sobota, 27 grudnia 2025

TALERZ DOBRA

 

O tym, że podczas tegorocznej Wigilii będę uczestniczyć tylko w jednej wieczerzy i to we własnym domu, zadecydowałam już rok temu. Poczułam wtedy, że coś trzeba zmienić, jeśli mój syn i jego dziewczyna nie mają zamiaru spędzać więcej tego szczególnego wieczoru w domu brata i bratowej. I to nie tak, że było im tam źle, po prostu mieli potrzebę przebywania w takim czasie w mniejszym i bardziej ścisłym gronie. Wspomnianego dnia poczułam, że chyba i dla mnie będzie to wystarczające. Gdy wracałam do domu na swoją drugą kolację wigilijną, zrozumiałam, że właśnie do tego dojrzewam.

Dojrzewałam jeszcze kolejne dwanaście miesięcy. Ale dojrzałam. I choć sytuacja u nas się w międzyczasie zmieniła, to pozostałam przy swojej decyzji.

Po wyprowadzce Zuzi z Krakowa w pierwszej połowie grudnia było jasne, że do wigilijnej wieczerzy usiądziemy z Kacprem tylko we dwoje. Ale wówczas niespodziewanie okazało się, że na planowaną przez nas Wigilię możemy zaprosić sobie wspaniałego towarzysza.

Otóż w internecie natrafiłam na info akcji Fundacji Dobra Fabryka. W internetowej rolce znalazłam tekst:

„Pusty talerz przy wigilijnym stole nie musi być pusty. Wypełnij go dobrem i zaproś jednego z podopiecznych Fundacji Dobra Fabryka. Ufunduj Wigilijny Talerz Dobra”.

Wiedziałam, że to coś dla nas. Zwłaszcza, że reklama akcji była zilustrowana fotką 61- letniego Rogera z Libanu.

Wygląda na miłego i doświadczonego życiem – oceniła Ania. Też tak uważałam. Miałam także okazję zapoznać się na stronie fundacji z historią Libańczyka:

„W wybuchu w bejruckim porcie stracił wszystko — żonę, córkę dom, bezpieczeństwo. Dziś walczy z nowotworem, ale walczy w samotności. Zapraszając Rogera do wigilijnego stołu, zapewniasz mu żywność, leki i dach nad głową, których tak bardzo potrzebuje, by przetrwać kolejny dzień”.

Tak, oczywiście zaproszenie jest wirtualne i chodzi w tej akcji o wpłatę pieniędzy na symboliczne napełnienie talerza. Ale można za parę dodatkowych złotych zamówić sobie jeszcze wizytówkę Rogera (lub innego, wybranego podopiecznego Fundacji). I wówczas, gdy położy się ją na świątecznym nakryciu, to ten gość z Libanu staje się jakby bardziej rzeczywisty i bardziej obecny na naszej wieczerzy. Nie waham się więc nawet przez moment. W tym roku, mimo wszystko, spędzimy Święta jednak we troje… Będzie dobrze. Damy radę…

I daliśmy. Z pomocą barszczu ze słoika, uszek z „Manufaktury pierożka”, pierogów i ryby z Lidla. I oczywiście najlepszych ludzi na świecie. Kasia z katolickiej szkoły ofiarowała nam swoje koronkowo ozdabiane pierniki, a Madzia upiekła dla nas cały keks, sernik i maślane ciasteczka! Uznałam, że po dokupieniu lidlowskich wypieków z serii delux (niestety był tylko piernik i piernikowa krajanka, bo makowca zabrakło), nie muszę już o nic więcej zabiegać. Nie doceniłam tylko w tym wszystkim mojej wspaniałej bratowej, a ona o nas nie zapomniała – w wigilijny ranek brat niespodziewanie zapewnił nam dostawę jej przepysznych ciast. Gdy do tego dołożyłam jeszcze własnoręcznie przygotowaną sałatkę jarzynową, to poczułam, że mamy prawdziwy świąteczny przepych.

Mało tego – wszystko mi bardzo smakowało. W grudniu byłam już wcześniej na trzech wigilijkach zakładowych oraz na jednej klasowej i jadłam dokładnie te same dania, ale przyznać muszę, że dopiero w domu potrafiłam docenić ich smak. Kacper, który dzielnie sobie radził w kuchni, gdy ja kończyłam nakrywać do stołu, też był zadowolony. I nawet Roger nie narzekał na jedzenie, tak odmienne przecież od libańskiego:).

To był miło spędzony, świąteczny czas. Bez presji, że coś musimy, ale jednak udało nam się zachować to, co w tradycji Bożego Narodzenia uważałam za ważne. Posprzątaliśmy na cmentarzu, zrobiliśmy rozsądne zakupy, zapewniając sobie świąteczny dostatek, zdobyliśmy choinki. Bardzo oryginalne zresztą w tym roku. Choinki z odzysku, które ktoś wyciął z pobocza drogi nad rzeką i zostawił je w jej dolinie. Nie są idealne, to prawda. Ale u nas robią teraz za naturalny, świąteczny las. A wiadomo, że w naturze ideałów nie ma.

Wciąż jestem zachwycona tym, że [nasze] choinki mają tak różne rodzaje zieleni – piszę do Ani w poświąteczny ranek.

Nie przestaje mnie to zadziwiać, gdy przyglądam się dekoracji wokół naszego świątecznego stołu. I to nie tak, że jakoś szczególnie mi się udała w tym roku. Wprost przeciwnie. Próba przełożenia koncepcji świątecznego kredensu na konkretne instalacje w rzeczywistości daleko odbiega od tego, co sobie wyobrażałam. Ale też się tym kompletnie nie przejmuję. Nie miałam żadnych oczekiwań co do tegorocznych Świąt, więc mogę sobie pozwolić na komfort bezstresowego przyjmowania wszystkiego takim, jakim jest.

Zresztą moją kredensową porażkę równoważy bardziej surowa reszta. Bardzo jestem zadowolona, że udało nam się tchnąć w wyrzucone iglaki nowe życie. Zero waste. Naturalność i prostotę przełamują tylko akcenty z porcelany. No i dodać do tego muszę dekoracyjne, bajkowe lampiony, które są prezentem od Eli i jej mamy. To dla mnie kolejne osoby, pełniące teraz rolę bożonarodzeniowych darów. Czuję głęboką wdzięczność za wszystko, co nasi dobroczyńcy wnieśli nam w te Święta. Dziękuję za każdy podarek, którym je umilili.

Ja też jakoś w tym roku ogarnęłam w miarę bezboleśnie prezenty dla dobroczyńców i przyjaciół. Tylko z Kacprem coś mi się nie za bardzo udało. Ale pocieszam się, że on i tak woli teraz kasę – ostatni pobyt w Warszawie był dosyć kosztowny, a w planach mojego syna jest jeszcze wyjazd sylwestrowy do Nysy. Ale takie spotkania z kolegami dobrze Kacprowi robią, więc bardzo się cieszę, że się pojawiły w jego życiu. Mam nadzieję, że następny rok dodatkowo przyniesie mu wszystko, czego potrzebuje. Tego z całego serca życzę jemu i sobie.

Na koniec dołączam tu jeszcze jedne życzenia, tym razem autorstwa Ali z Brzeska:

„życzmy sobie, żebyśmy mogli być dla kogoś cząstką nieba. Życzmy sobie aby moc Bożego Narodzenia wypełniła nasz świat po brzegi. Niech Nowy Rok przyniesie odrobinę nadziei i wiary w dobroć człowieka”.

No i właśnie sobie jeszcze tego dziś życzymy...

niedziela, 21 grudnia 2025

ZWYCIĘSTWO ŚWIATŁA NAD CIEMNOŚCIĄ

 

Z nadejściem adwentu dni w katolickiej szkole rozpoczynają modlitwy przy zapalonej latarence, a początek i koniec lekcji rozbrzmiewają słowami pieśni „Marana tha”. Czas ewidentnie przyspiesza. Próby do szkolnych jasełek stają się coraz bardziej intensywne, a śpiew kolęd dobiega omal z każdej sali lekcyjnej. Szybko przybywa w nich świątecznych dekoracji i wkrótce w szkole jest tyle podświetlonych elementów, że zaczynają się rodzić obawy co do wytrzymałości budżetu w kwestii dostawy prądu.

Z czasem piosenki na rozpoczęcie i zakończenie lekcji stają się bardziej urozmaicone. Skaldowie, wzorem poprzednich lat, zaczynają podśpiewywać nam swój słynny przebój „Z kopyta kulig mknie”, mimo że po śniegu już dawno pozostało jedynie wspomnienie, a Czerwone Gitary wkraczają w szkolne mury już ze swoim utworem wigilijnym:

„Niebo - ziemi, niebu - ziemia,
Wszyscy - wszystkim ślą życzenia,
Drzewa - ptakom, ptaki - drzewom,
Tchnienie wiatru - płatkom śniegu.”

(„Jest taki dzień”)

Abstrahując od kolęd, jak dla mnie jest to piosenka najlepiej oddająca klimat Wigilii. Bardzo ją lubię. W tym roku miałam okazję wysłuchać jej również na żywo podczas koncertu „Czerwonych Gitar” w poprzedni weekend. Pomysłodawczyniami spędzenia wspólnie czasu w taki sposób były moje koleżanki z katolickiej szkoły.

Nie chciałam się wyłamywać i zgodziłam się [pół roku wcześniej!], a potem skutecznie zapomniałam – piszę do Madzi.

Ale nieoczekiwanie bardzo dla mnie, dobrze się bawiłam, a śpiewanie starych przebojów typu: „Głupia miłość”, „Tak bardzo się starałem”, „10 w skali Beauforta” sprawiło mi prawdziwą frajdę. Taki trochę powrót w czasy dziecięcych kolonii.

To kolejna nauka o tym, że w każdej sytuacji trzeba sobie dać szansę, by się dobrze bawić… Nawet jeśli bardzo nam się nie chce z niej skorzystać, bo wolelibyśmy zostać w domu i odpoczywać.

Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie napisać o swoim wielkim zmęczeniu – w weekend poprzedzający koncert złapałam jelitówkę. Oj, było ostro, nie pamiętam kiedy ostatnio tak mnie dojechało. No i pojawiło się także osłabienie, które zresztą odczuwam do tej pory.

W związku z tym nie dość, że ciężko mi było zebrać się na koncert, to jeszcze teraz w ogóle mi nie idą przedświąteczne porządki. Ale znalazłam w internecie tekst, dzięki któremu udało mi się pogodzić z tą sytuacją. Na stronie „Teściowa śpiewa” influencerka geriatryczna (pani sama tak siebie nazywa:) odpowiada na nurtujące mnie obecnie pytania.

„Jak poczuć magię Świąt niskobudżetowo, a jednocześnie pozbyć się poczucia winy, że nie ogarniamy może do końca (...) przedświątecznego chaosu? Bo już wszyscy mają może ubrane choinki, czuć zapach cynamonu, kupują prezenty, dekorują domy… A u ciebie odwrotnie? Nie przejmuj się. To jest tylko to, że ty głębiej odczuwasz magię Świąt, dlatego że rekonstruujesz fakty historyczne. Pan Jezus urodził się w stajence. Tak że jeżeli u Ciebie rzeczywistość przypomina stajenkę, to jest tylko plus. I tego się trzymajmy.”

Cóż, wcale nie trzeba mnie do tego namawiać. Zważywszy na to, że podnosząc wczoraj torbę z zakupami, dołożyłam jeszcze do osłabienia jakiś uraz kręgosłupa, który nagle eksplodował bólem w odcinku lędźwiowym, mam jak w banku rekonstrukcję faktów historycznych. Tak że głęboka magia Świąt jest u mnie w zasadzie gwarantowana.

Choć tak naprawdę upatrywałabym jej gdzieś indziej. Rysunek udostępniony przeze mnie na stronie Akademii Rodzica przedstawia dwoje ludzi, którzy się relaksują – jedno na kanapie, drugie na fotelu. Za to w ich domu wszędzie krzątają się krasnoludki – czyszczą okna, myją podłogi, odkurzają, wynoszą worki ze śmieciami, gotują. Podpis głosi: „magia Świąt jakiej potrzebujemy” (https://www.facebook.com/photo/?fbid=1424425892380977&set=a.248770443279867). Jak dla mnie w punkt. Jakże by mi się przydali tacy mali pomocnicy.

Zwłaszcza, że na pomoc Kacpra nie mogę póki co liczyć – mój syn pojechał na przedłużony weekend do Warszawy, by spotkać się z kolegami. Ale to akurat mnie cieszy, myślę, że dość już czasu spędził w domu, próbując się pozbierać po wyprowadzce osoby, która była mu najbliższa przez ostatnie lata. Dobrze, że wraca do świata i do ludzi.

Ja zaś z przyjemnością w tym czasie przystałam na pozostawanie w domowych pieleszach i zwierzęce towarzystwo. Mam teraz pod opieką trzy kotki i Wafelka, a dodatkowo jeszcze podczas spaceru dwa pieski sąsiadów. Nie czuję się samotna, choć oczywiście trochę brakuje mi obecności Kacpra. Jego bliskość i dostępność mocno wpływa na moje poczucie bezpieczeństwa i stabilności.

Dzisiaj więc czekamy ze zwierzaczkami na jego powrót. A także na najdłuższą noc w roku. „Choć dziś mówimy innymi słowami, świętujemy tę samą chwilę, którą celebrowali nasi przodkowie tysiące lat temu – zwycięstwo światła nad ciemnością. Coraz więcej osób odkrywa przesilenie zimowe na nowo: jako czas zatrzymania, refleksji, domknięcia starego cyklu i otwarcia się na nowy” – czytam w poście pod adresem https://www.ekologia.pl/.../przesilenie-zimowe-tajemnica.../.

Jednocześnie to początek astronomicznej zimy, jutro rozpocznie się kalendarzowa. Pojutrze zaś Wigilia wprowadzi nas w czas Bożego Narodzenia. Usiądziemy do uroczystej wieczerzy. Połamiemy się opłatkiem. Złożymy sobie życzenia. Posłuchamy kolęd. I może nawet jeszcze zaśpiewają dla nas wówczas „Czerwone gitary”...

„Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy,
Dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory.
Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich,
Dzień, który już każdy z nas zna od kołyski”.

sobota, 13 grudnia 2025

CZAS POŻEGNANIA - "Time to say goodbay"

 

Końcem listopada dla Ani przyszedł czas pożegnania. Nieoczekiwanie dla mnie samej, też zaczynam to dosyć mocno przeżywać. Jakieś dwa tygodnie wcześniej piszę więc do niej:

Aniu, dociera do mnie, że chciałabym się pożegnać z centrum Łodzi i tym mieszkaniem, które opuszczasz i w którym spędziłam z Tobą takie miłe chwile. Czy bardzo bym Ci pokrzyżowała plany, gdybym przyjechała w ostatni weekend listopada? Nie wiem, czy pomogę w przeprowadzce, ale obiecuje nie przeszkadzać. Wystarczy mi jakaś mata i kocyk, które po nocce włożę do torby. Oczywiście zrozumiem, jeśli masz inne plany.

Ale odpowiedź od Ani jest bardzo zachęcająca:

Kochana zapraszam❤❤

Łóżka na pewno będą w mieszkaniu☺

Kocyk się ogarnie damy radę

Więc jeszcze dojaśniam:

Kochana, nie obawiaj się, że trzeba mi poświęcać jakiś czas i się mną zajmować, dam radę sama, poplątam się po centrum, chyba tego mi trzeba.

Czego jeszcze? Pewnie wykorzystania potencjału miejsca, w którym mieszka do tej pory Ania. Policzyłam – cztery kamienice dalej mieści się budynek Filharmonii Łódzkiej, który tyle razy mijałam, każdorazowo obiecując sobie, że następnym razem… Kolejne trzy dzielą nas od tajsko – balijskiego salonu masaży, gdzie też jeszcze nie byłyśmy. Odwiedzałyśmy takie miejsca w różnych częściach Łodzi, ale właśnie to najbliższe zawsze jakoś omijałyśmy. A myślę, że to byłoby bez sensu, wracać do niego potem z daleka, gdy teraz mamy je pod samym nosem.

Chcę jeszcze zrobić możliwie najlepszy użytek z lokalizacji dotychczasowego mieszkania Ani. Plany rodzą się same.

Już się cieszę.

I rzeczywiście noszę w sobie tę radość omal przez kolejne dwa tygodnie, dzielące mnie od wyjazdu do Łodzi. W międzyczasie dni skracają się coraz bardziej. Spada sporo śniegu i sceneria przez jakiś czas staje się iście bajkowa. U Ani w nowym mieszkanku na Teofilowie zaczyna się remont i dzięki pomocy przyjaciół robota idzie pełną parą. Codziennie dostaję fotorelacje i nie mogę się już doczekać, aż zobaczę efekty na własne oczy.

Nadchodzą moje urodziny… i przechodzą – bardzo spokojnie, choć w średnim nastroju. Parę dni wcześniej żegnam się z Zuzią, która przyjeżdża oddać samochód. Już się pewnie więcej nie zobaczymy. Lecz nie chcę rozdrapywać ran. Time to say goodbye…

Oddany samochód niestety jest uszkodzony. Znów czeka mnie utarczka z ubezpieczycielami. Ale staram się na razie o tym nie myśleć, wolę się skupić na przygotowaniach do wyjazdu.

Codziennie sprawdzam stronę łódzkiej filharmonii, niestety okazuje się, że bilety na weekendowy koncert filharmoników są już wyprzedane. Dopiero w przeddzień wyjazdu kilka z nich znów wraca do sprzedażowej puli. Nie waham się – kupuję od razu, w końcu trzeba spełniać marzenia. Ania niestety nie będzie mi towarzyszyła podczas koncertu – tego dnia ma zaplanowane przewożenie swoich rzeczy do wyremontowanego mieszkanka. Ale, przynajmniej tak jak obiecałam, zajmę się sobą sama.

Nazajutrz jedziemy z Małgosią na szkolenie do Katowic. Stamtąd mam pociąg do Łodzi, więc po konferencji już nie wracam z nią do domu. Po drodze na katowicki dworzec wpadam na moment na świąteczny jarmark w centrum. Mam wrażenie, że nic się tu nie zmieniło od naszej zeszłorocznej wizyty z Elą. Do kupienia nie znajduję niczego. Dobrze, że w Mikołajowe prezenty zaopatrzyłam się już wcześniej, upychając je przed podróżą na siłę w małej podręcznej walizce.

Spotkania z Anią są radością niezależnie od okoliczności. Ale staram się nie zabierać jej zbyt dużo czasu i szybko wychodzę z mieszkania na niezwykle relaksujący masaż balijski, a później stamtąd do Filharmonii Łódzkiej im. Artura Rubinsteina, reklamującej się na swojej stronie internetowej hasłem: "Wypełniamy Łódź muzyką od 110 lat". Koncert ma tytuł "Beethovenowska doskonałość", co oznacza VII Synfonię, z której kompozytor podobno był na tyle zadowolony, że nigdy jej nie poprawiał.

Słuchaczom i krytykom sama li tylko doskonałość formy i treści muzycznej najwyraźniej nie wystarczała, powstały bowiem różne określenia tego utworu. Popularne stało się miano apoteozy tańca, którym ponoć ochrzcił dzieło sam Wagner. Przyjaciółka Beethovena, Bettina von Arnim, miała zaś proponować skojarzenia muzyki z winem upajającym ducha słuchaczy. Gdzie indziej także odnajdziemy odniesienia do dytyrambów ku czci Dionizosa. (…) Wraz z mistrzowską formą i charakterystycznym dla Beethovena nieuchwytnym napięciem emocjonalnym ta symfonia może przynieść upojenie nawet bez pomocy szlachetnych trunków…”, jak możemy przeczytać w opisie koncertu.

Dodatkowo został on wzbogacony łódzkim akcentem w postaci Uwertury Grażyny Bacewicz oraz (tu już z niewiadomych dla mnie względów) Duetem-concertino na klarnet i fagot TrV 293 Richarda Straussa. „Koncert poprowadzi dyrygent holenderski Conrad van Alphen, założyciel, główny dyrygent i dyrektor artystyczny orkiestry Sinfonia Rotterdam” – to znów strona filharmonii.

Jestem tak urzeczona atrakcjami tego wieczoru, że postanawiam je powtórzyć następnego dnia – zarówno w części masażowo – relaksacyjnej, jak i artystyczno – filharmonicznej.

I powtarzam. Z tym, że tym razem na masażu balijskim towarzyszy mi Ania (bardzo jej to było potrzebne po intensywnym wysiłku fizycznym związanym z przeprowadzką), zaś na wieczornej imprezie w filharmonii, zorganizowanej przez podmiot zewnętrzny (co oznacza droższe, lecz bardziej dostępne bilety) nie ma w ogóle problemu z wolnymi miejscami.

A nie jest to byle jaki koncert, bo tym razem królewski – od Mozarta po Straussa – znowu ten kompozytor, ale przecież już grudzień za pasem, a bez słynnego Marsza Radetzky'ego trudno sobie wyobrazić pożegnanie starego roku i wejście w nowy. Niedługo w tym względzie czeka nas „Time to say goodbay”, choć tenor Krzysztof Knapczyk i sopranistka Marta Śpionek” już wyśpiewują na scenie ten piękny utwór, wykonany po raz pierwszy przez Andreę Bocelliego i Sarah Brightman w 1995 roku.

Było też trochę arii operowych, przywołało czasy, gdy nasz dom był pełen opery, bo Andrzej ją kochał namiętnie. A gdy usłyszałam "Nessun Dorma", to serce mi się ścisnęło z żalu, bo Turandot była ulubioną przez męża – napisałam do Madzi.

Przy „Nessun Dorma” mam zawsze ciary – dostaję odpowiedź. I piękny cytat z Anny Kamieńskiej:

„Bo śmierć to zbyt mały powód, aby przestać kochać”.

Po weekendzie widzę zaś wpis na facebooku Marty Śpionek:

"Ostatnio usłyszałam zarzut, że w ogóle nie wstawiam nagrań, więc się poprawiam 🙈Małe wspomnienie z sobotniego koncertu w Filharmonii Łódzkiej🥰Było bosko! Dziękuję za tak ciepłe przyjęcie, nie spodziewałam się imiennego wywołania do bisów z widowni 🙈 Ale było mi naprawdę bardzo miło”.

(https://www.facebook.com/reel/1398802281953340)

„Na nagraniu [polecam!] piękny czardasz z Księżniczki Czardasza, a towarzyszy mi wyjątkowy BognaBand”. 

Tak naprawdę tego wieczoru na potrzeby koncertu zespół nazywał się Royal Symphony Ensemble. Jego liderem jest doktor Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi Bogna Dulińska. Na stronie zespołu również, tak jak wcześniej w przypadku VII Symfonii Beethowena, są alkoholowe;) porównania. Zaczynają się od słów Roberta Frippa: "Muzyka jest winem, które wypełnia puchar ciszy" i, również w winiarskim duchu, kończą się na cytacie: " Nie zawsze wiesz co jest dobre, ale wiesz co lubisz" Justina Meyera. 

Tak, ja na pewno wiem, co lubię. W przerwie koncertu zamawiam kieliszek wytrawnego gruzińskiego wina i deser panna cota. Jeszcze nigdy w Łodzi nie było mi tak dobrze.

Co jeszcze dobrego mnie tam spotkało tym razem?

1. Przede wszystkim były to spacery w świątecznej scenerii po Piotrkowskiej i pod Manufakturą. Oglądałam niezwykłe dekoracje, związane w tym roku z baśnią „Dziadek do orzechów”, odwiedziłam bożonarodzeniowy jarmark na Placu Wolności, spędziłam sporo czasu na świeżym powietrzu, rozgrzewając się na wszystkie możliwe sposoby. Było naprawdę chłodno, więc zaczęłam od gorącej czekolady w Wedlu, poprawiłam grzańcem z czerwonego wina w Białym:) Nalewie i jeszcze na dokładkę, dzięki zaproszeniu Ani, podgrzaną wiśniówką w „Pijanej Wiśni”. Brakło nam tylko czasu, by iść na zapalenie świateł na miejskiej choince.

No i okazało się, że dzięki temu go nie straciłyśmy:). Końcem weekendu Ania przysłała mi internetową relację z tego wydarzenia: „staliśmy 30 minut, żeby zapalili choinkę, po 8 próbach zapalenia powiedzieli, że dzisiaj się nie zapali, każdy przestał nagrywać, więc postanowili ją zapalić, pozdrowienia z Łodzi”:).

2. Miałam przyjemność obejrzeć nowe mieszkanko Ani. I rzeczywiście zrobiło na mnie jak najlepsze wrażenie. Bardzo się cieszę Aniną radością. W sobotni ranek pojechałyśmy jeszcze do marketu budowlanego, bo Ania chciała kupić wykładzinę PCV do położenia w miejscu, gdzie od tej pory będzie stał króliczkowy kojec. Ja natomiast uparłam się już na zakup gwiazdy betlejemskiej. Chciałam, by pierwsze święta w nowym mieszkanku miały jakiś element ode mnie.

3. Mimo, że tym razem nie miałyśmy zbyt dużo czasu dla siebie, to w porach obiadowych udało nam się wspólnie wybrać na jedzonko do wyśmienitych restauracji – ormiańskiej i afrykańskiej. Było oryginalnie i przepysznie. Niestety, zjedzonego wspólnie „amerykańskiego” śniadania w lokalu, gdzie w nazwie znajdował się New York, już pochwalić sie nie da. Ale zawsze można je przynajmniej obśmiać.

I to już chyba wszystko na temat tego wyjazdu. Choć skończył się mało przyjemnie, bo stłuczką spowodowaną przez jakiegoś zbyt szybkiego, narwanego młokosa, to jednak nie zepsuło nam to miłych wspomnień. Tym samym jednak listopad wpisał na swoją niechlubną listę wszystkie nasze obtłuczone auta. No ale będziemy się tym martwić już w grudniu. Listopad żegnamy słowami: „Time to say goodbye’.

Na zakończenie tego wpisu wspomnę jeszcze tylko o jednym pożegnaniu. Nazajutrz po powrocie z Łodzi wybrałam się do Krakowa, gdzie w Poradni Medycyny Zakaźnej usłyszałam od pani doktor, że na razie kończymy leczenie. Co prawda poziom przeciwciał mam nadal wysoki (a nawet ciut wyższy niż ostatnio), ale pozostałe parametry nie wskazują jednoznacznie, bym wciąż była chora.

Aktualnie brak wskazań do kolejnej antybiotykoterapii oraz potrzeby dalszej kontroli stałej, rewizyta w razie potrzeby” – napisała na moim wypisie pani doktor. „Dodatnie przeciwciała mogą utrzymywać się całe życie, nie świadczą o chorobie”. No i tego się będę trzymać. „Time to say goodbye”...

Wracając do domu, zaglądam jeszcze na trzeci w ten przedłużony weekend świąteczny jarmark. No cóż, ten krakowski, rozłożony na Głównym i Małym Rynku, może jest i najbardziej elegancki spośród odwiedzonych, ale zakupów tu również nie mogłabym zrobić. To jak dla mnie raczej tylko spacerowe miejsce. Świątecznych prezentów dla najbliższych muszę poszukać gdzie indziej.

Rozpoczął się grudzień – czas domykania różnych spraw i pożegnań z tym, co już zbędne. „Jeśli widzisz kogoś poruszającego się nieco wolniej w tym okresie, bądź delikatny. Żal w grudniu staje się bardziej dotkliwy” – przeklejam na swoje facebookowe konto wpis ze strony Pracownia Psychologiczno -Terapeutyczna Agnieszka Stąpor. I sama dla siebie staram się być delikatna.

Grudniu proszę, bądź miesiącem, który uleczy więcej, niż zranił cały rok. Bądź dobrym końcem i jeszcze lepszym początkiem” – powtarzam sobie i znajomym słowa zaczerpnięte z konta Eweliny Mierzejewskiej (nominacja do tytułu Nauczyciela Roku w ramach Plebiscytu Edukacyjnego 2025). I z nadzieją, że ta prośba zostanie spełniona, wkraczam w ostatnie dni roku. Powoli, ale do przodu… Time to say goodbye...

niedziela, 16 listopada 2025

JESIENNE SŁOŃCE, MGŁY I WILGOTNE CHŁODY

 

Listopad rozpoczął się dniami pełnymi słońca. I niestety to ono, tak ukochane i upragnione w depresyjnym okresie roku, spowodowało kolejną komplikację w moim życiu. Oślepiło mnie z absolutną bezwzględnością, gdy wracałam w zeszłym tygodniu do domu.

Jechałam wąskim objazdem przy jednym z naszych miejskich cmentarzy. Nie znałam tej drogi. Nie wiedziałam, że jest na niej zakręt w miejscu, gdzie wspina się pod górkę. I wyjechałam nagle z głębokiego cienia w dolinie prosto w oślepiający blask zachodzącego, wspartego już na ziemi słońca. Nie odbiłam kierownicą w zgodzie z zakrętem. Pojechałam prosto. Wystarczyły sekundy. I nagle znalazłam się na betonowym słupie oświetleniowym.

Szczerze mówiąc, bardziej to usłyszałam niż poczułam. Huk był niemiłosierny. Aż ludzie z okolicznych domów wyskoczyli sprawdzić, co się dzieje. Dobrze, bo pokierowali mnie w miejsce, gdzie moje rozbite autko mogło bezpiecznie czekać na pomoc. I tu muszę pochwalić moje leki antydepresyjne, które od końca sanatoryjnego turnusu zażywam w pełnej dawce. Nie załamałam się nerwowo. Nie rozsypałam się z kupy. Wiedziałam, że mam ubezpieczenie autocasco, zresztą od dziesięcioleci i to nawet na dwa samochody. Jeszcze nigdy nie wykorzystałam z tego tytułu nawet złotówki. Przyszła pora, by wypróbować, jak to działa.

Ogarnęłam sytuację metodycznie i z opanowaniem. A właściwie ogarnęła to pani z PZU (tu też dla niej pochwały), dyżurująca na infolinii. Po mój samochód przyjechała laweta, która odstawiła mnie do domu po drodze na wyznaczony parking. Pani też znalazła w okolicy partnerski warsztat, dokonujący napraw w ramach ubezpieczenia. Jeszcze tego samego wieczoru pod mój dom podstawiono auto zastępcze. Toyotę Auris, z której jestem bardzo zadowolona. Uspokoiłam się. Stwierdziłam, że jeśli nie skrzywdziłam w tej sytuacji nikogo, to nie jest najgorzej.

Ale plusy skończyły się tak szybko, jak się zaczęły. Rzeczoznawca pojawił się, by dokonać oględzin, dopiero w jedenastym dniu od stłuczki (gdybym nie dostała nazajutrz telefonu z warsztatu, to wciąż nie wiedziałabym o tym). Orzekł szkodę całkowitą. To znaczy, że ubezpieczyciel nie będzie finansował naprawy auta, lecz wypłaci mi odszkodowanie. Nie znam jego wysokości. Do dziś nie mam wyceny szkody, choć zgłaszałam to w PZU i telefonicznie, i mailowo. Rzeczoznawca w ogóle nie kontaktował się ze mną i olał mnie jako właściciela pojazdu, choć nie udzielałam żadnych pełnomocnictw nikomu w warsztacie. Nie wiem, czy ta procedura zawsze tak wygląda, ale jednak takie ignorowanie zadziwia.

PZU wprawdzie kontaktowało się ze mną, ale tylko w sprawie zwrotu auta zastępczego, którego wynajem, jak stwierdzono, upływa jutro. To że wcześniej informowano o piętnastu dniach nazwano wprowadzeniem mnie w błąd. Ale nie dałam się tak spławić. Udało mi się wydrzeć od ubezpieczyciela jeszcze trzy dni z Toyotą Auris. Potem, cóż, Zuzia będzie musiała odwieźć mi z Krakowa nasz drugi samochód, który jej pożyczyliśmy. No ale w końcu przecież tam działa również komunikacja miejska. Ja muszę mieć czym dojeżdżać do pracy i sprawnie poruszać się między obiema moimi szkołami.

PZU zaproponowało, że może pośredniczyć w zlicytowaniu mojego rozbitego autka. Ale właściciel warsztatu doradza, by je remontować, bo jest w świetnym stanie. I tak bym to zrobiła, bo to przecież moje autko i jestem do niego przywiązana.

Wczoraj pojechałam do warsztatu z zapytaniem, ile będzie kosztował remont. Zamiast nawet pobieżnej wyceny usłyszałam:

- Do wysokości szkody.

- Ale ja nie rozumiem, co pan do mnie mówi. Czy to znaczy, że jak PZU przykładowo wyceni szkodę na dziesięć tysięcy, to pan wyremontuje wszystko w tej cenie? A jeśli wycena będzie na przykład trzykrotnie wyższa, to pan za te pieniądze zrobi to samo?

- My mniej więcej wiemy, jaka będzie wysokość odszkodowania. Znamy się na tym.

No cóż, wygląda na to, że muszę zaufać, choć tak bardzo jestem nieufna. Ale jakie mam wyjście?

Po wizycie w warsztacie podjechałam na pobliski Balaton, żeby złapać oddech po tych wszystkich nowinach. To miejsce, które potrafi mnie wyciszyć. Co prawda, pogoda nie zachęcała do spacerów, ale w takich sytuacjach zawsze można posiedzieć w tamtejszej restauracji, Mam do niej słabość. Może to z powodu pięknego widoku z wielkich okien na wody zalewu, prześwitujące między zielonymi sosnami. Co zaś do drzew liściastych, to cóż, niestety prezentują one już głównie nagie konary. Po pięknym początku, listopad wchodzi w fazę mglistości i wilgotnego chłodu.

Ale ja polubiłam mgły podczas pobytu w Wysowej. Tworzyły dla mnie absolutnie magiczne spektakle, które mogłam oglądać z mojej loży honorowej na balkonie piątego piętra sanatorium. Ach, cóż to było za widowisko. Nie jakieś tam zwykłe wznoszenie się, czy też opadanie. Mgły sunęły po dolinach, tańczyły między nimi, czasem dostojnym krokiem, a czasem z podskokami w górę i w dół. Byłam tym urzeczona.

Jeśli zaś chodzi o wilgotny chłód, to wygląda na to, że właśnie sobie i z nim poradziłam. Wczoraj udało mi się uruchomić piec. I okazało się, że od ogrzewania dzieliła mnie tylko jedna wajcha na rurach, której do tej pory nie podniosłam. Nie, to nie zaskutkuje takim ciepłem, jakim cieszą się na przykład użytkownicy miejskiej sieci ciepłowniczej. Ale przynajmniej to straszne zimno, które mam w tej chwili w domu, zostanie przełamane, sprawiając, że temperatura w mieszkaniu stanie się znośna. Koniec zamarzania, skostniałych dłoni, stóp trudnych do rozgrzania nawet pod trzema kołdrami. Czuję się tak szczęśliwa, jakbym wygrała los na loterii życia.

Tak naprawdę człowiekowi niewiele potrzeba do szczęścia. Gdyby mu zabrać wszelkie wygody, to pewnie z czasem zacząłby doceniać wszystko, co teraz przyjmuje jako mu należne. I cieszyłby się jak szalony z rzeczy prostych – dostępu do wody, jedzenia, ogrzewania. Trochę się chyba jako ludzkość pogubiliśmy w zapewnianiu sobie komfortu. I zapomnieliśmy o codziennej wdzięczności za to, że żyjemy w warunkach, o jakich naszym przodkom nawet się nie śniło. Przypominamy sobie o niej dopiero po odzyskaniu tego, co wcześniej traktowaliśmy jako bezwarunkowo nasze. I może tego właśnie uczy nas utrata. Jestem wdzięczna...

poniedziałek, 10 listopada 2025

Sprawy poukładane i niepoukładane

 

Zapowiadany wzlot formy i samopoczucia znów nie nadszedł po dwóch tygodniach od zakończenia kuracji sanatoryjnej. Choć może tym razem niespecjalnie czekałam na spełnienie zapowiedzi, których wizje roztaczała fizjoterapeutka. Jak dla mnie wystarczy, by nic się nie pogorszyło, bo tak naprawdę już od czasu rozpoczęcia zabiegów byłam zadowolona z ich efektów.

Jest jeszcze jedno następstwo pobytu w sanatorium, którym się cieszę przeogromnie. Znów mogę jeść wszystko i to w zasadzie bezkarnie. A było już tak przed wyjazdem na kurację, że szkodził mi omal każdy rodzaj jedzenia. Nawet zwykły chleb zdawał się dla mnie jakiś zbyt kwaśny i po zakończeniu antybiotykoterapii właściwie cały czas odżywiałam się tostami. Dopiero na sanatoryjnym wikcie mój przewód pokarmowy doszedł do siebie. Mam wrażenie, że nigdy nie jadłam tak dużo i różnorodnie, jak tym razem w Biawenie, a na dodatek wszystko mi smakowało.

Po powrocie do domu jakoś sobie też nie żałuję i delektuję się smakami, których wcześniej ze względów zdrowotnych unikałam. Gdy w długi weekend, rozpoczynający listopad, przyjechała Ania, to trochę zaszalałyśmy w porównaniu z moją poprzednią domową dietą. Zwłaszcza z napitkami. O alkohole, w sensie pamiątek z ostatnich podróży, zadbała dla nas Madzia. Wreszcie była okazja, by delektować się winami Caravaggio z Malty i pysznym likierem pistacjowym z Sycylii. Był oczywiście też grzaniec (tym razem z malinową nutą), ale to akurat wydawało się koniecznością przy kłopotach z piecem, którego w tym roku w ogóle nie potrafię uruchomić. Na szczęście pogoda sprzyjała nam na tyle, że gorące napoje wraz z kocobluzami i dokupionym grzejnikiem olejowym jakoś dały radę.

Odwiedziny Ani pomogły w przetrwaniu jednego z najtrudniejszych dla nas okresów w roku. Wprawdzie z przygotowaniem do obchodów Wszystkich Świętych daliśmy sobie z Kacprem radę po moim powrocie z sanatorium, ale miałam wrażenie, że to było trochę rzutem na taśmę. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, co mamy dalej z sobą zrobić w te bolesne święta, więc propozycja przyjazdu Ani spadła nam jak z nieba. Dzięki niej pojawiła się mobilizacja, by nie rozłożyć się psychicznie w takim czasie i zebrać siły do pełnienia roli gospodarzy, choćby w szczątkowej formie.

Na szczęście Ania jest niekłopotliwa i niewymagająca. Na ten moment to też jedyna niedepresyjna osoba w najbliższym rodzinnym gronie, a to wnosi w dom i w nasze życie zupełnie inną energię. I to ona nas wprawiała w ruch podczas poprzedniego weekendu. Więc naprawdę ruszaliśmy się sporo, jak na moją nieruchawą zazwyczaj codzienność. Oprócz wypraw na cmentarze i do kościoła oraz spacerów nad rzeką z Wafelkiem, przeszłyśmy też dwie trasy dookoła pobliskich zbiorników wodnych – nad Balatonem i nad Stawami. Wniosło to uspokojenie w czas rozmyślań o zmarłych i okrasiło go zachwytem z kolorów niedogasłej jeszcze, mimo że już znacząco opadłej z liści, jesieni.

Poza tym, z Anią czas upływał jak zwykle podczas naszych spotkań – testowanie jedzenia w okolicznych lokalach, trochę oglądania filmów, dużo rozmów i wspomnień. Uwielbiam to. A zakrapiane wieczory też miały swoje uzasadnienie. W ten sposób poświętowałyśmy na okoliczność spełnionego marzenia. Ania kupiła mieszkanie. Wybór padł na lokal położony na osiedlu, gdzie mieszka jej przyjaciółka ze studiów. Jakoś udało nam się zebrać kasę na wkład własny, formalności zostały załatwione bez większych problemów, kredyt jest przyznany. W zeszłym tygodniu Ania podpisała już akt notarialny. Pojutrze odbierze swoje własne klucze. Jestem taka szczęśliwa, że jej się udało. Czy to nie wspaniały powód do świętowania?

To tyle, jeśli chodzi o Anię. Co zaś do Kacpra, to w tym przypadku wciąż jeszcze się nie poukładało. Nie ma już z nami Zuzi i Sznapsa. Mieszkają teraz w naszym mieszkaniu w Krakowie, ale nie przewiduję, by do nas powrócili. Temat sprawia ból, więc nie będę się nad nim rozwodzić. To nie był nasz wybór, więc trudno z nim dyskutować. Pozostaje mi tylko wierzyć, że wszystko dzieje się tak, jak dziać się powinno i odpuścić. Cóż więc, odpuszczam...

piątek, 7 listopada 2025

SANATORYJNE PODSUMOWANIA

 

Mimo że tym razem nie poszukiwałam specjalnie atrakcji w sanatorium, to jednak podczas pobytu w Wysowej wzięłam udział w wielu interesujących imprezach. Zdaje się więc, że atrakcje znalazły mnie same. I naprawdę nie sposób było się nudzić, jeśli w trakcie turnusu wydarzyły się:

1. Redyk Bacy Józefa Klimowskiego. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś podobnego. Zgodnie z Wikipedią (https://pl.wikipedia.org/wiki/Redyk) redyk to „uroczyste wyjście pasterzy ze stadami owiec na wypas na górskich halach (redyk wiosenny), a także ich powrót z wypasu (redyk jesienny)”. Według zaś krążących między kuracjuszami informacji (plotek?) Baca Klimowski jest już człowiekiem wiekowym i ostatni raz ruszył w taką trasę. Jego stado, liczące około 1200 zwierząt, pierwszego dnia pokonało drogę z Czarnego przez Wysową do Ropek. „To najdłuższy redyk w Polsce, w 6 dni ma do pokonania dystans 180 km” – tę wiadomość oraz krótki film przybliżający wydarzenie można znaleźć we wpisie https://www.facebook.com/reel/786921270768007. Owce przechodzą przez Beskid Niski, Sądecki oraz Pieniny. Zakończenie redyku ma miejsce w Nowym Targu.

2. XXXIII Łemkowska Jesień Twórcza, która była częścią weekendowego spotkania z Heleną. Przyjaciółka ze studiów zawitała w Beskid Niski z krótką wizytą i w pierwszy dzień weekendu zaprosiła mnie do swojego domu, żebym pomogła jej przygotować warzywne zapasy z ogrodu na zimę. W następnym pojechałyśmy do Wapiennego („najmniejsze uzdrowisko w Polsce”), gdzie sto lat wcześniej urodził się łemkowski poeta i prozaik Iwan Żelem. Impreza miała miejsce w Domu Zdrojowym, w którym znajduje się również Pierogarnia pod Ferdlem – lokal z przecudownym jedzeniem, serwowanym dla uczestników spotkania. Oprócz prezentacji nowych utworów przez łemkowskich twórców wydarzenie uświetniły występy artystyczne zespołu „Teroczka”, duetu Dominiki Novotnej i pianisty Petera Adamkoviča oraz Pawła Szutowa. Goście mieli też okazję zapoznać się z pracami fotograficznymi Piotra Basałygi w ramach pięknej wystawy „Jesień na Łemkowszczyźnie” (fotorelację autorstwa Gminnego Ośrodka Kultury w Sękowej umieściłam na swoim koncie na fb). Pierwszy raz miałam okazję uczestniczyć w tego typu imprezie, mimo że Helena zapraszała mnie na nią w poprzednich latach. Ale widać wszystko przychodzi w odpowiednim czasie i miało się wydarzyć właśnie w ten weekend. Jednocześnie było to moje pożegnanie z Heleną, która kolejny dzień zamierzała spędzić ze swoją bratową. I wprawdzie zapraszała, by dotrzymać im towarzystwa, ale ja też miałam swoje plany na ten czas. Niedzielne popołudnie zamierzałam spędzić na spotkaniu z przybyłą do naszego sanatorium grupą teatralną.

3 Spektakl „Burza nad Popradem” teatru Tej Ziemi. Reklamowany hasłem: „Przyjdź i daj się porwać historii, która łączy tradycję z nowoczesną formą teatru”. Aktorzy wzięli sobie za cel ambitne zadanie powiązania inspiracji „Burzą” Szekspira z mitologią Karpat. Według ich ulotki „przedstawienie łączy teatr cieni, rytuał, choreografię oraz metodę ”spect-actor” Augusto Boala, wciągając publiczność w interaktywny proces współtworzenia spektaklu. W świat opowieści wplecione są motywy flisackiej tradycji i ludowych praktyk, takich jak stawianie gromnicy, co nadaje całości organiczny i rytualny charakter. To artystyczne spotkanie sztuki, mitu i teatru forum staje się jednocześnie opowieścią o pamięci, pojednaniu i sile wspólnoty”. I przyznać trzeba, że aktorzy dzielnie stawili czoła tak trudnemu wyzwaniu. Migawki z przedstawienia można zobaczyć na YouTube https://www.youtube.com/watch?v=rzxLwYO0MWM. Cieszę się, że mogłam obejrz ten spektakl w całości. To był dobrze spędzony czas.

4. Koncert „Śpiew z ikoną w tle”. W kolejną niedzielę w Cerkwi Prawosławnej pw. Św. Michała Archanioła wystąpił Męski Kameralny Chór Cerkiewny Kliros. To była dla mnie prawdziwa uczta dla ducha. Impreza odbyła się w ramach cyklu koncertów śpiewu cerkiewnego w cerkwiach prawosławnych Małopolski. Fragmenty wydarzenia „pełnego duchowej muzyki i harmonii głosów” można obejrzeć pod adresem https://www.facebook.com/share/v/1BjcDtzCaX/. Polecam każdemu.

5. Wędrówki po okolicy z emerytowaną przewodniczką beskidzką. Właściwie to była tylko jedna wędrówka, bo przez drugą się zaledwie przewinęłam (zaliczyłam tę samą trasę poprzednim razem w Wysowej), a z trzeciej w ogóle zrezygnowałam, gdyż miałam wrażenie, że to znów będzie dreptanie po własnych śladach. Ale i tak czas spędzony z Panią Marią wspominam bardzo mile. Tym razem przeszliśmy z nią Doliną Łopacińskiego aż do nowej rzeźby Andre (Andrzej Zawadzki) i skończyliśmy w gościnie w Ośrodku Wypoczynkowym „Zacisze”. O rzeźbiarzu oraz Pani Marii pisałam już w trakcie poprzedniego pobytu w Biawenie https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/05/cdn.html.

Oczywiście podczas sanatoryjnego turnusu zrobiłam sobie też wędrówki bez przewodnika i w ogóle bez żadnego towarzystwa. Byłam na Górze Jawor po polskiej i słowackiej stronie, w zamkniętym na głucho, pozbawionym aktualnie turystów „Swystowym Sadzie” oraz w Blechnarce pod cerkwią, którą można podziwiać zazwyczaj jedynie z zewnątrz. Z każdą wycieczką, a nawet krótkim spacerem (a było takich sporo) czułam, jak poprawia mi się kondycja. Jak mi przybywa sił. I jak rośnie moje zadowolenie z tego powodu.

Ale tak naprawdę najlepszą atrakcją sanatoryjnego turnusu była dla mnie obserwacja gór jesienią. Dostrzeganie zmian w okrywającej ją szacie roślinnej dzień po dniu. Wgapianie się w przebarwianie liściastego drzewostanu z żółci i złota, poprzez pomarańcze i czerwienie, aż po rudości i rdzę, z zakończeniem na brązach. Mogłabym na to patrzeć bez końca.

To była jedna z najpiękniejszych jesieni, jakich doświadczyłam. Idealne wstrzelenie się w czas przejścia pomiędzy wyblakłą zielenią późnego lata, a pustymi konarami pozostałymi po przymrozkach i zimnych deszczach, zapowiadających jesienną szarugę. Gdy wyjeżdżałam z Wysowej, to już zaczynał się czas opadania liści. Listopad zbliżał się wielkimi krokami.

A to mi przypomniało o słowach, które zamieściłam ostatnio na koncie Akademii Rodzica. Zacytowałam tam Nowotnego: „Jesień istnieje, aby przypomnieć nam, że pewne rzeczy muszą się skończyć, abyśmy mogli zacząć od nowa”. Lubię patrzeć na tę porę roku w taki sposób. Jak drzewa liście, tak ja tracę to, co już dłużej nie może być częścią mojego życia. Muszę teraz wierzyć, że właśnie w ten sposób tworzy się przestrzeń dla tego, co będzie nowe. Że czas utraty jest jednocześnie zarzewiem kolejnego życiowego etapu, którego scenariusz gdzieś się już dla mnie pisze...

piątek, 17 października 2025

PRZERWANY DOBROSTAN - Biawena Wysowa

Tym razem wszystko w Biawenie było inaczej niż w zeszłym roku. To znaczy inaczej ze mną. Poprzednim razem miałam kłopoty z aklimatyzacją i z trudnością przyzwyczajałam się do sanatoryjnego życia przez pierwszy tydzień. Ogarnęłam je dopiero jakoś w połowie turnusu. Myślałam, że taka teraz u mnie norma przy samotnych pobytach. Ale okazało się, że nie. Czy powodem tego była radość z jedynki i cudownego widoku, czy też przedwyjazdowe założenie, żeby niczego z góry nie zakładać i nie oczekiwać, tego naprawdę nie wiem.

W każdym razie do sanatorium przybyłam z postanowieniem, że nic mnie obecnie nie ruszy – ani ewentualne kłopoty z przydziałem pokoju, ani rodzaj dziwnych zabiegów, przyznawanych przez ZUS, ani też organizacja, czy też raczej dezorganizacja planów kuracjuszy przez rozmaite decyzje zarządzających. Tym razem postanowiłam przyjąć i przetrwać wszystko ze stoickim spokojem.

Nastawiłam się też, że niczego nie będę od siebie przesadnie wymagać. Tak, przyjechałam tu po zdrowie, ale to nie znaczy, że muszę narzucać sobie reżim codziennego plątania się po okolicy bez względu na pogodę, szukania atrakcji każdego dnia, by nie mieć poczucia, że któryś mi umknął, czy też na przykład wtłaczania w siebie leczniczych wód aż do porzygania. Tego roku postawiłam na luz. A to oczywiste, że wyluzowanie jest zdecydowanie łatwiejsze w komforcie pokoju jednoosobowego niż wówczas, gdy trzeba dzielić niewielką przestrzeń z innymi osobami. Bardzo lubię moją tutejszą samotnię.

Z wyluzowaniem piję w niej co rano kawę przed śniadaniem, obserwując ze swojego okna (a mogę to robić nawet z łóżka:) jesienne mgły, chmury i zmieniający się w ich igraszkach ze światłem wygląd gór. Odpoczywam od życia, w którym codzienność zaczęła coraz bardziej przytłaczać, a potem wręcz przerastać. Jestem zadowolona, że teraz mogę skupić się tylko na sobie. Uspokajam oddech.

I wszystko nieoczekiwanie zaczyna się układać. Gdy Beata wypytuje o szczegóły mojej kuracji, to mogę zgodnie z prawdą napisać:

powiem szczerze, że nawet te zabiegi przydzielone zaocznie (bo przyjechałam późno) przez lekarza zdają mi się lepsze niż te, które mi ostatnio (...) przydzielił po konsultacji i badaniu.

Jestem pozytywnie nastawiona do kriosauny i basenu, które mam omal codziennie. Do tego z taką samą częstotliwością zapisano mi prądy oraz oczywiście dwie gimnastyki przyrządowe, w tym jedną w formie jazdy na rowerze (zawsze wybieram taki, w którym ruch nóg jest skorelowany z wymachami rąk). Gdy pani fizjoterapeutka proponuje mi, że tę drugą mogę wykonywać na ugulu, jestem w pełni usatysfakcjonowana.

Do tej pory miałam ogromny problem z gimnastyką indywidualną, którą kazano mi zawsze wykonywać na materacu. Wyglądało to w ten sposób, że na pierwszych zajęciach pokazywano mi kilka ćwiczeń, a potem do końca rehabilitacji byłam pozostawiona samej sobie. Nikt nie nadzorował tego, co robię. Nie wiedziałam, czy dobrze zapamiętałam ćwiczenia (a czasem ich nie zapamiętałam wcale) i czy prawidłowo je wykonuję. Byłam kompletnie zagubiona i niezadowolona zarówno z zajęć, jak i z siebie jako ćwiczącego.

Ugul daje mi poczucie bezpieczeństwa. Wykonywanych na tym przyrządzie trzech ćwiczeń, polegających na wymachach nóg, nie sposób spartolić. Fizjoterapeutka mierzy też czas każdego z nich, co związane jest z koniecznością przepięcia pasów. Wiem, co mam robić i jak długo. A nawet zdaje mi się, że zaczynam już dostrzegać skutki powtarzalności w postaci rozciągliwości i wytrzymałości mięśni.

Zresztą ogólnie skuteczność tegorocznych zabiegów zakrawa prawie o cud. Po (chyba) kriosaunie przestały mnie boleć kolana, które tak mi ostatnio dokuczały (nawet przy codziennym stosowaniu maści przeciwbólowej), że zaczęłam się już poważnie zastanawiać, co będzie, gdy przestanę móc wchodzić po schodach na ostatnie piętra swoich szkół, gdzie umiejscowiono oba moje gabinety. Z każdym dniem robiła się z tego coraz cięższa wyprawa i w duchu modliłam się tylko, żeby żaden z uczniów nie przyuważył, jak niezdarnie, wręcz pokracznie, staram się w trakcie takiego wdrapywania oszczędzić sobie bólu, przenosząc ciężar na inne części ciała oraz na ściany i poręcze. Tymczasem w sanatorium wspinaczka na piąte piętro, gdzie teraz mieszkam, nie stanowi dla mnie większego problemu i czasem nawet wybieram ją w miejsce windy.

Dodatkowo przed każdym zabiegiem kriosauny mam mierzone ciśnienie. I te pomiary wykazały niezbicie, że systematycznie ulega ono obniżaniu. Właściwie to nie prawie cud, tylko prawdziwy cud.

Następny z nich wydarzył się podczas pierwszej fali energii elektrycznej na początkowej sesji prądów Tens. Wtedy nagle ustąpił ból pod prawym żebrem, który odczuwałam bardzo dotkliwie przez kilka ostatnich miesięcy. Od tamtej pory mam z nim spokój. Jestem w szoku, że wystarczyło tylko tyle, by pozbyć się tak uciążliwej dolegliwości. I to w trakcie zabiegu, który raczej traktowałam do tego wyjazdu trochę jako nieszkodliwy wypełniacz sanatoryjnego czasu. Na zasadzie – nie zaszkodzi, ale też i pewnie nie pomoże. Oczywiście odszczekuję wszystko, co wcześniej na jego temat powiedziałam/napisałam.

Do listy zabiegów dopisano mi też kilka sesji na łóżku wodnym MediJet – ot tak, żebym wreszcie mogła popróbować jego relaksujących właściwości, nad którymi rozpływali się wszyscy pacjenci mojego poprzedniego turnusu. No więc jak mogłabym nie być zadowolona z zabiegów…

W tym układzie już nawet mogę machnąć ręką na codzienny masaż wibracyjny na fotelu – to ta część kuracji, którą uważam za najbardziej chybioną w całych dziejach lecznictwa sanatoryjnego (o czym już zresztą kiedyś pisałam).

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/04/blog-post.html

Chociaż… Jednak w każdej sytuacji można przecież podjąć próby, zmierzające do jej polepszenia;).

Tak więc podejmuję taką próbę, gdy w końcu udaje mi się spotkać z moim lekarzem. No i tu też cud, bo pan doktor wysłuchał moich uwag i z nimi nawet nie dyskutował. Poprosił tylko, żebym wytrzymała na tym fotelu do następnej konsultacji, kiedy mi zamieni ten zabieg na inny. Wytrzymałam. I nawet, zanim się z nim pożegnałam, nastąpiła miła niespodzianka, bo nowy skład fizjoterapeutek nieco rozłożył fotel. Od poprzedniego usłyszałam tylko, że oni tu przyciskają jedynie dwa guziki i na tym się kończy wszystko w zakresie obsługi:). No cóż, obiecałam sobie luz w każdej sytuacji;).

Przy kolejnej wizycie u lekarza trochę się jednak spięłam. Zaczęło mi się wydawać, że mimo wcześniejszej obietnicy, gościu próbuje mnie zbyć. Ale może dzięki temu spięciu zyskałam na determinacji, bo pan doktor w końcu uległ. Jednak w systemie nie widział ponoć możliwości zamiany fotela na łóżko wodne, co byłoby najbardziej pożądane. No trudno i tak upierałam się, by zamienić niechciane zabiegi na cokolwiek innego. Nie chciałam robić niczego bezsensownego do końca turnusu. I w ten oto sposób na mojej sanatoryjnej karcie pojawiły się zabiegi laserowe w miejsce tych na fotelu.

Jestem zadowolona, że w końcu mogłam poczuć swoją sanatoryjną sprawczość. Do wszystkiego, co zafundował mi ZUS, dokupiłam jeszcze, jak zeszłym razem, okłady borowinowe na dwie partie ciała (choć tym razem ciężko mi było zdecydować się na oferty spoza Biaweny), masaż w ramach rytuału „Jesienne otulenie w SPA” oraz zajęcia aqua aerobicu z możliwością korzystania ze strefy wellness. I uznałam, że wystarczy. W każdym razie do tego, żebym poczuła się odprężona, dopieszczona, zadowolona.

I wtedy nagle przyszły wieści z domu. Złe. I całe to z trudem budowane poczucie dobrostanu runęło w jednej chwili jak domek z kart. Obróciło się w proch, którym najwyżej mogę posypać głowę. W akcie skruchy – może za to, że próbowałam utrzymać swoje szczęście w sposób tak mocny, zaborczy i zachłanny, że aż je chyba niechcący udusiłam. A przecież powinnam pamiętać, że „w życiu piękne są tylko chwile”… Tak jak to mi wyśpiewał (związany luźno z moim miastem przez jednego z muzyków) zespół Dżem, kiedy jechałam na moją pierwszą dniówkę w bieżącym roku szkolnym...


piątek, 10 października 2025

WYSŁUCHANA MODLITWA - WYSOWA: Biawena

 

Trudno nawet opisać z jaką niechęcią przygotowywałam się tym razem do wyjazdu do sanatorium. Po oficjalnym przełożeniu turnusu w lipcu, udało mi się jeszcze uniknąć wystawienia skierowania na koniec sierpnia i pierwszą połowę września, ale było wiadome, że nie mogę tego odkładać w nieskończoność. Stanęło więc na tym, że pojadę na początku października. Do wybranej przez siebie Biaweny, bo taka już ze mnie zrobiła się konserwa, że znane wcześniej otoczenie miało być gwarantem jako takiej strefy komfortu.

Poza tym wyjazd do Wysowej dawał jakąkolwiek szansę na załatwienie jedynki, czego doświadczyłam w wysowskich sanatoriach podczas poprzednich pobytów. I choć czułam, że prosząc ponownie Helenę o wstawiennictwo, przekraczam j granicę dobrego smaku, to jednak nie widziałam innego wyjścia. Pobyt w pokoju wieloosobowym w ogóle nie wchodził w grę. To nie jest nawet do pomyślenia dla osoby po takich przejściach, z takim rodzajem nastroju i wykonującej na co dzień taką pracę jak ja. Myśl o tym, że po wyjeździe ze szkoły zostanę obciążona następnymi problemami innych i to nieznanych mi ludzi, zwłaszcza gdy będę miała potrzebę pobycia w ciszy i samotności po prostu przerażała.

Okazało się jednak, że tym razem jedynka była znacznie trudniejsza do załatwienia. Trułam się tym przez kilka tygodni, poprzedzających wyjazd. Jeszcze w jego przeddzień, gdy dostałam zapytanie, czy jestem już spakowana „do wód”, zmartwiona przyznałam:

Coś Ty Madziu, wciąż odwlekam. Wczoraj dostałam info, że jedynka załatwiona na 90 procent, co dalej żadnej pewności nie daje.

No cóż, i tak nie pozostaje mi chyba nic innego, jak jechać i sprawdzić.

Tak więc następnego dnia, jadę, by sprawdzić. Dokładnie tą samą drogą, co półtora roku temu na wiosnę. Długą i męczącą mimo swego piękna. Staram się jednak nie myśleć o tym, co czeka mnie u jej celu. Podziwiam uroki okolicy pełnej zimowitów i marcinków w przydomowych ogródkach, zaskakuje mnie to, jak jeszcze jest zielona. Jakby jesień wciąż trzymała się od niej z daleka. Fotografuję widoczki po drodze, aż do momentu, gdy zapada wczesny zmierzch i światło jest już bardzo słabe. Ale jeszcze udaje mi się w jego ostatnich tchnieniach zobaczyć trzy łanie pasące się przy drodze w Hańczowej. Czyżby to były moje stare koleżanki?https://podobrejdrodze.blogspot.com/2018/09/weekend-w-beskidzie-niskim.html

A może to raczej dobre wróżki, które mają na mnie oko w tych stronach?

I okazało się, że tak, bo od spotkania z nimi wszystko nagle zaczęło się układać. Po wyjściu z autobusu zatrzymał się przy mnie z zapytaniem o drogę pan, który również zmierzał do Biaweny. No a potem zapakował moją ogromnie ciężką walizkę (Boże, co ja znowu tam zapakowałam?) do bagażnika swojego samochodu. Tak oto podjechała bez mojego wysiłku na samą górę omal pod drzwi sanatorium. Ja też.

I wkrótce potem mogłam donieść najbliższym:

Dojechałam, mam jedynkę (tu wklejka pięciu serc:), pani w recepcji powiedziała, że jeszcze nigdy nie widziała, żeby ktoś się tak cieszył.

Właściwie, to mój pokój jest dwójką z przyzwoleniem na pojedyncze wykorzystanie. Z małżeńskim łóżkiem pomiędzy dwoma stoliczkami nocnymi i paździerzowymi mebelkami: półeczką, szafą, ławą, przy niej stoją dwa obite skajem na prawie:) biało krzesełka, w drugim kącie pokoju znajdują się mini lodówka, telewizor i czajnik. Ale jest jeszcze coś - tym razem dostałam nawet to, czego mi tak bardzo brakowało ostatnio w Biawenie. Balkon z widokiem. Czy mogło być lepiej? Przydzielony pokój jest po właściwej stronie budynku. Będę z niego mogła codziennie oglądać dolinę rzeki Ropy i góry Beskidu Niskiego.

I codziennie oglądam. W każdej możliwej chwili przed, po i między zabiegami. Dziękując za to szczęście Stwórcy oraz pasącym się w Hańczowej leśnym wróżkom z kopytkami na smukłych nóżkach. A także ludziom, którzy udowodniają, że życzą mi wszystkiego, co najlepsze - w szczególności Helenie, mojej wspierającej Rodzinie po tej i tamtej stronie życia, a także Edi, niosącej po raz kolejny moje intencje do Santiago de Compostella.

To taki piękny gest, który znowu wzruszył. Nie posiadałam się ze szczęścia, gdy w dniu rozpoczęcia roku szkolnego napisała mi, że następnego dnia pielgrzymuje dla mnie, albo może za mnie, w każdym razie z moimi prośbami i pragnieniami.

Edi, mam ich tyle, że aż się boję, że Cię przygniotą, ale wszystkie jutro wysyłam. Nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczy, tak Ci dziękuję

Wysyłaj, mam do przejścia 31 km, to ogarnę przyszła odpowiedź.

No więc robię fotkę i wysłałam. Elegancko spisaną, trochę przysłoniętą, by zachować co nieco intymności, listę intencji na cała stronę zeszytu i z dopiskami jeszcze po boku.

I poszło. Wraz z Edi. Przez północną część hiszpańskiej mesety w regionie Kastylia i León. Tyle, że chyba krótszą drogą niż była na ten dzień zaplanowana. Ale myślę, że taka trasa i tak wystarczyła, by Bóg zdążył wysłuchać wszystkich moich próśb.

Potem na fb Edi widzę wpis:

Dzień 15, 2 września 2025, 20km

Hornillas de Camino - Castrojeriz.

"Poczułem, że piękna nie należy przeżywać, że pięknem należy żyć. Piękno musi być jak powietrze - potrzebne i nieuświadamialne, póki jest."

M.Wańkowicz

Ale jakże małej jestem wiary, jeśli po tym fakcie wciąż stresowałam się wszystkimi sprawami, które zapisałam na liście? Chyba potrzebowałam wyraźnego dowodu, że teraz to sam Bóg się nimi zajmuje. Niestety, tak jak Tomasz, nie uwierzyłam, dopóki nie zobaczyłam.

A teraz dowód, w którym mieszkam w Wysowej, daje mi nadzieję, że wszystkie inne prośby również będą miały szczęśliwy finał. Że ułożą się sprawy Kacpra i Ani, że sądowa apelacja będzie dla mnie pomyślna, że ogarnę wreszcie remont i wszystko inne, co mam w swoim życiu do ogarnięcia.

I z takim nastawieniem rozpoczynam ten turnus. Momentalnie zapominając, jak bardzo nie chciałam tutaj być. Ze swojego wymarzonego balkonu patrzę na mgły, które rankiem uchodzą z gór i się uśmiecham. Jeśli pięknem należy żyć, to tutaj właśnie to robię...


P.s. Opis odcinka pokonanego przez Edi wg. strony: https://www.gronze.com/etapa/hornillos-camino/castrojeriz (tłumacz google).

"Do Hontanas pokonujemy dwa niewielkie płaskowyże długimi, samotnymi drogami gruntowymi, o tym samym malowniczym ukształtowaniu terenu, co poprzedni odcinek. Następnie wypłaszczamy (...), podążając wzdłuż doliny San Antón, aż dotrzemy do Castrojeriz lokalną drogą."


P.s.1

"Meseta, Meseta Iberyjska (hiszp. Meseta Central, z hiszp. – płaskowyż) – wyżynno-górska, środkowa część Półwyspu Iberyjskiego, w Hiszpanii i Portugalii. Meseta obejmuje obszar ok. 400 tys. km² w centralnej części Półwyspu" Iberyjskiego (https://pl.wikipedia.org/wiki/Meseta).


P.s.2 O poprzedniej pielgrzymce Edi wspominałam we wpisie (druga część - po gwiazdce): https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/05/wkrotce.html