Mimo że tym razem nie poszukiwałam specjalnie atrakcji w sanatorium, to jednak podczas pobytu w Wysowej wzięłam udział w wielu interesujących imprezach. Zdaje się więc, że atrakcje znalazły mnie same. I naprawdę nie sposób było się nudzić, jeśli w trakcie turnusu wydarzyły się:
1. Redyk Bacy Józefa Klimowskiego. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś podobnego. Zgodnie z Wikipedią (https://pl.wikipedia.org/wiki/Redyk) redyk to „uroczyste wyjście pasterzy ze stadami owiec na wypas na górskich halach (redyk wiosenny), a także ich powrót z wypasu (redyk jesienny)”. Według zaś krążących między kuracjuszami informacji (plotek?) Baca Klimowski jest już człowiekiem wiekowym i ostatni raz ruszył w taką trasę. Jego stado, liczące około 1200 zwierząt, pierwszego dnia pokonało drogę z Czarnego przez Wysową do Ropek. „To najdłuższy redyk w Polsce, w 6 dni ma do pokonania dystans 180 km” – tę wiadomość oraz krótki film przybliżający wydarzenie można znaleźć we wpisie https://www.facebook.com/reel/786921270768007. Owce przechodzą przez Beskid Niski, Sądecki oraz Pieniny. Zakończenie redyku ma miejsce w Nowym Targu.
2. XXXIII Łemkowska Jesień Twórcza, która była częścią weekendowego spotkania z Heleną. Przyjaciółka ze studiów zawitała w Beskid Niski z krótką wizytą i w pierwszy dzień weekendu zaprosiła mnie do swojego domu, żebym pomogła jej przygotować warzywne zapasy z ogrodu na zimę. W następnym pojechałyśmy do Wapiennego („najmniejsze uzdrowisko w Polsce”), gdzie sto lat wcześniej urodził się łemkowski poeta i prozaik Iwan Żelem. Impreza miała miejsce w Domu Zdrojowym, w którym znajduje się również Pierogarnia pod Ferdlem – lokal z przecudownym jedzeniem, serwowanym dla uczestników spotkania. Oprócz prezentacji nowych utworów przez łemkowskich twórców wydarzenie uświetniły występy artystyczne zespołu „Teroczka”, duetu Dominiki Novotnej i pianisty Petera Adamkoviča oraz Pawła Szutowa. Goście mieli też okazję zapoznać się z pracami fotograficznymi Piotra Basałygi w ramach pięknej wystawy „Jesień na Łemkowszczyźnie” (fotorelację autorstwa Gminnego Ośrodka Kultury w Sękowej umieściłam na swoim koncie na fb). Pierwszy raz miałam okazję uczestniczyć w tego typu imprezie, mimo że Helena zapraszała mnie na nią w poprzednich latach. Ale widać wszystko przychodzi w odpowiednim czasie i miało się wydarzyć właśnie w ten weekend. Jednocześnie było to moje pożegnanie z Heleną, która kolejny dzień zamierzała spędzić ze swoją bratową. I wprawdzie zapraszała, by dotrzymać im towarzystwa, ale ja też miałam swoje plany na ten czas. Niedzielne popołudnie zamierzałam spędzić na spotkaniu z przybyłą do naszego sanatorium grupą teatralną.
3 Spektakl „Burza nad Popradem” teatru Tej Ziemi. Reklamowany hasłem: „Przyjdź i daj się porwać historii, która łączy tradycję z nowoczesną formą teatru”. Aktorzy wzięli sobie za cel ambitne zadanie powiązania inspiracji „Burzą” Szekspira z mitologią Karpat. Według ich ulotki „przedstawienie łączy teatr cieni, rytuał, choreografię oraz metodę ”spect-actor” Augusto Boala, wciągając publiczność w interaktywny proces współtworzenia spektaklu. W świat opowieści wplecione są motywy flisackiej tradycji i ludowych praktyk, takich jak stawianie gromnicy, co nadaje całości organiczny i rytualny charakter. To artystyczne spotkanie sztuki, mitu i teatru forum staje się jednocześnie opowieścią o pamięci, pojednaniu i sile wspólnoty”. I przyznać trzeba, że aktorzy dzielnie stawili czoła tak trudnemu wyzwaniu. Migawki z przedstawienia można zobaczyć na YouTube https://www.youtube.com/watch?v=rzxLwYO0MWM. Cieszę się, że mogłam obejrzeć ten spektakl w całości. To był dobrze spędzony czas.
4. Koncert „Śpiew z ikoną w tle”. W kolejną niedzielę w Cerkwi Prawosławnej pw. Św. Michała Archanioła wystąpił Męski Kameralny Chór Cerkiewny Kliros. To była dla mnie prawdziwa uczta dla ducha. Impreza odbyła się w ramach cyklu koncertów śpiewu cerkiewnego w cerkwiach prawosławnych Małopolski. Fragmenty wydarzenia „pełnego duchowej muzyki i harmonii głosów” można obejrzeć pod adresem https://www.facebook.com/share/v/1BjcDtzCaX/. Polecam każdemu.
5. Wędrówki po okolicy z emerytowaną przewodniczką beskidzką. Właściwie to była tylko jedna wędrówka, bo przez drugą się zaledwie przewinęłam (zaliczyłam tę samą trasę poprzednim razem w Wysowej), a z trzeciej w ogóle zrezygnowałam, gdyż miałam wrażenie, że to znów będzie dreptanie po własnych śladach. Ale i tak czas spędzony z Panią Marią wspominam bardzo mile. Tym razem przeszliśmy z nią Doliną Łopacińskiego aż do nowej rzeźby Andre (Andrzej Zawadzki) i skończyliśmy w gościnie w Ośrodku Wypoczynkowym „Zacisze”. O rzeźbiarzu oraz Pani Marii pisałam już w trakcie poprzedniego pobytu w Biawenie https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/05/cdn.html.
Oczywiście podczas sanatoryjnego turnusu zrobiłam sobie też wędrówki bez przewodnika i w ogóle bez żadnego towarzystwa. Byłam na Górze Jawor po polskiej i słowackiej stronie, w zamkniętym na głucho, pozbawionym aktualnie turystów „Swystowym Sadzie” oraz w Blechnarce pod cerkwią, którą można podziwiać zazwyczaj jedynie z zewnątrz. Z każdą wycieczką, a nawet krótkim spacerem (a było takich sporo) czułam, jak poprawia mi się kondycja. Jak mi przybywa sił. I jak rośnie moje zadowolenie z tego powodu.
Ale tak naprawdę najlepszą atrakcją sanatoryjnego turnusu była dla mnie obserwacja gór jesienią. Dostrzeganie zmian w okrywającej ją szacie roślinnej dzień po dniu. Wgapianie się w przebarwianie liściastego drzewostanu z żółci i złota, poprzez pomarańcze i czerwienie, aż po rudości i rdzę, z zakończeniem na brązach. Mogłabym na to patrzeć bez końca.
To była jedna z najpiękniejszych jesieni, jakich doświadczyłam. Idealne wstrzelenie się w czas przejścia pomiędzy wyblakłą zielenią późnego lata, a pustymi konarami pozostałymi po przymrozkach i zimnych deszczach, zapowiadających jesienną szarugę. Gdy wyjeżdżałam z Wysowej, to już zaczynał się czas opadania liści. Listopad zbliżał się wielkimi krokami.
A to mi przypomniało o słowach, które zamieściłam ostatnio na koncie Akademii Rodzica. Zacytowałam tam Nowotnego: „Jesień istnieje, aby przypomnieć nam, że pewne rzeczy muszą się skończyć, abyśmy mogli zacząć od nowa”. Lubię patrzeć na tę porę roku w taki sposób. Jak drzewa liście, tak ja tracę to, co już dłużej nie może być częścią mojego życia. Muszę teraz wierzyć, że właśnie w ten sposób tworzy się przestrzeń dla tego, co będzie nowe. Że czas utraty jest jednocześnie zarzewiem kolejnego życiowego etapu, którego scenariusz gdzieś się już dla mnie pisze...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz