniona Madzia. Wydarzenie było częścią Rekolekcji Wielkopostnych w CDiM w Oświęcimiu, w których corocznie bierze udział Madzina ciocia Iza. Tegoroczne odbywały się pod hasłem „Droga do pokoju to Droga Krzyżowa”.

"Życie miłością w napiętych sytuacjach wymaga odwagi i gotowości do poświęceń. Bez ofiarnej miłości nie ma pokoju. (...) Jezus kochał, cierpiał i został zabity. Ale nie przegrał. Zwyciężył" – czytamy na stronie organizatorów wydarzenia.

Madzia uczestniczyła już w nim w zeszłym roku. Zrobiło to na niej ogromne wrażenie.

- Wiesz, udział w całych rekolekcjach to dla mnie jakby za dużo. Już ta Droga Krzyżowa jest niesamowitym przeżyciem.

Rozumiem ją, bo sama bym się też nie pisała na całość. To mogłoby mnie po prostu przeróść. Już samo miejsce z taką historią jest wystarczającym powodem do obaw o granice swojej wytrzymałości na empatyzowanie z ofiarami kaźni.

Byłam w Auschwitz wcześniej zaledwie dwa razy w życiu, ale za każdym razem prawie to odchorowałam.

Pierwszy raz w zaawansowanej ciąży z Kacprem. Jako wychowawczyni terapeutycznej klasy ósmej, która miała w programie zwiedzanie obozu. Mimo że prosiłam, by ze względu na złe samopoczucie ktoś inny się tym zajął. Usłyszałam jednak wówczas, że nie ma nikogo, kto mógłby mnie zastąpić.

Drugi raz był po śmierci Andrzeja. Sąsiadka Bożenka namówiła mnie na uczestnictwo w pielgrzymce z okazji 82 rocznicy śmierci o. Maksymiliana Kolbego. Do obozu mieliśmy przejść z podoświecimskich Harmęż, gdzie przy klasztorze franciszkanów znajduje się centrum poświęcone postaci Świętego. Myślałam, że jak zwykle w pielgrzymce, bardziej uciążliwa będzie dla mnie fizyczna strona przedsięwzięcia niż udział w Mszy Świętej na terenie Auschwitz. I być może tak by się stało, gdyby nie oprawa całego wydarzenia.

By uniknąć zaskoczenia, powinnam była wcześniej przeczytać jego opis w internecie.

Główne wydarzenie poprzedzi nabożeństwo "Transitus" w Centrum św. Maksymiliana w podoświęcimskich Harmężach. Wierni wysłuchają opisu męczeńskiej śmierci zakonnika, powstałego na podstawie dokumentów, zeznań i świadectw. Odczytany zostanie też jedyny list, który Maksymilian wysłał z obozu do matki. Z Harmęż, po nabożeństwie, wyruszy do byłego obozu franciszkańska pielgrzymka z relikwiami św. Maksymiliana.

Na miejsce celebry wierni przyjdą w dwóch pielgrzymkach - z Harmęż i z kościoła św. Maksymiliana w Oświęcimiu. Spotkają się przed historyczną bramą „Arbeit mach frei” i wspólnie przejdą poobozowymi alejami na miejsce odprawienia mszy św. Duchowni oraz świeccy złożą wieńce na placu apelowym – miejscu, gdzie ojciec Kolbe zgłosił gotowość pójścia na śmierć za innego więźnia, pod Ścianą Śmierci, przed którą w czasie istnienia obozu Niemcy rozstrzelali wiele tysięcy osób, głównie Polaków, a także w celi śmierci franciszkanina, w podziemiach bloku 11.

Ołtarz zostanie ustawiony obok wejścia do bloku 11 nazywanego Blokiem Śmierci” (https://dzieje.pl/dziedzictwo-kulturowe/uroczystosci-w-82-rocznice-smierci-o-maksymiliana-kolbego).

Już samo nabożeństwo „Transitus” zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Organizatorzy dołożyli starań, by opowieść o obozowym życiu Świętego była jak najbardziej realistyczna. W jej tle umieszczono podkład dźwiękowy, na którym słychać było prawdziwe życie obozu. Niemieckie krzyki halt, halt”, mieszające się z ujadaniem wściekłych owczarków, sprawiły, że wczułam się całkowicie w rolę obozowego więźnia.

To było straszne doświadczenie, z którego ochłonęłam dopiero na trasie wędrówki. Świeże powietrze i odkładające się w nogach kilometry dobrze mi zrobiły. Nawet wejście między baraki obozu zniosłam dosyć dzielnie, bo wcześniej się na to wewnętrznie przygotowałam. I wówczas, gdy uwierzyłam, że najgorsze już za mną, rozpoczęła się Msza Święta.

Tutaj znów odwołam się do opisu wydarzenia w internecie.

Po raz 14. w uroczystościach poświęconych ojcu Kolbe wziął udział arcybiskup Bambergu Ludwig Schick, który nawiązał do współczesnych wydarzeń. (...) Święty Maksymilian Kolbe wie, czym jest wojna i co znaczy wojna dla ludzi, dlatego ostrzega nas dzisiaj, w 2023 roku, zwłaszcza tych odpowiedzialnych politycznie, abyśmy zrobili wszystko, co w naszej mocy, aby wkrótce na Ukrainie został przywrócony sprawiedliwy pokój, aby tamtejsza ludzkość nie musiała już cierpieć, a uchodźcy mogli wrócić do ojczyzny – mówił Ludwig Schick” (https://www.auschwitz.org/muzeum/aktualnosci/82-rocznica-smierci-o-maksymiliana-kolbe,2427.html).

Tyle, że mówił to po niemiecku! I gdy między obozowymi barakami padły pierwsze słowa w tym języku, to nogi się pode mną ugięły, bo moje ciało oczekiwało już tylko na „halt, halt” i wściekłe ujadanie owczarków. No szanowny Arcybiskupie, tego się w takim miejscu ludziom nie robi. Czy nie byłoby lepiej, żeby Pańskie przesłanie przeczytał tłumacz, skoro i tak Pan korzystał z jego usług w trakcie swojego wystąpienia? Przecież wystarczyłaby jedynie obecność tak znamienitego gościa i może po prostu zwykłe „dzień dobry” po polsku. Zakładam, że po wzięciu udziału 14 razy tylko w tego typu uroczystościach, miał Pan okazję ten zwrot przyswoić nawet przy dużej trudności w opanowaniu naszego języka.

I mając w pamięci tamto doświadczenie, trochę się spinam, gdy Madzia zapowiada, że Drogę Krzyżową w Auschwitz-Birkenau będzie prowadzić niemiecki duchowny.

Ale ksiądz Manfred Deselaers okazuje się osobą z ogromnym wyczuciem. Szczęściem mówi do nas po polsku i to nie ma najmniejszego znaczenia, w jaki sposób. Nikt nie oczekuje perfekcji, a jedynie dobrej woli.

Ta Droga Krzyżowa z księdzem Manfredem i kilkunastoosobową grupką pielgrzymów w pochmurny i zimny marcowy poranek zostanie mi więc w pamięci na długo. Trasa poprzez najmroczniejsze przystanki obozowego piekła. I budynek, w którym miałam okazję przeczytać rozważania stacji jedenastej – z wystawą zdjęć, przywiezionych z sobą przez więźniów do Auschwitz. Tam właśnie śmierć przybrała oblicza konkretnych ludzi.

Ale czułam ją także podczas przemierzania ogromnego pustego cmentarzyska, naznaczonego wspólnymi, bezimiennymi grobami tylu istnień ludzkich. Na świeżo zazielenionej trawie z zakwitłymi fiołkami i zawilcami, skąd widać sarny, biegające po pobliskich łąkach za ogrodzeniem obozu. Między drzewami, na których ptaki nawołują się już do wiosennych godów najpiękniejszymi trelami.

Bo życie, jak zwykle, powoli przesłania widmo śmierci. Zmartwychwstaje. I to chyba dla mnie najmocniejsze przesłanie przed zbliżającą się Wielkanocą.


P.s. Po powrocie Madzia pożyczyła mi książkę o księdzu Manfredzie. Gdy ją przeczytam, to być może pojawi się on w którymś z kolejnych wpisów na blogu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz